sze
16.11.02, 21:20
Padło już na tym forum pytanie, czy ratować języki martwe. Pytanie jest
ciekawe, ale ciekawsze jest chyba zagadnienie, co robić z językami właśnie
ginącymi. Takimi, którymi mówi na przykład kilkaset osób, albo wręcz
kilkanaście czy kilka i wiadomo, że za 50 lat nikt już nimi mówić nie będzie.
Często słychać bicie na alarm i wezwania, by za wszelką cenę ratować to
ginące dziedzictwo ludzkości, różnorodność cywilizacyjną człowieka i bogactwo
jego wytworów.
Ale ja co do tego wcale nie jestem przekonany. Uważam, że jednym, co na pewno
warto, to jak najlepiej poznawać, opisywać i dokumentować te języki, by
obecni i przyszli uczeni mieli materiał do badań porównawczych. Języki ginęły
w przeszłości, powstawały nowe, stąd mamy dzisiaj tę różnorodność. Nie ma
śladu po tysiącach języków, po kilkudziesięciu albo kilkuset z nich są tylko
pozostałości w postaci kilku wyrytych w czymś napisów, często nie do
odczytania dzisiaj. Czy ponosimy jakąś szkodę przez to, że nikt na przykład
nie mówi dziś językiem piktyjskim? Nie sądzę. Znacznie większą, że nic o tym
języku nie wiemy, prócz tego, że istniał.
Poza tym światu przydałaby się mała unifikacja językowa. Po co nam sześć
tysięcy języków? Tysiąc najzupełniej wystarczy. Może nawet setka. Co nam
praktycznego po języku, którym mówi jedna wioska w buszu? Jeśli ten język
udokumentować i zachować dla przyszłych pokoleń, to niech sobie ginie, a jego
użytkownicy niech przechodzą na coś, co im nie sprawi trudności w edukacji i
awansie cywilizacyjnym.
Co sądzicie?