zalewajka
07.08.06, 10:37
Jedna kamienica tonie, w kamienicy obok 2 meliny , inna jest demolowana a w
mojej po raz 6 zostały zdewastowane rynny (połamane do wysokości gdzie może
łysy kopnąć). Mam ubezpieczony dom - zgłaszać ?
miasta.gazeta.pl/poznan/1,36001,3533010.html
Tonąca kamienica
Michał Danielewski
06-08-2006, ostatnia aktualizacja 06-08-2006 20:06
Od dwóch dni mieszkańcy kamienicy przy ul. Matejki 36 przeżywają dramat:
mieszkają pod gołym niebem, bo ekipa remontowa wynajęta przez właściciela
rozebrała w piątek dach ich domu i więcej się nie pojawiła.
Zobacz powiekszenie
Do środka leje się deszcz. - Nic nie możemy zrobić - rozkładają ręce
przedstawiciele władz. Mieszkańcy wzięli więc sprawy we własne ręce i sami
starają się załatać dach.
Jedną z lokatorek obudziły w sobotnią noc krople padającego na nią deszczu.
Zdziwiła się, ale nie podejrzewała jeszcze, że nadchodzące godziny będą
jednymi z najgorszych w jej życiu.
W sobotę i niedzielę w Poznaniu stale pada deszcz, a kamienica, w której
mieszka ok. 20 rodzin, nie ma dachu. Sytuacja jest dramatyczna - mieszkania są
doszczętnie zalane, a byłoby jeszcze gorzej, gdyby mieszkańcy nie wylewali
wciąż gromadzącej się wody. Ile jej było? - Już straciłam rachubę, ile wanien
wylałam - mówi jedna z mieszkanek kamienicy.
- Jestem cała roztrzęsiona, już zupełnie nie wiem, co mam robić - mówi
łamiącym się głosem inna mieszkanka. - Od dwóch dni wlewa nam się do mieszkań
deszcz, właściciel wyjechał za granicę, a miasto w ogóle nie chce nam pomóc.
Właścicielem budynku jest Tomasz Bekas. Wczoraj nie udało nam się z nim
skontaktować. Dodzwoniliśmy się za to do administratora budynku Roberta
Cieślaka. - Według moich informacji dach jest zabezpieczony i wcale nie
przecieka - próbował nas przekonać. Szkopuł w tym, że kiedy do niego
dzwoniłem, stałem prawie po kostki w wodzie w budynku przy Matejki 36, a na
głowę padał mi deszcz. Cieślak puścił te informacje mimo uszu: - Według mnie
wszystko jest w porządku, poza tym jestem poza Poznaniem, tracę zasięg. Zajmę
się tym, jak wrócę. Może we wtorek - powiedział i wyłączył telefon.
Może ludźmi, którzy właśnie tracą cały swój dobytek, zainteresuje się miasto?
Nic z tego. - Nic nie możemy zrobić, to własność prywatna - rozkłada ręce
Michał Piwowarczyk z Wydziału Zarządzania Kryzysowego i Bezpieczeństwa Urzędu
Miasta Poznania. - Dzwoniliśmy do właściciela, który obiecał, że natychmiast
zajmie się sprawą.
"Gazeta": - Niestety, nie zajął się.
- Nic na to nie poradzę, zaproponowaliśmy mieszkańcom, by na dzisiejszą noc
przenieśli się do hotelu robotniczego. Odmówili. Nic więcej nie możemy zrobić
- mówi Piwowarczyk.
Mieszkańcy nie chcą się przenieść, ponieważ boją się o swój dobytek - jeśli
przeprowadziliby się do hotelu i nie wylewali wody z mieszkań, jutro zastaliby
wszystkie swoje rzeczy całkowicie zniszczone przez wodę. - Nikt nie chce nam
pomóc, wszyscy się tylko przyglądają - mówią jeden przez drugiego. - Przecież
miasto mogłoby przysłać ekipę, która raz dwa załatałaby dach, a rachunkiem
obciążyć właściciela.
Piwowarczyk: - Nie możemy tego zrobić.
Na miejscu spotykamy patrol straży miejskiej. Pytamy, co tu robią. -
Sprawdzamy, czy się to wszystko jeszcze nie zawaliło - odpowiadają
funkcjonariusze. - Dostaliśmy takie polecenie od kierownictwa.
Mieszkańcy słuchają tego i są coraz bardziej wściekli. Pozostawieni sami sobie
(choć do zadań straży miejskiej należy m.in. "pomoc w usuwaniu awarii
technicznych i skutków klęsk żywiołowych oraz innych miejscowych zagrożeń")
postanowili wziąć sprawę we własne ręce: przez znajomych zwołali ekipę ludzi i
sami zaczęli łatać dach. Wczoraj wieczorem prace wciąż trwały. Sytuacja była
dramatyczna - w kamienicy, która tonęła w wodzie, nie był wyłączony prąd. W
każdej chwili mogło dojść do tragedii. Ludzie, którzy remontowali dach, nie
mieli doświadczenia w tego typu pracy - w każdej chwili mogło im się coś stać.
W chwili zamykania tego numeru dach nadal był dziurawy.