kornel-1
12.02.09, 11:24
Dzisiejsze ekwilibrystyczne popisy redakcji Gazety z satelitami:
wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,6263033,Dwie_satelity_zderzyly_sie_na_orbicie.html
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=374&w=91231064
zwróciły moja uwagę na kilkudziesięcioelementowy zbiór słów, które przybierają
rodzaj męski lub żeński. Oto niepełna lista:
biedaczyna, burczymucha, chwalipięta, ciamajda, ciapa, ciućma, ciura, fachura,
fajtłapa, gaduła, jąkała, kuchta, kuternoga, kutwa, łajza, łachudra, łazęga,
niecnota, niedojda, niezdara, niezguła, oferma, przybłęda, równiacha,
safanduła, samochwała, skarżypyta, sknera, zakała, znajda, zawalidroga, zrzęda
Jak widać prawie wszystkie określenia mają zabarwienie pejoratywne (może z
wyjątkiem: fachura, równiacha).
1. Dlaczego tak jest w języku polskim?
Są podobne słowa woziwoda, wojewoda, ale one nie mają negatywnego zabarwienia.
I RÓWNOCZEŚNIE nie mają formy żeńskiej.
2. Rozumiem, że używanie dwóch form: męskiej i żeńskiej wynikło z życiowych
obserwacji: takie osoby znajdują się wśród kobiet i mężczyzn. Ale mam pytanie:
która forma jest starsza? Zaczęło się od Adama czy Ewy?
3. Jest również grupa słów podobnych, typu: dziadyga, chłopczyna, aktorzyna,
szlachciura, która w słowniku www.sjp.pl/ nie ma formy żeńskiej. Czy
rzeczywiście? Nie mówi się "ta dziadyga, aktorzyna"?
Kornel