aniapol
04.06.06, 22:04
Zamieszczam bez komentarza..
miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34884,3385740.html
Warszawsko-krakowska akcja policyjna w sprawie jednej bransoletki
Małgorzata Zubik, współpraca Karolina Kowalska 31-05-2006 , ostatnia
aktualizacja 31-05-2006 21:43
Policjanci zamknęli w areszcie właścicielkę mieszkania i jej syna, bo dzika
lokatorka, która mieszka na ich kosz,t oskarżyła ich o groźby i kradzież
złota. Policja nie przejęła się sparaliżowanym mężem aresztowanej kobiety
To dalszy ciąg opisanej przez nas dramatycznej historii z Żoliborza. W sporze
o mieszkanie przy ul. Sułkowskiego od kilku lat interweniuje policja.
Ostatnio policjanci na 24 godziny zamknęli właścicielkę lokalu i jej syna. W
domu został ciężko sparaliżowany mąż. Gorliwi funkcjonariusze z Żoliborza
postawili na nogi policjantów z południa, by przeszukali dom pod Krakowem.
Rzekomo skradzionej bransoletki nie znaleźli.
Lokator ma mieszkanie, a właściciel tylko akt
Do Małgorzaty i Piotra Flisów należy część domu dziadka - przedwojennego
właściciela. Po wojnie zagarnęło go państwo. Przydzieliło lokatorów,
sprzedało mieszkania. Właściciele mogą cieszyć się tylko aktem własności, bo
jedyne wolne mieszkanie zajmują dzicy lokatorzy. Nie płacą i nigdy nie mieli
umowy najmu. Trzy lata temu sąd orzekł eksmisję i spłatę długów. Komornik nie
może ich ściągnąć, bo lokatorzy nic nie mają i są bezrobotni. Nie doszło też
do eksmisji.
Dwa lata temu właściciele zajęli jeden pokój i czekali na wyprowadzkę.
Lokatorzy przestali ich wpuszczać do środka i wymeldowali z mieszkania.
Państwo Flisowie zajęli więc pomieszczenia po sklepie na parterze. Bez
łazienki, kuchni. Stracili dochód z wynajmu sklepu. - Ciężko im tam żyć, mają
trudną sytuację finansową. Dwaj synowie studiują, Małgorzata pracuje i
zajmuje się od ponad 20 lat ciężko chorym mężem. To anioł. Sama chodziła do
urzędu i prosiła o mieszkanie dla tych ludzi - opowiada jej sąsiadka Joanna
Ziemnicka-Niewczas.
Policjanci szukają biżuterii
Ponad tydzień temu pani Małgorzacie udało się na powrót zająć odzyskany
kiedyś pusty pokój. Zaczęła tam koczować. Pomagali jej znajomi, którzy
odwiedzali męża na parterze i przynosili jedzenie. Pani Małgorzata wciągała
je koszykiem na piętro. Kilka dni temu chciał ją wyręczyć 20-letni syn
Wiktor. Przyjechał z Krakowa, gdzie studiuje prawo. Trafił razem z matką na
24 godziny do aresztu. Oboje oskarżyła dzika lokatorka o kradzież
bransoletki.
Pani Małgorzata i jej syn zostali zatrzymani w związku z podejrzeniem o
kradzież i naruszenie miru domowego. Jeszcze gdy byli w areszcie,
zdumiewająco energiczna policja zdążyła przeszukać nie tylko lokal sklepowy,
w którym koczują, ale też dom, który wynajmują pod Krakowem.
- Pani Flis przyznała się do wtargnięcia do mieszkania i dała nam podstawy,
żeby przypuszczać, że dokonała przestępstwa - mówi nadkom. Marek Siewert,
wiceszef bielańskiej komendy, której podlega komisariat na Żoliborzu.
Nie interesuje go prywatna sytuacja pani Małgorzaty ani to, że jej mąż został
bez opieki. Mówi też, że policja nie jest od rozstrzygania sporów
mieszkaniowych.
- Zastanawia mnie gorliwość policji. Jak mój syn miał wywieźć bransoletkę,
skoro zatrzymano go? - pyta pani Małgorzata.
- Mam wątpliwości co do bezstronności policji w tej całej sprawie - mówi
Paweł Wołowski. Rodzinę Flisów zna blisko 20 lat. Uważa, że są ludźmi o
nieposzlakowanej uczciwości. Przyjechał na komisariat zaalarmowany przez
panią Małgorzatę. Zajął się jej mężem.
Policjanci biżuterii nie odnaleźli. Wycofali się z zarzutu kradzieży.
Lokatora mir domowy
W tej chwili Małgorzata i Wiktor Flisowie podejrzewani są o naruszenie miru
domowego i zmuszanie lokatorki do określonych czynności. - A ściśle do
opuszczenia mieszkania pod groźbą - tłumaczy starszy sierżant Monika Jamka,
oficer prasowy bielańskiej komendy.
Małgorzata i Wiktor Flisowie złożą zażalenie na zatrzymanie przez policję.
Zawiadomią też prokuraturę o składaniu fałszywych oskarżeń przez dziką
lokatorkę. - Tylko tyle możemy zrobić, ale chodzi o zasadę - mówi Wiktor.
Sprawą państwa Flisów zajmie się Helsińska Fundacja Praw Człowieka. - Nie
może być tak, że właściciel trzy lata czeka na eksmisję i nic się nie dzieje.
Trzeba napisać skargę do Strasburga - oburza się Piotr Kładoczny z Fundacji.