KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI

    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 14:51
      Ze stoków dalekich gór spływała ku dolinie jasność poczętego dnia. Leniwa,
      przeróżowiona poblaskiem młodego słońca, majestatyczna i pieszczotliwa. Budziła
      świat odwiecznym rytmem powrotów i witana odgłosami różnorodności życia sunęła
      bezszelestnie ku swojemu początkowi...
      ....i tak jest, że koniec często jest początkiem
      ....że jedno z drugim się przeplata
      przenika
      w jednoczesnych marzeniach o tym co ma być
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 14:53
      I zastanowił się Chłystek głęboko, myślał o ogromnych zapasach miodnego
      napitku i spoglądając nań wiedział, że dopóki Źródło nie wyschnie, zawsze
      pocieszyć się nim mógł będzie i nie tylko on, ale każdy kto pić z niego potrafi.
      I wiedział, że Źródło wieczne było, bo moc w nim przetrwania była i właściwość
      wiecznego się przejawiania...
      A Mędrzec spojrzał ku Chłystkowi, kosturkiem w ziemię cicho puknął i głowę
      lekkim ruchem skłoniwszy odszedł powolnym krokiem we wspólny świat krewniaczy.

      A gdy motyl
      miód z brzegu szklanki
      spija
      i w tęczy skrzydeł umieszcza,
      sieje
      pył wieczności
      w źródle człowieczej
      wszystkomożebności...
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 14:55
      A Chłystek spoglądał w mizerny płomyk kaganka. Ciemniało. Dźwięczność życia
      topniała w obejmującym go granacie nadchodzącej nocy. Pomiędzy konarami akacji
      smętolił swoją pieśń samotny komar. Cień, zwabionej światłem ćmy, pomykał wśród
      deszczu bezszelestnie opadającego kwiecia. Spokój był, głęboki, gwiazdami
      rozmigotany.
      Być może gdzieś daleko zaszczekał pies, może był to tylko zgrzyt kół spóźnionej
      furmanki, być może trzaśniecie drzwiami, albo odgłos dawno przebrzmiałego śmiechu.
      A gdy uronione przez liście krople wilgoci, ledwo widoczny już płomyk
      musnęły...zgasł i oddech swój dymny, ostatni, z wiatrem pomieszał...drgnął
      Chłystek, oczy przetarł.
      I jak myślicie, czy był szczęśliwy?

      I nie żal rozerwanego
      sznura korali
      nawet na kolanach
      z pochyleniem czoła
      nizać go
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 14:57
      Odsunąłem talerz z niedojedzonym spaghetti. Na rdzawych resztkach pomidorowego
      sosu połyskiwały żółtawo oka tłuszczu. Na pewno wołowego, w tym lokalu
      oszczędzali na oliwie. To chyba przez ten tłuszcz straciłem apetyt...a może
      przez nieciekawe dźwięki płynące od strony kuchni. Przypominały odgłos wyżymania
      brudnych ścierek, woda pluskała ciężko i jakby lepko. Nikt tego nie słyszał
      oprócz mnie. I tak o tej porze przesiadywało tu niewielu klientów. Robotnik w
      poplamionym kombinezonie, w skupieniu i szybko, pałaszujący frytki, podczas gdy
      w stojącej obok szklance piwa, powoli, kurczyła się piana. Jakaś, zapatrzona w
      siebie, parka tuż obok drzwi. Ona z bałwochwalczym wyrazem uwielbienia w oczach,
      on z pewnym siebie uśmiechem podmiejskiego podrywacza. Pod ścianą, znany mi już,
      student konserwatorium muzycznego przerzucał pomięte kartki pełne bazgrołów nut
      i co chwilę zerkał w, sieczone gęstym śniegiem, okno. Już trzeci tydzień
      przychodził tu czekać, zawsze o tej samej porze, zawsze w tej samej,
      wyświechtanej kurtce i słuchawce w jednym uchu. Pewnie słuchał coś rytmicznego,
      gdyż chwilami poklepywał szybko kolano i cmoktał raptownie powietrze, aby zaraz
      potem powrócić do swoich nut i tęsknego wypatrywania. Obok prowadzących donikąd
      schodków, na nieprzyzwoicie wysiedzianym fotelu rozparła się teściowa
      właściciela. Kołysała się w półśnie pochrząkując gwałtownie, potężny biust
      falował chaotycznie. Jej syn, także okazałej postury, powolnym i znudzonym
      ruchem wycierał szklanki. Wszystko przenikał duszący zapach dymu z papierosów,
      od strony toalety powiewało chlorem.
      To był mój wieczór, jeden z wielu przed i jeden z tych, co miały jeszcze nastać.
      Robotnik zje swoje frytki, student nie doczeka się na dziewczynę, ani teraz, ani
      za miesiąc. Zakochana parka zakończy ten dzień dzikim seksem, pojutrze nie będą
      już nic o sobie wiedzieć. Będzie dobrze, jeżeli teściowa pójdzie wcześniej spać
      i nie zrobi, jak zwykle, awantury...
      Wstając od stołu szurałem mocno krzesłem. Chyba chciałem inaczej zaakcentować
      codzienność. Nic się nie stało, właściciel nadal nudził się przy szklankach.
      Odszedłem w swoją samotność zabierając ze sobą obraz porzuconej na obrusie,
      złamanej wykałaczki...

      ...A Chłystek pokiwał tylko głową...tylko na taki gest mógł się zdobyć
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 14:58
      Ale wnet uniósł Chłystek głowę, uszy ciekawie nastawił.
      Z daleka odgłosy radosne dochodziły. Słyszał warkot bębenków i przeciągłe
      kwilenie piszczałek, rytmiczny brzęk tamburynu i wesołe przytupywanie.
      I wnet potem, gdy muzyka głośniejszą się stała, wysypał się na ulicę korowód
      odświętnie przybranych mieszkańców.
      Nie spieszyli się, mieli czas. I radość mieli w obliczach, a w stopach ochotę
      wielką do plasów wszelakich. Stukały w głośnych toastach, miodnym napitkiem
      napełnione puchary. Wiatr tarmosił lekkie i oślepiająco białe, lniane togi i
      zwiewał płatki róż z przystrojonych, kwietnymi wieńcami, głów.
      Weselisko to było...a może rocznica, świętowanie ważnego wydarzenia?
      I wiedział Chłystek. Ile istnień na ziemi tyle świętowań...każdy ma swój dzień.

      Ciężki wybór dawania;
      słowa, zapach kwiatu,
      dotyk pąka jabłoni
      czy klejnoty,
      porannej rosy kryształy,
      co w sobie tęczę
      wiosny rozsypały...
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:00
      No tak, no tak...no tak.
      Stali całą gromadą niczym, ciasno zbite ze sobą, stadko owiec. I stali tak od
      dłuższego już czasu, popatrując na siebie bezradnie, z poszarzałymi twarzami,
      niezdolni do wykonania najmniejszego, celowego ruchu. W powietrzu unosił się
      gryzący swąd spalonych przewodów i było zimno. Tego chłodu nie odczuwali. Nie
      był ważny, nie miał znaczenia w obliczu nieopisanego. Nie czuli bezlitosnego
      wiatru kąsającego skórę sinymi śladami, ani ostrych, zmrożonych grud ziemi pod
      stopami i powtarzając bezustannie te same słowa nie rozpoznawali swoich
      twarzy.Spoglądali na dziki obraz przed sobą, spoglądali z uporem, w wytężonym
      skupieniu i bez zrozumienia. Całą grupką, jednocześnie, jakby pchnięci
      niewidzialną ręką, odsunęli się na bezpieczna odległość od wijącego się w
      szaleńczych podrygach, skrzącego kabla..aż do momentu, gdy plując fioletowym
      światłem zanurzył się z głośnym sykiem w na pół zamarzniętej kałuży. Najmłodszy
      chłopiec ożywił się nieco. Kierowany, mętnym zapewne, wspomnieniem położył palec
      na wydętych do dmuchania wargach, lecz zdobył się tylko na jękliwe, starcze
      westchnienie.
      Stali coraz bardziej skurczeni w sobie, mała grupka w obliczu przerastającej ją
      grozy zgliszcz i zaprzepaszczonego na zawsze szczęścia....
      Gwałtownie wykrzyczany lament, spazmatyczny i rozpaczliwy, rozbębnił spopielałą
      pustkę.

      W tym samym czasie, nawet mgnieniu oka, wszędzie, tysiące ludzi opłakiwało swoje
      tragedie.

      .....Spoglądał Chłystek na swój czysty świat. I wiedział, że nie tylko
      nieszczęście panem jest wszechrzeczy.
      W tam samym czasie, nawet mgnieniu oka, wszędzie, tysiące ludzi świętowało swoją
      radość.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:02
      Spoglądał Chłystek ponad głowami szczęśliwców, hen do krainy nieszczęścia.
      Zawodzenia słyszał, wzajemne oskarżenia, lamenty i okrzyki rozpaczy.
      Słyszał, głową kiwał, łza w oku ostrą solą piekła...współczucia był pełen i
      dlaczego pytań. A przecież wiedział, że ogromu cierpienia, żaden człowiek pojąć
      w pełni nie potrafi, dopóki nieszczęście jego samego nie dotknie, dopóki własne
      ciało rany głębokiej nie dozna, a ręka nie dotknie łez najbliższych.
      I na nic prawda, że gdzieś ktoś w radości tańczy, że dziecię się rodzi, że dwoje
      młodych miłość sobie wiekuistą przysięga, lekarz-cudotwórca, w karkołomnej
      operacji, gasnący płomyk nowym życiem rozdmuchuje, a gdzieś daleko biegacz pobił
      nowy rekord świata.
      Z radością i szczęściem nie trzeba się godzić...z nieszczęściem tak....może kiedyś
      ....w ciszy.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:04
      I smucić się nie trzeba
      kaprysami rzeczy,
      a podać w koszyku
      świętości dnia tego,
      ręka machnąć
      i w rozturlanym śmiechu
      skrzatopodgrzybnych
      bajek poszukać....
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:06
      Z rosnącym zainteresowaniem przyglądali się poczynaniom Kucharza. Uchodził za
      najlepszego w swoim fachu. Oczywiście wizyta w jego miniaturowej restauracji
      kosztowała niebywale pieniądze, a termin godzinnego pobytu trzeba było
      rezerwować ponad rok wcześniej. Już od miesiąca spoglądali z utęsknieniem na,
      zakreśloną czerwonym mazakiem, datę w kalendarzu. Spoglądali na nią z uroczystym
      rozrzewnieniem, nabożeństwem prawie, gdyż to ona zapoczątkować miała przełom w
      ich szarym życiu.
      Siedzieli wiec wygodnie na wysokich stołkach z miękkimi oparciami, każde z nich
      w uroczystej pelerynie z ledwo widocznymi wycięciami na ręce...zupełnie jak para
      po przeciwnej stronie, a jednak z małą różnicą. Tamci mieli srebrne przepaski na
      głowach - pewnie zamówili droższe menu. Wiadomo, Najwyższa Sfera. Pomimo
      bojaźliwego szacunku dla pozycji, On skłonił w Ich kierunku głowę i wstrzymując
      oddech marzył, że mu odpowiedzą. Odpowiedzieli. Ostatkiem sił zapanował nad
      potokiem czołobitnych słów i tylko, z najwyższą godnością, przymknął potakująco
      powieki. Kolana mu dygotały pod długą peleryną, u swojego boku poczuł, buchające
      nagłym, przepoconym ciepłem, ramię. Ona także ledwo nad sobą panowała, ale
      miesiące treningu, przygotowań do stosownych reakcji na każdą, najbardziej
      niewiarygodną nawet sytuacje, robiły swoje. Nadal siedzieli spokojnie, z
      wyniosłą obojętnością, a przecież za szeroką, pancerną szybą zbierało się coraz
      więcej widzów. Do rozpoczęcia, do gongu brakowało zaledwie parę minut, a tutaj
      rozstrzygała się ich przyszłość.
      Nareszcie Kucharz zakończył Ceremonię Wstępną, okadzanie i mantry, po czym
      pokropił ich pokornie schylone głowy wodą z Biotopu Sugesty - to też miało swoją
      cenę, jako że był to jedyny wyświecony biotop w Kraju. Kobieta po
      przeciwnej stronie kichnęła znienacka.
      On nie zareagował najlżejszym nawet drgnięciem, pomimo że zachowanie jej, w tym
      otoczeniu, oznaczało punkty karne na Liście Grzechów Higienicznych i poważne
      konsekwencje...gdyby tylko nacisnął przycisk meldunkowy. Minutę potem, pierścień
      Mężczyzny błysnął Światłem Wdzięczności, a On wiedział już z całą pewnością, że
      oto otworzyła się przed nimi brama do Najwyższych Sfer i tym samym do
      przywilejów, tytułów funkcyjnych, sypiącego się bogactwa i inhalacji powietrzem
      z okresu prekambru...dwa razy do roku!
      Był tak zachwycony i, dzięki Bogu, tym zachwytem tak sparaliżowany, że bez
      zdziwienia przyjął z rąk Kucharza, wyśpiewaną przeraźliwym altem, potrawę...
      ......Rybie udka.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:07
      Najważniejszą właściwością lotu, np. ptaka, jest to, że odbywa się w powietrzu,
      ponad naszymi głowami.
      I nie ma znaczenia na jakich wysokościach się odbywa, pozostaje lotem - nigdy
      ruchem naziemno pełzającym. Ileż marzeń człowieczych z lataniem się wiąże i
      jakże często słów pochodnych do wyrażania wzniosłości, niezwykłości używamy:
      lotny umysł, lotna myśl, wzlatywać na wysokości. Wszystko wiec, co ponad
      przeciętne, umiejscawiamy ponad naszymi głowami. Wszystko, co ponad przeciętne
      układamy na ołtarzu wysokości, aby w należnym uznaniu wznosić ku temuż oczy,
      przykładem się budować, a może też do niego wnosić...cegiełkę dokładać w budowie
      człowieczego wizerunku.
      I nie raz mur, w posadach mocno stojący, w Ścianę Płaczu się zamieni, nie raz
      szara patyna, uporczywa, przebić się nie dozwala, zniechęca, bojaźnią
      napawa....Aby w chwili, która już dawno zaistnieć miała, ale dopiero teraz i
      właśnie teraz w szerokiej świadomości się objawiła, buchnąć światłem odkrywczym
      i w poświecenia odważnym.
      ....bo w każdym locie nie tylko bezgraniczność, ale i nadzieja odwieczna się kryje

      A Chłystek aż po kolanach z uciechy się poklepał, a widząc w trawach wilgotny
      ślad ślimaka pomyślał, że jednak i w pełzaniu różnorodność się przejawia i jakże
      lotne myśli określić bez porównania z tymi, które się ślimaczą
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:08
      Poruszam się z wolna
      w pianie
      zbitego na kwaśne jabłko
      dnia,
      w skundlonych chwilach
      padania na twarz,
      marionetkowej grze
      w dwa ognie.
      .....poruszam się z wolna
      gotowy do skoku
      nibydrapieżnika,
      jakże śmiesznie rozpaczliwego,
      bezpazurzastego
      i w ślepo...

      Nie każdy jednak dzień beznadzieją oddycha i po zachmurzonym jasny przychodzi. I
      gdyby Chłystek za Scarlett powtarzać lubił, powiedziałby jej słowa....
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:10
      Tej nocy niespokojnie wyły psy. Rozpoczął stary, obolały od reumatyzmu, owczarek
      niemiecki, lecz jego krótkie szczekniecie zabrzmiało raczej jak ostrzeżenie.
      Natychmiast odpowiedziało mu parę skowytów wykończonych gwałtownym ujadaniem i
      trwało to, z małymi przerwami, aż do brzasku. Cisza zapadła raptownie, tak
      głęboka, że po paru minutach stała się wręcz przykra. Zdawało się, że nawet
      wiatr ustal, aby po pewnym czasie poruszyć niezdecydowanie gałązkami akacji.
      Sypnęły się skąpym deszczem resztki przywiędłych kwiatów, ale po raz pierwszy
      nie wplatały się we włosy Chłystka. Nie siedział tego ranka na swojej ławeczce.
      Pozostał dłużej w domu, ciągle w półśnie, gdyż większość nocy niespokojnie
      wsłuchiwał się w ciemność i prorocze wizje nie pozwalały zamknąć mu oczu. Nawet
      miodny napitek nie podziałał jak zwykle. I stało się, że kilka minut po
      wschodzie słońca rozległ się w miasteczku dźwięk Wroga. Był to odgłos złośliwie
      chaotyczny, ociekający szarością, napastliwy. Uniósł Chłystek głowę i wiedział,
      że także inni czoła śmiało odkryte w tym samym kierunku zwrócili. I cóż z tego,
      że odgłos Wroga tornadem szaleńczym skrzyżowania głównych ulic nękał, plewy
      jałowego ziarna nawiewał...mury stały i pękać nie zamierzały.
      Nie raz jeszcze ostry kamień weń uderzy i odbity bezradnie się potoczy, nie raz
      jeszcze rysa, tępym gwoździem nakłuta, sprzeciw wzbudzi....

      W porze sjesty zamilkło psie skomlenie.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:11
      Myślę o Tobie niezaprzestannie,
      porywczo.
      Rozpatruję wielostronnie
      każdą chwilę
      wydobytą z otchłani
      przemijania,
      gdzieś między nami,
      pomiędzy czasami
      pasm możliwości
      splątanych w uścisku
      przeznaczenia,
      okrutnego,
      bez duszy
      i bez przyszłości.
      Myślę jednak,
      wybieram klejnoty
      z echa dawnych głosów
      i ciągle wspominam
      ten wyjątkowy zapach
      kobiecych włosów...

      Rozrzewnił się Chłystek w tych wspomnieniach i odnalazł w nich płomień
      niezniszczalności.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:13
      A jako, że jabłoń
      do kwietnego skoku się szykuje
      i wiosna
      żółtym pyłem
      zakamarki wypełnia,
      głaszczę nieodmiennie
      przędzę jedwabiu
      w lotnej myśli,
      i rozjaśniam
      pomrok samotności...
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:15
      Gdyby wzięła pod uwagę pozornie senny wiatr, który już od samego rana czołgał
      się po okolicy, ciepły i duszący niczym czad, przygotowana by była na to, co
      nastąpiło potem. Tuz po śniadaniu pobiegła do ogrodu podlewać kwiaty. Jeszcze
      żyły, pomimo że spękana ziemia łapczywie wchłaniała każdą kroplę wilgoci i nadal
      pozostawała sucha jak pieprz. Stała wiec nieruchomo, z wężem w dłoni, i
      bezmyślnie spoglądała na srebrzysty strumień wody, potem posuwała się
      automatycznie krok dalej, następny krok...do płotu, z powrotem. Powietrze
      zaczęło pachnieć wilgotną ziemią, ale tylko na moment, gdyż parę chwil później
      potężny upał zadusił i tę odrobinę świeżości. Zegar na dalekiej wieży zaczął
      powolnie wybijać godziny. Liczyła machinalnie. Dziewiąta. W trakcie zwijania
      węża myślała, że musi pojechać do miasteczka. Należało uzupełnić zapasy w
      lodówce i Eryk napomknął wieczorem, że ma gdzieś obiad i kolację, a na to konto
      chce lody, wyłącznie lody. Malinowe. Innych nie uznawał. Zastanawiała się
      właśnie czy płacić kartą, w portmonetce miała trochę drobniaków i jakiś mały
      banknot, a ze względu na upały, sklepikarz bezczelnie żądał wygórowanych cen za
      niemal wszystko...układała w głowie plan podlewania warzywniaka i kolejność
      zakupów, i treść maila, z którym już od tygodni zwlekała. Doszła też do wniosku,
      że nowa torebka jak najbardziej pasuje do wydeptanych już trochę sandałów. Były
      wygodne i tylko w nich czuła się bezpiecznie prowadzać samochód.
      I w tym samym momencie, jeszcze zanim doszedł jej uszu huk pękającej pinii,
      ujrzała kłęby dymu, koszmarnie rozdygotane w drgającym od gorąca powietrzu. Tyle
      już razy słyszała porady burmistrza na wypadek pożaru lasu, teraz nie pamiętała
      żadnej. Jedyne co czuła, to lodowate stróżki potu obficie płynące po plecach i
      dziwne mrowienie w palcach. I wielkie zdziwienie, że jednak się stało, i coraz
      większą wściekłość na Eryka, który bełkocząc coś niezrozumiałego, kręcił się
      bezsensownie obok taczki, a w pewnej chwili, wywracając oczami, zwymiotował
      prosto na jej ulubiony krzak pnących róż. Wstrząsnęło nią z obrzydzenia. Czegoś
      takiego mogla się spodziewać, nigdy nie było z niego pożytku. Wstrzymała się,
      aby go nie zdzielić wężem po głowie i warcząc jak zły pies kazała mu wsiadać do
      samochodu. Wykonując jej rozkaz uśmiechał się z ulgą, szczęśliwy, że ktoś podjął
      za niego decyzję.
      Rozejrzała się dookoła. Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie i jedyna droga
      musiała, w międzyczasie, być już nieprzejezdna.
      Szkoda, że nie wzięła pod uwagę porannych zwiastunów katastrofy, straciłaby
      tylko dom.
      Teraz trzeba było walczyć o siebie...
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:16
      A gdy majowe brzaski
      w słodkim rozpanoszeniu
      szmaragdowy półmrok kniei
      rozgarnęły,
      rozkedzierzawiać paprocie się poczęły.
      Alabaster konwaliowych dzwonków,
      pocałunkiem słońca muśnięty,
      rozperlił woskową duszę
      i poranna głuszę zapełnił
      darem upojnego pachnidła.
      Wierzba,
      w wiotkich pląsach roztańczona,
      jeziorne fale wygładza
      i nie płacze, smutków nie sieje ,
      bo gdy z majowym wiatrem
      świat się na nowo odradza,
      uśmiech sam się pojawia

      I śnił to Chłystek, i marzył o tym aż do zmroku, aż do momentu, gdy chłodniejszy
      wiaterek przypomniał, głuchym strzykaniem, niezbyt już młode kości. Pomyślał, że
      być może okłady z Zajęczej Skórki coś na tę dolegliwość pomóc by zdołały, lecz
      zdecydował, że o wiele przyjemniej przytulic się będzie do ciepłego kociaka
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:21
      Przestał śnić 23 czerwca. Pamiętał dokładnie tę datę, tym bardziej, że tego
      dnia, z głośnym hukiem, zawaliła się stara szopa Macieja. Co prawda
      przepowiedział, że stanie się to z jego domem, a przyczyną będzie podwójne
      uderzenia pioruna, nie mniej od prawdy dzieliło go tylko banalne 20 metrów i w
      związku z tym większość sąsiadów spoglądała na niego z lękliwą czcią. Poczałkowo
      odczuwał coś w rodzaju zadowolenia, przyjmował przyjacielskie poklepywania po
      plecach i zakrapiane kolacje, zaciekawionych jego przepowiedniami, samotnych
      wdów. Żadną nie był zainteresowany, nie potrafił, wolał żyć wspomnieniami o
      Magdalenie. I dlatego potrzebował swoich snów.
      Odeszła przed laty, tak samo cicho, jak przyszła, aby po paru miesiącach
      wypowiedzieć nieśmiałe "tak" i złączyć się z nim na zawsze. Nie dotrzymała
      słowa, a raczej los, w swojej bezwzględnej niesprawiedliwości, uderzył w
      najmniej spodziewanym momencie, a karetka pogotowia przybyła zbyt późno.
      W początkowym otępieniu spędzał całe godziny wpatrując się bezmyślnie w otwartą
      szafę z jej garderobą i wdychał, z każdym dniem słabszy, zapach perfum. W
      łazience, jej kosmetyki pokrywały sie coraz grubszą warstwą kurzu, nie ruszył
      ich jednak nawet o milimetr. Tylko raz, w odruchu desperacji, wyrzucił do kosza
      sypiące się z pękniętego opakowania, waciki i długo nie mógł się uspokoić, gdyż
      wydawało się jemu, że popełnił czyn haniebny. Parę miesięcy pozostawił na łóżku,
      obok swojej, jej poduszkę i w momentach złudzenia starał się wychwycić kołyszący
      nią oddech, aby nad ranem budzić się wtulony w chłód mokrej od łez poszewki.
      Przeraził się, gdy któregoś dnia zapomniał kształt jej uśmiechu, miękki ton
      głosu, gdy wolała go przez okno...kochanie. Zamazały się ślady palców na starym
      wazonie z Murano, zapach perfum stal się niewyczuwalny, a jej ulubiona
      filiżanka, nieopatrznie strącona ze stołu, rozsypała się w setki ostrych
      okruchów. Skaleczył się, ból trochę go otrzeźwił, ale też zabrał ostatnie
      wspomnienie dotyku jej dłoni.
      I wtedy pojawiły się sny. Wyraziste, piękne, stały się najbardziej realną
      częścią jego życia. W nich był naprawdę sobą. przychodził wieczorem do domu,
      pospiesznie łykał, przyniesioną w papierowej torebce, kolacje i skracając do
      minimum wieczorną toaletę rzucał się z niecierpliwością na łózko...i czekał.
      Zwykle przychodziła do niego w aureoli łagodnego światła, zawsze w tej samej,
      zwiewnej, pastelowej sukience, spoglądała mu z nieśmiała zalotnością w oczy, po
      czym, ruchem pełnym wsparcia, ujmowała jego dłoń i rozpoczynali wędrówkę przed
      siebie, całą noc. Otaczało ich nieskazitelne piękno, nie zwracał na nie uwagi.
      Widział tylko ją. I upajał się bezustannie jej tanecznym krokiem, cichym,
      kojącym głosem, uśmiechem tak łagodnym i świetlistym, że widząc go zapominał ze
      wzruszenia oddychać. Był bezgranicznie szczęśliwy i nigdy nie pomyślał, że to
      także może się kiedyś skończyć.
      Przestał śnic 23 czerwca, Magdalena zniknęła.
      Miesiąc po zawaleniu się szopy Macieja zrozumiał, że sny nie powrócą i po raz
      pierwszy od dłuższego czasu spojrzał w lustro. Nawet uśmiechnął się lekko do tej
      obcej twarzy straszącej obwisłymi powiekami i posiwiałą, na oślep przyciętą,
      brodę. Uśmiechnął się jeszcze raz i, wsłuchując się jak urzeczony w krótki
      skowyt własnego szlochu, szarpnął klucz apteczki.
      Dopiero, gdy był już na skarpie wstrzyknął sobie podwójna dawkę. Tu było ich
      ulubione miejsce. To tu, po upojnej, lipcowej nocy, marzyli o przyszłości
      wspólnego dziecka, którego jednak nigdy się nie doczekali. Szeptali życzenia
      spadającym gwiazdom, spoglądali na odpływające wraz z falami wianki....co rok, w
      każdą Noc Świętojańską. Tej nocy siedział na zrębie skarpy sam, nieopisanie
      zmęczony. I gdy w złudnym majaku pojawiła się nareszcie postać Magdaleny, po raz
      pierwszy nie zwrócił uwagi na jej pomocną dłoń...Odepchnął ją

      Chłystek zastanowił się krótko, a chwilę potem pogroził mi żartobliwie palcem
      -Ej Krystku, Krystku, jeżeli nadal będziesz pisał takie rzeczy, to jeszcze ktoś
      pomyśli, że chandryczysz, albo że lubisz pleść niestworzone rzeczy.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:22
      Ja jestem Danek, oooo,
      największy samochwała
      i najmilszy smok...

      ....śpiewali rówieśnicy z mojego dzieciństwa.
      Oczywiście, nikt z nich Dankiem nie był, a tym bardziej smokiem, ale w tym
      momencie, dla zabawy, przybierali to imię tak, jak my tutaj przybraliśmy nicki.
      Nie znam nikogo z Was, z żadnym z Was nie zamieniłem prywatnie słowa i od nikogo
      nie wymagam ujawnienia prawdziwego imienia.
      Cóż to dać może, czegóż więcej się o Was dowiem?
      A ja? Mógłbym także zaśpiewać...

      Ja jestem Chłystek, oooo,
      najmilszy Chłystek
      i dziwaczny Krystek
      ojojojoj...

      Powiem jedno. Na tym wątku pojawiam się od początku i jedynie pod nickiem
      Krystek fabuloso, ale gdybym go nawet zmienił, pozostałbym tylko i wyłącznie
      sobą
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:24
      Wolnym krokiem posunął się Czarownik ku środkowi areny. Poprawił złociście
      rozgwieżdżone, granatowe niebo swoich szat, po czym, uroczyście chrząkając,
      uniósł ponad głowę czarna różdżkę, pokaźnych rozmiarów.
      Widownia wstrzymała oddech. Tylko staruszka w pierwszym rzędzie chichotała
      nerwowo i powiewała, nie wiadomo dlaczego, białą chusteczką.
      -Abrakadabra - zagrzmiał głos Czarownika - Abrakadabra i Simsalabim, i Raz, dwa,
      trzy !!!
      I w tym samym momencie zamienił się w goryla. Zamiast różdżką wywijał sporą
      gałęzią i wyraźnie celowa bananem w staruszkę.
      Na arenę wpadł lew. Rozejrzał się groźnie wietrząc krew, już miał skoczyć w
      kierunku wyznaczonym lotem skórki banana, gdy w połowie drogi opadł miękko na
      ziemię i przebierając szybko łapkami szerzył zęby w króliczym grymasie.
      -Abrakadabra - skandował goryl głosem Czarodzieja..jak gdyby nigdy nic
      -Simsalabim - zaryczał królik i aż przysiadł, wystraszony jego lwim tonem.
      -Raz, dwa, trzyyyyyyyyyy - kwiczało prosię wzbijając się przy ostatnim słowie w
      powietrze i zawodząc śpiewnie do wtóru swych skrzydełek komara.
      Widownia wpadła w panikę. Niektórzy spoglądali ze strachem na swoich sąsiadów w
      bolesnym oczekiwaniu na...kły, pazury, uśmiech nimfy, zeza, twarz modelki albo
      mordercy...w wyczekiwaniu na kogoś innego.
      -Abrakadabraaaaaaaaaaaaaaaaa - wrzasnął goryl
      ......i było tak, jak było
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:25
      Szyny. Szyny kolejowe. Rytmiczny stukot metalowych kół. Ostry zapach oleju,
      ciepłej rdzy, panoszącej się na trasie kocanki i rozkładających się od lat
      ludzkich wydzielin. Stukają koła, zgrzytają na zakrętach, niosą i splatają ze
      sobą ostatnie jęki losu tego, co położył się na torach. Z własnego wyboru?
      Dlaczego? I tego, popchniętego siłą rozbestwienia duszy. I tego, miękko
      przyduszonego alkoholową pomroką. Tego, co się potknął, co w nocnym
      zobojętnieniu samochodem najechał znaki drogowe pomijając. I tych, niczym snopy
      bezwładne, rozrzuconych w grozie katastrofy.
      Tylko ten, co spojrzał wie, co się w nim samym dzieje.
      Tak Krzysiu powiedział.
      Przed laty, początkującym studentem będąc, słuchałem opowieści naocznego
      świadka. Lata siedemdziesiąte. Wielka katastrofa. Pociąg, poprzez noc
      rozespanych pasażerów niosący. Parę sekund, przechodzącego ludzkie pojęcie,
      przerażenia....i rozlewająca się w setkach jęków boleść.
      Pomoc przyszła dopiero po dwóch godzinach. Zbyt późno, aby ratować wielu
      czepiających się rozpaczliwie krawędzi życia, tamować krew, ratować przed
      uduszeniem, odebrać dziecko przedwcześnie rodzone przez kobietę ze zmiażdżonymi
      nogami....Tego wszystkiego dokonała moja koleżanka. Potłuczona, zakrwawiona,
      czołgała się wśród nieszczęsnych, opatrywała rany podartą na strzępy odzieżą i z
      groźnie zmarszczonym czołem stawiała opór śmierci. Parę razy zemdlała z bólu.
      Znaleziono ja tak, zaciskającą palcami, buchającą krwią, ranę ostatniego,
      uratowanego przez nią człowieka.
      Spóźnieni ratownicy otrzymali medale za wzorcową akcję. O niej nikt nie pomyślał.
      Pamiętam, zbieraliśmy podpisy prosząc władzę o oficjalne uznanie jej zasług.
      Długi czas chodziła ze śladami katastrofy na twarzy, utykała po zdjęciu gipsu.
      Za całą, pieniężną nagrodę, którą po miesiącach otrzymała kupiła sobie modne
      kozaczki. Nigdy ich nie założyła.

      Na zawsze zapamiętałem wyraz jej oczu, gdy opowiadała o tamtej nocy....Krzysiu,
      Ty wiesz...
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:26
      Miesiące wiosny i lata są czasem szczególnym. Wakacje, urlopy - każdy na to
      czeka, i czuje tak naprawdę, że żyje. Wszystko naokoło tętni życiem,
      entuzjazmem, radością i tylko to chcemy widzieć.
      Jednakże jest jeszcze to obok, to, czego na co dzień nie spostrzegamy, bo do
      życia prawie już nie należy, a jest już tylko jego krawędzią. Myślę o ludziach
      chorych, bez możliwości powrotu i uwięzionych w swoich wyniszczonych,
      cierpiących ciałach. Pieśnie pisała o takich ludziach dr. Elisabeth
      Kuebler-Ross, słynna badaczka stanów śmierci klinicznej. Porównywała ludzką
      duszę do pięknego motyla uwięzionego w kokonie. W momencie, gdy kokon jest
      zniszczony, niezdolny do utrzymania w sobie życia, motyl uwalnia się i odlatuje
      ku światłu. Nie zawsze nam służy kokon do późnej starości. Często bardzo krótko,
      jak w przypadku umierających dzieci i wtedy odczuwamy to jako wyjątkową
      niesprawiedliwość. Jednakże opiekę i troskę należy ofiarować każdemu, bez
      względu na wiek i czas jaki pozostał.
      Niektórzy mają to szczęście, że ten ostatni etap życia mogą spędzić w domu,
      wśród bliskich. Inni, z różnych powodów, nie mogą tego doświadczyć, ale czasami
      maja szczęście i stają się mieszkańcami dobrze prowadzonego hospicjum. Z
      rozmysłem użyłem słowa mieszkaniec, a nie pacjent. W tym ostatnim kryje się
      nadzieja zdrowia - mieszkańcy hospicjum już jej nie mają. Tu jest ich ostatnie
      mieszkanie. Tu czekają na tę ostatnią, największą przeprowadzkę...w nieznane
      Wszystko, co jest nam nieznane budzi niepokój, lęk, aż do momentu poznania,
      przystosowania się.Tego, co następuje po życiu poznać nie można i dlatego
      wszyscy lękamy się śmierci. Boimy się tego wyrazu, boimy się wszystkiego, co
      jest z nim związane, a przede wszystkim boimy się przyznać przed samym sobą, że
      i nas to w końcu czeka. Ciebie i mnie - wszystkich ! Z jedną różnicą. My nie
      wiemy kiedy, oni wiedzą, że są już blisko.
      To, że nie wiemy kiedy jest błogosławieństwem - pozwala nam skupić się na życiu,
      a jednocześnie (i to jest smutne) zapomnieć, że są jeszcze ci inni. Ci, którzy
      przechodzą przez wszystkie możliwe etapy strachu, cierpienia i beznadziei,
      często opuszczenia. Ci, dla których ta odrobina miłości, przekazana chociażby
      skinieniem głowy, uśmiechem, prostym dotykiem ręki, nabiera znaczenia
      niewyobrażalnego dla tych, którzy nie wiedzą kiedy.
      A przecież każdy z nas może przyczynić się do tego, aby motyl spokojnie
      rozprostował skrzydła..do ostatniego lotu...

      ...Dlaczego to wszystko pisze?
      Są ludzie, dla których nic nie jest ważne poza sianiem nienawiści
      ...i zaślepienie ich nie pozwala im rozwinąć się w człowieka
      A przecież, nie wiadomo czy starczy im czasu...gdy się opamiętają.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:28
      Już po raz czwarty w tym miesiącu zakwitły akacje i po raz czwarty w tym
      miesiącu uświadomił sobie Chłystek, że jego miejsce na ławeczce jest, w swojej
      wyjątkowości, jedyne na świecie. Co prawda, Mędrzec, jak to wśród mędrców bywa,
      wybrał się w świat na poszukiwanie być może nowego i niekoniecznie niezwykłego,
      i czasem nagłe burze szarpały zawzięcie liśćmi akacji, jakby wypłoszyć go
      chciały, to jednak starał się, w miarę możliwości, na swojej ławeczce
      posiedzieć. Wysiedziane miejsca są wygodne i tylko na nich udaje się snuć marzenia.
      ...........gdy tymczasem

      Obojętny dotyk
      z przyzwyczajenia,
      rozszemrane myśli
      krzykiem kończy,
      gdy rozhuśtana kładka
      pozaprzestrzennie łączy
      zastałe zdarzenia...

      Dlatego ponad formę treść, dobrą intencją przepełnioną, przedkładam.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:30
      Burknął coś niezrozumiałego i krojąc zawzięcie przypalonego schaboszczaka starał
      się każdym ruchem pokazać jak bardzo urażony jest wynikiem jej kulinarnych zmagań.
      - Wykonywałam parę czynności jednocześnie - rozpoczęła tonem usprawiedliwienia -
      właśnie ładowałam pralkę.
      Wzruszył ramionami. Pił piwo rozwlekłymi łykami, powoli. Musiał jeszcze poczytać
      gazetę i nie zależało mu na rozmowie. Męcząc ostatnie kęsy, przeczekała
      cierpliwie te pól godziny, lecz widząc jak podczas składania stron sięga po
      pilota, umyślnie upuściła widelec. Spojrzał na nią półprzytomnym wzrokiem i
      jednak zdecydował się coś powiedzieć.
      - Dzisiaj przyjdę później.
      - Acha...?
      - Po pracy mamy małe posiedzenie.
      - Acha...?
      - Konkurencja chce nam dać w tyłek, musimy opracować strategię.
      Uśmiechnęła się prawie z litością. Był tak bardzo przewidywalny w swoich małych
      i dużych kłamstwach i śmieszny z tym swoim zaufaniem w jej domniemaną
      łatwowierność. Nigdy się nie domyślił, że z paroma jego byłymi kochankami miała
      świetny kontakt i naśmiewała się wraz z nimi z jego nieudolnych prób
      udowadniania własnej męskości. Był tak bardzo zadufany w sobie, przekonany o
      własnej atrakcyjności, nieomylności i sprycie, a jednocześnie tak łatwy do
      manipulowania. Właśnie dzisiaj nadszedł czas podjęcia decyzji zakupu nowych
      mebli. Parę miesięcy wcześniej sprzeciwił się temu.
      - Acha, to znaczy, że będziesz bardzo zmęczony. Prawie się z tego cieszę. Sam
      wiesz jak bardzo nie lubię tego nowego pawilonu. Przełożymy termin na kiedyś tam.
      - Jaki termin? - zapytał szorstko
      - No widzisz, masz taki nawał pracy, że zapomniałeś. Uważam, co prawda, że twój
      pomysł kupna nowego kompletu wypoczynkowego jest jak najbardziej w porządku, ale
      moim zdaniem, niekoniecznie musimy to zrobić już jutro. Nasz stary wytrzyma
      jeszcze ze dwa lata.
      - Zapamiętaj! - rozkazał jej prawie - Zapamiętaj. Nie mam zamiaru rozmyślać w
      nieskończoność o meblach. Kupujemy i będzie z głowy.
      - Ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo! - odparowała gniewnym tonem, wiedząc, że
      w ten sposób czyni decyzję zakupu nieodwołalną
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:32
      Błądziłem, szukałem Cię

      w strumieniu błękitnego powietrza,

      wypatrywałem Twojego śladu

      w locie białego ptaka

      i w sennym rozkołysaniu

      nasłuchiwałem tysiąckrotnego rozperlenia

      echa Twego głosu.

      Nadeszłaś miękkim zjawiskiem,

      prawie nierealnym.

      Schyliłem głowę....

      i byłaś.

      Poczułem na Twej skórze

      oddech nocy

      przesiąkniętej jaśminem.

      Poruszył się Chłystek na swojej ławeczce, wąsa podkręcił i młode lata wspomniał.
      Tak wtedy, jak i teraz miesiąc majowy uchodził za szczególnie miłości sprzyjający.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.02.11, 15:34
      Kto to jest Wilhelmina? Znam ja od lat, mówię do niej zdrobniale Wilma, gdyż od
      czasu "Jaskiniowców" tylko na taka formę swojego imienia reaguje. Potrząsa wtedy
      głową, zezując lekko w bok, ku górze, pokaźny podbródek kolebie się jakby
      radośnie, a jej mała postać kurczy się dziwnie, niczym w przygotowaniu do
      nagłego wybuchu śmiechu. Zamiast tego okręca się kilka razy na pięcie, krzywi w
      niesamowitym grymasie twarz i rzuca w moim kierunku parę, niezrozumiałych dla
      niewtajemniczonych, w połowie połkniętych słów. Zastanawiam się co powiedziała,
      niekiedy zadaję krótkie pytanie, aby zrozumieć do końca. Chciała tylko oznajmić,
      że dostała od znajomej najnowszy katalog jednej z bardziej znanych perfumerii -
      Wilma interesuje się kosmetykami, fascynują ją niezwykłe zapachy, wyszukane
      kształty buteleczek i niespotykane kombinacje kolorów. Lubi tańczyć. Porusza się
      z komicznym, acz urokliwym wdziękiem, obciążonego dużym i nieco obwisłym
      brzuszkiem, bączka. Jej wyjątkowo małe stopy zdają się nie dotykać ziemi, a gdy
      już zmęczy się półgodzinnym wykręcaniem piruetów, biegnie trochę chwiejnym
      krokiem w kierunku stołu, chwyta oburącz wielką szklankę, wypełnioną koniecznie
      czerwonym sokiem, i pije długimi łykami, smakuje, oblizuje wargi bezkształtnym,
      śliskim, zbyt dużym językiem. Cały czas ma zamknięte oczy, rozpamiętuje każdy
      łyk, daje sobie czas na przyjecie koloru, aromatu i zapewne jeszcze czegoś, o
      czym nie mam pojęcia.Jeszcze pomlaskując i wypychając wargi otwiera małe,
      niebieskoszare oczka, jasne rzęsy drgają dziwnym trzepotem. Wilma jest
      zadowolona. Odstawia szklankę ostrożnym, pełnym namaszczenia ruchem i zezuje w
      kierunku plastikowego dzbanka. Wiem, że wypiła dosyć, udaje, że nie widzę
      łakomstwa w jej spojrzeniu, lecz czekam co powie. Szybki bełkot informuje mnie,
      że jedna szklanka to stanowczo za mało. Nalewam drugą, a Wilma pochyla w uznaniu
      swój szeroki kark i śmieje się prawie bezgłośnie i w tym momencie czuje się
      chyba prawdziwie szczęśliwa. Tak mnie się wydaje. Tak naprawdę nigdy nie wiem do
      końca co czuje i myśli, w jaki sposób jej myśli się toczą, jak odbiera i ocenia
      słowa i zachowanie innych ludzi. Potrafi być jednak szczęśliwa i często reaguje
      płaczem na zbyt gwałtowny ruch, lub brak zainteresowania jej osobą. Zamyka się
      wtedy w ciemnym pokoju i tylko przy świetle malutkiej lampki tnie nożyczkami
      kolorowe papierki. Jak pamiętam zawsze tak robiła, ale nigdy nie powiedziała
      dlaczego. Czasami podchodzi do mnie znienacka od tyłu i przytula się gwałtownie,
      przez moment czuję na udach jej ciepły, miękki brzuch. Jeszcze trochę połasi
      się, popuka małym palcem po moich plecach i odchodzi pospiesznym, kolebiącym się
      krokiem, ale po chwili wraca i z daleka pokazuje mi nowo namalowaną mandalę.
      Wilma ma zespół Downa.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja