dialektolog Re: co to jest szołdra? 13.08.04, 10:42 quba napisał: > co to jest szołdra? Odpowiedz Link
laband Re: co to jest szołdra? 13.08.04, 18:32 a kaj miyszkosz we Slonsku, jak sie wolno spytac styknom okolice to je szynka, boczek wyndzony - jo ale tego nigdy niy suyszou, a odpowiedz znoduech we suowniku Odpowiedz Link
quba Re: co to jest szołdra? 16.08.04, 09:00 laband napisał: > a kaj miyszkosz we Slonsku, jak sie wolno spytac > > styknom okolice > > to je szynka, boczek wyndzony - jo ale tego nigdy niy suyszou, a odpowiedz > znoduech we suowniku miyszkom we Zobrzu pozdrawiom Odpowiedz Link
qubraq Re: co to jest szołdra? 12.09.04, 17:47 Ostatnio w moim sklepie osiedlowym pod Wilanowem kupiłem produkt "Sokołowa" pn. "Szołdra" i jeszcze nie otwierałem ale to co widać przez plastyk to plastry wędliny jakiejś; w składzie piszą że wieprzowe mięso. Jak otworzę to wróce do tematu. Mam natomiast w zamian inne pytanie: co to jest BINDYGA, nie mylić z Bindugą! Odpowiedz Link
dialektolog Re: Binduga? 12.09.04, 23:32 qubraq napisał: > Ostatnio w moim sklepie osiedlowym pod Wilanowem kupiłem produkt "Sokołowa" > pn. "Szołdra" i jeszcze nie otwierałem ale to co widać przez plastyk to plastry > > wędliny jakiejś; w składzie piszą że wieprzowe mięso. > Jak otworzę to wróce do tematu. Próbki podeślij mailem > Mam natomiast w zamian inne pytanie: co to jest BINDYGA, nie mylić z Bindugą! Niestety nie wiem, co to BINDYGA. Jak wiesz, to napisz. Jak masz jakiś trop, to też napisz. Odpowiedz Link
laband Re: Binduga? 06.11.04, 15:41 tukej znondziecie te suowo BINDYGA. Ale ze tematym to raczyj zwionzku niymo, wiyncyj to pasuje do tematu o mataczkorzach: www.koncept.biz.pl/konferencja/archiwumb9.htm Odpowiedz Link
hagiees Re: co to jest szołdra? 03.11.04, 09:36 Witam. Słowo szołdra w odmianie sołdra, bądź sodra jest mi znane z terenów Spisza i Podhala. Jest to szynka z kością ze świni, którą po świniobiciu najpierw rosoli się przez ok. 2 tygodnie na korycie, a następnie wędzi się. Dawniej, kiedy były jeszcze chałupy bez kominów i dym z pieca uchodził na poddasze, wieszało się taką sodre lub sołdre na strychu i tam wędziła się razem ze spyrką i sadłem codziennie po trosze praktycznie aż do całkowitego zużycia (niekiedy do następnego śwoniobicia). Nie ulegała zepsuciu, bo codziennie była trochę podwędzana. Obecnie wędzi się w specjalnych przydomowych wędzarniach, a później przechowuje się zamrożoną w kawałkach. Sodra/sołdra jest bardzo smaczna do chleba, ale także na takiej sołdrze/sodrze z kością można ugotowac pyszny krupnik. Pozdrawiam Odpowiedz Link
dialektolog Rosoli się, czyli... 03.11.04, 10:38 hagiees napisała: > Witam. > Słowo szołdra w odmianie sołdra, bądź sodra jest mi znane z terenów Spisza i > Podhala. Jest to szynka z kością ze świni, którą po świniobiciu najpierw rosoli > > się przez ok. 2 tygodnie na korycie, a następnie wędzi się. [...] Wielce Szanowna hagiees! Wyjaśnij, proszę, co znaczy "ROSOLI SIĘ", bo w słownikach ogólnych języka polskiego nie ma takiego słowa, i nie bardzo wiem, co to za proces ono oznacza. Odpowiedz Link
hagiees Re: Rosoli się, czyli... 03.11.04, 12:38 pozostaje na określony czas (2 tygodnie) posypane dużą ilością soli i później codziennie trochę podlewane niewielką ilością wody, stąd rosół i "rosolić się". Ma to na celu konserwowanie mięsa. Następnie jest wędzenie. Dawniej (kiedy nie było lodówek) był to jeden ze sposobów przechowywania większej ilości mięsa. W naczyniu układało się warstwami mięso. Mięso musiało być ciasno ułożone. Każdą warstę solidnie się soliło i tak w chłodnym pomieszczeniu mogło wytrzymac nawet kilka tygodni. Odpowiedz Link
laband Re: Rosoli się, czyli... 03.11.04, 20:12 Jo to znom tela co warzyc na zupa i wyciongnonc potym miynso. Odpowiedz Link
ciupazka Re: Rosoli się to znacy ...marynuje... pekluje 04.11.04, 08:45 Jako ni ma takiygo słowa. Rosolić to sie znacy marynować przez dwa tyźnie . Miyso (szynke, polędwice, schaby,bocusie) sie soli, dodaje troske saletry(KNO3), pieprz, ziele angielskie, liść bobkowy, syćko frubo potłucone cosnocek, naciyro sie szynke, trzymie sie jom 24 godziny, a pote zalywo przegotowanom, osolonom i ze z saletrom, zimniućkom wodeckom i trzymie ze dwa tyźnie , obracajęcy w kamiynioku. Po tym casie trza jom owędzić abo upiec w sabaśniku i gotowo. Nawet miyso na kielbasy tyz sie rosoli na korycie pore dni ( trzymie w soli i przyprawak, jaze puści "rosół". Sól kuchenno odciągo wode od białek( miysa) (jony soli NaCl jako silnie polarne odciągajom dipolowe cąstecki H2O i same sie otocajom płoscem wodnym, i momy to co widać - rosolenie pływanie miyska w rosole a proces nazywo sie wysalanie. Wysalanie poprzedzo wsalanie, hehe. A cały proces nazywo sie P E K L O W A N I E abo marynowanie, a po góralsku rosolynie , bo sie miysko zrosi i to widać, JASNO WYTŁUMACYŁAK, HE? Hehe... Hej. Telo.Pozdr. Odpowiedz Link
hagiees Re: Rosoli się to znacy ...marynuje... pekluje 04.11.04, 09:34 Niesamowicie uczenie to wszystko wygląda. Nie jestem taka pewna, czy rosolenie mięsa, sodry, spyrki i sadła na korycie po świniobicu przed wędzeniem to to samo, co marynowanie i peklowanie. Wydaje mi się, że nie. Nie używa się do tego ani octu (jak przy marynacie), ani żadnych azotanów (jak przy peklowaniu). marynować: konserwować w occie z dodatkiem przypraw smakowych i korzeni; przyrządzać marynatę; peklować: konserwować mięso w roztworze soli kuchennej z saletrą i przyprawami; Na Orawie jest także szołdra w odmianie siondra oraz związane z tym słowa rosolić, rosół (zob. Słownik gwary orawskiej J. Kąsia). Warto zajrzeć pod te hasła, gdyż jest tam dokładny opis. Pozdrawiam Odpowiedz Link
laband Re: Rosoli się to znacy ...marynuje... pekluje 04.11.04, 10:22 i jo cosikznod o tym goralskim rosolyniu i "Sołdryli": Zapachniało szynką - Sekretem dobrego sołdryla jest właściwe rosolenie - tłumaczyła Monika Organiściak. Podczas niedzielnego "Pożegnania Lata" we Frydmanie oprócz wieprzowej szynki można było również skosztować regionalnych przysmaków. Wielka degustacja była częścią programu, przygotowanego z okazji rozstrzygnięcia gminnego konkursu na "Najbardziej zadbane obejście gospodarcze". Po raz kolejny Urząd Gminy w Łapszach Niżnych przyznał nagrody sumiennym gospodarzom. Jury oceniało estetyczny wygląd posesji oraz ogrodów. - Na naszej liście laureatów nie znalazły się gospodarstwa prowadzone przez mieszkańców z Niedzicy-Zamku - tłumaczył przewodniczący jury Józef Grywalski. - Jak wiadomo, przez ostatnie lata gospodarze z tej miejscowości odbierali główne nagrody. W tym roku chcieliśmy wyróżnić następnych - dodał. W kategorii gospodarstwa prowadzącego działalność rolniczą nagrody odebrała Irena Dwornicka, Józef Szewczyk, Władysław Gelata, Jan Stańczyk, Helena Florek, Paweł Pawlica. Z kolei w grupie najbardziej zadbanych gospodarstw nie prowadzących działalności rolniczej nagrodzono: Marię Jasiątek, Zofię Łukasz, Stefana Pietruś, Marię Tynus, Danutę Krzysik, Krystynę Majerczak oraz Marię Kaczmarczyk. Szczególne wyróżnienie od władz gminy odebrał także Franciszek Organiściak z Frydmana, właściciel masarni. W ubiegłym roku rzemieślnik otrzymał za swój przysmak - sołdryl - "Perłę" na warszawskim konkursie "Nasze kulturalne dziedzictwo". Dzięki nagrodzie wieprzowa szynka z kością stała się jednym z 14 najlepszych produktów regionalnych w całym kraju. - Wyciętą porcję mięsa formuje się, ściąga skórę i tłuszcz, a następnie dokładnie naciera solą i czosnkiem - wyjaśniała Monika Organiściak, żona właściciela masarni. - Tak przygotowane mięso pozostawia się w chłodnym miejscu na 24 godziny. Następnie przez dwa tygodnie mięso rosoli się w specjalnej zalewie. Niezapomniany smak, zapach oraz zabarwienie mięso zyskuje podczas wędzenia na bukowym lub olszynowym drewnie - dodała pani Monika. Aneta Derkacz Odpowiedz Link
ciupazka Re: Rosoli się to znacy ...rosoli i juz... 04.11.04, 20:52 Rosoli sie tyz oscypki w sałasie tzn. konserwuje w roztworze mocnyj solanki w rosolniku z drzewa a pote je wędzi. A u J. Kąsia stoi, ze rosolenie po zabiciu świni , to forma konserwowania duzyj ilości miysa, słoniny. Rosolyło sie włościwie syćko przez 2-3 tyźnie ( w lecie krócyj, nawet do tyźnia) w drzewnianyk korytak i zolezyało to tyz od wielkości świni, hrubości spyrki i bocków. Jo to znom z autopsji, bo w chałupie przy telej gowiedzi chowało sie m.inn. i świnie i samemu ś niom narobiało i to nie roz , nie dwa. Dlo mnie - to wsalanie i wysalanie z ang. salting in , and salting out i manipulowanie wartością siły jonowej w roztworze solanki, we ftoryj momy białka. W miyjsce płosca wodnego we ftory som jest owinięte cąstecki białka wchodzom jony soli kuchennej, wypiyrajom wode i tworzy sie rosół nawet kie nasujymy suchej soli. To samo zjawisko momy w becce ze solonymi śledziami. Kozdy becke ze śledziami o rosół nad nimi tyz. peklowanie = tyz konserwowanie: sól, przyprawy, saletra marynaty = konserwacja ocet plus przyprawy korzenne plus sól, cukier. Poprawke przyjmuje. Telo.Pozdr. Odpowiedz Link
laband Re: Rosoli się to znacy ...rosoli i juz... 05.11.04, 11:55 hm, tak daleko od prowdy z tym wywarym na zupa zech juzas niybou, he,he! No i coby k'prowdzie przonsc blizyj to przeczytom wom co Reinhold Olesch szkryfnou na tyn temat we "Der Wortschatz der polnischen Mundart von Sankt Annaberg": rosou - Salzwasser v. eingesalzenem Fleisch. Czyli Slonzoki kole anabergu(Gora Sw. Anny) kedys tysz to uzywali i tuplikuja(tumacza) Odpowiedz Link
laband szłdryl literacki 06.11.04, 10:06 znoduech u Siynkiewicza te suowo w takim kontekscie: "Gęste tłumy otoczyły wnet cały oddział. Jedni patrzyli na jeńców, drudzy wypytywali się: ?Jak to było?" - inni wygrażali Szwedom. - A hu! A co?! Dobrze wam tak, psiajuchy!... Z Polakami zachciało się wam wojować? Macie teraz Polaków! - Dawajcie ich saml... Na szable ich!... Bigosować!... - Ha, szołdryl ha, pludraki, popróbowali¶cie polskich szabel?! - Mo¶ci panowie, nie krzyczcie-jak wyrostki, bo jeńcy pomy¶l±, że wam wojna pierwszyzna ! - rzekł pan Skoraszewski. -Zwyczajna to rzecz, że się jeńców w czasie wojny bierze." Odpowiedz Link
laband Re: szołdryl literacki 06.11.04, 10:12 a Kochanowski pisou tak: "Miło patrzeć na łąki, kiedy się odzieją, Miło patrzeć na zdroje, kiedy wodę leją. Dobra lecie śmiotana, dobra szołdra zimie, Kiedy uschnie na wietrze albo w gęstym dymie. Dobry wieniec bluszczowy - nad wszystko multanki, Kiedy grasz, Węda, w lesie, zabywajgc Hanki". Odpowiedz Link
laband fraszka 06.11.04, 10:15 i tyn som autor (Kochanowski szkryflou o niyj nawet do inkszych szkryflorzy: DO POETÓW Jako Chiron, ze dwojej natury złożony, Wzgórę człowiek, a na dół koń nieobjeżdżony, Rad był, kiedy przyjmował do swej leśnej szopy Nauczonego syna pięknej Kalijopy, Naonczas gdy do Kolchów rycerze wybrani Pławili się przez morze po kożuch barani: Równiem wam i ja tak rad, zacni poetowie! A jesli u Chirona cni bohatyrowie Przyjmowali za wdzięczne wieczerzą ubogą, Bo tam wszytka cześć była mleko z świnią nogą: Nie gardźcie i wy tym, co dom ubogi niesie, Bo jako Chiron takżeć i ja mieszkam w lesie. Będzie ser, będzie szołdra, będą wonne śliwy; Każecie li też zagrać, i na tom ja chciwy. Owa prosto będziecie ze mnie mieć Chirona, Tylko że ja nie włóczę za sobą ogona. Odpowiedz Link
laband Dyzma 06.11.04, 10:34 Maria Radziewiczówna szkryfua tak: "Spojrzał na Dyzmę, a ten aż się przeraził wyrazu tych bladych, zimnych oczu. - Poszedłbym do Ulma i powiedział o rzece - szeptał Abel dalej. - Alem wam milczenie poprzysiągł, więc nie pisnę do śmierci. Zresztą, po co ma tamten gałgan się wzbogacać? Zabiję chłystka i basta. - Opamiętajcie się, człowieku! Jakie prawo macie zabijać, jego i swoją duszę zatracać! Grzech myśleć nawet o tym! - Wiem, ale mi pięści same się zaciskają. Chodzi, szołdra (tu: świnia), po wybrzeżu i gwiżdże, i kobiecie sromotne rzeczy gada. A on jakie prawo ma? Powiedzcie! - Jakaż racja wam być złym! Zastąpcie mu drogę i wygadajcie żółć spod serca. - Ja gadać nie umiem, chyba tym! - i podniósł pięść olbrzymią. Dyzma zrozumiał, że w tej chwili żadne perswazje skutku nie odniosą, postanowił tedy ze swej strony pilnować." Odpowiedz Link
laband Re: jedyn link: 06.11.04, 10:21 Natrefiouch we necie zdanie kere godo ize tyn wyraz "szoudra" to je bohemizm, ale niy to mie jako Slonzoka zaskoczouo, mie zaskoczouo natrefiynie na tyn wyraz sam: Rozprawy Jolanta Tambor O śląskich obyczajach, śląskich potrawach i niektórych śląskich słowach Prawie każda okazja to dobry pretekst do spotykania się, organizowania imprezy, dawania prezentów, wspólnego śpiewania i opowiadania dowcipów, czyli po prostu do bycia razem i do wspólnej zabawy. Na Śląsku panuje szczególne upodobanie do wspólnego świętowania. Okazją do jubla, rodzinnego fajeru są święta, rocznice, jubileusze, odpust w swoim kościele itp. Prawdziwie śląską okazją jest oczywiście géburtstag, czyli urodziny. Na tle innych części Polski to zdecydowanie tradycyjny obyczaj, bo ogólnopolską tradycją jest raczej obchodzenie imienin. Można znaleźć sporo argumentów za tym, że urodziny są ważniejsze. Urodził się każdy z nas, datę urodzin można przetransponować na każdy kalendarz (egzotycznych imion natomiast nie znajdziemy w naszym kalendarzu, najczęściej nie da się ich nawet przetłumaczyć). Urodziny to naprawdę wielkie święto, bo przecież narodziny dziecka to jedno z najpiękniejszych wydarzeń na świecie, dlatego pewnie niezwykle ważne w kulturze polskiej są święta Bożego Narodzenia. Dlatego wszyscy tak na nie czekamy, na Święta, które upamiętniają ów wspaniały dzień, w którym można powiedzieć: „narodził się nam Zbawiciel”. Przeciwnicy urodzin posługują się różnymi argumentami. Jeden jest wyjątkowo chwytliwy dla kobiet i to szczególnie dziś w dobie rozkwitu wszelkich teorii feministycznych. Kobiety często mówią, że urodziny są dobre tylko w wieku „naście”1. Potem dobrze jest wiek ukrywać lub sobie lata odejmować. Nic bardziej sprzecznego ze śląską tradycją. Nie słyszałam, by tak mówiła jakakolwiek Ślązaczka. Wszystkie twierdzą, że każdy wiek ma swoje uroki i każde urodziny są równie ważne w życiu człowieka. A śląskie upodobanie do urodzin ujawnia się od najmłodszych lat. Jedną z najważniejszych tradycji we wczesnym dzieciństwie jest „roczek”. Pierwsze urodziny dziecka bywają prawie tak huczne jak chrzciny. „Roczek” bardzo często zaczyna się uroczystością kościelną. Z tej okazji w intencji dziecka zamawia się specjalną mszę, na którą zapraszani są najbliżsi: dziadkowie, rodzice chrzestni i inna bliższa rodzina. A potem to już impreza w domu z obiadem, ciastem, kawą, śpiewaniem, wicami2 i oczywiście z prezentami dla rocznego solenizanta. Na stole musi pojawić się tort z jedną świeczką. Zdmuchiwanie świeczek na torcie to jedna z najsilniejszych tradycji. „Zdmuchiwacz-solenizant” powinien sobie w tym czasie pomyśleć jakieś życzenie i jeśli uda mu się zdmuchnąć świeczki za jednym zamachem, tradycja gwarantuje, że to życzenie się spełni. Przy tych pierwszych urodzinach świeczka jest tylko jedna, ale też zdolność dmuchania solenizanta jest bardzo ograniczona, więc tradycja pozwala, by tym razem pomagali w zdmuchiwaniu pomocnicy (także oczywiście w myśleniu życzenia). Przy każdych następnych urodzinach skłania się solenizanta, by zebrał się sam na potężny „dmuch” i spełnianie życzeń wywalczył sobie samodzielnie. Potem następne bardzo ważne urodziny to „osiemnastka”. I to chyba jedyny punkt zbieżny z tradycją ogólnopolską. Osiągnięcie pełnoletności (osiemnastego roku życia) obchodzi się wśród młodzieży uroczyście w całym kraju. Na Śląsku różnica polega na sposobie jej obchodzenia. Bo oczywiście młodzi zapraszają kolegów z klasy, by wspólnie ten fakt święcić, ale też świętuje się w gronie rodzinnym: z ciotkami, ujkami3, dziadkami, chrzestnymi itd. Oczywiście jest tort, są świeczki tym razem już 18, ale i siła podmuchu u takiego prawnie pełnoletniego solenizanta jest spora. Ma on więc ogromne szanse na wywalczenie u sił wyższych spełnienia swojego pierwszego prawdziwie dorosłego życzenia. Następne urodziny, które wywołują niesłychane poruszenie, to „Abraham”, czyli pięćdziesiąte urodziny. One, jak „złote gody”4, też muszą być ogromnie huczne, tak by umiliły fakt, że od tej pory to już tak „troszkę z górki”. Bo przecież każdy swój wiek oblicza na (co najmniej) „sto lat”, więc „Abraham” jest jakby w połowie drogi. Ale z drugiej strony wielu twierdzi, że wtedy człowiek dopiero rodzi się na nowo. Zaczyna bardziej jeszcze doceniać rodzinę, zacisze domowe, młodnieje na nowo w towarzystwie wnuków. A jeśli jeszcze uda się naraz zdmuchnąć aż 50 świeczek, to ho, ho, ho... cóż jeszcze można osiągnąć. Człowiek czuje, że żyje!!! W czasie swoich imprez Ślązacy lubią śpiewać, często przy akordeonie. Potrafią śpiewać i do rana: wielokrotnie „Sto lat” na różne melodie, „Niech mu gwiazdka”. W śpiewie można znaleźć okazję do kolejnych toastów, bo przecież wystarczy rozpocząć od „A kto się w styczniu urodził...”. A potem jeszcze bawić się dalej przy „chacharach5, co żyją i gorzoła6 piją”, by powoli dochodzić do repertuaru poważniejszego, który nieodłącznie towarzyszy śląskim biesiadom, do „Bytomskich strzelców”, do „zachodu czerwonego słoneczka” i wspominek o „przepaści na granicy Górnego Śląska, gdzie niejedna śliczna panieneczka śląska utraciła chłopca” i to ta „luba, która w białym zamku białe orły wyszywa”. A potem znów można wrócić do repertuaru weselszego i zaśpiewać o „Karolince, co szła do Gogolina” i o „Karliku, co ma w koszyku gołąbków po parze”. O wyższości urodzin nad imieninami napisał Marek Szołtysek w książce Żywot Ślązoka poczciwego: „Rocznicę urodzin świętowali już uczeni Egipcjanie, filozofujący starożytni Grecy oraz praktyczni, starożytni Rzymianie, którzy nazwali ten dzień „dies natalis”. Podobnie robią Anglicy, Niemcy, Holendrzy, Amerykanie, Francuzi, Włosi, Hiszpanie... i Ślązacy”. Różnice między Śląskiem i resztą kraju ujawniają się też podczas corocznych tradycyjnych kościelno-kalendarzowych świąt. Nieco inaczej na Śląsku odbywa się dawanie prezentów. Główne święta „od” prezentów to oczywiście Święta Bożego Narodzenia, a szczególnie Wilijo7, bo w Polsce – w przeciwieństwie do bardzo wielu krajów na świecie, w których prezenty dostaje się w pierwszy dzień Świąt – dniem podarków jest Wigilia. Śląska choinka w Wigilię jest szczególnie piękna, bo leży pod nią ogrom paczek i paczuszek pięknie zapakowanych, z kokardami, aniołkami i gwiazdkami. Nie ma ani jednej osoby przy wigilijnym stole, dla której zabrakłoby podarku. Ale szczególnie wiele znajdują ich po wieczerzy8 pod choinką – obok betlejki9, która też tam musi stać – dzieci. A skąd te prezenty tam się wzięły? Oczywiście to prezenty od Dzieciątka10. Bo na Śląsku prezenty pod choinkę przynosi Dzieciątko. Nie żaden Święty Mikołaj, bo on swoją powinność spełnił już 6 grudnia i tym bardziej nie żadne „gwiazdki” ani „gwiazdory”. Wigilia rozpoczyna Święta Narodzenia Pańskiego, więc tylko Dzieciątko może się prezentami zająć. Te prezenty dla dzieci są jednymi z najmilszych i najbardziej wyczekiwanych, bo od czasu, kiedy dzieci przestają już być takimi zupełnymi dziećmi i wiara w Mikołaje i Dzieciątka jest z lekka zachwiana, na kilka dni przed Wigilią zaczyna się skryte poszukiwanie prezentów: może w szafie, może na pawlaczu, może „w antryju11 na bifyju12” (oj! co za głupi wierszyk! któż to ma bifyj w antryju!!!). Tę konkurencję jednak wygrywają zazwyczaj kooperujący z Dzieciątkiem rodzice. Więc... dramatyzm oczekiwania się potęguje. A potem! Emocje rosną gwałtownie. Najpierw trzeba czekać na pierwszą gwiazdkę, żeby w ogóle zasiąść do stołu. Potem podzielić się opłatkiem i wszyscy siadają przy stole i jedzą, i jedzą, i jedzą. I jedzenia jest strasznie dużo i trzeba wszystkiego s Odpowiedz Link
laband Re: jedyn link: 06.11.04, 10:25 Najpierw trzeba czekać na pierwszą gwiazdkę, żeby w ogóle zasiąść do stołu. Potem podzielić się opłatkiem i wszyscy siadają przy stole i jedzą, i jedzą, i jedzą. I jedzenia jest strasznie dużo i trzeba wszystkiego skosztować, żeby w następnym roku nie ominęło nas ani jedno szczęście i dobre zdarzenie. I nie wolno marudzić, żeby nie zostać okrzyczanym, bo co się dzieje w Wigilię, to będzie się dziać cały rok. I niezmiernie długo to jedzenie trwa: zupa rybna, siemiéniotka, karp smażony, kapusta z grochem, moczka, makówki, kompot z suszonych owoców. Ale w końcu można wstać od stołu i biec pod choinkę. Potrawy świąteczne zazwyczaj bywają tradycyjne, regionalne. Nie wymyśla się na święta jakichś dziwnych nowych specjałów. Oczywiście najbardziej tradycyjne pod względem jedzenia są Święta Bożego Narodzenia, a konkretnie Wigilia. Tuż przed Wigilią w całym domu unosi się aromat wyjętych ze specjalnej skrzyni pierników. Wypieka się je bowiem wcześniej, a potem umieszcza w takiej skrzyni, aby zmiękły. Nie może w nich zabraknąć goździków, cynamonu i orzechów. Nazwy potraw wigilijnych zazwyczaj łatwo rozszyfrować: moczka to od moczenia piernika, siemiéniotka od podstawowego składnika, czyli siemienia, a makówki od tego, że z maku. Nazwy śląskich potraw zresztą w ogóle są rozszyfrowywalne. Czasem są utworzone od czasowników, które mówią o czynnościach związanych z ich przygotowaniem, taka np. jest wspomniana już nazwa moczki, stąd też nazwa jajecznicy – smażonka (czyli coś, co się smaży). Czasem nazwa potrawy pochodzi od podstawowego składnika. Przy czym nazwa tego składnika może się pojawić zarówno w wersji polskiej, jak i niemieckiej. Na polskich nazwach oparte są takie nazwy, jak: makówki, wodzionka (zupa, której głównym składnikiem jest woda z dodatkiem chleba, czosnku i odrobiny magi), kloszczonka (woda po kluskach). Na niemieckich nazwach oparte są panczkrałt i ciapkrałt – ziemniaki tłuczone pomieszane z gotowaną kapustą kiszoną i okraszone szpyrką13 (z niem. Kraut – kapusta), bratheringi i bratkartofle - czyli smażone śledzie i smażone kartofle (z niem. braten – smażyć), klapsznita i fetsznita – kromka złożona na pół i kromka ze smalcem (z niem. Klappschnitte i Fettschnitte). Na niemieckim źródłosłowie oparte są często śląskie nazwy napojów. Na Śląsku bowiem pije się kafyj i tyj (stąd popularne zdanko: we antryju na bifyju styrczy szolka tyju). To z niemieckich nazw: Kaffee i Tee. Popularny – też na świątecznym stole – był kiedyś (dziś już codzienny) bonkafyj, czyli kawa prawdziwa (z niem. Bohnenkaffee). Dawniej do śniadania i kolacji pijało się kakałszale, czyli napój mleczny z łusek kakaowych, prawdziwego kakao na co dzień się wtedy, tak jak i prawdziwej kawy, nie pijało. Kakałszale to również nazwa pochodząca z niemieckiego Kakaoschale (czyli właśnie łuska kakaowa). Napojem nie do wieczerzanio14 ani do śniodanio15, tylko raczej do maszkycynio16 była brałza, czyli oranżada – ta nazwa to też przekształcone niemieckie Brause. Z niemieckiego pochodzą też nazwy wszystkich wusztów17 (kiełbas), szczególnie tych, które są złożeniami właśnie z drugim członem -wuszt: leberwuszt (wątrobianka), preswuszt (salceson). Inne jeszcze przykłady to hekele – pasta śledziowa (z niem. Häckerle), melka (z niem. Mehl – mąka) – gęsta zupa z mleka i mąki podawana głównie dzieciom, galert (z niem. Gallert) – galareta, szałot – sałata ziemniaczana, jarzynowa. Szałot mógł być okraszony szpyrką, mógł być ze śledziem, mógł być jedzony sam, ale też zamiast kartofli jako podstawa drugiego dania, zwłaszcza w święta. Największą jednak karierę zrobiły pewne dania śląskie wraz ze swoimi nazwami, które weszły do polszczyzny ogólnej, w różny zresztą sposób. Najbardziej chyba popularny w całej Polsce jest krupniok (od nazwy: krupy18), nazywany zresztą często „śląskim krupniokiem”. Ta nazwa rozpowszechniła się razem ze swym desygnatem. Za słowem kryje się bowiem ów wybitnie śląski specjał, którego nie można w żadnym wypadku zastępczo nazwać kaszanką, choć składniki są takie same, ale wynik ich łączenia jest zdecydowanie inny. Nie doczekał się takiej kariery z kolei śląski żymlok (od żymła, czyli bułka). Innego typu karierę zrobił karminadel (karbinadel19). To dzięki absolutnie rewelacyjnej scenie filmowej w „Perle w koronie” Kazimierza Kutza. Specyficznie śląskie nazwy dotyczą też wielu słodyczy, czyli maszkytów – kiedy na Śląsku chce się pomaszkycić, można kupić sobie albo usmażyć kreple (pączki), można też sobie zafundować kołoczek (drożdżówkę). Ale podstawowe maszkyty to oczywiście bombony (to także z niem. Bonbon). Natomiast rodzaje bombonów to nazwy oparte już na polskich podstawach. Najbardziej popularne były zawsze szkloki (czyli landrynki) – nazwa wywodzi się z ich szklanej czy szklistej przezroczystości. Za nimi w kolejce były kopalnioki, czyli ciemne cukierki anyżowe (podobne do węgla), a świetne były też kanoldy (czyli krówko- lub toffipodobne, ciągnące się cukierki). Do maszkytów zalicza się też lukrecyjo i torta (szczególnie istotna na géburtstagu). Tradycyjnie i świątecznie jest też podczas Wielkanocy. Wtedy prezenty – skromniejsze od wigilijnych, składające się właśnie z maszkytów – przynosi dzieciom Zajączek. W Śląskiej kucharce doskonałej (książce wydanej w Katowicach) można znaleźć taki opis Wielkanocy: „Po powrocie do domu stół był ubrany wedle zwyczaju białym obrusem, na którym paradnie ustawione były wszystkie świąteczne potrawy. Był tam pośrodku wieniec wielkanocny posypany makiem, koszyczek kroszonek20 ozdobiony bukszpanem, których liczba dochodziła nieraz do 100 sztuk, szynka gotowana, szynka surowa, boczek wędzony gotowany i inne wędliny domowego wyrobu w postaci kiełbas świeżych i podwędzanych, wątrobianki czyli leberki, parówki czyli oplerki. Był też chrzan, musztarda, masło, a ponadto charakterystyczna dla śląskiej kuchni potrawa zwana na Podbeskidziu murzynem, w opolskim szołdrem, a w okolicach Bytomia i Katowic szczodrem lub sodrem. Nazwa ta pochodzi od słowa szołdra lub szoldre, co w języku używanym w średniowiecznej Polsce oznaczało szynkę. Było to ciasto pieczone w formie niewielkiego chlebka nadziane kiełbasą i upieczone w piekarniku. Poza swą funkcją czysto konsumpcyjną murzyny spełniały również inną funkcję. Stanowiły one wraz z kroszonkami swoistego rodzaju rewanż za mokry dyngus, który w drugi dzień świąt urządzano ku uciesze wszystkich dziewcząt i dzieci.” Bo właśnie na stole wielkanocnym muszą być też różne maszkyty, a przede wszystkim ciasta. Wśród nich przeważają baby i babki oraz kołocze. Kołocz, ciasto pieczone na blasze, najbardziej jednak kojarzy się z inną uroczystością, mianowicie ze ślubem. Narzeczeni chodzą z kołoczem zapraszać gości na wesele, ale też powiadamiać o ślubie np. sąsiadów. Kołocz do tego celu musi być trojakiego rodzaju: z serem, z makiem i z posypką. Każdy odwiedzany dostaje po jednej kostce z każdego rodzaju, więc blach kołocza musi być tym więcej, im więcej ludzi do odwiedzenia. Tyle tu uwag na temat jedzenia, bo żadna impreza, żadne święta bez tego obyć się nie mogą. A na Śląsku siedzenie przy stole, jedzenie i picie musi być okraszone dowcipami. Jedzenie bez dowcipów to tak, jakby jedzenie bez soli i pieprzu. Ale i kultura śląska w dowcipach to bardzo ważny element. Dowcipy, czyli wice, należą do śląskiego folkloru i folklor śląski jest w wicach obecny. Jednym z najistotniejszych i najtrwalszych przejawów tego folkloru jest gwara. Gwara, która może być podstawową tkanką dowcipu, jego tworzywem i bohaterem. Takich dowcipów nie da się w prosty sposób przełożyć na język ogólnopolski. Przekład spowoduje utratę sensu, „smaczku” dowcipu. Dorota Simonides, badaczka folkloru śląskiego, we wstępie do swojego zbioru zatytułowanego Śląskie beranie, czyli humor Górnego Śl Odpowiedz Link
laband Re: jedyn link: 06.11.04, 10:26 Tyle tu uwag na temat jedzenia, bo żadna impreza, żadne święta bez tego obyć się nie mogą. A na Śląsku siedzenie przy stole, jedzenie i picie musi być okraszone dowcipami. Jedzenie bez dowcipów to tak, jakby jedzenie bez soli i pieprzu. Ale i kultura śląska w dowcipach to bardzo ważny element. Dowcipy, czyli wice, należą do śląskiego folkloru i folklor śląski jest w wicach obecny. Jednym z najistotniejszych i najtrwalszych przejawów tego folkloru jest gwara. Gwara, która może być podstawową tkanką dowcipu, jego tworzywem i bohaterem. Takich dowcipów nie da się w prosty sposób przełożyć na język ogólnopolski. Przekład spowoduje utratę sensu, „smaczku” dowcipu. Dorota Simonides, badaczka folkloru śląskiego, we wstępie do swojego zbioru zatytułowanego Śląskie beranie, czyli humor Górnego Śląska cytuje różne mniej lub bardziej serio podane instrukcje opowiadania dowcipów. Jeden z cytowanych przez nią punktów brzmi: „Jeśli się nie zna danej gwary, nie należy opowiadać w niej dowcipów”. To naczelne hasło dla dowcipów językowych. Nie znając gwary, można zgubić całkiem sens dowcipu. Podam kilka rodzajów dowcipów językowych ze Śląska. Na początek takie, które wykorzystują cechy dialektu śląskiego. W dowcipach często elementem głównym jest gwarowa leksyka. Wśród śląskich słów – najczęstszych „bohaterów” wiców – prym wodzi słowo pieron. Wiele o nim napisano. D. Simonides przytacza anegdotę zaświadczającą fakt wielofunkcyjności tego słowa: może ono oznaczać przekleństwo, być wyzwiskiem, ale także pozytywnym określeniem kogoś lubianego, jest składnikiem wielu różnorakich frazeologizmów, jest podstawą dla wielu nowych form słowotwórczych (czasowników: pieronować, pieronić; przymiotników: pieronowy, pieroński; przysłówków: pierońsko; rzeczowników zdrobniałych: pieronek itp.). Ta właśnie wielofunkcyjność wykorzystana została w następującym dowcipie*: – Pieronie jasny, já już z tym pieronem dłużéj nié wytrzymóm – pado21 ráz Antek. – Ale Antek, dyć22 nié przeklinej tak brzydko – pado mu na to Francek. – Mász racja, niéch mie pieron trzaśnie, jak jeszcze ráz zaklna. Wieloznaczność niektórych słów często bywa źródłem dowcipu. W pierwszej części dowcipu pada dany wyraz w jednym znaczeniu, a w części drugiej zostaje użyty w innym. Dowcip staje się jeszcze śmieszniejszy, gdy jedno ze znaczeń mieści się w sferze intymnej. Tak na przykład wyraz zadek ma dwa znaczenia: 1. ‘tył’; 2. ‘tyłek’. Bez znajomości tych znaczeń dowcip nie jest zrozumiały. Ze względu na różne brzmienie leksykalnych odpowiedników słowa zadek w ogólnej polszczyźnie „przetłumaczyć” się go nie da, ogólnopolskich słów tył i tyłek nie można w takim kontekście użyć wymiennie (dowcip przytaczam za D. Simonides): Jechali my autobusem do Mikołowa. Ludzi było tak pełno, że ani knefla23 wsadzić24. Konduktorka miała biéda się przecisnąć, to tak ino25 przez ludzi te bilety sprzedawała. Jak już wszystkim sprzedała, tak zawołała: – A tam w zadku mácie bilety? – A czemu to zaráz w zadku, a nie w kabzie26 – odpedzioł27 jej jeden. W językowych wicach śląskich częste jest wykorzystanie homonimii, czyli identyczności brzmienia wyrazu gwarowego śląskiego z innym wyrazem nieśląskim, z innej odmiany językowej. Tak jest np. w dowcipie, w którym słowem kluczowym jest kara – raz w znaczeniu ogólnopolskim jako ‘środek represyjny za jakieś wykroczenie’, po drugie w znaczeniu gwarowym jako ‘taczki’: Górnik zobáczył kartka z napisem: ‘Jedzenie pod karą wzbronione’. A bardzo mu się chciało jeść, to wzion28 swoja kara, obrócił ją na wiyrch29 i usiádł se na niej. Homonimem dla wyrazu lub formy gwarowej może być również wyraz z innego języka. Takim dowcipem jest wic o Antku w Londynie: Antek stoi na ulicy w Londynie. Podchodzi do niego angielski policjant i pyto: – Polish? A na to Antek: – Nié, potém się zakurza30. W dowcipie została wykorzystana zbieżność brzmienia angielskiego przymiotnika polski wymawianego jako ‘połlisz’ z wymawianym po śląsku (á pochylone w gwarze wymawiane jest jako o) czasownikiem w 2. osobie liczby pojedynczej: palisz. Specyficzność śląskich wiców to także wykorzystanie tkwiących w gwarze Górnego Śląska germanizmów, które bardzo często przez mówiących nie są odbierane jako wyrazy o obcej proweniencji ze względu na swoje silne zakorzenienie w gwarze i przystosowanie do polskiego systemu fleksyjnego, fonetycznego, a nawet często słowotwórczego. Takim klasycznym już dowcipem jest dowcip z serii o Antku i Francku: Przyjecháł Antek z Niemiec i pado: – Fráncek, jakie tam są piékne sklepy, a w tych sklepach jest wszystko i wszystko takie piékne. Chciáł żech sie kupić taki piékny ancug31, ino żech nié wiedziáł, jak jest ancug po niémiecku. Ten dowcip zresztą jest dla śląskiego humoru dość reprezentatywny. Humor śląski bowiem w dużej mierze polega na umiejętności śmiania się Ślązaków z samych siebie. Język – gwara nie jest wszak jedynym folklorystycznym elementem pojawiającym się w dowcipach. Jakie dowcipy zawierają motywy charakterystyczne głównie dla Śląska, przede wszystkim dla Śląska, najczęstsze na Śląsku? Takimi dowcipami są wice o górnikach. Oczywiście znaleźć wśród nich można i takie, których śląskość polega w głównej mierze na wprowadzeniu śląskich realiów. Gdyby nie owe realia, mógłby to być dowcip o dowolnym robotniku w dowolnym innym regionie, np.: Sztajger32 pytá się Francka: – Jak długo byłeś w poprzednim zakładzie? – Pięć lát – odpowiadá Francek. – To bardzo dobrze. A czemuś stamtąd odszedł? – No, to przeca33 proste! Ogłosili amnestiá. Śląskość tego dowcipu polega na gwarowych odpowiedziach Francka oraz wprowadzeniu (nazwaniu) dwóch rozmówców typowych dla Śląska: sztajgra i charakterystycznego bohatera śląskich dowcipów Francka. Poza tym można ten dowcip opowiedzieć polszczyzną ogólną, sztajgra wymienić na kierownika, Francka na Franka i dowcip pozostanie równie śmieszny. Wśród górniczych wiców bywają jednak i takie, w których takiej zamiany dokonać się nie da. Są to dowcipy o wiele silniej osadzone w śląskich realiach: Pyto się Karlik Francika: – Ty, co to jest: chodzi po ścianie i ryczy? – Nie wiem! – No, sztajger! Dodatkowym elementem jest tu kopalniana ściana (czyli jeszcze inaczej pokład węglowy), ściana, której w innym zakładzie umieścić nie można. Specyficzne są na Śląsku dowcipy o małżeństwach, o górnikach i ich babach34. Zanika już powoli zresztą jeden z najbardziej charakterystycznych elementów tych dowcipów (uwidacznianych przed laty w rysunkowych dowcipach w „Dzienniku Zachodnim”: obrazek potężnej, mocno przy kości, z obfitym biustem baby i bardzo malutkiego, chudzieńkiego „chłopecka”. Wspaniałym pastiszem tego motywu była para głównych bohaterów z filmu „Zawrócony” w reżyserii Kazimierza Kutza. Zziajany i skatowany mąż wręcz ginął w obfitościach górnej połowy swej małżonki. Ale nawet już nie tak wielka, jest śląska baba potężna swą władzą i charakterem: – Panie sztajger od tydnia35 przestáłech pić i kurzyć! – Gratuluję, to musi pan mieć żelazną wolę! – Já nie, ale moja baba! Robotnemu36 chłopu („kierymu37 – na dodatek – zawsze się chce” i jego silnej babie przeciwstawiony jest głupi gorol38 (rodem z ogólnoświatowych dowcipów o głupich sąsiadach), których się traktuje gorzej niż cokolwiek innego: – Panie sztajger, na przodku39 sie zawaliło! – A byli tam jakie lud Odpowiedz Link
laband Re: jedyn link: 06.11.04, 10:28 Robotnemu36 chłopu („kierymu37 – na dodatek – zawsze się chce” i jego silnej babie przeciwstawiony jest głupi gorol38 (rodem z ogólnoświatowych dowcipów o głupich sąsiadach), których się traktuje gorzej niż cokolwiek innego: – Panie sztajger, na przodku39 sie zawaliło! – A byli tam jakie ludzie? – Nié! ino tych dwóch goroli. Czy Ślązacy są okrutni? Nie, każda grupa ma swych sąsiadów, których głupotę można wykorzystać, by samemu wypaść lepiej. Takie dowcipy opowiadają Belgowie o Holendrach, Czesi o Polakach, Francuzi o Amerykanach itd. Czy są dowcipniejsi od „niektórych innych”? Pewnie tak, opowiadanie dowcipów mają we krwi, a gwara śląska naprawdę wyjątkowo się nadaje na tworzywo dowcipów. Wiele jest książkowych zbiorów dowcipów. Od zbiorku Józefa Lompy – pierwszego na Śląsku zbieracza folkloru, przez bardzo popularną książeczkę Stanisława Ligonia (wielekroć wznawianą) Bery i bojki śląskie, po najnowsze i najobszerniejsze zbiory Doroty Simonides Śląskie beranie, czyli humor Górnego Śląska, czy też jej opracowania, jak np. Bery to nie tylko gruszki, czyli rzecz o humorze śląskim. W książkach tych zebrane są dowcipy śląskie, opowiadane na Śląsku, przez Ślązaków i po śląsku. Coraz więcej też pojawia się opisów śląskich zwyczajów i obyczajów, słowników gwary śląskiej. Można więc wierzyć, że śląskość nie zaginie. Jolanta Tambor Przypisy 1. czyli wtedy, kiedy ma się lat kilkanaście: 16, 17, 18...; 2. wic – dowcip; 3. ujek – wujek, stryj; 4. pięćdziesięciolecie pożycia małżeńskiego; 5. chachar – łobuz, rozrabiaka; 6. gorzoła – wódka; 7. Wilijo – Wigilia; 8. wieczerza – uroczyście: kolacja; 9. betlejka – szopka; 10. Dzieciątko – popularna nazwa małego Jezusa; 11. antryj – przedpokój; 12. bifyj – kredens, stojący w pokoju lub kuchni mebel (w rodzaju szafy), w którym trzyma się przede wszystkim naczynia; 13. szpyrka – słonina; 14. wieczerzać – jeść kolację; 15. śniodać – jeść śniadanie; 16. maszkycić – jeść dobre rzeczy, przede wszystkim słodycze; 17. wuszt – z niem. Wurst – kiełbasa; 18. krupy – kasza; 19. karminadel – kotlet mielony, siekany; 20. od krasić – malować, zdobić; * W zapisach śląskich dowcipów znak á oznacza głoskę wymawianą jako [o], zaś znak é głoskę wymawianą jako [e] – przyp. red.. 21. padać – mówić; 22. dyć – przecież, wszak; 23. knefel – guzik; 24. wsadzić – włożyć; 25. ino – tylko; 26. kabza – kieszeń; 27. odpedzioł – odpowiedział; 28. wzion – wziął; 29. wiyrch – góra, wierzch; 30. zakurzyć sie – zapalić papierosa; 31. ancug – niem. der Anzug – garnitur; 32. sztajger – sztygar; 33. przeca – przecież; 34. baba – żona, kobieta; 35. tydnia – tygodnia; 36. robotny – pracowity; 37. kiery – który; 38. gorol – ktoś z centralnej Polski, szerzej: nie-Ślązak; 39. przodek – ściana w kopalni. Autorka jest adiunktem w Instytucie Języka Polskiego UŚ oraz wicedyrektorem Szkoły Języka i Kultury Polskiej. Ważniejsze publikacje: Język polskiej prozy fantastyczno-naukowej (Katowice 1989), Fonetyka i fonologia współczesnego języka polskiego (z Danutą Ostaszewską, Warszawa 2000). Odpowiedz Link
laband to tysz som szoudry!!! 06.11.04, 16:56 Szołdry 0,5 kg mąki szklanka mleka 2 dag drożdży łyżka cukru sól 1 jajko łyżka oleju, lub roztopionej margaryny białko do posmarowania ciasta 1/3 szklanki mleka lekko podgrzać, dodać drożdże, łyżkę cukru, rozetrzeć, zostawić w cieple. 25 dag mąki wymieszać z zagotowaną resztą mleka, dokładnie wymieszać, żeby nie było suchych grudek, kiedy mąka przestygnie, dodać roztarte drożdże, wymieszać, oprószyć odrobiną mąki i zostawić do wyrośnięcia. Po 2 – 3 godzinach ciasto najpierw wyrośnie, potem trochę sklęśnie, należy je wyrobić z resztą mąki, jajkiem i tłuszczem. Dobrze wyrobić, posmarować z wierzchu tłuszczem i odstawić do dalszego wyrastania. Rozwałkować na 1 cm, kroić kwadraty, układać na nich wędlinę (boczek, tłustą kiełbasę, wędzonkę), zakleić boki, odstawić do wyrośnięcia, posmarować białkiem, żeby lśniło i wstawić do pieca i piec, aż będą złote. Odpowiedz Link
zygan Re: to tysz som szoudry!!! 06.11.04, 17:58 U nas pełno jest przekleństw 'pierunowych'. 'Pierun' to taki trochę łotrzyk ale w sumie dobry gościu-chwat. Czy u wos no Źlunzgu występuje określenie'pierun nagły'(nogły)? U nas to znaczy,że coś się niespodziewanie sknociło albo że ktoś jest wyjątkowo poderwany(lata zły jak szalony). Odpowiedz Link
laband Re: to tysz som szoudry!!! 06.11.04, 18:25 znom to ale wiyncyj sie godo "jasny pieron", "pierona kandego", pieronski kopidole to znosz od Gustlika chyba! Proponuja Ci posznupac za pochodzyniym tego suowa - dosc ciekawe! Odpowiedz Link
zygan Re: to tysz som szoudry!!! 06.11.04, 18:44 No,rzeczywiście obiło mi się co nieco o uszy. 'Pierun jasny' jest i u nas bardzo popularny. Także;'a niech to pierun jasny trzaśnie!' W ogóle 'ty pierunie jedyn' jest na porządku dziennym... Ciekawe czy gdzie indziej (oprócz Śląska i radomskiego) też tak jest? Odpowiedz Link
horwadth Re: co to jest szołdra? 09.11.04, 10:38 szołdra to jest wysrany przez nas laband. mówi ci co zdradziecka małpo:'ten to takie gówno nasrane? Odpowiedz Link
ciupazka Re: Sołdra z Frydmana 26.11.04, 21:46 Sołdra z Frydmana Niewielki zakład masarski z Frydmana uzyskał ostatnio krajowe nagrody na konkursach rolniczych za tradycyjną szynkę z kością o lokalnej nazwie sołdra. Metodę produkcji tłumaczy właściciel zakłady Franciszek Organiściak: Cała tylna noga wieprzowa z kością, nawet i 7 – 8 kilogramów wagi, musi się peklować przez co najmniej trzy tygodnie. W sołdrach zostawia się warstwę tłuszczu, bo dzięki niemu mięso nie wysycha, nie wycieka z niego sok. Z dodatków stosuje się tylko czosnek, sól, pieprz. Wypeklowaną szynkę trzeba zawiesić, żeby woda ściekła, a mięso obeschło. Na koniec wyroby są wędzone przez trzy godziny w dymie w klasycznej wędzarni z paleniskiem na liściaste drzewo bez żywicy – buk, olchę, wiśnię, grab. Gotowa szynka, ale też boczek, kiełbasa, kabanosy muszą być trochę „skopciałe”, pachnące dymem. Przygotowanie sołdry wymaga sporej praktyki, niewprawnie wykonany produkt łatwo traci spoistość. Odpowiedz Link