Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych?

11.07.06, 15:54
Bedac kilka lat za granica i w przeszlosci nauczycielem, mam kilka gorzkich
uwag na ten temat.
Po pierwsze - modna obecnie metoda komunikacyjna nie zdaje egzaminu. Ludzie,
ktorzy przyjezdzaja do Anglii po liceum (nieraz z mocna czworka na
swiadectwie) najczesciej radza sobie w typowych sytuacjach, gdzie trzeba
uzywac gortowych struktur, zapamietanych ze scenek, gorzej jest natromiast z
tworzeniem samodzielnych wypowiedzi. Skonstruowanie monologu ponadminutowego
top zadanie nie na sily naszego maturszysty.
Po drugie - tesknie za czasami, gdy slowka w podrecznikach byly wypisane pod
tekstem w postaci "gotowca" od opanowania. dzis slowek uczy sie kontekstowo,
straszac co chwile: "Alez nie zawsze mozna tak powiedziec" i nie tlumaczac
wcale, kiedy mozna a kiedy nie. Brak rowniez zamiennikow do poszczegolnych
konstrukcji lub wyrazen, co powoduje, ze powtarza sie w kolko "What a pity" i
nikomu nie przyjdzie do glowy ze tak samo zachowuje sie "What a shame", ze
attendre czesto mnozna zastapic aller voir itp. Uczy sie schematyzmu,
wychodzac z zalozenia,m ze najprostsze - najlepsze. Niestety, nie zawsze.
Tu wylania sie "po trzecie" - moda na pomijanie w podrecznikach regularnych
kursow gramatyki, jak to drzewiej bywalo i zastepowaniem ich kilkoma nic nie
mowiacymi tabelkami, po ktorych uczen/student ma czuc, ze opanowal dana
strukture (celuja w tym Headway i Cafe Creme). Najczesciej zreszta
zobrazowane sa wylacznie sytuacje typowe i zaden autor nie sili sie na
wyjasnianiu, ze wlasnie od tej reguly jest wyjatek (bardzo czesto mozna to
spotkac w konstrukcjach typu subjonctif: Je crois, qu'il vient ale: je ne
crois pas qu'il vienne). Naprawde rzadko ktora ksiazka zawraca sonie glowe
takimi "duperelami". Oczywiscie, posejscie rodem z lat siedemdziesiatych,
kiedy opanowanie trzeciego trybu warunkowego, future perfect continuos czy
Koniunktiv 2 w przypadku czasownikow rozdzielnie zlowonych (wenn ich
aufstuende...) gwarantowal zdanie matury.Ale mowcie co chcecie, uczen sa
tamtych czasow mial wrazenie bogactwa jezyka, ktorego sie uczy.
Tu dochodzimy do "po czwarte" czyli cwiczen. Wielu nauczycieli pomija
cwiczenia automatyzujace (dryle) uwazajac je za zmudne i nudne i przechodzi
od razu do cwiczen strukturalnych i (o zgrozo) tlumaczeniowych. Zgoda, mozna
sie nauczyc plywac w kamieniolomach w Strzelinie, gdzie woda zaraz przy
brzegu ma glebokosc 100 m, tylko po jaka cholere? Brak czasu jest tu
najbardziej idiotycznym wytlumaczeniem. Oczywiscie, pamietam, co zezarlo kurs
Candlina, tak mozdy w Polsce w latach 60. - nuda, nuda, nuda... Dobry
nauczyciel potrafi jednak rozwiazac sprawe cwiczen automatyzujacych w ciekawy
i nierzadko tworczy sposob, wierzcie.
Kolejne, po piate chyba, dotyczyc bedzie fonetyki. Zgodam powszechnosc
kultury angloamerykanskiej sprawie, ze jestesmy osluchani lepiej niz kiedys,
co w prosty sposob przeklada sie na nasza wymowe. Ale nie do konca -
zwlaszcza, ze nauczycielke wydaja sie tym uspokojeni. Przeprowadzilem
dziesiatki rozmow z mlodymi ludzmi i zaden (sic!) nie powiedzial, ze jego
nauczyciel przeprowadzal rozgrzewke fonetyczna przed lekcja lub stosowal
dryle fonetyczne. A przeciez w sytuacji, gdy uczen zdany jest na jeden typ
wymowy, ma to kapitalne znaczenie. Ciwekawe, ze czesto uczniowie bardziej
zdaja sobie spreawe z koniecznosci poprawnej wymowy (bo przyciez na tym
poziomie stykaja sie z jezykiem najczesciej i na tym samym poziomie don
zniechecaja) niz nauczyciele lekcewazacy problem.
Ci, a takze rodzice drogo nieraz placacy za dodatkowe lekcje (po cholere?)
Dobrze zorganizowana szkola powinna wystarczyc) uspokojeni sa tym, ze uczen
ma dobry, angielski podrecznik. I tu dochodzimy do "szostego" jakiejs
oblakanczej, szalenczej mody na podreczniki pisane przez nativow, jakby to
mialo zagwarantowac jakis sukces. Tymczasem taki podrecznik powoduje, ze juz
od poczatku odcina sie ucznia od samodzielnej pracy, bo on sie takiego
podrecznika boi, zwlaszcza przy odrabianiu pracy domowej. Obce srodowisko,
natlok dziwnych rysunkow (kolejna modna schiza czyli design), brzk
zyczliwego, uspokajajacego komentarza tylko rodzi fobie.
Ufff, to tylko przyczynek. Dalej Wy!
    • pam75 Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 11.07.06, 22:17
      Poruszyłeś bliski Ci temat, gdyż – jak piszesz – znasz go z własnej praktyki
      nauczycielskiej. Osobiście uczyłem się dwóch języków obcych, ale nie mogę nic
      powiedzieć o subtelnych różnicach w metodach ich nauczania, bo zetknąłem się
      tylko z tymi, które stosowano w mojej edukacji.. Tak jest prawdopodobnie z
      większością mówiących jako tako, po nauce języka obcego w szkole, którzy nie
      zostali zawodowymi filologami metodykami. Wydaje ni się, że ten wątek snułby
      się bardziej efektywnie na forum języków obcych. Z własnej praktyki językowej
      mogę tylko potwierdzić, że początkowo monolog jednominutowy sprawiał spory
      kłopot, ale po kilkutygodniowym przymusie stosowania języka w praktyce – już
      nie.
    • klymenystra Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 12.07.06, 15:54
      zgadzam sie z Toba wrecz bardzosmile
      to, co teraz panuje, to metoda "komunikatywna"-de facto-odtwarzanie gotowcow z
      pamieci. po cholere w takim razie Chomsky czy kto tam meczyl sie nad GGT?
      prym w takim zaniedbywaniu wioda, niestety, anglisci. ucze sie tego jezyka od
      niepamietnych czasow, ale tylko metoda rodem z podrecznikow pre-intermediate i
      dalej go nie umiem. slowka, jesli sie pojawialy, to raczej nie byly segregowane
      tematycznie, wyjete z tesktow, nigdy nie wiedzialam, kiedy moge ich uzyc, a
      kiedy nie. ogolny chaos.
      uczniowie, dla ktorych angielski jest pierwszym jezykiem obcym przyzwyczajaja
      sie do tego i potem nie sposob, zeby nauczyli sie innego jezyka inna metoda.
      przyklad- moi dwaj uczniowie. chlopaki inteligentne, naucza sie zwrotu, slowka
      czy odmiany, ale jesli pojawi sie on (ono, ona) w innym kontekscie- nie potrafia
      ani go przetlumaczyc, ani uzyc.
      co gorsza- ze szkol wyganiana jest gramatyka polska, trudno mi wiec uczyc ich
      konstrukcji (podstawowej! czyli GS+GV+COD+COI+CC), bo oni z trudem uswiadamiaja
      sobie, czym jest dopelnienie blizsze. efekt- rekcja czasownika jest dla nich
      niezrozumiala.
      fonetyka? ech...klade duzy nacisk na wymowe (moje romanistki tez kladly-
      anglistki juz niestety nie) i nie mam zamiaru byc kolejnym
      nauczycielem-powielaczem schematu "akcentow trzeba sie nauczyc"- czy to takie
      trudne powiedziec uczniom, ze accent grave raczej nie wystepuje w pierwszej
      sylabie (a jesli juz, to im o tym powiem), ze accent grave czyta sie jak e
      otwarte, aigu jak zamkniete, grave nie wystapi w sylabie zamknietej, aigu w
      otwartej? nie ma potrzeby wnikac dalej, takie cos juz ulatwia sprawe.
      za to podreczniki utrudniaja. w niewielu sa elementy fonetyki (ja ucze z
      takiego, gdzie, na szczescie, sie pojawiaja).
      o gramatyce juz nie wspomne. methode to powinna byc methode, a tu nauczyciel
      musi sie bardzo wysilac, zeby uzupelnic podrecznik. a rczej- to podrecznik
      uzupelnia kserowki i informacje przyniesione przez nauczyciela. methode...
      itd itp, uczniowie nie potrafia korzystac, ze slownika, musialam ich nauczyc, ze
      "droga Aniu" to nie bedzie "Chemin Anna"...a angielskiego ucza sie juz dlugo.

      niestety-dla wiekszosci uczacych sie jezyk sluzy tylko do komunikacji i to w
      sytuacjach podstawowych.

      ech, nawet nasz podrecznik do portuguesa (filologia!!!), mimo ze ma mnostwo
      gramatyki, wyrazen idiomatycznych itp, to ma wiele bledow. przykladowo-
      wprowadza jedna strukture zalozmy w uniadade 13, w w 18 wprowadza inna, ale nikt
      juz nie napomknie, ze sa one wymienne. zero sistematizacao.
      tylko dlatego, ze studiuje filologie, jestem w stanie na zajeciach z
      katalonskiego wypytywac o rozne dziwne rzeczy (wrecz z pogranicza historycznej),
      byleby tylko jezyk stal sie w mych rekach tworzywem, nie sztywna masa.

      wybaczcie chaos, to przez ten upal, a poza tym do kwestii mam osobisty stosunek,
      bo juz od dawna mnie zastanawia i meczy smile
      • kicior99 Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 12.07.06, 17:45
        pod tym wzgledem podreczniki do finskiego zawsze byly OK i nie bylo w nich
        balaganu (nie wiem jak to Finowie robia, ale oni za zawsze naturalnie
        uporzadkowani, nie na wzor niwemiecki, ale z wiekszym wdziekiem). Co do
        zrzycania na anglistow - chyba tylko dlatego ze jest ich najwiecej. Czy
        germanista i romanista ogladaja sie na eusycystow i anglistow? Inny jezyk, inna
        metodyka, przeciez nie bede tlumaczyl oczywistych rzeczy. W zyciu nauczalem 3
        jezykow (plus bedac na 2 roku fil. finskiej prowadzilem cwiczenia strukturalne
        z pierwszym) i do kazdego zabieralem sie inaczej znajac jego specyfike. Co do
        struktur - najpierw do znudzenie powinno poanowac sie S+V+COD, dopiero pozniej
        wpadac na glebokie wody konstrukcji atrybutywnych. Tymczasem owa metoda
        komunikacyjna (excusez le mot) rozpierdala caly zamysl metodyczny, lapiac co
        sie da pod potrzeby chwili. Uczen ma pozniej wrazenie sieczki w mozgu... to
        tyle ad vocem, wiecej - pozniej, bo za goraco.
        • klymenystra Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 12.07.06, 18:29
          jasne- inny jezyk, inna metodyka. problem w tym, ze uczen tego nie rozumie. i
          chce sie uczyc francuskiego metodami anglistycznymi, ktorym chyba brak wszelkiej
          metody. anglistow jest najwiecej-prawda. ale spotkalam w moim zyciu moze 2
          anglistow, ktorzy uczli tego jezyka z powolania- i ich metody byly racjonalne.
          cala reszta- bez komentarza..
          jasne, ze sn+sv+cod to jest podstawa i nawet to trudno wytlumaczyc. ale
          pojawiaja sie tez czasowniki, ktorych rekcja ma COI i to trzeba zaznaczyc.
          szczegolnie, kiedy zdanie jest dluzsze...
          • randybvain Co to jest te sn sv, cod? 12.07.06, 18:34
            Bo sie zamieszalem.
            • stefan4 Re: Co to jest te sn sv, cod? 12.07.06, 18:42
              randybvain:
              > Co to jest te sn sv, cod?
              > Bo sie zamieszalem.

              Jeszcze było ,,GS+GV+COD+COI+CC'' w poprzednim poście. Klymenystra szyfruje.

              ,,Ja baran, ja baran, wołam owcę! Ba+ran+ko+za+ku+ra+knur. Jak mnie czytasz?
              Odbiór.''

              - Stefan

              www.ipipan.gda.pl/~stefan/Irak
              • klymenystra Re: Co to jest te sn sv, cod? 12.07.06, 19:03
                smile
                gv to groupe verbal (powinno byc SV- czyli syntagme verbal- pardon)- to jest
                grupa czasownika- wchodzi (w sv) czasonik posilkowy, czas, osoba itd. gn to
                groupe nominal (syntagme nominal) czyli determinant, rodzaj, liczba itd. cod to
                dopelnienie blizsze, coi- dalsze (complement d`objet direct, indirect), cc to
                okolicznik (complement circonstantiel).
                ten szyfr to budowa francuskiego zdania modelowego smile

                --le ciel est bleu mais personne n`en profite--

                Nakarm głodne dziecko
                • randybvain Re: Co to jest te sn sv, cod? 15.07.06, 14:39
                  dzieki
                  • klymenystra Re: Co to jest te sn sv, cod? 15.07.06, 16:14
                    prosze smile
      • babcia.vveatherwax Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 20.07.06, 22:30
        > co gorsza- ze szkol wyganiana jest gramatyka polska, trudno mi wiec uczyc ich
        > konstrukcji (podstawowej! czyli GS+GV+COD+COI+CC), bo oni z trudem uswiadamiaja
        > sobie, czym jest dopelnienie blizsze. efekt- rekcja czasownika jest dla nich
        > niezrozumiala.

        Otóż to: skoro studentom I roku muszę wyjaśniać, co to jest dopełnienie bliższe,
        a problem z zamianą strony czynnej na bierną mają w języku polskim, to jak ja
        mam uczyć ich tego samego w języku, z którym stykają się po raz pierwszy?
    • stefan4 Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 12.07.06, 18:34
      kicior99:
      > Bedac kilka lat za granica i w przeszlosci nauczycielem, mam kilka gorzkich
      > uwag na ten temat.

      Ponieważ to jest forum ogólne a nie nauczycielskie, więc pozwolę sobie zapytać o
      rzeczy, na których się nie znam. Nie mam mianowicie doświadczenia z nauczaniem
      obcych języków (z wyjątkiem jezyków programowania).

      Czy Twoim problemem, Kiciorze, jest to, że nie masz dobrych podręczników z
      gramatyką i fonetyką do dyspozycji? Czy nie możesz ich nauczać bez
      podręczników? Czy może dzisiejsi uczniowie mają takiego hopsa, że odmawiają
      kucia słówek?

      Dla mnie jest dość jasne, że jak się dorosły próbuje nauczyć obcego języka bez
      gramatyki i słówek, to nauka będzie trwała wieki a wyniki będą słabiutkie
      (dzieci podobno mają inaczej, łapią język z powietrza, ale ja się na tym nie
      znam, bo dawno już nie jestem dzieckiem). Ale co Ci przeszkadza uwzględniać ten
      fakt w nauczaniu? Czy ten wątek założyłeś, żeby poskarżyć się na
      niewystarczającą infrastrukturę (brak sensownych podręczników), czy też na silny
      prąd mody, przeciwko któremu nie dajesz rady płynąć?

      - Stefan

      www.ipipan.gda.pl/~stefan/Irak
      • kicior99 Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 13.07.06, 16:48
        Nie jestem juz czynnym nauczycielem, czasem spelnie prosbe przyjaciol i
        poprowadze kilka lekcji. To co napisalem jest raczej pewna retrospekcja,
        szukaniem winnych tago, ze za angioelszczyzne przyjezdzajacych na Wyspy mlodych
        Polakow trzeba sie wstydzic, zwlaszcza tych po maturze. Szukam kozla ofiarnego
        po prostu =)
    • randybvain Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 12.07.06, 18:38
      Dawalem kiedys korepetycje z angielskiego i bylem zdumiony, ze w liceum byli na
      poziomie malowania obrazkow i uzupelniania literek...

      Powiem jedno: mlodzi ludzie po szkole, jacy pracuja w okolicy potrafia sie
      poslugiwac jedynie present tense, czasowniki nieregularne totalna abstrakcja,
      perfect to juz w ogole kosmos, a zdania warunkowe to poza kosmosem. Ale ogolnie
      dobrze im idzie.

      Najgorzej maja Callanowcy: zero zrozumienia i inwencji, a podobno Callan nie
      jest taki zly.
      • chomskybornagain1 Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 13.07.06, 12:44
        czytac czytac czytac, byle tylko nie bylo wiecej niz kilka nowych slow na
        stronie i nie mniej niz jedno na dwie strony. niczym sie nie przyejomowac tylko
        czytac.
        no i sluchac tez
      • josip_broz_tito Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 13.07.06, 13:13
        Mówią że w Rosji jest dobry poziom nauczania języków obcych. Owszem,
        podręczniki mają w starym dobrym stylu, usystematyzowane, z pięknie podaną
        gramatyką, objaśnieniami, pleple.

        Tylko że jak w mojej robocie dają mi rosyjski arkusz z tłumaczeniami wyrażeń
        lub zdań na angielski to mi ręce opadają. Słówka słówkami, ale zero gramatyki
        (It isnt' get me interested albo konstrukcje warunkowe tak dziwne że nie wiem).
        I to podobno ludzie po studiach te tłumaczenia robią. Więc wszędzie chyba tak
        jest.

        Nie wiem z czego to wynika, w Polsce jest jeszcze gorzej, mam dwoje uczniów -
        jedno skończyło szkołę starej daty, drugie nowej (gimnazjum). Jednemu można
        wytłumaczyć w miarę językoznawczo (wiadomo, bez terminów skomplikowanych ale i
        z odwołaniami do porównań z polskim i trochę do historii, etc.) drugie tylko
        rozdziawia japę, bo nie wie o czym mowa. Dopełnienia bliższego od dalszego też
        nie odróznia, a jak powiedziałem coś o stronie biernej to musiałem potem 10
        minut tłumaczyć co to uncertain

        Pomijając już fakt że ludzie na I roku studiów - filologicznych było nie było -
        nie znali nazw polskich przypadków. To jak się mają obcego języka dobrze
        nauczyć.
        • kicior99 Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 13.07.06, 16:51
          Zgadza sie, apotykam Rosjan po anglistyce i jestem zdumiony ich niskim
          poziomem. Mialem tez okazje obejrzec skrypty dla anglistow wydane przez
          uniwersytet w Wilnie - angielski, jak tam zastalem, byl na poziomie lat 60 i
          zadnego pomyslu na jego nauczanie. Rosjanie sa dobrzy na poziomie podstawowym,
          dalej chyba juz nie za bardzo.
      • kicior99 Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 13.07.06, 16:49
        Callan jest dla tych, ktorzy nie oczekuja zbyt wiele - podstawowego zrozumienia.
        • randybvain Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 15.07.06, 14:41
          Nie, ale z tego co wiem o Callanie, to mowi sie tam dosyc szybko, wiec pod tym
          wzgledem Callanowcy powinni byc dobrzy i nie miec problemow z mowa, a tymczasem
          moi znajomi malo co rozumieja ze zwyczajnej gloucestershirskiej gwary:^)
          • kicior99 Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 15.07.06, 15:59
            poza tym Calan nie uczy transformacji strukturalnych. A co do akcentu - kazda
            metoda podpada pod przyslowie "przy jednej dziurze to i kot zdechnie".
            • a_gneskka Re: Jak nasze szkoly ucza jezykow obcych? 21.07.06, 03:07
              Jak uczą? Chyba sporo zależy też od nauczyciela. Moja nauczycielka angielskiego
              w liceum zwykła przeprowadzać sprawdziany następująco: w jednej kolumnie wyrazy
              angielskie, w drugiej mieliśmy napisać ich polskie znaczenie. Albo tłumaczenie
              zdań dla sprawdzenia opanowania gramatyki . Natomiast będąca w podobnym wieku
              profesor francuskiego tworzyła teksty z lukami. I właśnie to nawet dla głupiej
              językowo licealistki było logiczne i normalne. POdobnie ćwiczenia gramatyczne, z
              francuskiego otrzymywaliśmy dużo kserówek z prostymi ćwiczeniami
              automatyzującymi, angielski - tylko to, co w książce i w ćwiczeniach. Pójście na
              łatwiznę. Fonetyką nie zajmował się niestety nikt.

              Ale najgorsze podejście miała na studiach (romanistyka) profesor od włoskiego.
              Zgoda, musieliśmy się nauczyć szybko, ale nie w takim tempie, że jak ktoś nie
              był na 2 zajęciach (w tygodniu były 3), to pojęcia nie miał o czym się mówi.
              Pani profesor była z gatunku tych co to jedną ręką piszą a drugą ścierają, a od
              poczatku nauki jedyną formą ćwiczenia gramatyki było tłumaczenie coraz bardziej
              skomplikowanych zdań. Po pół roku zastąpiła ją native speaker nie umiejąca
              przekazać najprostszej wiedzy gramatycznej. A potem native, który uznał, ze my
              już wszystko umiemy i przez prawie 2 lata robiliśmy tylko tłumaczenia. Jak one
              mogły wyglądać - wyobraźcie sobie...

              Zresztą, nauczanie języka na romanistyce też pozostwawia dużo do życzenia, a
              praktyka pisania prac magisterskich w takiej formie jak to istnieje obecnie to
              czysty absurd jest.
              • jottka nowienc 21.07.06, 15:37
                ja sie moze jako była uczennica wypowiem, bo raz w życiu przynajmniej miałam do
                czynienia z nauczycielką obcego narzecza przez duże ensmile w liceum

                chodzi o niemiecki, pani prof była niemką (ale osiadłą w naszym kraju, po polsku
                mówiła niemal jak tubylka), ale z zawodu wyuczonego śpiewaczkąsmile pierwsza klasa
                to były w kółko upiorne powtarzanki fonetyczne (typu szedł sasza suchą szosą),
                tylko po niemiecku oraz piosenki (kanony, piosnki ludowe, zwykłe, chóralne i
                nie, oszaleć można było) - w efekcie kwestia akcentu rozwiązała sie sama nawet
                dla najoporniejszych, acz wówczas nie zauważyliśmy, że sie go uczymy w różnych
                wersjachsmile - takoż recytowaliśmy wierszyki z pamięci oraz wystawialiśmy
                mini-spektakle. aha, i troche też uczyliśmy sie dialektów, z tym że też w wersji
                piosenkowej, dla orientacji, żebyśmy nie padli ze zdumienia, jak sie przy nas
                ktoś plattem odezwie

                pani w ogóle była taką więcej natchnioną pedagożką i różne sztuczki stosowała,
                tyle że ofiary dostrzegły po latach, że zostały podstępnie nauczone języka -
                wszyscy po maturze spokojnie kląskaliśmy z niemcami i poruszaliśmy sie bez
                problemu w krajach niemieckojęzycznych

                ale gramatyka też była (błyskawiczne przepytywania na początku lekcji z odmiany
                czasowników nieregularnych albo przymiotników z rzeczownikami, oj), i ćwiczenia
                przekładowe z zakazem korzystania ze słownikówsmile z kontekstu trzeba było kombinować

                a potem dopiero sie okazało, że nie wszyscy tacy genialni i miałam poważne
                problemy ze znalezieniem lektorów, którzy by porządnie uczyli języków, chlip
                • klymenystra Re: nowienc 21.07.06, 22:54
                  wow, pozazdroscic smile)))))
                  • jottka Re: nowienc 22.07.06, 12:50
                    w koledżu języków obcych ujotu (bo ty chyba jesteś też tutejsza?smile jest taki
                    jeden więcej genialny germanista i czynny lektor, dr dzida, ale on uczy języka
                    siłą osobowości, że tak powiemsmile wszyscy sie go szalenie boją i w związku z tym
                    grzecznie uczą, ale nie ma pytania, na które pan dr nie odpowie, choć metody ma
                    raczej tradycyjne

                    z wyjątkiem niezapowiadanych kartkówek na dzień dobry co drugie zajęcia, to
                    faktycznie stresuje człowiekasad
                    • independent-girl Re: nowienc 23.07.06, 12:47
                      Czytam Wasze posty i się z większością zgadzam. Istotnie nauka w szkołach
                      wyląda tak jak zostało to przedstawione w tym wątku. Nurtują mnie jednak dwie
                      rzeczy. Pierwsza, nawiązując do postu autora wątku, który wspomina o metodach
                      sprzed 30-40 lat, wiersze na pamięć. Otóż styczność z nauką języka obcego mam
                      od 12 roku życia i przeszłam przez niejednego anglistę, rusycystów też miałam
                      kilku, dwóch ukrainistów i jedną -póki co - nauczycielkę j.hiszpańskiego. I
                      część z tych nauczycieli, szczególnie Ci starszego pokolenia, wiecznie
                      powtarzają,że wiersze na pamięć to najlepsza metoda nauki. Że jak oni byli
                      młodzi, studiowali rusycystykę, anglistykę czy ukrainistykę, to uczyli się
                      baaardzo dużo wierszy,a teraz młodzież nic się nie uczy i ma problemy z
                      przyswajaniem gramatyki czy słownictwa. Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
                      Ja przyznaję, przeklinam naukę wierszy, przez całą szkołę średnią uczyłam się
                      może pięciu łącznie...ale przyznaję też,że jest mi wstyd jak moja babcia,ur. w
                      1933 roku, z pamięci cytuje Mickiewicza, Słowackiego,Różewicza, Baczyńskiego
                      etc. A ja tylko kiwam głową i co któryś wers gdzieś mi się przypomni. Jednak
                      czy to jest metoda na naukę języka obcego?
                      I druga sprawa, która mnie nurtuje. Czas naucznia. Tutaj akurat bardziej
                      nawiązuję do studiów niż do szkoły,gdzie mamy jednostki czterdziesto pięcio
                      minutowe. Na studiach to jest 90 min.I nie wspomnę o godzinach tych zajęć -
                      royjski czy Łacinę na I roku miałam od 18:30 do 20:00. Tego samego dnia zajęcia
                      o 8 rano z kilkoma okienkami po drodze. Prawdę pisząc szłam jak na ścięcie na
                      te zajęcia, co kilka minut patrzyłam na zegarek czy minął chociaż kolejny
                      kwadrans,a tu dopiero 3-4 min. Katorga. No i bardzo malo oddawanych wypracowań,
                      tłumaczeń, mało kolokwiów,a jak już oddane to poprawione otrzymywałam po
                      miesiący i jeszcze później (to nie dotyczy wszystkich oczywiście). A w końcu
                      muszę wiedzieć w czym bląd zrobiłam,zeby go nie powielać. Wracając do czasu
                      zajęć. W październiku rozpoczęłam drugi kierunek,gdzie lektoraty języków obcych
                      są 3 razy w tygodniu po 45 min. I jest to świetne rozwiązanie wg mnie.
                      Dodatkowo częste kartkówki, które zmuszają nas do pracy w domu, przyswojenia
                      słownictwa, poznanych zasad gramatyki i wspólne sprawdzanie pracy domowej z
                      lektorką. I to 45 min mija jak z bicza strzelił. Nie mam zbyt dużo jednorazowo
                      nawrzucane do głowy, dzięki czemu nie czuję się znużona zajęciami.
                      Eh...chciałam jeszcze coś dodać,ale musze iść, więc skończe narazie na tym. smile
                      Pozdrawiam smile
                      • klymenystra Re: nowienc 23.07.06, 23:27
                        po pierwsze primo: zgadzam, sie wiersze sa swietna metoda. w jezyku ojczystym-
                        bo cwicza pamiec, w jezyku obcym- (oprocz pamieci) pomagaja zapamietac wymowe,
                        slowka i jeszcze automatyzuja skladnie.
                        po drugie primo: 45 godzin to za malo, zeby sie nauczyc dobrze jezyka. po 45
                        minutach czlowiek dopiero zaczyna sie rozkrecac, wdrazac. 45 minut to jak lekcja
                        w podstawowce, czy liceum- ilez przez te trzy kwadranse mozna zrobic?
                        • jottka Re: nowienc 25.07.06, 14:32
                          nooo, wierszyki na pamięć (czy nawet wystawianie bajek plus minus proząsmile
                          bardzo dobrą mantrą, bo przede wszystkim wymuszają poprawną wymowę - jak źle
                          zaakcentujesz, rytm i rym nie wyjdzie za choleręsmile

                          a co do długości i efektywności zajęć, to to chyba przede wszystkim od
                          prowadzącego zależy - no i od liczebności grupy. przy założeniu, że trzeba
                          omówić zadanie domowe, porozmawiać z każdym delikwentem, zrobić np. kartkówkę,
                          zrobić jakiś nowy tekst, ćwiczenia itepe, to te 3 kwadranse to ciut mało, jak na
                          standardowe kilkanaście osób.
                          • independent-girl Re: nowienc 25.07.06, 14:40
                            Zgodzę się,że 3 x 45 min to mało, ale z kolei bloki 1,5 h to się straaasznie
                            długo ciągną. Może być np każdego dnia po 45 min albo po godzinie zegarowej,
                            kiedy umysł jest mniej zmęczony i lepiej chłonie. I przede wszystkim
                            zmniejszenie liczebności grup. Na pierwszym roku było nas 25 osób, teraz - na
                            trzecim - zostało nas 14, zuuuupelnie inaczej mijają zajęcia i ma się w nich
                            większy udział,co jest bardz odczuwalne smile
                            • jottka Re: nowienc 25.07.06, 14:47
                              independent-girl napisała:

                              > Zgodzę się,że 3 x 45 min to mało, ale z kolei bloki 1,5 h to się straaasznie
                              długo ciągną.


                              wyraźnie masz albo zbyt nudnych, albo zbyt łagodnych lektorówsmile
                              • independent-girl Re: nowienc 25.07.06, 15:21
                                Coś w tym jest...ale niestety ja nie mam na to wpływu. Jedyny wpływ miałam w
                                wyborze uczelni, mogłam inną,ale to wcale nie oznaczałoby,że lepszą...
Pełna wersja