andzia-nie-ania
10.11.05, 22:43
Cos Wam opowiem - cos co wlasnie mi sie przydarzylo.
Najpierw kontekst : mieszkamy od ponad 10 lat w sredniej wielkosci miescie na
poludniu Francji.
Przewaznie zabudowa willowa, ale tez jedno cité dosyc z wiezowcami, dosyc
niespokojne. Nasze bezposrednie sasiedztwo to : czesciowo niewielkie 2-3
pietrowe hlm-y, ale wiekszosc to prywatne domki - szeregowce, lub z malym
ogrodkiem. Wszystko zrobione tak, zeby wymieszac jak najbardziej populacje -
mixité sociale en pleine splendeur. Do tej samej szkoly uczeszczaja syn
lekarza i sprzataczki...
Mimo to, collège do ktorego jest zmuszony na skutek rejonizacji chodzic moj
syn jest zakwalifikowany jako ZEP. Jest to duzy, swietnie utrzymany,
nowoczesny gmach, w klasie max 20-22 uczniow, nauczyciele z motywacja,
wszyscy z Capesem, sala komputerowa i dobrze wyposazona biblioteka - idealne
warunki do nauki, nieprawdaz ?
Juz od pierwszego miesiaca szkoly okazalo sie (mimo zapewnien dyrektora, ze w
szkole jest dryl niemal wojskowy i wszystko gra - bo probowalismy przeniesc
Mlodego do innego college'u, tuz obok nas), ze jest to rzeczywiscie ZEP, w
najgorszym tego slowa znaczeniu : na porzadku dziennym jest "nisko latajace
mieso", wagary, wykorzystywanie najmniejszej nieobecnosci czy chocby
odwrocenia glowy przez nauczyciela, zeby komus przylozyc, opluc, czy
zniszczyc sprzet.
Nie robia tak wszyscy oczywiscie - tylko "elita", za to skutecznie
uprzykrzaja zycie i uniemozliwiaja normalna nauke reszcie.
Ulubiona zabawa tych smarkaczy jest tzw krzeselko - jeden ustawia sie na
czworaka za upatrzona ofiara, drugi od przodu naciera, tak zeby podciety od
tylu delikwent stracil rownowage i przewrocil sie - przewaznie walac glowa w
beton...
Dzisiaj byla inna zabawa, w "worek treningowy" - bierzemy delikwenta w kolko
i podajemy go sobie jak worek kartofli, przy okazji dodajac kopniaka lub
uderzenie piescia. Domyslacie sie, ze tym w srodku bylo moje dziecko... Po
czym dwoch drugoroczniakow rozlozylo go na lopatki, jeden siadl na nim i
okladal go piesciami. Na imie ci przyjemni mlodziency maja Sohel i Jawad.
Po poludniu poszlismy z interwencja do CPE (ostra baba, duzo krzyczy), ktora
obiecala sie ztym zajac, ale ja dodatkowo chcialam sie zobaczyc osobiscie z
rodzicami glownego agresora - ich numeru telefonu nie ma w ksiazce, a szkola
nie udziela informacji.
Wiec o 17-tej czekalam na niego przed collegem. Zatrzymalam go, powiedzialam
spokojnie, ze chcialabym zobaczyc sie z jego rodzicami, i ze odprowadze go w
tym celu do domu. Poszedl jak na skazanie, ogladajac sie na kolegow, i w
pewnej chwili znalazlam sie w tlumie ok 30-40 podekscytowanych 12/13-latkow,
ktorzy usilowali nie dopuscic do tego spotkania - wiekszosc nawet nie
wiedziala o co chodzi, nie wiedziala kim jestem, ani co tu robie. Nie bylam
agresywna, nikogo nie obrazilam slowem ani gestem.
A oni obrzucili mnie kamieniami, oczywiscie od tylu, a gdy sie odwracalam, z
bezczelnym usmieszkiem twierdzili, to nie ja, nawet ci z innym kamieniem w
dloni. Jeden nawet odwazyl sie mnie uderzyc w glowe, od tylu. Znajdowalismy
sie w przejsciu za osiedlem domkow jednorodzinnych - bo tamtedy poprowadzil
mnie delikwent. Na szczescie, w tym... stadzie dzikusow znalazl sie dosyc
potezny kolega z klasy mojego syna, ktorego znalam i jeszcze dwoch
rozsadniejszych, do ktorych zwrocilam sie o pomoc. Odprowadzili mnie do domu,
podyskutowalismy troche o sytuacji, i teraz boje sie o moje dziecko...
Moze mi ktos z obroncow tych biednych ucisnionych imigrantow teraz wyjasni :
nie jestesmy na jakims banlieue parisienne délabrée, ci smarkacze maja
doskonale warunki do nauki, mieszkaja w czystych przytulnych blokach, sa
ubrani w markowe ciuchy i buty sportowe na oko liczac za 100 euro para. Ale
nie zawahali sie obrzucic kamieniami i miesem osoby doroslej, nieznanej im,
ktora NIC im nie zrobila.
Czyzbym ja, kobitka 1.60 m, stanowila dla nich prowokacje samym swoim
istnieniem ? Przeciez ja tez imigrantka, co doskonale slyszeli w moim
akcencie. I mama kolegi ze szkoly, nie policjantka. Ubrana jak ich mamy, nie
w Gucci i Prada, tylko H&M i Camaieu.
A moze problem jest w nich samych, a nie, jak staraja sie nas niektorzy
przekonac, w spoleczenstwie rzekomo odrzucajacym ich z powodu pochodzenia ?
Moj maz wychowal sie w Quartiers Nord w Marsylii. Byly momenty, ze w klasie
bylo ich dwoch Europejczykow i codziennie dostawali wciry od biednych
imigranckich dzieci, ktorych rzekomo przesladowali.
Moje dziecko lubi sie uczyc a ma w nosie futbol, jest drobny i nosi okulary -
czy przypadkiem ci chlopcy nie popelniaja delit de faciès, o ktory nagminnie
oskarzaja wszystkich dookola ?
Chyba nigdy w zyciu sie tak nie balam - czulam, ze jeszcze moment, jedno
slowo za duzo i zostane powaznie pobita - przez gromade 12-latkow !
Oni nie sa biedni, ani ponizani - oni sa po prostu DZICY, nie maja zadnego
rozeznania co jest dobre i zle, co mozna, a czego sie nie robi. Jedynym
punktem odniesienia jest co JA chce, co MI sie podoba. I mysle, ze dla
niektorych jest juz za pozno na wychowanie - oni sa moralnie zepsuci, jak
rozregulowane maszynki. Jedynym sposobem byloby rozbic taka psychike, a potem
od nowa nadac normalny ksztalt...
Moze mi ktos powie - coz jeszcze spoleczenstwo ma im dac ? Jesli 12latek wali
nieznajoma, dorosla kobiete w kark - co nalezy myslec o jego rodzicach ?
Skojarzenie jakie nasunelo mi sie w srodku tej grupy to niestety : zwierzaki,
banda zwierzakow, stado hien...
Teraz zastanawiam sie, czy nasz samochod nie splonie tej nocy, bo przeciez
dopuscilam sie wielkiej obrazy - chcialam porozmawiac z rodzicami mlodego
lobuza...