KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI

    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:56
      Czy ktoś z Was oglądał film "Rocky Horror Picture Show"? Albo musical, na żywo?
      Widziałem jedno i drugie, już bardzo dawno, ale żadne nie wzbudziło we mnie
      takich emocji, jak zaledwie cztery fragmenty koronujące wspaniały, sobotni
      festyn. Od pierwszego momentu atmosfera była wyjątkowa; dowcipne, krótkie
      przemówienia (tylko to, co ma znaczenie, nic ponad to), kolorowy, fantastycznie
      zróżnicowany bufet (Wilma pozostała jednak wierna swoim ulubionym potrawom i
      dopiero po spożyciu potrójnej porcji kurczaka tudzież dwóch sporych kawałków
      pizzy z tuńczykiem, mogła już spokojnie zasiąść nad sześcioma kulkami
      czekoladowych, w malinowym sosie pływających,lodów), podgrzewający ducha zabawy,
      wyśmienity zespól rockowo-folklorystyczny i bajeczne fajerwerki. Naokoło
      słyszałem radosne przytupywania, pełne zachwytu siorbanie coca-coli, fanty i
      cappuccino, zawzięte chrupanie różnosmakowych chipsów i pikantnych orzeszków,
      czasami zaskrzypiał wózek inwalidzki, ale jakby inaczej...wesoło, chwilami ktoś
      wyjątkowo odważny wskakiwał na scenę i wykrzykiwał z dumą parę nierytmicznych,
      nieskładnych dźwięków. Robiło się coraz głośniej, powoli zaczynała się "praca w
      podgrupach", lecz w tym samym momencie operator przyciemnił światła, jedynie
      długi balkon na jednej ze ścian tonął w seledynowo-fosforycznych blaskach. Na
      tego rodzaju scenę wyskoczył Dr.Frank N.Furter, wysoki, szczupły, w czarnych
      siatkowych pończochach i krótkiej, obszytej cekinami, spódniczce. Na widok jego
      "uwodzicielskich" ruchów i przesadnie krwistego makijażu publiczność zawyła z
      uciechy. Radość wzrosła jeszcze, gdy minutę potem dołączyły do jego tańca trzy
      następne osoby, w tym niezaprzeczalna gwiazda wieczoru - Michał, kolega Wilmy,
      mały człowieczek z fryzurą a la Kryszak. Jednakże nie tylko tym się wyróżniał.
      Ubrany w obcisłe pantalonki-biodrówki, nad którymi chwiał się
      rozłożysto-wypukły, nagi brzuch, minikamizelkę i frak o spływających aż do pięt
      połach, ruszał się w takt muzyki tak niezwykle, z tak nieprawdopodobnym
      wdziękiem, a jednocześnie tak komicznie, że po twarzach widzów popłynęły łzy. A
      on, jakby jeszcze tego było mało, wykonał brawurowy taniec brzucha, po czym
      gestem co najmniej Fredy Quina, rzucił w rozwrzeszczany tłum kamizeleczkę i
      wyrwany z pępka, pozłocisty kolczyk. Wiwatom nie było końca, i nawet ja sam
      zdumiałem się dzikimi dźwiękami, o które nigdy przedtem nie podejrzewałem mojego
      gardła. Nie dane nam było ochłonąć. Z cienia wyskoczył zespól bębniarzy. O yeh,
      o yeh...widzowie rozkołysali się w jednym, wspólnym, wszystko łączącym
      prarytmie. Gdzieś za moimi plecami usłyszałem rozradowane ho, ho, ho, yhy.
      Robert śmiał się głośno, jak zwykle częściowo w swoim świecie, jak zwykle
      spoglądając na coś powyżej sufitu, powyżej nieba i świata. Był szczęśliwy.
      Takich wspaniałości na pewno się nie spodziewał....wszyscy bębniarze ubrani byli
      na czerwono.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:58
      Bardzo, bardzo dawno temu, gdy sporo niemowląt miało zwyczaj przychodzić na
      świat w czepku, a przynajmniej jedno na sto tysięcy ze złotą łyżeczką w buzi,
      nikt się nie dziwił, że opuszczone przez sowy dziuple, zajmowane były
      natychmiast przez emerytowane wiedźmy, a plemię wodnika podtrzymywało wiekową
      tradycję i przeganiając mrozy przeraźliwym dźwiękiem wierzbowych fujarek,
      wywoływało wiosenne roztopy. Świat był wtedy jeszcze w powijakach i prosty jak
      drut, porządek dnia dyktowało słońce, rozkazy ojców i pianie koguta, i nikt
      nawet nie podejrzewał, że mogłoby to kiedykolwiek ulec zmianie. Aż do tego
      szczególnego dnia, gdy Sobierad przemoczył nogi podczas wyjątkowo obfitych
      roztopów, dostał katar i pomiędzy kolejnymi, potężnymi jak z miecha kichami,
      doznał olśnienia."Do diaska" - zawołał sam do siebie - zbuduje to coś!"
      Oczywiście nie powiedzial co, ponieważ dla tego czegoś nie istniała jeszcze
      nazwa. Dopiero po kilku dniach pracy w pocie czoła, rąbania, przycinania i
      walenia młotem, stanął naprzeciw swojego dzieła i opierając się ciężko na
      drzewcu topora wykrzyczał uroczyście na bory i lasy: "Ta rzecz ma w sobie coś!"
      Po chwili namysłu odrzucił "rzecz" i "w sobie coś" i ogłosił tonem odkrywcy;
      "ta-ma, tama!" I stało się, że za przyczyną jego wynalazku, wiosenne roztopy
      przesunęły się na pole sąsiada Swarlika, który jak przystało na właściciela
      takiego imienia natychmiast rozpoczął swary. Bardzo skuteczne, gdyż poparła go
      cała osada, nie mówiąc o plemieniu wodnika, które od tej pory zakłócało noce nie
      tylko grą na fujarkach, ale i wyjątkowo nieapetycznymi dźwiękami, ubijanego
      drewnianymi kijankami, błota. Sobierad okazał się okropnym uparciuchem, nie
      ustępował i pilnował swojej tamy z narażeniem życia, nie ugiął się pod
      abrakadabrami emerytowanych wiedźm, ani przed atakiem latających ryb i śmiał się
      głośno z mających wyprowadzić go na manowce błędnych ogników. Być może opadłby w
      końcu z sił, być może poddałby się wdziękom zalotnych rusałek....gdyby nie
      rzepa. Zmarniała na wszystkich okolicznych polach, a widmo głodu nachalnie
      zajrzało w oczy sąsiadów. Tylko na jego ziemiach wybujała niebywale, tak wielka,
      że nikt ze śmiertelników czegoś takiego nigdy nie widział. Jako pierwszy zaczął
      go poklepywać po plecach Swarlik, a wynagrodzony kopczykiem dorodnej rzepy,
      poprzysiągł mu braterstwo krwi na wieki i rękę najmłodszej córki, na co Sobierad
      jednak nie przystał, gdyż jak wieść niosła mówiła przez sen i z racji zeza
      spoglądała nie wiadomo gdzie. Nie potrzebował też już pilnować swojej tamy,
      robili to za niego inni, nawet z większym narażeniem życia niż on sam i z
      większym zacietrzewieniem.
      A po rzepę ustawiała się coraz dłuższa kolejka. Nikt nie chciał zrezygnować z
      jej zalet, właściwości dawania zdrowia, siły przetrwania i smaku. I każdy dawał
      za to co miał najcenniejszego. Piwnica Sobierada pękała w szwach. Czego tam nie
      było; dzidy z najtwardszego drzewa, topory z najprzedniejszego krzemienia, jaja
      przepiórek, gliniane dzbany pełne topionego sadła, suszona ryba, pęki rzemieni i
      lisich ogonów, zdarzały się nawet suchary z importu z pobliskiej Kniei. Sobierad
      stał się sławny i bardzo bogaty, wszyscy byli na jego usługach, wykonywali każdy
      rozkaz. W ten to sposób, przy pomocy innych, wykurzył z lasu wiedźmy, które
      pozbawione wygodnych dziupli marniały powoli w przytułku dla czarownic, gdzieś
      za siódmą górą. Ciężkiego losu doznało także plemię wodnika. Początkowo zdumione
      obrotem sprawy, później coraz to bardziej ciche, słabe, odzielenione... aż
      pozostał po nich tylko dźwięk w wierzbowych fujarkach.
      A w pokoleniu Sobierada zaczęły się rodzić dzieci ze złotą łyżeczką w buzi i tak
      trwa po dzień dzisiejszy.
      Ponoć Paris Hilton prawie się taką łyżeczką podczas porodu udławiła.

      Chłystek natomiast, zakrztusił się ze śmiechu...czasami, ot tak sobie bajdurzył.
      I postanowił wybrać się na długi spacer po Lesie, aby być może usłyszeć kojący
      szmer Zawijaska
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 11:59
      Uwierz,
      snem nędzarza
      odliczałem noce,
      trwałem w samotności
      bliźniaczych godzin
      i niewoli złudnych wartości,
      bezwolny, zagubiony w sobie,
      proch z prochu,
      i już bez światłości,
      aż do cudu
      tej upojnej chwili,
      gdy wieczność ujrzałem
      w dotyku białej lilii,
      i gdy miłość
      w nieskończoności pocałunku
      się zapomniała
      i wygrała
      życie.....
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 12:01
      Melasa, miód akacjowy,
      nutella,
      batonik czekoladowy,
      kruche ciasteczko,
      orzeszek,
      pralinka,
      słodka landrynka,
      ach....jak ja to lubię...
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.11, 12:03
      Obierał jabłko małym, ostrym nożykiem i z zapartym oddechem śledził coraz
      dłuższą, miękkimi splotami układającą się na talerzu, strużynkę. Była wiotka i
      tak niewiarygodnie cienka, że w każdym, następnym ułamku sekundy mogła się
      zerwać, chociażby pod wpływem własnego, nijakiego ciężaru, nie mówiąc o
      najmniejszym, nieopacznym ruchu. Nie pękała jednak, wydłużała się, prawie
      niewidoczna, półprzejrzysta i radowała jego oczy swoją subtelnością pajęczej
      nici. Musiał jednak przyznać, że tego dnia wyjątkowo dobrze mu się pracowało, a
      i jabłka były niezwykłe; nie za duże, nie za małe, przyjemnie leżały w jego
      ciepłej, lekko wilgotnej dłoni, żółtorumiane i wypolerowane do błysku - takie
      lubił najbardziej. Nieważny był smak i zapach, i tak nie potrafiłby nic na ten
      temat powiedzieć, liczyły się tylko właściwości skórki. Musiała być średnio
      miękka, elastyczna i nie za gruba, tylko wtedy mógł ją ciąć na wypracowaną od
      lat szerokość. Wiedział też w międzyczasie, że wiele zależało od pory roku.
      Najlepsza była późna jesień, najgorsza wiosna - wtedy cierpiał; oczy łzawiły z
      natężenia, bolał napięty kark i nadgarstek, monstrualnie puchły, nieustannie
      nagryzane do krwi, wargi, a gorycz antyseptycznej maści doprowadzała go do
      mdłości. Krążył po pokoju niespokojnym truchtem uwięzionego zwierzęcia, kurczowo
      ściskał w spoconej dłoni swój mały nożyk i był najzwyczajniej w świecie
      wściekły, tak wściekły, że chwilami padał na podłogę i walił w nią z całych sił
      nogami, jego ciężkie, ortopedyczne buty huczały w dzikim rytmie na parkiecie.
      Podnosił się jednak, skulony i przyczajony doskakiwał do jabłka i docinał
      skórkę niezauważalnym dla nikogo ruchem. Tak jednak było wiosną, a teraz jesień
      za oknem sypała żółtym liściem, czego zresztą nie zauważał, i jabłka zachęcały
      swoimi właściwościami do wydajnej, idealnej pracy. Ogarnął go jakiś bliżej
      niedookreślony stan podniecenia, instynktownie wyczuwał, że w tym dniu może się
      wyjątkowo wykazać, strużynka nie mieściła się już na talerzu, a przecież na
      jabłku pozostało jeszcze sporo do obierania. Zmrużył oczy i prawie na bezdechu
      sięgnął po lupę, gdyż w tak wyjątkowym momencie musiał sprawdzić, czy nie
      popełnił błędu i czy dalej może pracować we właściwym sobie tempie. Zamarł z
      przerażenia. Szkło powiększające nie kłamało. Na skórce, milimetr dalej,
      bezlitośnie kpiło z niego maleńkie wklęśniecie, czegoś takiego nie sposób było
      ominąć...
      Osłupiały, odłożył nożyk na bok, jak uderzenie młotem potrząsnął nim nagły ból,
      nie do wytrzymania. Podniósł ręce na wysokość głowy i trzepocząc nimi gwałtownie
      zaczął wyć, wrzeszczeć, jęczeć, zatoczył się na ścianę, kopnął ją, potem jeszcze
      i jeszcze raz, aż do utraty tchu.
      Rzucił się do misek z obranymi jabłkami. Niektóre stały już tak od paru dni,
      zbrązowiałe, pokryte pleśnią i warstwą spęczniałych muszek....strącił je na
      parkiet i depcząc zawzięcie wył nadal, i pruł nożem rękawy bluzy i nogawki
      poplamionych spodni.
      Opadł na kolana. Pod krzesłem leżało dorodne jabłko. Błyskało do niego jasnym
      rumieńcem, zapraszało. Już z tej odległości rozpoznał, że było wyjątkowe,
      doczołgał się do niego poprzez kałużę skisłej, brązowej papki i dusząc łzy na
      rozjaśnionej już tkliwym uśmiechem twarzy uniósł je drżącą dłonią pod światło.

      Chłystek jeszcze raz zerknął w swój kalejdoskop zdarzeń i zobaczył w nim
      powielony w nieskończoność ciąg dni, misy z jabłkami - obranymi i nie - sterty
      strużyn, starannie wysuszonych, starych, rozsypujących się w pył pod dotknięciem
      ręki. Zobaczył połamane noże, kolejne pary schodzonych ortopedycznych butów,
      trzy porcje tabletek i chmary, w słodkawym powietrzu, unoszących się muszek....i
      odnalazł sens życia tam, gdzie nikt inny by go nie szukał.
      • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.02.11, 19:32
        Chłystek obserwował mimikę twarzy siedzącej naprzeciwko kobiety. Nie potrafił
        określić jej wieku, kilka zmarszczek i bruzdek dodawały jej powagi, lecz
        błyszczące, rozmarzone oczy i tajemnica w jej spojrzeniu zdradzały, że mieszkała
        w niej wiecznie młoda dusza. Opowiadała z przejęciem, ciągle jeszcze oszołomiona
        przeżytym.
        To był niezwykły sen, jeden z tych, co powtarzają się natrętnie każdej nocy i
        nakazują zastanowić się i szukać. Jasna, świetlista postać ogłosiła całemu
        światu, że zginie on, zapadnie się w czarnej czeluści wszechświata jeżeli nie
        znajdzie się chociażby jeden człowiek, który wypowie trzy najwspanialsze słowa.
        Nikt, ale to nikt zdawał się ich nie znać...może zostały zapomniane? Gwiazdy po
        kolei gasły na niebie, zapadły ciemności, ziemia, uciekając spod stóp, dygotała
        w ostatnich konwulsjach, płacz, lament, okrzyki przerażenia. Wszyscy na świecie,
        chwytając się za ręce, połączyli się w jedno, i w tym momencie beznadziei, tak,
        jakby zmusiło mnie coś do krzyku, pełna jakiegoś nieziemskiego uniesienia
        zawołałam; miłość, wiara, nadzieja! I stało się światło! I wszystko było jak
        zawsze. Chłystku, wiesz kim jestem, zawsze potrafiłam zrozumieć moje niezwykłe
        sny, ale ten nie dawał mi spokoju. Szukałam odpowiedzi i nikt nie był w stanie
        mi jej udzielić. Pobiegłam nawet do klasztoru franciszkanów, ale oprócz paru
        sloganów nie dowiedziałam się nic godnego uwagi. Czy myślisz, że do czegoś mnie
        wybrano, czy jest to wskazówka, że los wyznaczył mi jakaś specjalną misję do
        spełnienia?
        Chłystek zaśmiał się cicho, lecz w jego spojrzeniu nie było kpiny, wręcz
        przeciwnie, spoglądał na kobietę niemal z tkliwością, niemal tak, jak spoglądał
        na pastelowy poblask, wirującego w powietrzu, pyłu motylich skrzydełek. Zerknął
        w swój kalejdoskop.
        Misja? Cóż za wielkie słowo. Każdy z nas jest istotny i nikt nie jest w stanie
        powiedzieć kto ważniejsze piętno na życiu odciśnie. Widzę w zdarzeniach tak
        wiele. Spójrz, oto Sorellina opowiada o kocie-uzdrowicielu, Alutka, niczym
        Alicja z Krainy Czarów wychodzi spoza zwierciadła z naręczem pełnym poezji,
        Mirka pochyla się nad główką pierwszoklasisty, Klara wypisuje receptę. Oto
        Krzyś, niczym worożycha z fusów, odczytuje głos wieczności z okruchów pękniętego
        kryształu, dowcipy sypią się z rękawa Łowcy, a w Lesie pobrzmiewa srebrzysty
        śmiech Julenki. Co da ludzkości lewatywa Wściekłego, jakim podarunkiem okaże się
        czyjeś jedno, jedyne, łaknącemu ofiarowane, dobre słowo? Czy mój śmiech, zgodnie
        z efektem motyla, wywoła taką lawinę zdarzeń, iż na końcu wstrząśnie posadami
        świata i być może uratuje miliony istnień? Kto jest ważniejszy; ty, ja, czy może
        tancerka z podrzędnego lokalu? Otóż powiem tobie....wszyscy jednako. Misja?
        Wszyscy mamy misję...aby żyć prawdziwie
        • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.02.11, 19:34
          Mgły jesienne,
          dymnymi zjawami
          błądzą po wrzosowiskach
          i tumanami bieli
          w kielichach dolin falują,
          wśród drzew
          woalem miękkim się snują,
          czasami liść
          chłodem ruszony
          ziemia przygarnie,
          by w niej uwięziony
          wyzwolił zieleń jutra,
          a gdy gęsi puch
          rozłopotane powietrze
          zaprószy,
          czujesz,
          wiedzieć musisz,
          że to pożegnanie.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.02.11, 19:35
      Kroczyć śladem
      przebrzmiałego dźwięku
      staromodnego pianina,
      wspominać,
      przepleść stare i nowe,
      stanąć w cieniu
      dobrego drzewa
      tam, gdzie jemioła
      szczęściem posypuje głowę,
      zgasić łzę,
      co po policzku
      ciepłą słodyczą płynie
      i oddech wstrzymać rozełkany,
      dziecinny,
      czysty,
      tak jak niegdyś,
      niezapomniany,
      tęsknotę ukoić,
      klęcząc niemal
      u źródła ciągle będącego czasu

      ....bo Chłystek z urlopu powrócił i ciągle jeszcze otrząsnąć się nie może z
      cudownych zawirowań w jakie popadła jego dusza
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.02.11, 19:37
      Brzęk kamuszków w manierce,
      a znojna kropla
      roztapia się
      w dźwięku ślepego naboju
      i domniemaniem
      swojego istnienia
      wyznacza szlak
      rozkwitłej łaski...

      ....o tym rozmyśla sobie ostatnio Chłystek i nawet nie zdążył zauważyć, że
      kwiaty akacji nie pachną już tak słodko.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.02.11, 19:39
      Zawsze zbierali kamienie, obojętnie jakie; małe i większe, gładkie i chropowate,
      przywozili je z miejscowości i krain, które przemierzali trzymając się za ręce,
      zawsze razem, zapatrzeni w świat i w siebie. Jeszcze po latach mógł ze
      szczegółami opowiedzieć kiedy i dlaczego podniósł właśnie ten, a nie inny kamyk
      i jak w tamtej chwili spoglądała na niego Anna. Czekała spokojnie, aż do momentu
      gdy, już oczyszczonego z piasku, podsuwał go ku niej na swojej silnej,
      spracowanej dłoni, mrużyła oczy i kiwając potakująco głową śmiała się do niego
      bezgłośnie, jak uszczęśliwione podarunkiem dziecko. Bywało, że w takich
      momentach wstrzymywał oddech i dziwny ból wędrował mu wokół serca; pełen
      wzruszenia i trwogi, że ta chwila, tak niezwykła, zaraz się skończy. Jej ciepły
      głos przywracał go rzeczywistości, ujmował delikatnie jej palce i zaciskał je na
      kamieniu, to ona trzymała ich wspólny los, wszystkie radości życia, bez niej nic
      nie miało sensu.
      Wyszperał z pudełka postrzępiony kawałek skałki z chorwackiego wybrzeża. Pod
      palcami wyczuł, zrośniętą z nią już na zawsze, kremową muszelkę, jeszcze teraz
      słoną i wydzielającą nikły zapach rozgrzanych słońcem wodorostów. Zobaczył twarz
      Anny, gdy corocznie, właśnie ten kamień wydobywała, aby położyć go obok
      prezentów pod choinką. Twierdziła, że jest on dla niej dopełnieniem do
      wszystkiego pięknego. Rozumiał to dobrze, w Chorwacji spędzili, spóźniony o
      dziesięć lat, miodowy miesiąc .
      Jego ręka zadrżała na grudce lawy (a może zwykłego asfaltu) znalezionej gdzieś u
      podnóży Wezuwiusza. Anna złamała nogę ześlizgując się w uliczną koleinę
      falującej upałem Pompei. Długo potem utykała, gdyż złamanie okazało się
      skomplikowane, ale zawsze zaznaczała, iż każdy krok budzi w niej wspomnienie
      zapachu fig, zamazaną farbę adresów na ścianach ruin, wzburzone morze i to, że
      byli tam razem.
      Był też nieregularny pierścień z różowawego piaskowca. Siedząc w bodedze, oparci
      o siebie plecami, lali przez otwór czerwone wino i wstrząsani rytmem wściekłego
      flamenco, napawali się czarem ciepłej, śródziemnomorskiej nocy.

      Zamglonym wzrokiem spojrzał na prostokąt kremowego marmuru. Ten miał tylko na
      zdjęciu...i tam...
      Potrząsnął gwałtownie pudełkiem, zapalił świecę i pochylając ją nad kamieniami
      spoglądał na kapiące, woskowe łzy...
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.02.11, 19:41
      Rozpoznał ja natychmiast, nieomylnie, tylko ona była tym niepowtarzalnym, jakby
      we mgle rozsianym, złocistoseledynowym światłem, wyjątkowo łagodnym, pełnym
      ciepła i czułości tak tkliwej, że znieruchomiał i bezgranicznie szczęśliwy
      zatracił się w nim zupełnie.
      Anna podlewała właśnie kwiaty, nad każdym pochylała się jak nad czymś
      wyjątkowym, jedynym, jej światło falowało pomiędzy liśćmi i płatkami
      pieszczotliwie i miękko, obejmowało donice, przenikało ziemię, ożywiało wodę w
      konewce. Seledynowe cienie opalizowały na meblach, znaczyły ślady jej stóp i
      dłoni, aby po dopiero dłuższym czasie rozpływać się w nicość, z wahaniem, jakby
      oczekując na następny dotyk jej obecności. Posuwał się za nią mimowolnie,
      zafascynowany, tak jak niegdyś. I zobaczył ją jak leży na rozgrzanym piasku
      plaży, w tej swojej białej, zwiewnej sukience i zapatrzona w postrzępione
      wiatrem fale poprawia mokre włosy...i nuci jedną z tych swoich
      nieprawdopodobnych, przejmujących melodii. Była śliczna. Była śliczna tak
      bardzo, że patrząc na nią nie mógł ze wzruszenia wypowiedzieć najprostszego
      słowa. Spoglądał tylko, rozpamiętywał nieskazitelny owal jej twarzy, zarys brwi
      i kształt ust, połysk jej skóry. Zawsze wiedziała co myślał i czuł. W takich
      momentach, nie odwracając nawet ku niemu głowy wyciągała rękę i chwytając jego
      serdeczny palec potrząsała nim delikatnie, wyprowadzała go z obezwładniającego
      zachwytu. Odgarniał z jej czoła wilgotne włosy, serce waliło mu w piersi jak
      oszalałe, a on, wdychając subtelny zapach jej perfum, szeptał bezładne,
      niekończące się wyznania.
      Rozstali się na ponad rok pustego życia. Z tego okresu miał tylko wspomnienie
      szarego rytmu dni i tygodni wypełniającego czas miedzy jednym, a drugim jej
      telefonem. Poza tym nic nie miało sensu.
      A potem były już tylko dwa ostatnie, wspólne dni.
      Nigdy nie wyszła za mąż. Czekała. Tego był pewien.
      Podlała nareszcie wszystkie kwiaty, wyprostowała się i lekko pochylając głowę
      zdawała wsłuchiwać się w coś niespodziewanego. Nie wytrzymał i posunął się
      bliżej, przekroczył granice jej światła i bardziej niż kiedykolwiek uświadomił
      sobie jej niezwykłe, oszałamiające piękno. Drgnęła gwałtownie, tak, jakby
      poczuła jego dotyk, oczy wypełniły się nagle nigdy niewypłakanymi łzami. Chciała
      wyszeptać jego imię, poruszyła tylko wargami, po ostatniej operacji przełyku nie
      była w stanie wypowiedzieć nawet najkrótszego słowa. Podeszła do lustra,
      wyciągnęła z włosów podtrzymujący je grzebyk i ze zdziwieniem spoglądała na
      swoja zoraną czasem twarz.
      Jej światło zatrzepotało, nabrało mocy.
      Teraz on czekał i wiedział, że to już niedługo..
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.02.11, 19:42
      Od rana samego siedział Chłystek na swojej ławeczce pod akacją. Jak zwykle,
      niczym śniegiem, suto roniła kwiecie, zapachem oszałamiała, tak że zatracił się
      w nim na chwil parę i nie wiedział już czy w cieniu drzewa siedzi, czy też
      przeniesiony w chłodniejsze krainy, przeczysty a gromki odgłos dzwonów słyszy. I
      tu i tam święto w ludzkich sercach wyczuł i zapragnął, by trwało ono wiecznie.
      Ale że człowiekiem był rozsądnym przeto wiedział, jak złudne to było marzenie,
      więc uśmiechając się lekko tylko proste słowa wypowiedział:

      Aby chociaż w tych kilku dniach działo się wszystkim jak najlepiej.
      Szczęśliwych Świąt
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.02.11, 19:44
      Tak się jakoś działo, że Chłystek nie potrafił, w ostatnich czasach, wysiedzieć
      na jednym miejscu, wałęsał się po okolicy bliższej i dalszej. Za siódmym lasem
      natknął się na Mędrca, który będąc na urlopie i wśród obcego ludu, a więc
      pozbawiony niejako Nimbu, który we własnej krainie przyrósł do niego wyjątkowo
      ściśle, jawił się jemu teraz jako malutki, blady człowieczek, tym bardziej, że
      dodatkowo ujmowano mu godności nazywając go po prostu Ten. Zawędrował nawet za
      siódmą górę, ale stwierdziwszy, że za nią nie można odkryć nic innego ponad to,
      co już za poprzednimi górami zobaczył, doszedł do wniosku, że świat jest dosyć
      jednolity, a znaczenia nabiera poprzez odmienne spojrzenie obserwatora.
      Najbardziej mylące były słowa (nawet najpiękniejsze), szczególnie wtedy, gdy
      używane były przez osobę chcącą zrobić z nich sobie aureolę boskości. Najgorsze,
      że nie można ich było odróżnić od prawdziwych; tak samo błyszczały, tak samo
      promieniowały łagodnością i ciepłem...do czasu, gdy zaczynały ronić złocisty pył
      urzeczenia, a który w pewnej chwili całkowicie i nagle opadał niczym kurtyna w
      teatrze i ujawniał płaską szarość i boleśnie uwypuklał stracone złudzenia.
      Któregoś wieczoru natknął się Chłystek na zanikającą nimfę. Leżała na brzegu
      burzliwego potoku i zanikała już tak bardzo, że dopiero igrający w jej włosach
      poblask księżyca pozwolił mu ją dostrzec. Była już tak przezroczysta, że z
      trudnością rozpoznawał kontury jej ciała i lękał się, czy wystarczy mu czasu,
      aby ją uratować. Nie pozwolił sobie na stratę najmniejszego nawet mgnienia oka,
      ułożył jej mgliście lekką postać na posłaniu z miękkiej trawy, skronie i
      przeguby rąk natarł kosztowną esencją kwiatową i okadzając ją bezustannie dymem
      palonej bylicy szeptał całą noc najbardziej wzruszające opowieści jakie
      kiedykolwiek usłyszał. Nad ranem głos jego stał się już nieco chrapliwy ze
      zmęczenia, a jednak nie ustawał i opowiadał dalej o lekarce, co poświeciła swoje
      życie dla cierpiących, o chłopczyku, co uratował oślepionego przez chuliganów
      kota, o babci samotnie wychowującej dwoje upośledzonych dzieci zmarłej córki
      narkomanki. I w momencie, gdy wraz ze wschodzącym słońcem rozśpiewały się
      wszystkie ptaki, zauważył lekki uśmiech powrotu na jej twarzy. Chwilę potem
      otworzyła swoje ogromne oczy. Nie odzyskały jeszcze swojego zwykłego,
      szmaragdowego koloru i połyskiwały granatem nocnego nieba, lecz pełne już były
      roztańczonych iskierek życia. Chłystek, zapatrzony w nie i oczarowany,
      uśmiechnął się i w tej samej chwili, prawie tak samo jak w swoim kalejdoskopie
      zdarzeń, dojrzał w nich prawdziwe, niezakłamane Piękno-Dobro. Zobaczył dłoń
      matki głaszczącej puszyste włoski niemowlęcia i wyczuł nieskończoną czułość tego
      dotknięcia, widział łzy powitania i łzy poświęcenia, widział uśmiech Wilmy i
      słyszał chaotyczny rytm kroków tańczącego Piotra, smakował słodycz szczerych
      pocałunków i wibrował drganiem tysięcy uniesień, zaglądał w rozrzewniającą
      głębię szlachetnych nadziei...I nie wytrzymał Chłystek mocy tych wrażeń i
      zaszlochał jak dziecko, lecz pomimo że nie potrafił pohamować wielkiego płaczu,
      to jednak czuł się szczęśliwy tak bardzo, jak nigdy przedtem. Nimfa spoglądała
      na niego w milczeniu, coraz bardziej widoczna, z coraz bardziej szmaragdowo
      rozświetlonymi oczyma. Otarła łzy z jego policzków i spoglądając na nie jak na
      najcenniejsze klejnoty odeszła lekkim krokiem, bez słowa...gdyż były zupełnie
      niepotrzebne....

      Chłystek wyruszył w dalszą drogę. Myślał o swojej akacji i zasypanej kwieciem
      ławeczce, myślał o tylko i wyłącznie swoim miejscu, o swoim kawałku podłogi i
      doszedł do wniosku, że nie ma to znaczenia. Bo jego miejsce jest zawsze tam,
      gdzie ona sam jest i gdzie tworzy je nie słowami, lecz tym, co za ich pomocą
      stara się wypowiedzieć.

      ....bo gdy gołębica zagrucha
      i dziewicza oliwa
      czoło zrosi,
      nie jej kroplą
      miłość opowiesz,
      lecz tym,
      co w duszy nosisz......
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.02.11, 19:45
      Cóż znaczy miejsce bez wspomnienia?
      pustynia lodowa,
      sztywna,
      bez duszy,
      bez ciepłego tchnienia.
      A czy wspomnienie
      gwoździem przybijesz,,
      gdy marmur się kruszy
      i objęciem złotej klatki
      do życia zmusisz?
      ...gdy gołębica w przestworza
      wzlatuje
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.02.11, 19:47
      Przypomniał sobie Chłystek dzieje znajomego, prześwietnego skrzypka. Był on tak sławny, że nie miał potrzeby, tak jak inni muzycy, jeździć z koncertami po świecie - cały świat przybywał do niego. Jego występy poprzedzała Orkiestra Różnych Talentów, lecz prawdziwy koncert rozpoczynał się wtedy, gdy on wychodził na scenę. Nastrajał skrzypce, zaczynał cichą nutą, po czym w rozpędzie swojego geniuszu raczył widownię dźwiękami, z których każdy okazywał się być niezwykłym obrazem. Czarował wszystkich subtelnością muzyki, jej nieprawdopodobną różnorodnością, nieskończonością ofiarowanych poprzez nią odczuć i półnutkami wyrafinowanego humoru. Fascynacja widowni dodawała mu skrzydeł i zmuszała do coraz wyższych lotów w tym niezwykłym kręgu czarownego uzależnienia.
      Stalo się jednak niewyobrażalne.
      Z bliżej nieokreślonych powodów zamknięto salę koncertową. Skrzypek nie mógł się z tym pogodzić, gdyż w jego pojęciu, akustyka tylko i wyłącznie tej sceny pozwalała na należyty odbiór jego muzyki, ba, granie muzyki poza tą sceną równoznaczne było z jej profanacją. Dlatego spędzał dni i tygodnie przed zatrzaśniętymi na głucho drzwiami i często walił w nią, zaciśniętą z rozpaczy i gniewu, pięścią. Był bezradny. I w tej swojej bezradności nie odpowiadał na prośby nadal zjeżdżających się z całego świata wielbicieli jego talentu, spoglądał tylko na nich jak na istoty bez zrozumienia i współczucia, niecierpliwie odpychał podsuwane mu skrzypce i dalej trwał przy drzwiach, tak, jakby samym staniem mógł odwrócić czas. Czuł się niezrozumianym, zdradzonym, opuszczonym...nawet przez tę garstkę wiernych fanów, która w końcu mu pozostała.
      Ci mieli zapewne nadzieję.
      Czekali.
      Ale w pewnym momencie postanowili działać.
      Nie wiadomo skąd wytoczyli beczkę, postawili na niej opierającego się skrzypka, wcisnęli do rąk skrzypce....
      Chwilę stał zaskoczony ich desperacją, spoglądał w twarze pełne nieopisanego wyczekiwania, w szeroko rozwarte, roztęsknione oczy. Zaczął grać i aż wstrząsnął się, gdyż początkowe, chrapliwe dźwięki raniły mu uszy. Jeszcze raz przeciągnął smyczkiem po strunach, jeszcze raz popatrzył w ich oczy...i odnalazł w nich wieczne wspomnienie całego piękna wszystkich swoich koncertów.
      I nie dziwiło go już, że stojąc tu i teraz, na beczce, w zdawałoby się ciemnym zaułku, potrafił, jak nigdy dotąd być jednością ze swoją muzyką.

      Uśmiechnął się Chłystek do swoich wspomnień i pomyślał, że tak jak muzyka onej beczce szlachetności nadała, tak kwiat akacji stworzył z jego ławeczki przedsionek raju.
      • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 08.02.11, 16:37
        W spirali
        w niebo wschodzącej
        świat się dzieje,
        w potoku krzywd
        płynących purpurą,
        a uwiecznionych marmurem,
        na rozbalansowanych mostach
        dwojga niewidocznych brzegów,
        w pokłonie pokory
        dla każdego z bogów,
        i w mocy jedynego,
        wszystko uświęcającego słowa...

        Wiedział Chłystek, że chociażby dla tego słowa opłaca się być...bo życie ma sens
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 08.02.11, 16:38
      Ostrzem przeciwności
      rozszarpany
      sznur pereł
      rozsianych w żalu,
      w światełkach
      ścieżek drogowskazów,
      ucichły w kiełkach
      wzniosłości kwitnienia,
      i bezruchu
      białej chusty...

      Lecz pomyślał Chłystek, że najmniejszy nawet kiełek pędem mocnym stać się może, gdy zielona ręka w dobrą glebę go przeszczepi
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 08.02.11, 16:39
      Spójrz w siebie,
      pokiwaj głową
      nad zapętleniem kiedyś,
      jutra i teraz,
      gdy pierwsze słowo
      echem
      w tunelu lat odbitym
      powraca,
      gdy włos siwy...
      Jakże ciężko się skupić,
      by siebie nie zgubić.

      I wiedział Chłystek, że każda sekunda ludzkiego istnienia barwi je tęczą emocji i wzór niepowtarzalny układa. Porównał go nawet do swojego kalejdoskopu zdarzeń, bo i w nim, obraz, wielce od sposobów trzymania zależał, albo od kąta spojrzenia.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 08.02.11, 16:41
      Już od pierwszej sekundy ocknienia czuł, że tym razem coś jest nie tak. Zbyt szybko został wyssany z kokonu snu i już podczas poślizgu poprzez odciągacz i zmywacz zarejestrował, że w ostatnich dwudziestu jednostkach czasowych znowu ubyło mu na wadze. Nie była to wielkość znacząca, lecz sam fakt, że tłocznik żywności, bezlitośnie, zaaplikuje mu zwiększoną dawkę, przejął go najwyższym zniechęceniem. Zbyt późno jednak ukrył to odczucie, gdyż już w następnej chwili, doza wzmacniacza samopoczucia, co prawda zaledwie w wymiarze 20% dla przypadku lekkiego, ale jednak, załaskotała mu w nosie, wciągnął ją odruchowo i natychmiast poczuł się lepiej. Już zupełnie rozluźniony poddał się łagodnej szybkości poślizgu, nawet zapomniał, jak to mu się coraz częściej zdarzało, policzyć do pięćdziesięciu.
      -Pięćdziesiąt jeden! - stwierdził donośnym głosem opadając na swoje miejsce
      Tym razem nie okazał jednak zdziwienia, że znajduje się ono w nieznanym mu pomieszczeniu, zresztą nie miał nawet czasu, gdyż w tym samym momencie nadleciał tłocznik żywności i zaaplikował mu śniadanie. Szybko zlizał z warg kropę wody pozostawioną tam przez, jak to ocenił, nad wyraz niechlujny popłucznik higieniczny i spojrzał pytającym wzrokiem na siedzącego obok Bena. Ben, typowy wywrotowiec bez najmniejszych skłonności wyrównawczych do poziomu, wykorzystywał każdy wypad z kokonu snu na pokrzyżowanie porządku ogólnego i dlatego traktowany był z wyjątkową ostrożnością. Nie mógł nikomu zaszkodzić, ale przez to, że nigdy nie poddał się sprzężeniu z wykrywaczem emanacji emocjonalnych stał się nieprzewidywalnym. I pomimo, że czynności dnia codziennego zmuszony był tym samym wykonywać osobiście, a korzystanie z poślizgu łączyło się z ryzykiem zapodziania, to jednak sytuacja ta wyraźnie mu odpowiadała. Przychodził na swoje miejsce kiedy chciał i często, uderzając się znienacka w czoło, pospiesznie je opuszczał, a jeżeli już wysiedział na całym seansie douczania, to wyraźnie skupiał się tylko na jednej informacji, powtarzał ją, albo rozciągał i dopiero wtedy, nagle zainteresowany, cmokał wargami i poklepywał się niestosownie po udach. Najgorsze, że zachowanie Bena coraz bardziej mu odpowiadało, podziwiał nawet jego ruchliwość i samodzielność, gdyż sam, tego był pewien, nie wiedziałby jak żyć bez korzystania chociażby z odciągacza.
      -Ha, ha - zaśmiał się Ben w odpowiedzi na jego spojrzenie - Nie odpowiada mi sztywna kolejność, więc zaprogramowałem przeskok dla nas obu. Nie zamierzam zasiedzieć się gdziekolwiek, ani tym bardziej przerabiać wszystkiego. Spójrz na Borysa, jako jedyny z naszej grupy przeszedł już wszystko, aż do górnego pułapu mezozoiku i to w większości bez kapsułkowania informacji i co z tego ma. Nic, bo nawet możliwości wykorzystania go nie interesują. Nic nikogo nie interesuje, tylko my, wywrotowcy, zastanawiamy się dlaczego jest tak, jak jest. Przysunął się bliżej do stosu wizji realnej, a ten rozświetlił się niezwykłym przekazem.
      -Spójrz - rozkazał głosem pełnym podziwu - tak żyli nasi przodkowie. I oni naprawdę żyli. Czy wiesz, że kiedyś wiele rzeczy można było określić nosem? Włączyłem funkcję tego przekazu, zresztą już nie pierwszy raz. To co teraz czujesz nazywa się zapach. Dzisiaj przekierowałem ciebie, abyś mógł być świadkiem tego co zaraz zrobię.
      Wyciągnął rękę, wsadził ją w przekaz, nagłym ruchem zerwał z drzewa gruszkę i zabrał ją w swój wymiar...

      Chłystek drgnął zaskoczony, gdy w pewnym momencie, jakby zagarnięte niewidoczną ręką poznikały, rozsypane na jego ławeczce kwiaty akacji. W ogóle działy się dziwne rzeczy. Parę dni później dowiedział się, że niejakiej Alutce, podczas czytania, dosłownie rozwiał się w palcach tomik poezji, kawałek odłamanego lustra poszybował w kierunku sufitu i przeleciał przezeń bezpowrotnie, a pewien zaangażowany lekarz wścieka się od dłuższego czasu, gdyż recepty wypisywane niebieskim długopisem znikają nie wiadomo gdzie.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 08.02.11, 16:42
      Pewnego dnia, Chłystek, wałęsając się od niechcenia po górskich szlakach i tylko po to, aby ewentualnie dojrzeć, zapierający dech w piersiach, widok, natknął się na Straceńca. Stał on na samym brzegu bazaltowej skały i uporczywie wpatrywał się w najeżoną ostrymi głazami przepaść. Chłystek znał go z widzenia, człowiek ten nie potrafił znaleźć swojego miejsca ani czynem, ani też słowem. Także teraz przestępował z nogi na nogę i bełkotał coś bez związku, a spostrzegłszy nadchodzącego usiadł na zrębie skały i przybrał jeszcze bardzie straceńczy wyraz twarzy niż miał to początkowo w zamiarze - bo czego się nie robi dla widowni. Chłystek, pogwizdując obojętnie, przysiadł tuż obok niego i majtając, ponad ciemną czeluścią, nonszalancko nogami, czekał na słowa Straceńca. I nie czekał długo, gdyż zaledwie chwilę potem, majestatyczną ciszę przerwała nawałnica wrzaskliwych oskarżeń wszystkiego i wszystkich...tylko nie samego siebie. Chłystek słuchał w skupieniu, coraz bardziej zdziwiony, że ktoś z takimi pretensjami do świata i uwielbieniu własnej nieomylności zdecydował się zasiąść nad przepaścią.
      -Jeżeli skoczysz, nigdy już nie będziesz miał szansy, aby się z tego wycofać - ogłosił z przekonaniem....i odszedł.

      ....bo nie chciało mu się brać udziału w teatrzyku niby-upadków i źle widzianych wzlotów.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 09.02.11, 12:19
      Gdy głaz przed sobą
      poprzez rozwarstwienia losu
      toczysz
      i w gęstości objawień
      i każdego potknięcia
      początek znajdujesz,
      rzeźbisz to co przed tobą,
      ścieżkę życia kujesz,
      rozciągnij chwilę uśmiechu
      i dotknięciem olśnienia
      pokryj kamień
      miękkością aksamitu

      I pomyślał Chłystek, że dobry to słuszne słowa, gdyż jeżeli jest to tylko możliwe, trzeba się starać, aby nie narobić odcisków zarówno sobie jak i innym.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 09.02.11, 12:20
      Sny uprzykrzone całą noc Chłystka trapiły, jak rzadko koszmarne.
      I zanim wścibskie słońce zupełnie go otrzeźwiło, i drugą jego nogę także w jawę przeniosło, radosna myśl przez głowę mu przemknęła, więc wyszeptał ją z narastającą wdzięcznością do świata
      - Jakie to szczęście, że ani komary, ani tym bardziej komarzyce, nie są wielkości słoni.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 09.02.11, 12:22
      Zasłuchanie
      w trwanie chwili,
      w zmienność w sobie
      i poza mną,
      pomiędzy nami,
      pomiędzy światami niewiadomych
      i oczywistości.
      Ulec olśnieniu
      i oczarowanie
      złożyć na płatkach
      niezapominajki.

      ....bo Chłystek lubił czasami poniezapominać
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 09.02.11, 12:23
      A zdarzało się Chłystkowi, że nie tylko wśród gór i czarodziejskich krain wędrował. Czasami, gdy chłodniejsze wiatry powiewały, przez co melancholii dostawał, zapędzał się w krainy słów pisanych i szukał w nich ukojenia.
      I natknął się na wiersz o wiośnie napisany przez Alutkę.....

      Na łąkach zakwitną kwiaty polne,
      stokrotki, chabry, rumianki wonne,
      a przy sadzawkach żółte kaczeńce,
      wianek z tych kwiatów na głowę ukręcę...

      .....i zauroczył się nim tak bardzo, że poszedł spać, aby śnić go noc całą)
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 09.02.11, 12:25
      Już sople stopniały
      w ziemie wkłute kroplami,
      ptasie niepokoje wśród krzewów,
      i chmary przelotnego gradu
      kaprysem gnane,
      obejmowane
      ramionami roześmianego
      przedwiośnia,
      i złocista pszczoła
      nim skuszona,
      rozmarzona w niepokalanym kielichu....
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 10.02.11, 15:14
      Jeżeli kiedykolwiek istniał lub istnieje dobry, lecz bliżej nieokreślony duszek, to jest to niewątpliwie Lumpi. Długo nie zdawałem sobie sprawy z jego wielce skrytej egzystencji, pomimo że jego imię często obijało mi się o uszy, jednakże zawsze w tak zmiennym kontekście, że trudno było go z czym,- lub kimkolwiek skojarzyć. Na przykład, Lumpi niechcący podeptał kwiaty na klombie i pełen wyrzutów sumienia, niejako w ramach odszkodowania, podlał je, aczkolwiek nieco za dużo, następnego dnia zrobiła w sama porę pobudkę i otwierając okno wpuściła do pokoju orzeźwiające, poranne powietrze. Już chociażby przykład tych dwóch sytuacji usprawiedliwiał moją niewiedzę nie tylko co do pełnionych funkcji, ale również co do osoby, gdyż jak się okazało, nie można było z całą pewnością określić, czy Lumpi był kobietą, czy też mężczyzną, nie mówiąc już o wieku. Czasami, oceniając chaos jaki zostawiał tam, gdzie nieoczekiwanie się pojawił, wydawało się, że jest to wyjątkowo ruchliwe i beztroskie dziecko, innym razem, wytarte do brylantowego wręcz połysku szklanki, kazały się zastanawiać, czy nie jest to, wyjątkową pedanterią obdarzona pani domu. Nie byłem też pewien co do jego wzrostu; wydawało się, że przeciętnego, chociaż prawdopodobna właściwość przedostawania się poprzez wszelkiego rodzaju szczeliny i otwory, na rożnych wysokościach zresztą, wskazywała na istotę niewielką, elastyczną i chyba rozciągliwą. I niestety, Lumpi lunatykował. Dziwnym trafem ślady jego nocnej działalności przejawiały się ubytkami w lodówce. Znikały duże ilości owocowego jogurtu, lody, jeżeli były w zamrażalniku, czekolada i resztki z obiadu, ale tylko wtedy, gdy serwowano makaron, lub ryż. Czasami ginęły bez śladu niebieskie mazaki, a ilustrowane tygodniki straszyły niedbale powycinanymi stronicami, jak się okazało, największym powodzeniem cieszyły się strony przedstawiające piękne, ciemnowłose kobiety, szczególnie takie, które w czymśkolwiek przypominały cesarzową Sisi. Szczegół ten uświadomił mi kim tak naprawdę był Lumpi. Przeprowadziłem poważną rozmowę z Wilmą, podkreślając przede wszystkim szkodliwość nadmiaru słodyczy dla zdrowia jej przyjaciela. Kiwała potakująco głową i zezując nieco, krzywiła twarz w uśmiechu porozumienia i potwierdzenia wspólnej tajemnicy. Sama znalazła wyjście z sytuacji. Lumpi, ułożony w kąciku rzadko używanej szuflady, na wygodnym waciku kosmetycznym, został skazany na urlop odespania zimy.
      Jogurt już nie znika.
      Wilma schudła w ostatnim tygodniu prawie dwa kilogramy
      • krystek.fabuloso Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 20.01.12, 14:11
        Eeeech, westchnął Chłystek i poruszył się leniwie na swojej ławeczce. Ostatnie dni spowodowały, iż poczuł się tak, jakby cały świat podążał do przodu w spowolniałym tempie. Nawet ciągle opadające kwiaty jego akacji nie potrafiły się tak do końca zdecydować: opadać ku ziemi, czy wzlatywać w niebo, co powodowało, że bezustannie trwający w powietrzu odurzający zapach, utrzymywał wszystko dookoła w stanie szczególnego półsnu. Chłystek otrząsnął się jeszcze raz, otrząsnął się z paru leniwie krążących w jego głowie myśli, otrząsnął się z jakby przylepionego do twarzy uśmiechu i niezdecydowanego gestu rąk. Wyciągnął zza pazuchy swój Kalejdoskop Zdarzeń i jakby odzyskując zapomniane siły, zaczął nim coraz szybciej potrząsać. Uradował go kryształowy, czysty dźwięk dochodzący z jego wnętrza i subtelna poświata różowego światła, którą pozostawiał w powietrzu każdy jego ruch.
        Z zaciekawieniem spojrzał w zdarzenia, które właśnie się ułożyły i zobaczył niespodziewany obraz. Po obu stronach zwykłej, najzwyklejszej drogi siedziały dwie postacie. Po prawej, w wygodnym fotelu Kobieta przyodziana w drogi kostium ( cena była wyraźnie widoczna na wiszącej u kołnierzyka metce). Siedziała wyprostowana, twarz jej promieniała tysiąckrotną słodyczą dobroci, wieniec z luźno splecionych Prawych Słów wspaniale przyozdabiał jej głowę. Po lewej stronie, na byle jak ociosanym pniaku, siedział Kowal Nie Tylko Swojego Losu i jak to kowal, siedział ociężale, pochylony i chwilami tylko spoglądał w dal, w kierunku nieuformowanego Widnokręgu Następstw. Jak wszystkim wiadomo, taki widnokrąg jest zawsze nieuformowany, nieprzewidywalny, niespodziankowy i z każdym krokiem odsuwa się dalej, aby tym bardziej pozostawić wolną drogę wyborów i siędziania.
        Jakież było zdziwienie Chłystka, gdy drzwi Widnokręgu Następstw nagle się rozchyliły a powietrze poruszyło się od nagłego łopotu skrzydeł niezwykłego ptaka. Czy był to ptak Zwiastun, ptak stamtąd, przybyły z chwil, które zanim nastąpią muszą się jednak w jakiś sposób zamanifestować, chociażby po to, aby dać szansę prawdziwego wyboru? Zanim zdążył Chłystek odpowiedzieć sobie na te pytania, ptak opadł miękko na sam środek drogi, zaszczebiotał krótko i sprytnymi oczkami rozejrzał się ciekawie dookoła. Kobieta natychmiast wyciągnęła z kieszeni kostiumu smakowite ciasteczko i rzuciła je ptakowi gestem nieopisanego zachwytu, serdeczności oraz idealnego zrozumienia, a Wieniec Prawych Słów na jej głowie zajaśniał porażającym blaskiem. Kowal nic nie rzucił, od prawie doby sam nic nie jadł, gdyż zajęty był kuciem obcego losu, więc jęknął tylko krótkie cześć i zdusił na policzku łzę, która nie wiadomo po co tam się pojawiła.
        - Cześć - odpowiedział mu ptak, tak zwyczajnie i po ludzku, bo przecież do Kowala Nie Tylko Swojego Losu nawet nie wypada odezwać się inaczej.
        Po czym wzleciał lekko w powietrze i szumiąc skrzydłami zaczął kwilić po swojemu w kierunku Kobiety:

        Nie zrozumiesz spokoju,
        nie poznasz ciszy,
        bo nie tam ona,
        w ułudzie,
        gdzie nikt nie rozumie,
        nikt nic nie słyszy,
        gdzie nie drgnie wiatr
        ani płatek śniegu,
        i słońce nie rozgrzeje
        sopla lodowego
        twego...
        serca,
        duszy?
        Ani złotej myśli,
        co przypadkiem
        w niej się zawieruszy.
        I zniknie bez śladu.

        I odleciał ptak, a Chłystek pomyślał, że rację miał Półpałek-Zapałek mówiąc kiedyś, że sacharyna słodka jest, a nawet pozornie gorycz załagodzi, ale ze słodyczą prawdziwego miodu nie ma nic wspólnego
      • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 23.05.15, 09:36
        pomiędzy

        mijasz mnie kolejnym przedwiośniem
        jabłonie sypią kolorowe paciorki
        powietrze mruży się w uśmiechu

        czas jest nieubłaganie względny
        więc wypełniamy go po skończoność powrotów
        i następną zmarszczkę której jak zwykle nie widzisz

        zanim wpadniemy w międzyczas
        znowu zakwitniemy po horyzont
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 10.02.11, 15:15
      Zamilkł już bruk
      kołem żałobnym gnieciony,
      zapach sosnowej gałązki
      rozwiany,
      i zapomniany leży
      zwiędły kwiat,
      jeszcze fiolet
      w brzasku majaczy
      i czasami łza
      odświeży ślad...

      Chłystek potrząsnął kalejdoskopem zdarzeń. Robił to od trzech tygodni rano, w południe i wieczorem, i za każdym razem nie mógł znieść widoku zdeformowanego obrazu, który się jemu objawiał. Próbował jednak, z wielką nadzieją, ponieważ z doświadczenia wiedział, że żadne krzywe zwierciadło nie może trwać wiecznie...prędzej czy później rozsypie się w okruchy pod ciosem zawiedzionego.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 10.02.11, 15:18
      Chłystek, z westchnieniem ulgi, zasiadł na swojej ławeczce. W akacjach, gęsto obwieszonych długimi kiściami pąków, wyczuwał bezgraniczną niecierpliwość kwitnienia, zaś w kreślonych na niebie zygzakach jaskółczych lotów, wyczytywał słoneczne piękno dni następnych. W takich momentach, jedynie ważnym było dla niego trwanie w chwili, poddanie się jej kojącej mocy. W pamięci zamazywały się ponure obrazy i złą wolą zdeformowane słowa, a myśli mędrców splatały się miękko z własnymi, najcenniejszymi wrażeniami. Przesuwały się więc w jego głowie obrazy - luźno powiązane ze sobą pastelowymi smugami najwyższych wartości, ledwo słyszalne dźwięki, a właściwie tylko ich domniemania powstałe z odbić dziesięciokrotnego echa, i wspomnienia stanów dusz przebijających poprzez dobre uśmiechy. Z rozrzewnieniem zauważył wychylający się właśnie z pąka skrawek białego, nieśmiałego płatka i prawie zapłakał, że w pobliżu nie było nikogo z kim mógłby dzielić się swym zauroczeniem...a może się mylił?
      Bo może i w innych miejscach, niekoniecznie na swoich ławeczkach, lecz pod swoimi drzewami, wielu innych Chłystków doświadczało tego samego i zachwytem uświęcało świat.
      Czego wszystkim należałoby życzyć....

      ...jako że odrobina zachwytu
      kształt nadaje
      łzom,
      baśni
      spojrzeniu,
      i odnajduje się
      w najczulszym dotyku...
Inne wątki na temat:
Pełna wersja