KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI

    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:07
      I stało się,

      że światło płonącej świecy

      po zakamarki wypełniło

      czy aby tylko to pomieszczenie?

      I uświadomiło

      ....kamieniem oślepłemu?

      Kto widzi

      i tak zobaczy.

      Kto tylko siebie widzi

      i w niewoli granicie

      od cudu twarz odwraca,

      nigdy

      w nikim nie znajdzie

      iskry ludzkiego bycia.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:09
      Od wczoraj znowu noszę przy sobie talizman z czasów młodości. Zawsze był dla
      mnie bardzo ważny, więc nie rozumiem, jak to się stało, że któregoś dnia
      zawieruszył się bezpowrotnie. Tak mnie się wydawało. Spóźnione, wiosenne
      porządki wyniosły go na światło dzienne, wypadł nie wiadomo skąd i potoczył się
      pod moje nogi z dziwnie wesołym dźwiękiem. Stara dwuzłotówka przebita chyba
      igłą...sztuki tej dokonał mój dziadek i pamiętam do dziś, jak gromadka mężczyzn,
      nie zwracając uwagi na pętającego się pośród nich szkraba, podawała monetę z
      ręki do ręki, a okrzyki zdumienia i niedowierzania stawały się coraz
      głośniejsze. Tego samego wieczoru spotkało mnie wyjątkowe wyróżnienie. Dziadek
      posadził mnie na kolana i owiewając moją głowę ciężkim, od domowego wina,
      oddechem, zawiesił na mojej szyi dwuzłotówkę nanizaną na czerwoną nitkę. Duma i
      szczęście nie pozwoliły mi powiedzieć; dziękuję. Spoglądałem tylko w mądre
      stalowoszare oczy, patrzące, w owym momencie, gdzieś w dal, w jakieś wymiary, do
      których tylko nieliczni mieli dostęp. Dziadek był marzycielem. Potrafił
      godzinami opowiadać niezwykłe historie i dyskutować ze mną, przedszkolakiem, o
      kosmosie, powstaniu świata, ziołach, o krewnych wymordowanych w Katyniu i
      najlepszej przynęcie na leszcza. Niekiedy, podczas rozmowy, zatrzymywał się w
      pól słowa. Odczekiwałem tradycyjne dziesięć minut i cicho odchodziłem do swoich
      spraw, trochę zawiedziony, ale zawsze pewny, że czeka mnie jeszcze niejedna,
      interesująca opowieść. Były ich jeszcze setki i wszystkie pamiętam jakbym je
      słyszał wczoraj. Pod wpływem tych rozmów podjąłem decyzję, że zostanę księdzem,
      bo był nim najlepszy przyjaciel dziadka; kościsty, lekko przygarbiony, o
      surowych rysach twarzy, poprzez które często przebijał się uśmiech dziecka. Inni
      chłopcy chcieli koniecznie zostać żołnierzami, ale mnie odstraszały opowieści
      mojego ojca. Bardzo narzekał na codzienne tarzanie się w błocie, złośliwe pająki
      robiące wielkie kupy na dopiero co wymytych łyżkach i na śniadania, gdzie każdy
      dostawał suchą kromkę chleba i mały kawałek kiełbasy. Ojciec, aby taką kromkę w
      ogóle zjeść, kładł na niej ten kawałek kiełbasy i popychał go nosem i mając
      przed sobą tak zachęcający widok, gryzł chleb, aby w końcu wynagrodzić siebie
      tym ostatnim, smakowitym kęsem. O nie, coś takiego zupełnie mi nie odpowiadało,
      dziadek miał ciekawsze wspomnienia, on i jego przyjaciel proboszcz. Nie tylko
      wspomnienia. Któregoś dnia odkryłem, że łączyło ich także zamiłowanie do muzyki.
      Pamiętam ten dzień, w którym po raz pierwszy, samodzielnie, otworzyłem ciężkie
      drzwi kościoła. Zaskrzypiały przeciągle, a potem huknęły za mną, i znalazłem się
      w innym świecie. Pustą salę wypełniał zapach kadzidła, chłodnej wilgoci i
      potężny grzmot organów. Stałem zafascynowany, chyba drżałem z wrażenia, a może
      były to wibracje muzyki, która poruszyła mną dogłębnie. Moja obecność została
      jednak zauważona. Gwałtowne szurniecie krzesłem i nad balustradą pojawiła się
      srebrzysta czupryna, szare oczy spoglądały na mnie z miękką czułością. Wiem,
      byłem tym ukochanym wnukiem, ale te oczy widziały we mnie coś jeszcze, jakieś
      pokrewieństwo, zupełnie niezależne od więzów krwi. Zagrał specjalnie dla mnie
      Ave Maria i postarał się nie zauważyć łez spływających po moich policzkach.
      Nie zostałem muzykiem.
      Jednakże życie moje tak się potoczyło, że ostatni raz miałem okazję rozmawiać z
      dziadkiem tuż po studiach....potem już nigdy. Nigdy też nie odczuwałem potrzeby,
      aby odwiedzić jego grób, którego nigdy sobie nie życzył. Bryła zimnego marmuru
      była mi obca, nie zachęcała do dyskusji nad nieskończonością wszechświata, a te
      prowadziłem z nim nadal podczas samotnych, górskich wędrówek i w cichych
      momentach tuż przed zaśnięciem.
      Ostatnio byłem tam jednak, zapaliłem świeczkę....grób jest zadbany. Kuzyn, który
      ma nad nim pieczę twierdzi, że tak trzeba, nie potrafi jednak powiedzieć kim
      dziadek był.
      Obracam w palcach dwuzłotówkę, jest ciepła....i słyszę gwar tamtego
      wieczoru....i Ave Maria.
      Uśmiecham się....
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:11
      - Jestem Czerwony Kapturek i zbieram datki na ochronę innych wilków -
      powiedział Czerwony Kapturek spoglądając na mnie wyczekująco sprytnymi oczkami -
      Da pan co?
      W pierwszej chwili nie wiedziałem co odpowiedzieć. Za nią stał wielki, szary
      wilk, kręcił zawzięcie wyleniałym ogonem i rzeczywiście spoglądał na mnie
      wilkiem. Zrobiło mi się nieswojo. Jeszcze nigdy nie rozmawiałem z Czerwonym
      Kapturkiem, ani też nie stałem twarzą w pysk z wilkiem. Poklepałem się po udzie
      chcąc pokazać, że nic nie mam i jestem tylko podrzędnym obywatelem czekającym na
      wypłatę, na nieszczęście w kieszeni coś zabrzęczało. Wilk nastawił szybko uszy,
      a wilgotny nos przysunął się niebezpiecznie blisko do mojej nogi.
      - Dobry piesek - powiedziałem bez przekonania i chyba miałem durnowaty wyraz
      twarzy, gdyż Czerwony Kapturek
      uśmiechnął się bezczelnie i nachalnym ruchem wyciągnął w moim kierunku skarpetę.
      Była pocerowana i nie pierwszej świeżości, ale wyraźnie coś już w niej było.
      Udając zainteresowanie dotknąłem ją szybko wskazującym palcem.
      - No i jak wam leci, dużo nazbierałaś?
      - Eeeeeee, leci, ale bez niego nie poradziłabym sobie. Nad nim wszyscy się litują.
      Nie wiem jak to się stało, ale w tym samym momencie wilk wcisnął się miedzy mnie
      a drzwi tarasując drogę ewentualnej ucieczki. Mimowolnie zadrżałem widząc jakiś
      krwisty strzep zwisający z jego lewego, pokrytego żółtą patyną, kła....ale
      Czerwony Kapturek był spostrzegawczy. Potrząsnął niecierpliwie skarpetą.
      - Nie potrzebuje pan się bać. Kiedyś był agresywny i zjadał każdą babcię jaką
      napotkał...ale moja była ostatnia - dodała groźnie - połamał sobie na niej
      zęby....teraz tylko szarpać pazurami potrafi, ale i to nie zawsze.
      Zerknąłem na krwawy strzep, na długie, ostre i upaprane błotem pazury, na
      wlepiony we mnie, głodny wzrok i jakoś nie byłem przekonany o potulności tego
      stworzenia.
      - A dlaczego mówisz; inne wilki? - zapytałem z głupia frant
      Czerwony Kapturek wyraźnie się zdenerwował.
      - No chyba nie myśli pan, że będę zbierała pieniądze na wilki polityczne? One i
      tak biorą wszystko na co maja ochotę, a tata mówi, że jak im się nie uda w
      najbliższym czasie nałożyć kagańców, to wszystko rozszarpią.
      Roześmiałem się gwałtownie, a wilk natychmiast zamienił się w łagodnego psa i
      zaczął mi wtórować radosnym skowytem. Śmiałem się wsypując w skarpetę całą
      zawartość mojej kieszeni i śmiałem się widząc, jak Czerwony Kapturek, z
      porozumiewawczym spojrzeniem, wyciągnął spomiędzy kłów strzępy czerwonej wełny.

      To Chłystek opowiedział mi tę historyjkę. Podejrzewam, że jest to jego wkład w
      opanowanie rozprzestrzeniającej się gorączki powyborczej
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:13
      Czasami wędrował Chłystek po okolicy i zwykle trafiał na dziwne miasteczka
      zagubione wśród pagórków i lasów, jednakże doskonale widoczne w całej okazałości
      i błyszczące świeżą bielą domostw, gdy zbliżał się do nich na odpowiednią
      odległość. Mury owych miast zadziwiały zygzakowatą, acz łagodną formą wykończeń,
      a potężne, szeroko rozwarte bramy zapraszały każdego wędrowca. Parę razy dał się
      i Chłystek zaprosić i zawsze powracał do siebie z przekonaniem, że poznał Nowe.
      Tym razem, usłyszawszy potrójny zew długich trąb, wszedł poza mury i wmieszał
      się pomiędzy grupki świątecznie przybranych ludzi. Wszyscy zmierzali w kierunku
      Placu Wydarzeń, aby przysłuchiwać się, biorącym odział w konkursie, poetom.
      Każdy z nich kłaniał się najpierw wytwornie wszem i wobec, a następnie,
      podkreślając mimiką twarzy treść utworów, recytował je z wprawą zawodowego
      aktora, po czym czekał, z rozłożonymi jak do lotu rękoma, na reakcje publiki.
      Jak się Chłystek zorientował, podstawą oceny było natężenie oklasków mierzone
      przez niewielkie urządzenie biegające po scenie na krótkich, jakby psich
      nóżkach, oraz ilość i jakość pokłonów słuchaczy.. Wraz z ostatnim słowem
      wiersza, bijący brawo tłum pochylał się zgodnie; już od dwóch i pól pokłonu
      przeciętnej uniżoności zaczynały się oceny dobre, powyżej siedmiu, doskonale.
      Przyglądał się Chłystek zjawisku z coraz większym zdziwieniem i śmiał się po
      cichu z nadętych min najbardziej oklaskiwanych i smętnych westchnień tych,
      zaledwie ćwiercią pokłonu nagrodzonych. Lecz jakież było jego zdumienie, gdy do
      następnej, poza konkurencyjnej części występów przystąpiło zaledwie trzech
      wykonawców. Ci wygłosili najpiękniejsze poezje świata i zeszli w ciszy ze sceny,
      w tej części programu niewskazane były oklaski. Chłystek zatrzymał jednego z
      nich, wysokiego młodzieńca o kryształowym spojrzeniu i nawet nie potrzebował
      zadawać nurtującego go pytania, gdyż odpowiedź przyszła natychmiast - Nie możemy
      wymagać oklasków za to, co robimy z własnej, nieprzymuszonej woli. Dopiero
      możliwość dzielenia się tym, co tworzymy, nadaje jemu sens i dlatego jesteśmy
      dłużnikami naszych słuchaczy, a nie odwrotnie.
      Zastanowił się Chłystek głęboko nad tymi słowami i wydały mu się dobre. Spojrzał
      jeszcze raz na młodzieńca i pomyślał, że na świecie sporo jest jednak takich
      Którzy Idą Śladem Mędrca.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:14
      I Have a Dream - powiedział niegdyś Martin Luther King i od tego dnia, słowa te,
      milionokrotnie powtarzane, wzbudzały w niejednym i choćby na nikłą chwilę,
      poczucie wielkiego. Tyle patosu, tyle siły manifestowało się w tym prostym
      oświadczeniu, że nawet najbardziej niepozorny unosił głowę ponad swoje
      wewnętrzne stłamszenie i czuł się człowiekiem. Prawdziwym. Zdolnym do czynów
      niezwykłych, albo tylko do tego jednego, ale za to wstrząsającego posadami
      świata. Jednakże, czy każdy z nas musi tymi posadami potrząsnąć, aby być kimś,
      aby zostawić ślad w dziele człowieka? Jeżeli w ogóle dziełem to nazwać można,
      albowiem prawdziwe są słowa, iż historia ludzkiej cywilizacji jest właściwie
      historią wojny. Lecz obok, znaczonego orężem, biegu czasu, toczy się równolegle
      pasmo oczekiwań bycia człowiekiem. Bez niego nie powstałyby hospicja,
      organizacje lekarzy bez granic ani ludzka dusza. Nie czarowałby nas do dziś
      uśmiech Giocondy, pierwszy pocałunek i poświecenie Małej Syrenki. I nie
      bylibyśmy zdolni do wzruszeń...wczoraj widziałem na ulicy plączącą kobietę...ze
      szczęścia - bo przypadkowo spotkała od lat niewidziana osobę. Naprawdę
      niewidzianą, gdyż kobieta była niewidoma. Zachowałem ten widok, był piękny. I
      też mam marzenia. Aby w życiu każdego z nas znalazło się jak najwięcej miejsca
      właśnie na wzruszenia.

      A gdyby marzenia
      roztrzepać
      i spuścić deszczem na ziemię
      w zalężną glebę tworzenia,
      patrz,
      tęcza długim szalem
      otula
      nasze ręce.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:18
      Muzyka grała jeszcze bardzo głośno, ale cala impreza zbliżała się ku końcowi.
      Małe grupki ludzi powoli opuszczały już sale, paru zaciekłych palaczy, stojąc w
      swoim kącie, dmuchało na siebie kłębami dymu, szurały niezgrabnie odsuwane
      krzesła, a czasem brzęk tłuczonego szkła przerywał na moment rytm tańczących
      postaci. Niektórzy rzeczywiście tańczyli, z bezmyślnym uśmiechem przylepionym do
      twarzy, lecz z tak zadziwiającym wyczuciem muzyki, jakby nic innego nie robili
      od najwcześniejszych, dziecięcych lat. Jakich zdolności trzeba, aby balansując z
      pełną filiżanką kawy nie uronić z niej ani kropli, albo lawirując płynnie
      pomiędzy krzesłami, nie dotknąć żadnego z nich, pomimo chorego biodra i
      obciążającego drugą nogę ortopedycznego buta. Zapędziłam moją trzódkę do
      płacenia rachunków. Stali, kurczowo ściskając swoje portmonetki, każde z nich,
      po kolei, wysypywało niezdarnym ruchem parę monet na wilgotną nieco tacę.
      Barmanka głośno odliczała należność unosząc każdy grosz do góry, skreślała imię
      z listy...następna portmonetka.
      Odwróciłam się gwałtownie czując na plecach delikatne dotkniecie. Z
      zapraszającym gestem rozłożonych rąk stał przede mną Piotr; mały, niepozorny
      człowieczek. Zawsze siedział gdzieś w kąciku, niezauważalny, gdyż szarością
      ubrania i twarzy zlewał się ze ścianą. Poza paroma, dotyczącymi bezpośredniej
      codzienności wyrazami, nigdy nie wypowiedział nic więcej, nie uśmiechał się....i
      jeszcze nigdy nie zaprosił nikogo do tańca. Dałam się poprowadzić w
      pięciominutowym obrocie wyłącznie w prawą stronę, starałam się opanować zawrót
      głowy i dziękczynny niemal śmiech, gdyż zdarzenie to miało dla mnie wartość
      prawie cudu. Widziałam zaskoczone spojrzenia współpracowników i okrągłe ze
      zdziwienia oczy Wilmy dopijającej pospiesznie swoja colę.

      idę
      ona stoi
      jasna
      uśmiecha się
      nie wiem
      tańczę, tańczę
      muzyka gra
      dobrze, inaczej
      nie wiem
      tańczę...już idę

      Wraz z ostatnim akordem muzyki opuścił ręce, odwrócił się bez słowa, pochylony i
      z ciągle kamiennym wyrazem twarzy podążył drobnym krokiem za swoją grupą, ku
      wyjściu. Jeszcze zanim odszedł zdołałam spojrzeć mu w oczy i wydaje mnie się, że
      gdzieś na ich dnie zauważyłam ślad dawno zapomnianego nibyuśmiechu.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:20
      Wędrował właściwie od zawsze. Najpierw poprzez
      beztroskie lata dzieciństwa i młodości, a potem dorosłego życia wypełnionego
      ciężka pracą i jeszcze cięższym zadaniem...gromadzenia pieniędzy. Powielał
      właściwie spadek po przedwcześnie zmarłym ojcu i nawet nie miał czasu zauważyć
      swoich siwiejących włosów, dwóch przelotnych małżeństw i odejścia ostatniej
      kochanki. Nie pamiętał już jej imienia, chociaż ciągle jeszcze rozpoznawał
      zapach jej perfum na przypadkowych kobietach. Przez pewien czas także sekretarka
      ich używała - może to ona właśnie była jego kochanką. Nie dociekał, nie
      interesowało go to, nie interesowało go nic, poza notowaniami giełd i
      bankructwami firm. Aż do momentu, gdy znalazł kupon lotto. Papierek frunął,
      obracany lekkim wiatrem i dosłownie przylepił mu się do buta. W pierwszej chwili
      chciał go strzepnac, ale że w jego mniemaniu były to w jakiś sposób ulokowane
      pieniądze, podniósł go i sprawdził datę losowania - była aktualna. Nie myślał o
      nim przez następne dwa tygodnie i zdziwiony, odkrył go w kieszeni marynarki.
      Właśnie siedział przed komputerem, wiec od niechcenia zajrzał na właściwą stronę
      i sprawdził liczby. Zesztywniał. Spoglądał osłupiałym wzrokiem w ekran i nie
      potrafił zrozumieć do końca, dlaczego ten świstek-przybłęda dawał mu jako
      wygraną, najwyższą jak do tej pory kumulację. Suma była dziewięciocyfrowa,
      ogromna nawet dla niego, pomimo że posiadał więcej. Dlaczego on?. Dlaczego nie
      jakiś biedak, nędzarz w łachmanach, lub samotnie wychowująca matka. Coś tutaj
      się nie zgadzało. Siedział nieruchomo i chyba po raz pierwszy w życiu i wbrew
      temu, co trzymał w dłoni, nie myślał o pieniądzach. Pod przymkniętymi powiekami
      migały mu szybko i uporczywie obrazy z dzieciństwa; kucyk, którego bał się
      dosiąść, stół pochlapany znienawidzonym szpinakiem, indiański pióropusz, z
      którego wypadło najpiękniejsze, zielone pióro i porcelanowa, ciężka od monet,
      świnka. Potłukł ją w swoje ósme urodziny i zdziwił się, że za taki ciężar, tak
      niewiele mógł kupić. Przypomniał też sobie matkę, o której pokojówka szeptała,
      że wyrwała się ze złotej klatki, ale potem zaginęła wraz z przygodnym
      kochankiem, gdzieś w głębinach brazylijskiej dżungli.. Zamiast twarzy ojca
      zobaczył beżową plamę, ale tak widział ją zawsze, pomimo prześladujących go na
      każdym piętrze, ponad dymensjonalnych portretów założyciela firmy. Przypomnial
      sobie jednak, ze z rozkazu tego czlowieka musial plukac dwa zakrwawione
      banknoty, ktorymi wytarl, rozbity na krawedzi piaskownicy, nos. Przypomniał
      sobie jednak, że z rozkazu tego człowieka musiał płukać dwa zakrwawione
      banknoty, którymi wytarł, rozbity na krawędzi piaskownicy, nos. Chyba właśnie
      wtedy zrozumiał wartość pieniądza. Nie ważny był ból i ciągle jeszcze kapiąca
      krew, liczyła się ilość zer na papierze....a te musiały być dobrze widoczne.
      Usiadł na przydrożnym kamieniu i wyprostował zbolałe nogi. Było już późne
      popołudnie, a on szedł od samego świtu, mając nadziej się, że tego dnia dojdzie
      do celu. Poszperał w plecaku, wyciągnął butelkę wody mineralnej i popijając
      małymi łykami, rozejrzał się. Droga była zakurzona i wyboista, rozgrzana
      słońcem, w powietrzu unosił się zapach ziół. Spośród kępki suchych badyli
      spoglądała na niego ciekawymi oczkami mała jaszczurka, uśmiechnął się do niej.
      Widnokrąg rozmazywał się mgliście, jak to zwykle bywa nad morzem, a powiew
      wiatru niósł ze sobą smak soli, a więc cel był już niedaleko. Odetchnął głęboko
      i pomyślał o kuponie lotto, który tak zmienił jego życie, wskazał nowy kierunek
      wędrówki. Nie był naiwnym typu; rozdać ubogim i podążyć za mistrzem i nadal
      posiadał ogromny majątek, ale tym razem wiedział, co z nim robić. Tam, nad
      morzem powstawał piękny ośrodek wypoczynkowy dla upośledzonych dzieci, szedł aby
      dopilnować porządku...i spłukać pył z siwych włosów.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:22
      Rozglądam się,
      szukam śladów
      prawdziwego bycia
      i często widzę
      pokryte bruzdami
      kamienne czoła
      ulepione
      ze spopielonego życia.
      Widzę dumne karki,
      wykrzywione twarze
      i złością demona
      dusze spętane.
      Rozglądam się,
      słyszę dźwięki
      niewidocznej harfy
      i uginam kolano
      w zachwycie,
      gdy widzę,
      jak niebo
      ziemię całuje
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:24
      Jest cisza co krzyczeć może,
      dzwonem krysztalnym
      szczęścia łkanie roznosi
      ....i łza się toczy.
      Bezbolesnym objęciem
      miażdżysz światy,
      myślą w galaktyki wzlatujesz,
      kochasz
      możesz
      jesteś
      czujesz
      po prostu wariujesz...
      A cisza krzyczy
      i duszę wchłania,
      zaprasza w pląsy
      wokół źródła poznania.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:26
      Zawsze śniły się jemu tylko twarze. Przesuwały się przed nim długim szeregiem,
      całą noc, bez końca. Zapamiętywał każdą z nich, pomimo że niektóre różniły się
      zaledwie nikłą zmarszczką obok oka, albo innym ułożeniem kącika ust. To były
      jego twarze. Za każdym razem, gdy zamykał wieczorem oczy, odczuwał coś na
      podobieństwo dumy....i zaciekawienia, jakie tym razem będą. Te, które otaczały
      go w codzienności; na ulicy, na ekranie czy w gazecie, dawno już nie miały dla
      niego takiego znaczenia, jak te ze snów. Znał je wszystkie na pamięć, w
      najmniejszych szczegółach i nie lubił ich za to, że z każdym dniem tak strasznie
      się zmieniały. Widział dokładnie pogłębiające się zwiastuny przyszłych bruzd,
      brak jednej rzęsy i pięciu włosów na skroni, w tym dwóch siwych, miejsce na
      brodzie, gdzie za tydzień pojawi się wyprysk i ostatni, jedyny pyłek pudru,
      który mimo wielokrotnego mycia, ciągle jeszcze tkwił w załamaniu brwi. Nigdy
      specjalnie się nie przyglądał, wszystko to widział natychmiast, gdy tylko
      przelotnie spojrzał na twarz. Poza tym właściwie na nic nie zwracał uwagi i
      poruszał się w swoim świecie praktycznie po omacku. Potykał się nie widząc
      przeszkód, obijał o ściany i po wieloletnim treningu ciągle jeszcze miał
      trudności z trafieniem do łazienki, chociaż całkowicie zdawał sobie sprawę
      dlaczego chce do niej dotrzeć. Beznamiętnie jadł podsuwany tuż pod nos pokarm,
      zmuszony odwiecznym odruchem zaczynał żuć w momencie, gdy tylko wyczuwał dotyk
      na dolnej wardze. Nie czuł jednak ani zapachu, ani smaku, uświadamiał sobie
      tylko, że w miarę przełykania znikało dziwne, nieprzyjemne wrażenie, gdzieś
      poniżej twarzy. Gdzie?...dokładnie nie wiedział, wszystko, co nie było twarzą
      było niedookreślone. Nie miał pojęcia, że istniało coś takiego jak zimno i
      ciepło, nigdy się nie pocił, nie marzł i dlatego zmiana pidżamy na codzienne
      ubranie była dla niego czynnością niepojętą i bez sensu. Często snuł się
      bezmyślnie po swoim pokoju, tylko w kalesonach, aby po godzinie błądzenia stanąć
      w oknie i znieruchomieć w obserwacji twarzy sunących chaotycznie po chodniku po
      przeciwnej stronie ulicy. Krzyczały do niego milionami dawno wypowiedzianych,
      niezrozumiałych słów, myślami, które dopiero co się rodziły i tymi, które nigdy
      nie miały zamiaru się ujawnić. Uśmiechały się do niego wspomnieniem radości od
      dzieciństwa do wieku dojrzałego, a także tym jeszcze w łonie matki i
      późniejszym, wyuczonym, wyrachowanym i pojawiającym się jak na zawołanie.
      Czasami odczuwał lęk widząc na wielu z nich z trudem ukrywany strach przed
      śmiercią, ale nie rozumiał dlaczego tak się dzieje. Wolał zapamiętywać,
      gromadzić, cieszyć się ilością. Nigdy jednak nie wyróżnił żadnej z nich. Były
      twarzami i każda była inna.
      W obszernej sali huczała głośna muzyka. Siedział nieruchomo w swoim kącie.
      Przypadkowo spojrzał w bok i zobaczył twarz. Takiej nie widział nigdy. Była
      jasna, a wszystkie przyszłe myśli i słowa skupiły się na niej w jednym uśmiechu
      bez skazy. Zbliżył się do niej pchany niezrozumiałym odruchem by mieć tylko ją
      jedną naokoło siebie, ze wszystkich stron.
      ......a Wilma obserwowała tańczącą parę
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:28
      Bardzo długo nie wiedziałem co to jest nutella i dopiero w dojrzałym wieku byłem
      w stanie skojarzeniowo powiązać wydarzenia z dalekiej przeszłości. Chodziłem
      wtedy może do trzeciej klasy i dumą napawała mnie wyprawa do oddalonej o parę
      kilometrów nadgranicznej wioski, gdzie właśnie z wielką pompą oddano do użytku
      międzynarodowy dworzec kolejowy. Jechaliśmy własnym samochodem; przechodzoną,
      jasnoniebieską skodą, a było to czwarte, prywatne auto w mieście. Z tego powodu
      bylem wyróżniany w grupie kolegów, gdyż każdy z nich liczył, że za moim
      wstawiennictwem będzie miał być może okazję nadusić klakson albo nawet usiąść na
      parę sekund za kierownica. Machałem ręką do wszystkich mijanych ludzi, lecz w
      końcu znieruchomiałem zdumiony widokiem, olbrzymiego w moim mniemaniu, budynku
      stacji. Był półmrok, lampy zapalały się jedną za drugą, właśnie zatrzymywał się
      z głośnym zgrzytem pociąg trasy Berlin coś tam. Chodziliśmy schodami w górę i w
      dół, oglądaliśmy perony, ale ukoronowaniem wszystkiego była herbata w dworcowej
      restauracji, po raz pierwszy w życiu zobaczyłem, że wycieka ona z maczanych we
      wrzątku woreczków. Przy sąsiednim stoliku usadowiła się belgijska rodzina,
      troje, zaledwie trochę starsze ode mnie, dzieci pokrzykiwały coś niezrozumiale.
      Pamiętam, że spoglądałem na nie jak na małpki w cyrku. Rodzice jedli serdelki z
      musztardą, a one zwykłe bułki, na które pokruszyły nadziewane batoniki. Nie
      mogło mi to pomieścić się w głowie. Jak to, bułka z czekoladowym batonikiem? Co
      za dziwni ludzie! Ojciec śmiał się z wyższością i oznajmił głośno, gdyż
      wiedział, że i tak nie zrozumieją co mówi, że ludzie ze zgniłego zachodu dawno
      już powariowali, a poza tym są biedni i skąpią swoim dzieciom dobrego jedzenia,
      nie to, co on, on kupi nam także serdelki, a batoniki dostaniemy na deser.
      Spoglądałem ze współczuciem na małych Belgów, pewnie nawet bali się powiedzieć,
      że chcieliby coś lepszego, nie mieli wystarczająco pieniędzy, nie to co my,
      posiadacze niebieskiej skody.
      Dopiero na studiach dowiedziałem się o nutelli czegoś bliższego. Koleżanka
      spędziła na wakacjach dwa miesiące u krewnych w Paryżu i przez ten cały czas nie
      potrafiła sobie odmówić codziennej porcji bagietki suto smarowanej nutellą.
      Twierdziła, że nie mogla się od tego grzechu powstrzymać. Grzech był bardzo
      widoczny, przytyła dziesięć kilogramów.
      Czym wiec właściwie jest nutella? Wszyscy wiemy. Może lepiej zapytać, co ona nam
      daje.
      Słodycz, zadowolenie, przyjemny smak, złagodzenie stresu, ale także wyrzuty
      sumienia...te ostatnie miewam często
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:30
      Byłaś tam,
      w czterech wiatrach zagubiona,
      w poświacie księżyca,
      tak jak ja
      odurzona
      zapachem rozcieplonego siana
      i goryczą krwawnika,
      zacienionym uśmiechem,
      zwiastunem dotyku
      na spierzchniętej skórze,
      tańcem gwiazd na niebie,
      i w bliskości siebie
      bez końca szeptanym słowem
      wieczności...
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:32
      Miałem wczoraj okazję wypicia popołudniowej kawy z długoletnią, dobrą znajomą.
      Wymieniliśmy nowości z naszych światów. Moja rozmówczyni, z godnością nosząca
      wielki, obarczony wielosetletnią tradycją, tytuł rodowy, raczyła mnie dowcipnymi
      opowiastkami, które ciężko byłoby znaleźć w zwykłych plotkarskich annałach. Pod
      koniec wizyty pokazała mi książkę, którą ze względu na tragiczny przypadek w
      rodzinie, czytała właśnie po raz drugi celem pokrzepienia serca. Przejrzałem
      przelotnie, "Król Baudouin, tajemnica jego życia" kardynała Suenensa, wydana już
      w 1995 roku i wyraźnie po to, aby podkreślić wyjątkowość kandydata na
      błogosławionego. Zbiór cytatów, krótkich historyjek z życia króla, tendencyjne,
      raczej nudne, ale wzrok mój zatrzymał się na krótkim zdaniu - "Dla niego,
      sumienie miało wartość absolutną". Dziwne, ale myślałem o tych słowach cały czas
      idąc do domu. Czym jest właściwie sumienie, o którym tak często się mówi.
      Sumienie pozwala odróżnić dobro od zła i odróżnia nas od zwierząt, które ponoć
      jego nie posiadają.
      A co jest z wyrzutami sumienia? Posiadam je często, chociaż po zastanowieniu
      dochodzę do wniosku, że niepotrzebnie zajmuję się drobiazgami, niepotrzebnie
      nadaję moim emocjom zabarwienie własnej winy.
      I może będziecie się śmiać, ale otwierając drzwi mieszkania doszedłem do
      dziwacznej konkluzji....wyrzutów sumienia nie posiadają źli ludzie, gdyż nigdy
      nie poczuwają się do winy.
      Spojrzałem do internetu i wyszukałem przyjemny moim oczom cytat, i mam nadzieje,
      wiem, że nie tylko Sonię zaliczyć można do takich osób.
      "Osoba z silnym sumieniem nie wiele dba o siebie, ale jest wrażliwa na to co
      dotyczy innych ludzi. Taka osoba ma tendencje do współczucia i w postępowaniu
      jest ostrożna, żeby nie urazić, albo nie skrzywdzić nikogo".
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:34
      Właśnie wróciłem z tygodniowego urlopu, nie mojego. Ten tydzień należał do Wilmy
      i innych. Właściwie nie miałem ochoty na dodatkowe obciążenie, ale jakże ciężko
      jest odmówić, gdy miesiącami ścigają kogoś bezradne spojrzenia i pełne zaufania
      zapewnienia, że "bez ciebie nic dobrego się nie dzieje". Byłem więc, od rana do
      nocy na nogach, prawie na bezdechu, a dzisiaj, po dziesięciogodzinnym odespaniu
      intensywnych dnie ciągle jeszcze w nich obecny, gdyż moje urlopowe wrażenia są
      tak różne od tych zwyczajnych. Kto może zdać relację z niepowtarzalnego momentu,
      gdy poczciwy, misiowaty Gutek, zachęcony wyjątkowo przyjazną atmosferą i
      podwójną porcją frytek, z własnej woli i po raz pierwszy w życiu, zaśpiewał
      publicznie; Figaro, Figarooooooo. Zaskoczeni bywalcy restauracji osłupieli
      początkowo, a potem nagrodzili go gromkimi oklaskami, a przechodzący kelner
      butelką fanty. Ileż szczęścia widniało w oczach Tereski, która bez ochronnego
      hełmu, ale za to w kamizelce ratunkowej, mogla poruszać się lekko w basenie, w
      tym momencie bez strachu, że następny grand mal naznaczy kolejną raną jej
      pokrytą bliznami głowę. Jeszcze teraz słyszę niepohamowany płacz Basi, gdy na
      godzinę przed powrotem zrozumiała, że za parę godzin zobaczy mamę i będzie mogła
      się do niej przytulić. Ze wzruszenia nie mogła powstrzymać łez, obok takich łez
      nie sposób przejść obojętnie, ściskają serce swym nieskończonym pięknem.
      Oczywiście nie obyło się też bez śmiechu i w takich przypadkach Wilma jest
      niedościgniona. A jako że smaczne jedzenie stanowi dla niej wartość najwyższą (
      niestety, znowu przytyła ), często toczyła się na ten temat rozmowa, i jak to
      często bywa, w połączeniu z innymi, bardziej skomplikowanymi tematami. Tak więc,
      zupełnie niezamierzenie, dowiedziałem się co będzie robić moja ulubienica po
      śmierci, w innym, pięknym i idealnym świecie. Życie wieczne znaczy dla niej
      tyle, co nieustanna uczta, gdzie menu stanowi wyłącznie kurczak z rożna i
      lody...bez przerwy i na zawsze. Wyraziłem nadzieję, że po jakichś stu latach na
      pewno jej to się znudzi. Spojrzała na mnie z politowaniem i tak ogromnym
      rozbawieniem, że nic innego mi nie pozostaje, jak totalna akceptacja tej odmiany
      raju. Mam tylko nadzieję, że kiedyś tam, w nieskończoności, uda mi się wywinąć
      od zaproszenia do stołu Wilmy...jestem wegetarianinem.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:36
      Przez wiele miesięcy poszukiwał Chłystek odpowiedniego motywu. Nie było to
      poszukiwanie celowe, po prostu wiedział, że kiedy nań trafi, natychmiast go
      rozpozna. Dlatego we wszystkich swoich wędrówkach, najwięcej miejsca w jego
      plecaku zajmowały wszelakie pędzle z najbardziej delikatnego, naturalnego
      włosia, farby, niekiedy godzinami mieszane według niezastąpionych przepisów z
      dziada pradziada, a także rulon tajemniczo spreparowanego płótna. Właściwie
      szukanie polegało na rozglądaniu się i czekaniu.
      Pewnego dnia, schodząc z trasy wiodącej pomiędzy rozsypującymi się szczytami
      wapiennych, niskich gór, z trudem utrzymując równowagę na osuwających się,
      zwietrzałych kamieniach i węsząc już w powietrzu, szarpane gwałtownymi falami,
      algi, dojrzał motyw. Małą wioskę rybacka, niczym jaskółcze gniazdo przylepioną
      do nadbrzeżnej skały. Niewielkie domy błyszczały w słońcu oślepiającą bielą
      tynków i krzykliwym błękitem framug, gorące powietrze pełne były dźwięków cykad
      i zapachu, kołysanych wiatrem, rozkwieconych krzewów, tylko czasami zaszczekał
      pies, zaskrzypiała zamykana okiennica. Szmaragdowe, postrzępione białą pianą,
      fale, poruszały się w majestatycznym prarytmie bezkresnego oceanu i liżąc
      żółtobiały piasek wybrzeża zatracały się gdzieś w mrocznej głębinie.
      Chłystek, nie wiedząc kiedy, zaczął malować, niecierpliwie odrzucił sepię i
      siennę, nawet nie spojrzał na ciemny ugier, pod jego pędzlem, miękkimi plamami,
      rozprzestrzenił się akwamaryn i rozzłocony mieszanina okry i cynkowej bieli,
      karmin. Malował jak urzeczony, całą duszą zatopiony w motywie, gdyż nie był to
      tylko zwykły wycinek rzeczywistości. Widok opowiadał historię życia, opowiadał o
      przygodach rybaka i złotej rybki, o delfinie-sierotce, perłopławie od lat
      toczącym w sobie klejnot, o płaczu matki wypatrującej zaginionego syna, wiankach
      puszczanych na wodzie i srebrzystym śmiechu, budującej z wilgotnego piasku
      zamek, dziewczynce.
      Wszystko to zobaczył Chłystek i wyczul w tym nieskończone piękno.
      A piękna nie sposób ując w sztywne ramy, ani nasycić go żałobnym kolorem.

      Wilma zerknęła na obraz. W jej oczach błyszczało coś na podobieństwa
      zachwytu...a może prawdziwy zachwyt? Kto wie? Spogląda podobnie, gdy je lody.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:38
      Już w wieku lat kilku była wyjątkowo nadwrażliwym dzieckiem. Podczas gdy
      rówieśniczki, głośnym nawoływaniem, zabawą w berka i pełnym zapału stawianiem
      babek z piasku regulowały nadmiar dziecięcej energii, ona stała często gdzieś
      obok, zapatrzona w wirujący w powietrzu pył motylich skrzydeł lub rozchylające
      się ku słońcu płatki nemezji, zasłuchana w szelest traw i niewidoczną, niesioną
      przez wiatr aż zza piątej strony świata, tajemnicę. A gdy tak stała, zapatrzona
      w niewidzialne, zasłuchana w niedosłyszalne, rozpościerała powoli ręce w
      mimowolnym geście powitania, a szeroko rozwarte oczy nabierały coraz to bardziej
      blasku bezcennego szmaragdu. Ten gest i to spojrzenie pozostały w niej na
      zawsze, może trochę już dziwne u dorastającej dziewczyny, a potem kobiety, ale
      niezbędne dla pozostania sobą. Dzięki temu potrafiła określić, skomplikowane
      niekiedy, kształty zapachów, wyczuć dotyk myśli na skórze i zobaczyć,
      rozszczepione pryzmatem czystego dźwięku, kolory w muzyce. Żyła w niejako dwóch
      światach; realnym, pełnym twardych rzeczywistości i nieprzewidywalnych zdarzeń,
      i bajkowym, ciepłym, miękkim i przewidywalnym - w obu potrafiła się doskonale
      znaleźć. Oczywiście, ten bajkowy, był jej o wiele milszy. Uciekała weń szukając
      odpoczynku, wytchnienia od codzienności i zawsze wracała z nową energią do życia
      i ładunkiem nowonarodzonych marzeń. Symbol marzeń stanowiły, tylko dla niej
      widzialne, mieniące się tęczą łuski Złotej Rybki. Było ich mnóstwo. Niektóre
      bladły z czasem i odlatywały w najdalsze zakamarki kolorowych snów, aby po
      latach zjawić się niespodziewanie i ze zdwojoną siłą....i łzy roztkliwienia
      wywołać, smętny uśmiech, ale i wiarę w czystość dziecięcych myśli, ich moc i
      piękno Impresji.
      Czy wiele z tych marzeń zrealizowała? Nieważne....gdyż bogactwem jest już same
      ich posiadanie.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:40
      W ostatnich tygodniach trapiły Chłystka dziwne sny. Budził się w nocy i
      nasłuchiwał w skupieniu, gdyż nie był do końca pewien, czy tajemnicze dźwięki
      nie mają swojego źródła w rzeczywistości. Powracały jednak ze zdwojoną siłą, gdy
      tylko zamykał oczy. Raz było to ujadanie sfory burych psów, a raczej ich dziwnie
      napuszonych cieni. Goniły go uparcie poprzez łąki i ostre, niczym ryżowa
      szczotka, ścierniska ogolonych pól. Uciekał zadyszany, ostatkiem sił
      przeskakiwał wzburzone potoki i wyraźnie wyczuwał złośliwą chłostę gałęzi na
      rozpalonej twarzy. Innym razem, olbrzymie bębny dudniły zawzięcie, przerywane
      tylko chwilami pojedynczym jękiem-buczeniem, w jaskrawe wzory malowanych,
      deejeriedoo. Najdziwniejszy jednak był sen, w którym widział siebie jako
      kobietę, smukłą, opaloną blondynkę w kusych, białych spodenkach i osuwającej się
      z ramion bluzce. Dziewczyna jechała na oklep na wypasionej, kołyszącej bokami,
      krowie, tuż za nią podążało nie mniej wypasione cielę. Ciche, przezrocze jak
      diament powietrze przerywane tylko pełnym szczęścia chrząkaniem i posapywaniem
      zwierząt zdawało się zapowiadać coś niezwykłego. I stało się, że w najmniej
      oczekiwanym momencie, posypał się z błękitu nieba deszcz czerwonych,
      hibiskusowych kwiatów. Dziewczyna wytrzepywała je sennym ruchem z luźno
      opadających na plecy, jasnych loków, krowy dreptały spokojnie, zadowolone, a
      zapach deszczu wypełnił cały świat. Chłystek wytrzymał wycie psów i groźny
      warkot bębnów, ale bycie kobietą zaniepokoiło go ponad miarę. Zawsze czuł się
      mężczyzną i nie ulegało wątpliwości, że wszyscy Mieszkańcy Miasta jako takiego
      go odbierali. Nie czekając więc na następne, senne niespodzianki wybrał się na
      rozmowę do okolicznego pustelnika Półpałka-Zapałka. Tenże, już od lat
      pięćdziesięciu i z racji niewielkiego wzrostu, mieszkał w opuszczonej przez sowy
      dziupli i w czasach Niedoboru Ognia wsławił się tym, że potrafił z niebywałym
      sprytem rozpalić ognisko przy pomocy ostatniej polówki zapałki, czym zapewnił
      swoim towarzyszom ciepłą strawę na dni kilka. Chłystek zastał go zawieszonego
      lewą nogą na wyrastającej tuż obok dziupli, sękatej gałęzi, i pochrapującego w
      takt melodii popołudniowej sjesty. Półpałek-Zapałek wysłuchał uważnie jego
      opowiadań, zamyślił się głęboko, po czym ogłosił uroczystym, szeleszczącym głosem
      - Nie ma dymu bez ognia.
      No tak, użył najbardziej znanych sobie słów, ale odpowiedź Chłystka nie
      zadowalała, więc czekał, trochę już niecierpliwie, na ciąg dalszy.
      - To są dobre sny - orzekł pustelnik po dłuższej przerwie, a jego maleńkie oczka
      błyszczały rozbawieniem - Coś zakłóca spokój twojej duszy i słyszysz to w snach
      jako wycie i dudnienie, ale Rozum sam podsunął ci rozwiązanie...spokój. Spokój
      jest cenny i piękny, dlatego ta dziewczyna.
      Tu nie wytrzymał Półpałek-Zapałek i zaskrzypiał przeciągłym śmiechem
      - Radzę tobie jednak, przyjacielu, uważać na te krowy. Niech nie jedzą kwiatów
      hibiskusa, w następnym śnie możesz się...pośliznąć.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:42
      Jeżeli słowo
      podniebną fanfarą
      chmury rozedrze,
      potokiem migotliwym
      opadnie,
      góry poruszy,
      bazalt pokruszy i roztopi sopel
      ......znak poczyń
      i złotą literą
      zapisz wielkość chwili
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:43
      Pewnego dnia odkrył Chłystek tajemnicę, która do tej pory, albo nie rzuciła mu
      się w oczy, gdyż nie była warta jego uwagi, albo, z powodu jego przyjaznego
      usposobienia, nie stanowiła dla niego problemu. Zaczął trochę szperać w
      pożółkłych annałach i z coraz większym zdumieniem odkrywał zagubione ślady
      przeszłości. Okazało się, że Miasto, w którym swojego czasu odnalazł, jakby
      tylko dla niego stworzoną i czekającą nań ławeczkę pod akacją, podzieliło się na
      trzy części. Dwie z nich odpłynęły w przeciwne strony i trochę w bok. Powyże i
      Nizinne leżały nad brzegiem tej samej rzeczki, ale jak same nazwy wskazywały,
      jedna miejscowość wyżej, w połowie pagórka, druga w dolinie. Obie w dalszym
      ciągu błyszczały światłem Miasta będącego ich kolebką, lecz uważny Chłystek
      dojrzał w nim dziwne zygzaki, a takie powstają tylko poprzez odbicie w Krzywym
      Zwierciadle....i swoistą Wieżę Babel budują i hieroglifami przewrotnymi sypią,
      przewrotnymi, gdyż zmiennymi niczym kalejdoskop, gdzie różowe w czerń
      przechodzi, a szare diamentem niespodziewanie zaiskrzy. I doczytał się Chłystek
      w annałach jak to nalewka z piołunu, w ilościach znaczących do rzeczki wlewana i
      wodami w dolinę niesiona, cierpką goryczą napitki mieszkańców Nizinnego
      zaprawia, a dymy palonych na popiół kości do gry i pod postacią gęstej chmury w
      niebo lecące, zmuszały tych z Powyża do uszczelniania okien. Było to
      niezrozumiałe i zastanawiające, gdyż zdawało się wynikać z dziecięcej
      nieporadności, ale jakież było zdziwienie Chłystka gdy zauważył, że comiesięczna
      (wg obowiązującej ustawy doliny) zamiana położenia obu miejscowości nie
      przynosiła nic nowego. Mieszkańcy Powyża, tym razem w dolinie, dymili ile
      wlezie, a Nizinniacy, zamiast podziwiać okolicę z wysokości pagórka, tracili
      czas na zrywanie wyjątkowo dorodnego i soczystego piołunu. Było to śmieszne, a
      jednocześnie tak zatrważające, że w pierwszej chwili postanowił Chłystek wybrać
      się na poszukiwanie owego Krzywego Zwierciadła, zakopać je głęboko w ciężkiej
      ziemi, albo stłuc na drobne kawałeczki, ale że wszelkie działania
      niszczycielskie były mu nad wyraz obce...pochylił jeno głowę nad ludzką słabością.

      A że mimo wszystko wiarę w człowieka posiadał niezachwianą, wiec postanowił
      poczekać...

      Bo jako trzmiel
      w niecierpliwym warkocie
      gwałtem skrzydeł
      kwiat trąci,
      rozpyli poświatę
      niespodziewanej poezji.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:45
      Od czasu, gdy wydawca zaproponował mi udział w szczególnego rodzaju pracy
      zbiorowej, prawie nie opuszczałem biblioteki, aczkolwiek wczytywanie się w
      treści niezwykłych materiałów sprawiało ogromną przyjemność. Dowiedziałem się
      między innymi dlaczego, przebiegający drogą, czarny kot jest zwiastunem
      nieszczęścia, skąd się wzięło powiedzenie "kruk krukowi oka nie wykole", o kim
      mówi się, iż jest silny jak niedźwiedź, chytry jak lis, papuguje, albo funta
      kłaków jest nie wart. Gubiłem się już w notatkach, różnorodność opowiastek
      oszałamiała, ale mimo wszystko czułem niedosyt, wyraźnie czegoś jeszcze
      brakowało. Myśl ta trapiła mnie do momentu, gdy któregoś dnia, jak zwykle
      przemierzając moją codzienną trasę, potknąłem się niespodziewanie i próbując
      zachować równowagę rzuciłem przypadkowe spojrzenie na witrynę malutkiego
      sklepiku. Mógłbym przysiąc, że jeszcze dnia poprzedniego wcale go tutaj nie
      było, a jednak oznajmiał się powykręcanym napisem, tak dziwnym, że w pierwszej
      chwili poczytałem go za egipskie hieroglify; Antykwariat, dr.Honoriusz i...
      Spółka przekreślona była niezdarnym pociągnięciem, łuszczącej się już, czerwonej
      farby olejnej. Zszedłem ostrożnie w dół, pięć omszałych schodków chwiało się
      podejrzanie pod moimi stopami, drzwi zajęczały, a zawieszony ponad nimi dzwonek
      wydał z siebie odgłos do złudzenia przypominający chrząkanie. Wytężyłem wzrok,
      gdyż półmrok pomieszczenia, w porównaniu z wiosennym blaskiem ulicy zdawał się
      być ciemnością. Dopiero po kilkunastu sekundach przekonałem się, że antykwariat
      nie różnił się wielkością od przeciętnej komórki i z taką też się kojarzył. Aż
      pod sufit, na uginających się półkach i w chybotliwym nieładzie, piętrzyły się
      książki różnej maści i wielkości, niektóre ze smętnie, na paru pożółkłych
      nitkach, zwisającymi grzbietami, zakurzone, ze zniekształcającymi tytuły,
      zaciekami wilgoci. Dziwna mieszanina zapachu stęchlizny, zimnej, studziennej
      wody, starego kleju, odgrzewanej kawy i syropu na kaszel, wywołała w mojej
      pamięci zatarte wspomnienia z dzieciństwa, gdy którejś zimy, na strychu domu
      moich dziadków, otworzyłem kilka zapomnianych kufrów z przedwojennymi
      czasopismami. Postąpiłem krok do przodu po miękkiej, zmurszałej podłodze,
      bezgłośnie, wstrzymując oddech, zdziwiony, że nikt nie odpowiedział na moje
      wymamrotane powitanie. Coś poruszyło się w kącie między regałem, a rozsypującą
      się piramidą książek, pociągnęło nosem, w półmroku dojrzałem właściciela.
      Wciśnięta między niekształtne poduszki fotela, skurczona postać wysuszonego
      starca w tabaczkowym, aksamitnym, zapewne starszym niż on sam, kubraku. Sękatą
      dłonią odgarnął z czoła mgłę siwych włosów, spod krzaczastych brwi, w bezradnym
      uśmiechu dziecka, spoglądały na mnie chabrowe oczy. Wyciągnął wielką, kraciastą
      chustkę, przetarł okulary i wskazując swoje królestwo zapytał, a raczej
      stwierdził zadziwiająco młodym głosem.
      -Szukasz czegoś wyjątkowego.
      Nie wiem dlaczego, ale zaskoczył mnie tymi słowami. Zacząłem opowiadać coś bez
      sensu, chaotycznie, jego lekko kpiący uśmiech onieśmielał mnie coraz bardziej,
      czułem się jak niedouczony student na egzaminie. W końcu wyznałem jakich
      materiałów poszukuję.Spojrzał na mnie z wielkim ożywieniem.
      -Taaak, ciekawe, mnie zawsze najbardziej interesował kozioł ofiarny, czy
      zamierzasz i o nim coś napisać?
      Nie czekał na moją odpowiedź.
      -Chyba wiesz, że kozioł ofiarny musiał być niegdyś stworzeniem bez skazy.
      Niektóre ludy nawet teraz zwracają uwagę na idealny kształt rogów, lśniącą
      sierść, niedopuszczalne jest aby miał zeza. Niestety, w naszej kulturze, kozioł
      ofiarny stał się marną kreaturą, worem bokserskim, wielbłądem dźwigającym obce
      grzechy, popychadłem, i pomimo że jest nieszczęśnikiem, większość nim gardzi.
      Nastawiłem uszu, gdyż miałem wrażenie, że zapowiada się ciekawy wykład, ale
      staruszek, jak gdyby nigdy nic, zmienił ton głosu na płaczliwo-jękliwy.
      -Lecz biada, po stokroć biada, gdy kozioł ofiarny stanie się czarną owcą.
      Przemyśl to - dorzucił z mocą i momentalnie zapadł w głęboki sen.
      Zdumiony, i upewniwszy się, że oddycha, opuściłem antykwariat na palcach.
      Następnego dnia, prowokując niezliczoną ilość potknięć, starałem się go
      odnaleźć...bezskutecznie.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:47
      Nigdy przedtem nie był w stanie wyobrazić sobie, że ciemność może być tak czarna i przerażająca. Bał się jej. Bał się jej bardziej niż czegokolwiek w życiu. Śmieszne....w życiu! O ile jeszcze je miał. Na razie wiedział tylko, że jest. Jak? Gdzie? Dlaczego? Coś huczało dziwnym rytmem, coraz potężniej. Uporczywie. Otaczało go ze wszystkich stron, zdawało się potrząsać całym jego ciałem. Ciało! Rytm rozszalał się nagle drobnym, chaotycznym pukaniem....i nie do wytrzymania w momencie, gdy zrozumiał, że słyszy własne serce. Wstrzymał oddech, chciał się wsłuchać, rozpoznać, umiejscowić.....Niemożliwe! Spokojnie. Uspokój się, idioto, już lepiej, już dobrze. Oczy! Mam chyba otwarte..nie wiem...o Boże....nie wiem. I to dudnienie...to nie we mnie! Niemożliwe! Tak nie wali ludzkie serce, to gdzieś obok. Gdzie!? Żeby chociaż iskierka, choć trochę światła...bach, bach, bach. Bach! Wołanie z daleka. Skąd? Poczuł niezmierne wzruszenie, wręcz paraliżującą wdzięczność, że gdzieś coś jest, jakiś inny dźwięk oprócz tego duszącego dudnienia.....I w tym momencie zobaczył czerwoną plamę. Zbliżała się z przerażającą szybkością, roztrzepotana szaleńczym pulsem. Chciał uciekać, zamknąć oczy....nie wiedział, czy je ma . Plama zmieniła barwę rozszczepiając się nagle w srebrzyście rozedrgane smugi, pomykające w zawrotnym tempie donikąd. Był oszołomiony, opanowały go, niemożliwe do umiejscowienia, mdłości.
      Adasiu, Adasiuuuu....dawno zapomniany głos, pełen trwogi i czułości, był tuż, tuż i nie do końca, gdyż w tej samej sekundzie przytłumiła go istna kakofonia nieprawdopodobnych dźwięków; krzyki i szepty, śmiech i kwilenie dziecka, ujadanie psa, niepohamowany, pełen straszliwej rozpaczy szloch, przejmujący jęk cierpienia i idiotyczny bełkot pijackiej kłótni. Chyba oszalał! Boże...spomiędzy zamglonego światła jednej ze smug wyłoniła się, wymachująca laską, skurczona postać starca, twarz wykrzywiona makabrycznym grymasem, strasząca żółtobrązową resztką zębów....gdzieś już ją widział . Gdzie? Kiedy!? Nie mógł sobie przypomnieć zafascynowany nowym obrazem...samego siebie...miał wtedy osiem lat, pierwszy prawdziwy garnitur, Pierwsza Komunia, wielki tort, którym musiał się ze wszystkimi podzielić, pomimo że był to jego dzień....teraz frunął ku niemu na kryształowym talerzu, wspaniały, nienaruszony, niezapomniany różowy krem...a tuż za nim, mrużąc oczy, z tym swoim niepowtarzalnym uśmiechem i stukając obcasami, Anna....nigdy potem nikogo tak nie kochał. Nie odchodź, Anno. Zostań! Nie chcesz!...Widział wszystko na raz i z osobna, był obok i wśród wszystkiego....jednocześnie; jechał na drabiniastym wozie pełnym wonnego siana, deptał, pełen bezsilnej rozpaczy, odznaczenie za ratowanie kolegi...bezskuteczne, czuł pod stopami rozgrzany piasek tunezyjskiej plaży, wyjtąkowy smak pierwszego pocałunku, przypalał schabowego na patelni... a tu - dzwoni telefon...acha, Jacek się urodził....no, gdzie ta koszula, do diabła, spóźnię się do pracy....Nie odchodź, Anno, proszę. Wyciągnął rękę, aby odnaleźć, zatrzymać jej cień, gdzieś pomiędzy ośnieżonymi szczytami gór i przeraźliwie miauczącym, rudym kotem. Bach, bach, bach! Wyciągnął rękę....rzeczywiście ją wyciągnął....czuł ją i był to ból nie do opisania, i wiedział, że dzikie, nieludzkie wycie, które w tym samym momencie usłyszał, to jego własny głos. Boże! Wiem, wiem wszystko, to już koniec, nigdy mnie tu nie znajdą....za głęboko! Muszę!...chociaż trochę światła...nie mogę odejść w ciemność, zawsze się jej bałem!... Miał w kieszeni zapalniczkę. Wydłubał ją z lepkiej, jeszcze pulsującej miazgi swojej własnej nogi, oszalały z bólu, półprzytomny...Szybko, szybko...dłużej nie wytrzymam....metan...co tam...byle szybciej....muszę nacisnąć!
      Nawet nie zdążył zobaczyć światła.....
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:49
      Trzymasz kurczowo
      wędrujący piasek wydm
      i ułudne cienie
      szaroburych słów.
      Spójrz,
      ogniem nowego
      widnokrąg się płoni,
      nadzieją naznacza
      świtanie,
      bezwzględność ciosu,
      nieskończoność pocałunku
      w litanii słów zaklętego wieczoru,
      bezbrzeżność dziecięcego uśmiechu
      i zagasłą żałobę
      niewolniczej łzy.
      Spójrz, rozpoznaj
      ....i zaistniej wszędzie

      Takie to słowa odnalazł Chłystek....na pergaminie spisane, cierniem do drzewa
      jego podakacyjnej ławeczki przykute.
      Przeczytał je raz i drugi...potem raz jeszcze. I prawdę powiedziawszy, nie
      potrafił sobie wyobrazić, że myśli te do niego były kierowane - jako że nosił je
      w sobie już od zawsze.

      Może były to porady dla przypadkowych przechodniów, aby im uświadomić, że spacer
      po tęczy tylko wtedy jest piękny, gdy jeszcze przed pierwszym krokiem zrzuci się
      z siebie kamienny garb
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:51
      Lubie zachodzić do pustych kościołów. Zasiadam gdzieś z boku, niewidoczny w
      półmroku, zamykam oczy i wsłuchuję się...nie tylko w dźwięki. Dzisiaj jednak
      było ich sporo. Chór w ukraińskim kościele powtarzał, zda się w nieskończonym
      pomruku, gregoriańskie pieśni, wibrowało powietrze, kurz w nim zawarty i
      wypolerowane starością ławki.

      Hospody pomyłujtie...Hospody pomyyyyyyyyłujtie
      huczały glosy

      Hospody pomyłujtie...Hospody pomyyyyyyyyłujtie.

      Nie wiem dlaczego, ale dźwięk tych słów wręcz przeniósł mnie w inne wymiary. Być
      może dlatego właśnie lubię puste kościoły, gdzie szczególne echo pozwala
      pozbierać myśli i spojrzeć inaczej na sprawy dziejące się poza ich ciężkimi
      drzwiami.
      Zasiadłem przed komputerem, przeczytałem, gregoriański pomruk ciągle w uszach
      brzmiący...ale już na na inną melodię i w słowie inny...
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:53
      Sobota była niezwykłym dniem dla Roberta, musiał podjąć ważną decyzję, a
      podejmowanie decyzji przychodzi mu wyjątkowo opornie. Może wydać to się komuś
      śmieszne, ale w mieszkaniu, już od zawsze, znikały łyżeczki. Były czasy, gdy
      kupowano ich po dziesięć miesięcznie, a nawet więcej, po najwyżej dwóch
      tygodniach przepadały bez śladu. Podczas ciężkiej i niezręcznej dyskusji
      postanowiliśmy, że każdy zostanie dumnym właścicielem swojego prywatnego,
      osobistego, rozpoznawalnego, pięknego zestawu sztućców. Sprawę czasami tylko
      znikających talerzy chwilowo pozostawiliśmy w zawieszeniu. Już samo poszukiwanie
      odpowiedniego sklepu było dla Roberta wyprawą w nieznane i wzbudziło gwałtowną
      niechęć. "Do takich pomieszczeń, ciasnych, bez przewiewu, po co to i na co, a
      tak w ogóle to bez potrzeby, i dlaczego teraz...to on wchodzić nie ma zamiaru".
      Parokrotnie chciał wracać, ale że nie posiada zmysłu orientacji, kończyło się to
      na parokrotnym okręceniu na pięcie, parokrotnym pociągnięciem nosem i
      parokrotnym powtórzeniu ho, ho, ho - po czym szedł dalej człapiąc potulnie
      czerwonymi butami. Asortyment paru sklepów nie przypadł mu do gustu, przechodził
      obojętnie obok wystawowych okien, aby w pewnym momencie, z natchnionym wyrazem
      twarzy, wkroczyć do najdroższego. Całe szczęście, że na promocyjnym stoliku
      leżały, kusząco błyszczące polerowanym metalem, pojedyncze egzemplarze.
      Przystępna cena, doskonały, nierdzewny materiał, efektowny kształt i wybór
      okazał się zupełnie łatwy. Jedynie co do noża mieliśmy odmienne zdanie. Razem z
      pozostałymi sztućcami tworzył komplet, lecz Robert uznał, że wcale go nie
      potrzebuje, w ogóle nie lubi noży, a w razie czego może pożyczyć od kolegi. Po
      półgodzinnym roztrząsaniu problemu zgodził się go nareszcie kupić, ale w tym
      samym momencie opuściła go też dotychczasowa "koncentracja", rozejrzał się
      dookoła i z miną zdecydowanego na najdroższy i najbardziej szalony zakup,
      rozpoczął wędrówkę pomiędzy elegancko podświetlonymi witrynami, tuż za nim
      podążała strwożona ekspedientka. Początkowo starała się podpowiedzieć jemu jego
      własne życzenia, ale widząc brak reakcji, śledziła tylko z coraz większym
      przerażeniem jego niezdarne ręce przesuwające drogie szkła po to tylko, aby
      dotknąć jakaś wyjątkowo błyszczącą łyżkę lub ciekawy, acz kruchy bibelot.
      Pobrzękiwał przy tym pękiem wielkich kluczy, mamrotał coraz głośniej:
      "Interesujące, ciekawe, widziałem takie w katalogu, i te słoiczki, tak,
      słoiczki??, szkoda, że nie mają czerwonych nakrętek, szklanki muszą stać równo,
      w równym rządku, solniczka trochę z boku, hmm, potrzebuję taką, i cukierniczkę
      też, kto by to powiedział, a dzień dosyć chłodny, powietrze świeże, kurze trzeba
      przetrzeć, widać pod światło, hmm, hmm, to takie niehigieniczne, nooo trzeba się
      zastanowić nad ptakami". Ekspedientka, widząc moje uspokajające spojrzenie,
      cofnęła się nieco, lecz jej, jakby przylepiony do twarzy, uśmiech stał się
      jeszcze bardziej bezradny. Ta wędrówka miedzy witrynami była nużąca także i dla
      mnie, ale Robert zawsze musi zakończyć to, co rozpoczął, wszelkie próby
      odwrócenia uwagi są bezskuteczne. A jednak zdarzają się. Odezwała się komórka.
      To Wilma domagała się naszego powrotu twierdząc, że jej włosy bardzo już za mną
      tęsknią, a poza tym muszę koniecznie zobaczyć, jak zupełnie sama pójdzie do
      parku po przeciwnej stronie ulicy. Robert przechylił nieco głowę, złożył wargi
      jak do pocałunku i błądząc wzrokiem gdzieś po suficie zaśmiał się swoim; ho, ho,
      ho, yhy. Był to znak, że możemy wracać. Szedł obok mnie ściskając w jednej ręce
      torebkę ze sztućcami, drugą potrząsał pękiem kluczy, zadowolony, zasłuchany w
      człapiący dźwięk swoich czerwonych butów i z uśmiechem dziecka zapatrzony w
      swój, niedostępny innym, świat autysty.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:54
      Jak przewidywałem, świeżo zakupione sztućce Roberta podzieliły los jego innych
      skarbów. Przechowuje je w wysokim słoiczku ustawionym na nocnym stoliku i to w
      taki sposób, że pierwsze spojrzenie, tuż po przebudzeniu, pada na ich
      wypolerowany metal. Nie wiem jak długo będzie się nimi cieszył. Być może już w
      następnym miesiącu znikną w hałdzie jego zbiorów, gdzieś pomiędzy oknem a
      jedyną, wąską i w miarę pustą ścieżyną w jego pokoju.....jakoś musi się
      przedrzeć do łazienki.
      W dalszym ciągu miesza swoja poranną kawę wykrzywionym widelcem i narzeka na
      znikające łyżeczki....
Inne wątki na temat:
Pełna wersja