KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI

    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 10.02.11, 15:20
      Dopiero, gdy Chłystek podszedł bliżej rozpoznał, w siedzącej nad kałużą postaci, wędrownego kuglarza. Widział go już kiedyś, gdy na jakimś ciasnym placyku łykał przed paroma widzami ogień i żonglował piłeczkami, które chyba już przed laty zatraciły kolor i przypominały zwykle kartofle. Przechodnie wrzucali pospiesznie parę grosiaków do pogiętej puszki i nie czekając na koniec przedstawienia oddalali się szybko, jakby zawstydzeni, że nie potrafili poświecić kuglarzowi nieco więcej czasu.
      Chłystek chrząknął znacząco raz i drugi, ale nie mogąc doczekać się reakcji, posunął się jeszcze parę kroków ku mężczyźnie. Ten podniósł na niego wyblakłe, niebieskie oczy, parodniowy, twardy zarost nie był w stanie zakryć głębokich bruzd na jego twarzy, spod kaszkietu smętnie wisiały pasma długich, mocno już posiwiałych włosów, a gruba kurtka fałdowała się na jego kościstej postaci. Nie wyglądał sympatycznie i w pierwszej chwili można byłoby go wziąć za zbiegłego skazańca, albo niebezpiecznego włóczęgę - gdyby nie wyraz jego oczu. Smutne, beznadziejne, ten człowiek żył i myślami był nie w tym świecie. Pogrzebał w kałuży długim, spalonym słońcem palcem, po czym wzniósł go, ubłoconego do góry.
      - Jestem tyle wart, co ten muł - oznajmił rozwlekłym głosem, i spuścił ciężko głowę, tak, jakby uważał, że powiedział wszystko, co miał do powiedzenia.
      Chłystek opadł na ziemię tuż obok niego.
      - A jak kałuża wyschnie, a w miejscu tym wykiełkuje roślina, co powiesz wtedy?
      Kuglarz popatrzył na niego z nagłym zainteresowaniem, w oczach błysnęło mu coś na kształt zrozumienia.
      - Czyżbyś był Mędrcem? - zapytał
      Chłystek zaśmiał się głośno.
      - Nie, jestem tylko takim sobie dziwakiem, co to nie ma nic innego do roboty poza rozmyślaniem nad zapachem akacji i układaniem zdarzeń w kalejdoskopie. Czasami zajmuję się też froterowaniem kawałka podłogi i powiem szczerze, iż trudne to zadanie, gdyż wykonana jest ona z wyjątkowego drzewa.
      Kuglarz pokiwał smętnie głową, zajęcia te wyraźnie mu imponowały.
      - Ja jestem z innego drewna ciosany. - westchnął - Mój ojciec potrafił jeszcze łykać szkło i gwoździe, był znany, lecz nie udało się jemu nauczyć mnie swojej sztuki, bałem się i dlatego pozostał mi tylko ogień. Nie lubię ostrych rzeczy, pomimo że pradziad mój miał fabrykę noży i nożyczek. Był bardzo bogaty, a ja - zająknął się - a ja żyję z tego co mi ludzie do puszki rzucą i nawet zapomniałem już jak wygląda książka. Chyba zapomniałem też jak się czyta.
      Zakrył twarz rękoma i kiwając się na boki zagłębił się w swoich ponurych myślach. Chłystek spoglądał na niego ze współczuciem, lecz w końcu wyciągnął zza pazuchy swój kalejdoskop zdarzeń, potrząsnął nim parokrotnie, zamamrotał coś na podobieństwo zaklęć nieznanego nikomu, afrykańskiego szczepu, a na koniec splunął uroczyście przez lewe ramię i z zadowoloną miną nakazał kuglarzowi spojrzeć w jego przeznaczenie.
      - Spójrz dokładnie i jeżeli nie zobaczysz tego samego, co ja, to pewnie jesteś ślepy. Nie potrzebujesz tu siedzieć nad kałużą i rozmyślać o błocie, to nie jest godne spędzanie czasu dla strażaka, który już wkrótce zostanie bohaterem, bo jako jedyny wskoczy w ogień i wyniesie z niego bezradną staruszkę.
      Kuglarz spoglądał w zdumieniu na kolorowe kryształki, powoli układały się w kształt płonącego domu, widział kłęby dymu, szalejący ogień i strugi wylewanej z wiader wody. Wydawało się jemu nawet, że słyszy jęk i nawoływania o ratunek, i trzask zapadającego się dachu. A ponad tym wszystkim słyszał słowa Chłystka
      - Nie można trwać na wieki w szarej myśli, trzeba pozwolić jej, aby wypuściła świeże pędy.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 10.02.11, 15:27
      Zamyślił się tak, że głęboką wyrwę w asfalcie zauważył w ostatniej chwili, jeszcze zdążył ją ominąć. Mocniej zacisnął rece na kierownicy i poruszył lekko zdrętwiałą lewą nogą, 300 km dawało się już jemu nieco we znaki. Jeszcze trochę i będzie u celu. To był jego pierwszy wieczór autorski, w którym miał uczestniczyć i tylko dlatego, że to był jej wieczór. Długie lata nie wiedział, że to ona pisała te książki, nosiła inne nazwisko, nie udzielała wywiadów, nigdzie nie można było znaleźć jej fotografii, zresztą to go nie interesowało, najważniejsze były słowa i to w jaki sposób ich używała. Fascynująco. Bywało, że budził się w nocy, otwierał na obojętnie jakiej stronie wydanie jej najnowszej książki, czytał parę zdań i zdumiewał się ich prostą prawdą, głębią, błyskotliwościa przekazu. Wydawało się jemu, że każde z tych słów jest mu wyjątkowo bliskie, dziwnie znane, uświadamia mu jego każdą, dobrą cechę, formuje z niego lepszego człowieka, dodaje młodości, albo wręcz w nią przenosi.
      Dopiero niedawno zrozumiał kim była. Niewielki, wpleciony w tekst fragment wspomnień, niewymownie miękki i tkliwy...i zrozumiały tylko dla dwóch osób. Znowu zobaczył tę odległą chwilę, gdy weszła do auli, zawahała się przez moment i wodząc wzrokiem po twarzach obecnych, zatrzymała się na niedostrzegalny ułamek sekundy dłużej na jego spojrzeniu. Musiał wyglądać jak skończony osioł, doskonale zdawał sobie sprawę z osłupiałego wyrazu swojej twarzy i dziwnie piskliwego śmiechu, którym dodawał sobie odwagi, gdy mijała jego miejsce obok okna, spokojnie, z głową przechyloną lekko w geście nieopisanej gracji, ze zwiastunem uśmiechu w jasnym spojrzeniu, jej zapach odurzył go, odebrał rozum i zdolność myślenia. Nie słyszał wykładu, wszystko przestało istnieć oprócz tej jednej, jedynej istoty we wszechświecie, kątem oka rejestrował jej każdy, najmniejszy nawet ruch, sposób w jaki odrzucała włosy wprowadzał go w stan najwyższego upojenia, spośród szumu całej sali starał się wyłowić odgłos jej oddechu, oszalał na jej punkcie zupełnie i dokładnie. Aż za bardzo. Niczym pies gończy szedł zawsze jej tropem, nieomylnie rozpoznawał jej zapach na ulicy, po której właśnie przeszła, instynktownie wiedział w której części miasta się znajdowała, w dźwięku jej głosu bezbłędnie odczytywał smutki i radości, lecz nie był w stanie rozsądnie odpowiedzieć na jakiekolwiek jej pytanie. Marzył o długiej rozmowie, wspólnym śmiechu, a tymczasem, w jej obecności, przestawał być sobą, opuszczała go odwaga, właściwy mu polot, więc potakiwał jej uroczystym skłonem głowy i chwilami tylko zerkał w zielonkawe oczy, błyszczące i spoglądające na świat z prawie dziecinnym zaciekawieniem. Chodziły o niej dziwne plotki; że była potomkiem książęcego rodu, inni, z całym przekonaniem twierdzili, że ojciec jej był znanym dyplomatą, a matka sławną aktorką i byłą miss świata. Tak naprawdę nikt nic konkretnego nie wiedział, a ona sama niczemu nie przeczyła, gdyż po prostu domysły te nigdy do niej nie dochodziły, nikt nie śmiał jej tego powtórzyć, w każdym wzbudzała respekt i obezwładniający podziw. Jeszcze lata po tym, gdy podczas rozdania dyplomów żegnali się długim spojrzeniem, pełnym nagłego zrozumienia i tkliwości, ale i uświadomienia nieuchronności własnych przeznaczeń, ciągle myślał, że jednak zaprzepaścił szansę bycia szczęśliwym...i ciągle marzył.
      Do przepełnionej sali wszedł w ostatnim prawie momencie. Zaraz potem pospieszna bieganina organizatorów, szuranie krzeseł, tu i tam nerwowe kasłanie, otworzyły się boczne drzwi.
      Oniemiał na jej widok, gdyż oprócz garderoby, objawiła się jego oczom tak jak kiedyś, niezmieniona. Wyraźnie działała także na innych, gdyż cisza stała się nieskazitelna, niczym z nakazu alabastrowego anioła. I tak jak niegdyś ogarnęła wszystkie twarze jasnym spojrzeniem, lecz tym razem wiedział, jak wiele ją kosztowało, aby nie poświęcić mu więcej czasu niż pozostałym, wyczuł w niej bezbrzeżne ciepło nigdy niewypowiedzianego, poznała go. Nie wpłynęło to jednak na przebieg wieczoru; opowiadała swobodnie o swoich książkach, lekko i z humorem komentowała odczytywane fragmenty tekstów, na pytania odpowiadała ze zniewalającym uśmiechem. Niespełna dwie godziny były dla niego jak niezwykły sen, w którym nie było miejsca dla nikogo oprócz ich dwojga, ocknął się z niego, gdy już wpisywała autografy i dedykacje na pierwszych stronach podsuwanych książek. Cierpliwie ustawił się w kolejce i prawie bez tchu czekał na wielką chwilę. Nagle spojrzała na zegarek, ponad głowami innych, niecierpliwym ruchem podała mu książkę, wydawało się jemu, że dostrzegł łzy w jej oczach. I to był ostatni raz, kiedy w nie spoglądał.
      Już w samochodzie, ciągle jeszcze oszołomiony, otworzył książkę i wiedział dlaczego napisała tak, jak napisała:
      Nigdy niespełnione marzenie pozostaje najpiękniejszym na zawsze.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 10.02.11, 15:29
      Któregoś dnia, zupełnie przypadkowo, zawędrował Chłystek w swoje rodzinne strony, widocznie coś go tam ciągnęło, coś, z czego do końca nie zdawał sobie sprawy. Dopiero, gdy stanął przy częściowo spróchniałym, starczo poszarzałym płocie, zrozumiał, jaką pełnię może kryć w sobie zwykła na pozór jabłonka. Niegdyś mała i niepozorna, skłonna chować się za najbrzydszy nawet chwast, teraz stała dumnie i mocno, a siła jej życia pulsowała w zdrowym rumieńcu owoców. To pod nią, będąc jeszcze dziecinnym i wyjątkowo chłystkowatym Chłystkiem, siedział zapatrzony w jej gałęzie i poddawał się poezji, deszczem bladoróżowego kwiecia, spływającej na ziemię. Jabłoń wyraźnie wyczuwała jego nastroje, gdyż płatki raz muskały pocieszająco jego zatroskane czoło, raz wirowały w tańcu radosnego uwielbienia piękna, niekiedy drżały gniewem w locie sprawiedliwego protestu. Nie należała do nikogo, więc często przeganiał włóczęgów, którzy z bezmyślnym okrucieństwem, starali się strącić z niej długimi dragami parę zielonych jabłek - nigdy nie zdołały dojrzeć, nikt, nigdy nie poznał ich prawdziwego smaku. Zresztą nikogo ten smak nie interesował, gdy tuż obok rozpierała się ociężała, kapiąca złotym, lepkim sokiem, grusza, a odurzający zapach czarownego jaśminu, mieszał zmysły, otępiał, mamił, odbierał zdolność sprawnego myślenia. Słodycz gruszy i narkotyczny zapach jaśminu, wzbudzały podziw, jabłonka, pomimo że zasypywała ogród bladym kwieciem, była tylko tą stojącą za płotem. Czy miała już taką na zawsze pozostać? To, co Chłystek zobaczył przeczyło temu wyraźnie. "Czyżby się otrząsnęła" - zastanawiał się zdumiony i przekornie śmiał się w duszy widząc fermentujące, wydrążone przez osy i bezładnie rozrzucone w trawie gruszki. I śmiał się z utraconego czaru jaśminu, który teraz nie potrafił już ukryć, że zapożyczał swój urok od podstępnych kwiatów tojadu. Chłystek przeciągnął dłonią po zdrowym, prostym pniu swojej jabłonki.
      -Zawsze byłaś tylko i aż sobą - powiedział - a jednak nigdy nie nadałem Tobie imienia. Pozwól, że od dzisiaj będę ciebie nazywał.....Prawdziwa
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 10.02.11, 15:31
      Przelatując, przez pomyłkę, nad Pustynią Błędowską, boski Silvio zachechłał nieskromnie, co pilot helikoptera uznał za rozkaz lądowania. Jak donosi RM, także przez pomyłkę, został pojmany przez ciągle błąkających się w pustynnej fatamorganie, zrydwanizowanych strażników jeszcze z ekranizacji Faraona. Rządy obu państw pertraktują w sprawie wykupu premiera, co niechybnie nadszarpnie muzealne kolekcje talentów.

      Chłystek wybałuszył ze zdumienia oczy
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 10.02.11, 15:34
      Hej, ileż to
      kroplą się jawi,
      życionośną,
      we mgle rozproszoną,
      solą
      bolejącą w duszy?
      Ileż rozkwitu
      w tęczach
      dwóch światów
      i mocy
      wodospadów?
      Woda,
      strumień istnienia
      wszystkiego.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 10.02.11, 15:36
      Dzisiaj przyszła do nas Marina. Czekaliśmy już na nią od dwóch dni, w ostatnim momencie okazywało się, że nie jest jeszcze gotowa. Chyba udało się ją nareszcie przekonać. Usiadła sporo z boku, lecz widocznie i ta odległość nie wydała się jej zbyt bezpieczną, gdyż posuwając nieznacznie, lecz bezustannie krzesłem, zawędrowała w najdalszy kąt sali i kuląc się niczym wystraszone zwierzątko spoglądała ku grupie szybkimi zerknięciami. Chwilami unosiła głowę i wtedy jej ruchliwa twarz mieniła się w dziesiątkach odzwierciedleń stanu jej duszy. Tylko te, którym towarzyszyły krótkie warknięcia mogły wydać się niesympatyczne, wszystkie inne podkreślały tylko jej naturalny wdzięk. Co prawda, w rysach jej twarzy, każdy z łatwością rozpozna charakterystyczne cechy zespołu Downa, lecz jest to równocześnie twarz wyjątkowo piękna, niezwykle delikatna, pełna rozrzewniającego uroku. A także nad wyraz smutna. W kącikach strwożonych, ciemnych oczu połyskują świeże łzy, usta, skrzywione w podkówkę jak u pokrzywdzonego dziecka drżą spazmatycznie i zda się, że każde ich drgniecie może być wstępem do nieutulonego szlochu. Podchodzę do Mariny nieco z boku, spokojnie, i podsuwam jej miseczkę z paroma orzeszkami w czekoladzie. W pierwszej chwili nie reaguje, dopiero po paru sekundach kurczy się jeszcze bardziej, a zaraz potem gardłowe warczenie i chaotyczne ruchy rękoma ponad rozkołysaną nagle głową skłaniają mnie do odejścia na bezpieczną odległość. Nie jestem zagrożony, to Martina jest sama dla siebie niebezpieczeństwem, już wielokrotnie rozdrapywała i gryzła sobie ręce do krwi, rozbijała głowę o pierwszą, napotkaną ścianę.
      Po raz kolejny, od dwóch dni, zaglądam w jej teczkę. Marina ma dwadzieścia trzy lata, dopiero niedawno zdiagnozowano u niej zespół Downa, gdyż do tej pory nigdy nie była u lekarza, jest wyjątkowo zaniedbana, rozumie polecenia, lecz sama nie jest w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa, była bita, ojciec, jej jedyny opiekun, na jej oczach popełnił przed miesiącem samobójstwo. Marinę znaleziono parę dni potem, błąkała się w parku, w zakrwawionym, poszarpanym ubraniu. Przez pierwsze godziny nieustannie krzyczała.
      Po paru minutach podchodzę po raz drugi, tym razem ze szklanką wody, z papierów wynika, że tylko wodę rozpoznaje jako napój, ma alergię na pomarańcze i potrafi udławić się kawałkiem ziemniaka. Ostrożnie wypija dwa łyczki, po czym odwraca raptownie głowę i pije szybko, łapczywie, do dna. Oddaje mi szklankę, na sekundę jej twarz rozjaśnia się dawno zapomnianym uśmiechem, zaraz potem prycha gniewnie, pociera nos trzema palcami po kolei, zmienia rękę....i zastyga w bezruchu.
      To Wilma, zdjęta zazdrością z powodu orzeszków i mojego zainteresowania nowo przybyłą, podbiega w charakterystycznych dla siebie pląsach, pod obszerną, czerwoną sukienką faluje jej krągły, miękki brzuszek, szaroniebieskie oczka zezują niby obojętnie w kierunku miseczki, bełkocze coś przymilnie, co ma zapewne oznaczać grzeczne powitanie. Cała grupa spogląda na nią z nagłym zainteresowaniem, na jej gwałtowną gestykulację i trzęsący się w uśmiechach podbródek, słucha niezrozumiałych słów i oczywiście nikt nie potrafi pojąć, jak to się stało, że w miseczce pozostaje nagle jeden samotny orzeszek. Marina spogląda na niego ze dziwieniem, tak, jakby go dopiero ujrzała, spogląda ku mnie, jeszcze się waha, jeszcze nie wie, lecz zaraz potem bierze go delikatnie w dwa palce i unosi do roześmianych ust.
      I wiem, że tym razem to żaden automatyzm, wiem, że uśmiecha się naprawdę.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 10.02.11, 15:38
      Z powodu upałów, wszystkie noce spędzał Chłystek na swojej ławeczce pod akacją i spało mu się wyśmienicie, gdyż jej zapach tak otumaniał krwiożercze komary, iż dostawały pomieszania zmysłów, opadały bezwładnie w trawy i tam, zmienionymi już głosami, przyłączały się do chóru cykad. Gwiazdy mrugały do niego wesoło, niespiesznie, mglisto rozproszony blask ciekawskiego księżyca kładł się żółtawymi cieniami na pachnącym kwieciu, delikatnie zaznaczał kontury pagórków i ślizgał się beztrosko po miedzianej wieżycy kościołka w dolinie. Chłystek budził się parokrotnie podczas nocy, ale tylko po to, aby wzdychając z uśmiechem, w całej pełni uświadamiać sobie czar tych niezwykłych nocy.
      Któregoś ranka stwierdził jednak, że w kościach zaczyna już się odzywać zastane lenistwo, poza tym wyczuł w powietrzu specyficzny zapach. Z niedowierzaniem pokręcił głową, powąchał raz jeszcze i zrozumiał, że tym razem zupełnie przegapił sezon ogórkowy. Co prawda zauważył, że stragany w Mieście uginały się pod ogórkami różnych wielkości, świeżymi, czy małosolnymi, a doniesiono mu także, że pod każdym większym dębczakiem w Kniei znaleźć można pokaźnych rozmiarów beczkę wypełnioną po brzegi najprzedniejszymi kiszonymi, lecz jakoś nie skojarzył sobie tego z corocznym sezonem.
      Wyprostował się przeto na swojej ławeczce, oczy przetarł, jeszcze raz przeciągnął się, aż kości zatrzeszczały i postanowił coś zrobić. Właściwie miał ochotę na interesującą rozmowę, ale....Mędrzec jak zniknął w sinej dali, tak zaparł się w niej na dobre i chodziły słuchy, że robi specjalizację w prowadzeniu bezkrwawych wojen, Półpałek-Zapałek już od miesiąca wisiał na konarze przed swoją dziuplą, a wielki transparent z napisem "Nie przeszkadzać" nakazywał szacunek i nienaruszalność jego kontemplacji. Nawet emerytowane, prawie już niewidzialne wiedźmy z krainy Wodnika wybrały się całym stadem na urlop, na bliżej nieokreśloną, samotną wysepkę u wybrzeży Chorwacji.
      Cóż, pozostawało tylko wybrać się z wizytą do miejsca urodzenia, pozostawało tylko wybrać się do Chłystkowa.
      I niewiele myśląc, wezwał Chłystek Lotnię Imaginacji, wskoczył na nią zgrabnie i delikatnie naciskając kolanami jej wypasione marzeniami boki wzbił się w przestworza, w powietrze pełne zawirowań tego co będzie i tego co być może się stanie. A jako że kompasem był mu Kalejdoskop Zdarzeń, więc i podróż trwała mgnienie oka.
      Wylądował przed chatką szamanki, która to swojego czasu pomogła uwolnić się jego matce od ciężaru jego przenoszonego niemowlęctwa, rozejrzał się dookoła i nie widząc charakterystycznej sakwy zorientował się, że poszła do lasu na poszukiwanie swoich ukochanych ziół.
      Rozejrzał się raz jeszcze....
      Od kamiennej studni wiało chłodem, w którym wyczuwał zieleń mchu.
      Rozłożysta lipa kapała nektarem i kroplami ciężkich pszczół, obok jej pnia, po żółtym piasku tupał zaniepokojony szpak.
      Przy samej furtce, Krzaczek-Szemraczek kwitł oszałamiająco i zdawało się, że tęsknie wyczekuje na dotyk drobnych rączek Julenki....
      ....zaraz obok panoszyły się cudowne malwy.
      Nic się nie zmieniło, było tak jak kiedyś, i tak miało pozostać, bo był w tym sens.
      Chłystek popchnął skrzypiące drzwi i uroczyście przekroczył próg pachnącego ziołami pomieszczenia. Przez chwilę nic nie widział, gdyż wewnątrz panował głęboki mrok, lecz już zaraz potem rozróżnił kontury staromodnego kredensu, wygasłej kuchni z żeliwnymi fajerkami, kolory gałgankowych chodników i obszerny stół, a na nim kamionkową misę kwaśnego mleka i stertę dorodnych, świeżych ogórków....

      Jak w sam raz na sezon.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 11.02.11, 12:02
      Jesteś jak ukłon białej lilii
      i jak lody miętowe
      w upalne popołudnie,
      orzeźwiające,
      a jednak o zawrót głowy
      przyprawić gotowe.
      Jesteś niczym łyk wody
      dla spragnionego
      i jak chłodny wiatr
      dla gorącego czoła,
      niepowtarzalna,
      wyjątkowa,
      choć tak wiele cudów
      czaruje dookoła.

      Tak szeptał kiedyś Chłystek swojej lubej, a gdy chwile te sobie przypomniał, przestał nawet myśleć o słodyczy akacjowego kwiecia....słodycz, słodyczy nierówna
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 11.02.11, 12:05
      Któregoś dnia, pocztą pantoflową, otrzymał Chłystek wielce tajemniczą wiadomość od Półpałka-Zapałka.
      "Rozmawiałem z cieniem Mędrca, jeśli chcesz wiedzieć, przybądź w czasie drugiej gałęzi"
      Co prawda, poczta pantoflowa potrafiła płatać dziwaczne figle, a informacje często bywały bzdurne, lecz określenie czasu drugą gałęzią było dla Chłystka jak najbardziej zrozumiałe i oznaczało ni mniej ni więcej to, że konar na którym Półpałek-Zapałek zwykł odbywać codzienne medytacje znajdował się już w cieniu, a słońce zaczynało prażyć gałąź ponad jego głową. I stało się, że o określonej porze dnia, zaciekawiony do granic wytrzymałości Chłystek śpieszył na spotkanie, a jego pobudzona wyobraźnia, w każdym, napotkanym po drodze cieniu, dopatrywała się Mędrca. Tak go to w końcu zdenerwowało, że postanowił skupić uwagę na czymś konkretnym, wyciągnął zza pazuchy swój Kalejdoskop Zdarzeń i zaczął nim potrząsać do taktu swych niecierpliwych kroków. I nie myślał wcale, że w ten sposób pomiesza, być może, jakieś tam zdarzenia, te i tak były często niespodziewane, a te gorsze zawsze można było wytłumaczyć pechem osoby, której się przytrafiały. W ten sposób, grzechocząc na las cały, dobrnął pod umówione drzewo, Półpałek-Zapałek zawieszony lewą nogą na swoim konarze, przeciągał się właśnie z namaszczeniem. Po chwili otworzył jak zwykle roześmiane oczy, rozpostarł ręce i odbijając się od pnia drugą nogą wywinął w powietrzu wspaniałe salto. Wylądował od razu siadem po turecku, tuż przy małym, zaledwie się tlącym ognisku, z popiołu sterczały dwie, smakowicie podpieczone kolby kukurydzy i kilka bulw topinamburu, obok ogniska, w odrapanej, glinianej misce, żółciły się soczyste gruszki. Bez słowa zabrali się do jedzenia i dopiero, gdy w popiele nie znaleźli już żadnej bulwy, Półpałek-Zapałek wytarł palce o trawę i spojrzał Chłystkowi prosto w twarz.
      -Możesz mi nie wierzyć, ale wiem, że jego cień tu był i nie tylko tu, często zagląda do Miasta. Niekiedy przebiera się za kogoś innego i rzuca słowem na wiatr, ale małym słowem, gdyż po dużym by go rozpoznano. Boi się ośmieszenia.
      Chłystek rzucił mu pytające spojrzenie.
      -Hm, z Mędrcami tak to już jest, często bronią złudzeń, a ludziom, którzy rozpoznają prawdę i obdzierają złudzenia z rajskich piór mają to za złe. Dopóki sami się nie przekonają, a wtedy nie mają śmiałości wyjść z własnego cienia.
      Chłystek nie po raz pierwszy pomyślał, że Półpałek-Zapałek pozjadał jednak wszystkie rozumy, jednocześnie uświadomił sobie, że złudzenia można stracić, ale nadzieję ma się zawsze.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 11.02.11, 12:07
      Noce, podczas których Perseidy śmigały po niebie, upodobał sobie Chłystek szczególnie. W uroczystym skupieniu zasiadał wtedy na swojej ławeczce pod akacją i czekał, i spoglądał, i widział, że im bardziej gasły światła usypiającego Miasta, tym bardziej zapalały się światła na niebie. Niektóre z nich pojawiały jakby wstydliwie i tylko nad chwilę ponad czarnogranatowym horyzontem, inne wyskakiwały niespodziewanie z samego środka nieboskłonu i leciały zawadiacko żółtą, panoszącą się smugą, prawie słyszał ich ostrzegawczy syk. Jako dziecko przyjaźnił się ze spadającymi gwiazdami wyjątkowo, miał wrażenie, że spełniały każde jego życzenie, niekiedy z opóźnieniem, ale jak się potem okazywało, zawsze we właściwym czasie. Były lata, kiedy zaprzestał życzyć sobie czegokolwiek, gdyż uważał, że los i tak ofiarowuje mu wszystko, co najlepsze, często nagradza go niezasłużenie, rozpieszcza, tak jak wtedy, gdy jako jedyny chłopak z klasy pozyskał przyjaźń i najbardziej promienny uśmiech Kasi i to właściwie za nic, pomógł jej tylko opędzić się od wściekle ujadającego psa-wagabundy i roztrzęsioną odprowadził do domu. Będąc starszym miał tyle okazji do głaskania miękkich chrap kasztanka z sąsiedztwa, sadzenia drzew, które teraz były już statecznymi olbrzymami, a potem studiowania bez ani jednego, oblanego egzaminu, że zawsze uważał się za szczęśliwca.
      Po raz pierwszy wypowiedział spadającej gwieździe życzenie zupełnie machinalnie. Zobaczył ją którejś nocy na nieco przymglonym, nocnym niebie, była najwspanialsza, zostawiała za sobą smugę roztańczonych, świetlistych drobinek, a on uświadomił sobie, że każda z nich wywołuje na jego twarzy coraz to inny uśmiech. Poczuł żal, że oto zbliża się jej koniec i zapragnął, aby wróciła. Spełniała jego życzenie co roku, przylatywała coraz piękniejsza, tak piękna, iż w końcu zaczął podejrzewać, że musiała rozpalać się zawsze od nowa w Wielkim Piecu Julenki. I wtedy, śledząc jej coraz bardziej karkołomne, niebiańskie wyczyny zaczął wykrzykiwać w jej kierunku życzenia. Nie były wielkie, nie obciążały zbytnio jej świetlistości. A to potrzebował lepsze buty z filcowymi wkładkami (noce, które spędzał niekiedy na swojej ławeczce potrafiły być chłodne), a to kończył mu się nieskazitelnie biały papier, ten specjalny, do spisywania prawd Mędrca, innym razem miał po prostu apetyt na dorodne winogrona, albo porządny kawałek tortu. Gwiazda spełniała bez szemrania wszystko, o co poprosił, lecz pomimo swojej wzrastającej piękności czegoś wyraźnie jej brakowało, a świetlne zygzaki, które pozostawiała na niebie coraz bardziej przypominały znaki zapytania.
      Dlatego tej nocy postanowił Chłystek dać jej prawdziwe zadanie, wiedział co prawda, że ją straci, gdyż życzenie przerastało siły wszystkich, spadających gwiazd razem wziętych, ale zdawał sobie jednocześnie sprawę, że w ten sposób nada sens jej istnieniu. I gdy pojawiła się w gorączkowych, niecierpliwych rozbłyskach tuż nad jego głową, wyciągnął ku niej ręce i łamiącym się głosem szepnął, aby choć na chwilę uczyniła wszystkich ludzi szczęśliwymi.
      W tej samej chwili powietrze ugięło się pod ciężarem wszechobecnej słodyczy, a ogromny, ciepły wicher powalił prawie Chłystka na ziemię. A gdy zrozumiał, że było to tylko wspólne westchnienie ulgi miliardów ludzkich istnień, jego gwiazda rozpadała się powoli w najbardziej roziskrzone łzy radości, jakie kiedykolwiek w życiu zobaczył.
      Nie stracił jej.
      Pozostała na zawsze we wspomnieniach milionów. Wspomnienia żyją.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 11.02.11, 12:09
      Zwiastun babiego lata
      w powietrzu się już czai,
      dzikie wino czerwienić się
      zaczyna,
      nic się nie mai,
      nie ciekawi
      wyjsciem na świat
      nieśmiałym.
      We wszystkim
      brzemię lata się rozpycha,
      jeszcze trochę,
      jeszcze kropla i promyk,
      słońca ciepłe zachody,
      do nagrody samoofiarowania.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 11.02.11, 12:11
      Po upalnych, nad miarę, trzech dniach powiał w nocy halniak i nie chce się zatrzymać. Jeszcze o szarym świcie niebo ponad górami tętniło rozbłyskami niemej burzy. Uciekła niespodziewanie wraz z nastaniem dnia, lecz drzewa, jedno drugiemu, przekazują rozszumianą wiadomość nadchodzącej jesieni. Jej pierwsze, chaotyczne jeszcze doskoki żółcą się już w pojedynczych liściach i w tych opadłych, harcujących w nagłych, acz powłóczystych zawirowaniach w kątach ślepych uliczek, pobrzmiewają w przednocnych chórach zdenerwowanych cykad.
      Szybko mija lato, dziwnie ociężała natura przygotowuje się już do nowego...
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 14.02.11, 19:09
      Urodził się kiedyś, dawno, dawno, gdy jeszcze nikogo nie było na świecie, kto mógłby określić czas. Urodził się w wybuchu, w rozdarciu ziemi tak strasznym, iż wydawało się że rozerwie ją na połowę. A jednak przetrwała, a on razem z nią. Początkowo był tylko miękki i czerwony od trawiącego go żaru, dlatego myśli wirowały w nim w zawrotnym tempie, nieskoordynowane, nie potrafiły pozbierać się w sensowną całość. Dopiero gdy nieco stężał zrozumiał, że był tylko, rzuconym gdzieś na ubocze, nieforemnym odpryskiem wielkiego potoku lawy i powoli stawał się chłodny, zamieniał się w głaz. Początkowo nie zastanawiał się nad swoim losem, było mu wygodnie, wrósł w swoje podłoże, podczas dnia ogrzewało go słońce, nocami mrugały do niego gwiazdy, a czasami ziemia, dając upust swoim wewnętrznym siłom, potrząsała nim wściekle, a chwilami nawet się spod niego usuwała. Wszystko to było jednak jego życiem, nie wiedział, że mogło go spotkać coś poza tym. Spotkało. Któregoś dnia upodobał go sobie stary, zwalisty dinozaur-samotnik i każdego popołudnia ocierał o niego swoje szorstkie boki, stękał przy tym przejmująco i gulgotał z zadowoleniem tak, jak to setki miliony lat potem miały robić słonie. Nie mógł nawet zaprotestować, był przecież nieruchomy, jak to zresztą głazy mają we zwyczaju. Myślał, że było to najgorsze, co mogłoby mu się przydarzyć, ale niestety, los okazał się okrutny, szczególnie wtedy gdy następne pokolenia coraz to dziwaczniejszych zwierząt obrały go sobie jako miejsce załatwiania mniejszych i większych potrzeb. Przez eony wiec lały się na niego potoki, strumyki, pryski, a nawet mgiełki żrących cieczy i nie pomagała samoochrona polegająca na porastaniu różnymi gatunkami mchów, wszystko szlag trafiał. Z czasem zaczął zazdrościć tym dziwnym stworom, co to mogły najzwyczajniej w świecie poruszać się, przysiadać gdy były zmęczone, lub uciekać w zawrotnym tempie przed nie wiadomo czym. Potem zaczął tęsknic za tym niezrozumiałym, za tym, co kazało im uciekać, łączyć się w stada, opiekować się mniejszymi osobnikami, wyczuwał, że to właśnie posuwało świat do przodu, formowało coraz to nowe jego oblicze. I w tęsknocie tej trwał dalsze eony i nawet nie spostrzegł, że zaczął się kruszyć, rozpadać, aby w końcu leżeć bezładną hałdą rozpalonych pustynnym słońcem, żółtawych drobinek, był miliardem takich drobinek, miliardem miliardów, a ciągle czuł się jednością.
      Aż powiał straszliwy huragan i poniósł go poprzez przestworza, ponad zielonymi łąkami, ponad wzburzonym oceanem i ziemią usianą, w różne kształty rzeźbionymi, wielkimi kamieniami. Na wystającym brzegu takiego kamienia stała, zapatrzona w niebo, zapłakana dziewczyna. Jedna z jego drobinek wpadła jej do oka, i w momencie, gdy pocierała je niecierpliwym ruchem ręki, głaz przestał być głazem, rozpływał się w smutku jej łzy...i odnalazł się w swojej odwiecznej tęsknocie.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 14.02.11, 19:10
      Chłystek drgnął, od lewej pięty aż po włosy nad prawym uchem przeleciał mu nagły skurcz, niczym trzepniecie ogonem elektrycznej ryby, zimnym i kleiście śluzowatym, po prostu odrażającym. Zatrząsł się cały i przypomniał sobie, że podobne odczucie miał już kiedyś, dzieckiem jeszcze będąc, gdy pchnięty przez kolegę wpadł po szyję w grzęzawisko pełne rozkładających się szczątków czegoś miękkiego. Niewyobrażalny zaduch ścisnął jego gardło, a cała horda rozwścieczonych, końskich pijawek nachalnie przywarła do łydek. Bronił się rozpaczliwie, lecz miejsce straconej paskudy zajmowały natychmiast dwie następne. W końcu wygrzebał się z błota, uwolnił od krwiopijców i myślał, że już nigdy w życiu nic podobnego mu się nie przydarzy. Aż do tej pory, dlatego, wielce poirytowany, śledził latające po całym ciele skurcze, śluzowate uderzenia chlastały z idiotycznym uporem jego ręce, szyję, nawet dobierały się do języka.
      -Tfu - zawołał z najwyższym wstrętem
      Lecz im więcej się wiercił-kręcił, tym bardziej ohyda dwoiła się i troiła, szczęśliwa, że zwrócił na nią uwagę, bo w tym przecież odnajdywała sens swojego istnienia, w jadowitych ukłuciach, waleniu na oślep i bez opamiętania.
      Chłystek wzruszył ramionami.
      -Możesz szaleć, aż się wywrócisz, możesz uderzać. I co z tego? Na zawsze pozostaniesz tylko ohydą.
      I spojrzał na cud swojej akacji, a ohyda odbiła się od pancerza jego zachwytu i wyjąc jak potępieniec (bo tylko tak potrafiła) potoczyła się w Dziurę Sobie Podobnych.

      Taka dziurę można przydeptać jak zeszłorocznego peta....obojętnością.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 14.02.11, 19:11
      Gdy, jeszcze o świcie, otwierała ciężkie, łuszczące się zieloną farbą zeszłego stulecia, okiennice, wdzierał się natychmiast do jej pokoju, przesiąknięty zapachem kwitnących tuż obok, herbacianych róż, rześki od porannego chłodu, wilgotny resztkami sączącej się nisko, ponad trawami, prawie niedostrzegalnej mgły. Zapełniał sobą wszystkie kąty i zakamarki, czołgał się pod niskim fotelem, głaskał urocze bibeloty poustawiane na prostym blacie staromodnej komody, prześlizgiwał się po miękkiej, w pastelowe kwiaty haftowanej, narzucie na łóżko, aby w końcu zatrzymać się w jej jasnych włosach i tarmosić lekko opadające na kark, niesforne loczki, chłodzić jej czoło i mocniejszym podmuchem zmusić, by zmrużyła zapatrzone w dal oczy, tak dziwnie i niezrozumiale rozmarzone. Przed południem, gdy zamykała już okiennice, prześlizgiwał się pospiesznie poprzez szczeliny i włóczył się po rozległym ogrodzie. Rozgrzany upalnym słońcem rozleniwiał się do tego stopnia, że rzadko kiedy wspinał się po pniach w listowie najwyższych konarów, raczej zaszywał się w gęstwinę krzewów, których powykręcane korzenie zaczynały już kruszyć podwaliny starego, przez nie wiadomo kogo wzniesionego, muru. Olbrzymie, jakby w pospiechu pozlepiane zielonobrunatną zaprawą, głazy, nie pasowały do subtelnych, pastelowych kwiatów, delikatnymi łukami ciągnących się ścieżynek i niewielkiej, różowawym marmurem okolonej fontanny, ale były skuteczną zaporą przed zabójczym upałem rozedrganej nim, pobliskiej plantacji. Rozpłaszczał się więc pomiędzy szpalerem krzewów a fundamentem muru, mieszał z chłodem ziemi i piwniczną wonią rozkładających się mchów, wciskał się w szczeliny i pod wapienne nacieki, i czekał, zasłuchany w omdlewającą ciszę sjesty.
      Prawie zawsze kończyła się ona odgłosem bosych stóp, powolnym, dziwnie głuchym, i towarzyszącym mu brzękiem blaszanej chochli w stągwi chłodnej, źródlanej wody. Poruszał się wtedy niechętnie, prawie zły, że oto kończyło się popołudniowe lenistwo, lecz chwilę potem, wrodzona ruchliwość parła go przed siebie, wzlatywał do góry i starym zwyczajem zaczynał od wytrzepania zbytecznego gorąca z koron słabnących drzew i piór dyszących ptaków. Potem zataczał parę kręgów wokół fontanny, zdmuchiwał opadłe liście z krętych ścieżek i niby niechcący zbliżał się ku domowi, aby w końcu zaczaić się blisko zielonych okiennic i prawie w bezruchu czekać na dalszą część dnia.
      Nie zawsze potrafił ją przewidzieć. Tym razem była już ubrana, lecz nie w swoją zwykłą, zwiewną sukienkę, nie w tę ulubioną, w kolorze jasnego szmaragdu, tak podatną na jego westchnienia, miała na sobie strój do konnej jazdy, a drobna dłoń kurczowo ściskała szpicrutę. Poleciał z nią, poleciał z jej koniem w zawody, a potem jęczał widząc, jak bez pamieci rzuca się w objęcia mężczyzny.
      Właściwie nie jęczał. Skowyczał jak zbity pies.
      A potem wpadł w prawdziwą wściekłość.
      Dysząc straszliwą zemstą i gwiżdżąc same okropności, rozszalał się jak nigdy dotąd. Z całego nieba pospychał wszystkie przygodne, do tej pory niewinne, chmury, zdusił je w ołowiane pakunki, rozhuśtał i rozkręcił do granic możliwości, aż otumanione lunęły deszczem jakiego nigdy jeszcze nie było.
      Gdy uciekała na prawie oślepłym z przerażenia koniu, słał w jej ślady jedną nawałnicę za drugą, osuwał ziemię spod kopyt, ciskał kępami powyrywanych z korzeniami traw i konarami, które mogły zabić nawet byka. Jednak udało się jej dotrzeć do domu, a gdy szlochając rzucała w ogień poszarpane odzienie, on pastwił się nadal nad wszystkim, na co się tylko natknął. Plantację rozniósł na cztery strony świata, nadszarpnął mur i aż zawył z radości widząc, jak toczące się głazy miażdżą marmur fontanny i orzą głębokie rany w ogrodzie. Zapamiętał się w gniewie i dopiero o świcie, osłabiony i dziwnie zobojętniały uświadomił sobie, że ciągle jeszcze szarpie za jedną z okiennic jej pokoju.
      Tego dnia nie zobaczył jej.
      Nie zobaczył jej już nigdy.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 14.02.11, 19:12
      BAJKA O NIEPOSŁUSZNYCH MYSZKACH

      Za domami, za ulicami, na skraju wielkiego mieszkania, w całkiem przestronnej norce żyła sobie mysia rodzina. Nie była to typowa mysia rodzina wielodzietna, o nie, liczyła sobie tylko troje potomstwa, w tym jedno nieudaczne, dlatego od pierwszych dni wyznaczono mu rolę popychadła. Dorodne rodzeństwo nie szczędziło mu szturchnięć ogonkami, kuksańców łapkami, a nawet podbierało mu większą cześć posiłków, co sprawiało, że one rosły w siłę, a nieudacznik stawał się coraz bardziej cherlawy. Nie miał też ochoty na najprostsze mysie figle, najczęściej zaszywał się w jakiś ciemny kąt i siedział tam bez ruchu, jak mysz pod miotłą właśnie. Rodzice, dumni z dwóch tłuściochów, nie zwracali na to uwagi, dopiero po pewnym czasie, gdy rozbestwiona młodzież zaczęła już im skakać po łebkach, zdecydowali się zastosować poprawne metody wychowawcze. Nic z tego, myszki nie słuchały poleceń rodziców, a co gorsza, natychmiast zatykały oczka łapkami i piszczały wniebogłosy...nie ma mnie! Hmm, zupełnie jak dzieci. Gdy konflikty zaczęły się mnożyć w zastraszającym tempie, a starzejący się rodzice nie byli już w stanie spełniać coraz to bardziej wygórowanych oczekiwań myszek, postanowiły one, niepomne ostrzeżeń całego mysiego klanu, tudzież starszyzny z sąsiednich norek podmieszkaniowych, opuścić rodzinę i poszukać wielkiego szczęścia, gdyż mniemały, iż zasługują na lepszy los niż wszystkie myszy tego świata. Tata mysz załamał łapki i z rozpaczy wyskubał sobie z ogona trzy ostatnie, posiwiałe włosy, mama myszka o mało nie dostała apopleksji, uszka obwisły jej zupełnie, lecz w zamian za to usłyszeli tylko zarozumiały chichot i zobaczyli ironicznie wyszczerzone ząbki. Ten złośliwy grymas pozostał im na długo w pamięci, tym bardziej, że wzmocniony został widokiem całkowicie opróżnionej spiżarki, widmo głodu czaiło się tuż, tuż.
      Tymczasem dwie myszy wdrapały się na poręcz schodów, beztrosko zjechały po niej w dół, a tam, jak wystrzelone z katapulty, wylądowały w ciemnym ogrodzie. Nawet nie miały czasu dobrze się pozbierać, a już zaczęły trząść wąsami ze strachu, bo doprawdy, takie odgłosy były im nieznane. Naokoło szeleściło coś niebezpiecznie, ogromne cienie zdawały się wyciągać w ich kierunku zachłanne, ciemne łapska, wysoko ponad nimi piszczało coś zgoła niemysim piskiem, dziwny, straszny świat. Być może wróciłyby natychmiast, gdyby nie zauważyły dziwnej postaci siedzącej na kamieniu.
      - Heeeej - zawołała postać schrypniętym głosem - a gdzie to tak pędzicie?.
      - Chcemy poszukać szczęścia w szerokim świecie - oznajmiła jedna z myszek - A kim ty jesteś?
      - Jestem szczurek Anastazy...eee...i już dawno...eeee....szczęście znalazłem. Widzicie moją wędkę? Łowię nią...eee....spadające gwiazdy. Sporo już ich nałowiłem...eee....to moje zabezpieczenie na stare lata.
      Myszki zachichotały gwałtownie, chociaż zaciekawiło je po co szczurkowi tyle gwiazd i do tego spadających.
      - A co z nimi robisz? Przecież najeść się nimi nie można.
      - Och wy głupie - rozsierdził się szczurek - Całe życie siedziałyście pod jakaś podłogą, to i nie wiecie jakie cuda dzieją się na świecie. Spadające gwiazdy spełniają każde życzenie, nawet nie wiecie ile bogactw zgromadziłem już w mojej norce, ale co tam będę wam, głuptasom, o tym mówił, najważniejsze, że tylko ja posiadam czarodziejską wędkę i tylko ja mogę je złowić.
      - Odsprzedaj nam ją, damy ci wszystko, co posiadamy, zabrałyśmy wszystko, co tylko dało się zabrać ze spiżarni naszych rodziców - wrzasnęły zgodnie myszki spoglądając łapczywie na wędkę.
      Szczurek najpierw się oburzył, potem zaczął trochę narzekać, aż w końcu, okazując wyjątkową wspaniałomyślność, oddał im wędkę i zabierając w zamian dwa tobołki pełne skrawków słoniny, sera i ziaren słonecznika zniknął tak szybko, jakby się zapadł pod ziemię.
      A myszki zasiadły na kamieniu i zaczęły łowić.
      Łowiły, łowiły i dopiero po siódmej nocy, zziębnięte i osłabione z głodu zrozumiały, jak bardzo dały się nabrać.

      Gdyby była to normalna bajka, pewnie wróciłyby, niczym marnotrawne dzieci do domu, a ich przedsięwzięcie szukania szczęścia stałoby się im przydatną nauką. Nic z tego. Do domu wróciły jak gdyby nigdy nic, z tym, że przymusowa dieta przyczyniła się do zrzucenia nadwagi.
      Jedyne, co okazało się bajkowe, to fakt, że rodzinna norka znajdowała się pod podłogą braci Grimm, a nieudacznik, który siedząc w swoim ciemnym kącie, miał sporo czasu na wymyślanie historyjek, podpisał z nimi umowę i właśnie kończył pisać bajkę o Kopciuszku.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 14.02.11, 19:13
      Od czasu do czasu organizujemy dla naszych klientów jednodniowe wycieczki, prawdziwy, dwutygodniowy urlop jest dla niektórych z nich, ze względu na natłok wrażeń, nie do wytrzymania. Wybraliśmy się w pięcioro, firmowym, czerwonym busem, trzech klientów z tyłu, dobrze zabezpieczeni w wodę i plastikowe woreczki na w razie czego. Są takie miejsca w okolicy, że jadąc autostradą, coraz bardziej otwiera się panorama majestatycznych gór, chwilami naga, poszarpana ściana bazaltu zdaje się być na wyciągniecie ręki, a cień i jasność następują po sobie w tempie uzależnionym od szybkości mijania rozsłonecznionych wyrw skalnych.Taki widok robi wrażenie na kazdym, także na naszych klientach. Szeroko rozwartymi oczyma obserwowali mijane krajobrazy, chwilami dawały się słyszeć bełkotliwe słowa....o, drzewo...krowa tam...tam wysoko...ooooo. Jan posapywał i pomlaskiwał głośno tak, jakby wszystko widziane wchłaniał w siebie, smakował, być może usiłował nawet przypomnieć sobie podobne obrazy, ale czy rzeczywiście....tego nie można być już pewnym. Główną atrakcją wyprawy był jednak prawie dwugodzinny spacer wokół przepięknego jeziora,. znakomity obiad w ogrodzie eleganckiej restauracji, a jako ostatni punkt programu, zwiedzanie kościoła z początku XIV wieku.
      Właśnie w kościele stała się chwila, jedna z tych, które głęboko i na zawsze zapadają w serce.
      Zygmunt, jak zwykle powłócząc jedną nogą, drżąc i poprawiając co drugi krok ochronny hełm na zdeformowanej starymi bliznami głowie, poczłapał do pierwszej ławki, usiadł i zaczął rozglądać się ze zdziwieniem. Poinformowany, że to, co widzi przed sobą to ołtarz, i że jesteśmy w kościele, rozkaszlał się najpierw gwałtownie, potem uniósł nieco głowę i z trudem, aczkolwiek z przedziwną mocą złożył ręce, dolna warga zatrzęsła się w nibyszepcie.
      Nieprawdopodobny był to widok. Z jednej strony ołtarz milczącego boga, z drugiej strony wyciągający ku niemu w pokorze ręce, pod każdym względem upośledzony Człowiek.
      Wyciągający ręce do tego, który wszystko mu zabrał.

      Jak bardzo taka chwila uczłowiecza tego, który zdoła ją pojąć.....
      • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 21.02.11, 20:28
        Pewnego pięknego dnia, jedna z emerytowanych, zamieszkujących opuszczone dziuple, wiedźm, ta, która od początku nie zgadzała się z tym stanem rzeczy, jako że miała zaledwie 582 lata i była tym samym o całe wieki młodsza od pozostałych, ocknęła się niespodziewanie ze swojej poobiedniej drzemki. W pierwszej chwili nie wiedziała dlaczego, podejrzewała nawet, że przyczyną była, nękająca ją od paru dni, uporczywa czkawka, po tym, jak przejadła się niedopieczonymi nietoperzami z rusztu. Jak wiadomo, na tego typu niestrawność, nie pomagają najbardziej tajemnicze zioła, musi przejść sama. Jednakże nie to było powodem. Otworzyła więc jedno oko i uważnie rozejrzała się po dziupli, nastawiła swoje spiczaste, kępkami szczeciniastego włosia ozdobione uszy i wsłuchała się w odgłosy z zewnątrz, swym zagiętym ku brodzie, ruchliwym nosem wwęszyła się we wszystkie cztery strony świata, zamlaskała zamaszyście lepkim jęzorem i rozpoznając, co się świeci zaskrzeczała głosem raptownie zidiociałego puszczyka. Tak jak stała, w połatanym worze służącym jej za nocną koszulę, wskoczyła jednym susem na swoja miotłę i popędzając ją niecierpliwymi kopniakami i nerwowym uciskiem zrogowaciałych pięt, pomknęła w lasy i knieje. Leciała tak szybko, nie hamując na zakrętach, że wir powietrza o mało co nie strącił, zwisającego jak zwykle na swoim konarze, Półpałka-Zapałka. Nie obeszło się jednak bez szkód: łany zbóż na pobliskich polach położyły się długimi, splątanymi smugami, niedojrzały owoc pospadał ze strachu z gałęzi, a rozbudzony Wodnik tak się rozsierdził, że całą swoją złość wygrał na fujarce i to na tak fałszywą nutę, że jezioro wystąpiło z brzegów i zalało najlepsze pastwiska. Wiedźma nadal latała jak szalona. Dopiero przypadkowo przechodzący Chłystek chwycił ja szybkim ruchem za kołtun i ściągnął z miotły, a ta uwolniona od ciężaru zarżała niczym koń i wywijając z uciechy podwójne salta, pomknęła jak strzała do dziupli. Wiedźma przycupnęła na samym brzegu ogromnej, błotnistej kałuży, skurczyła się w sobie i w tej pozycji wyglądała na bardzo starą, prawie tak starą jak jej tysiącletnia stryjenka, mamrotała coś niezrozumiałego, przy czym każda brodawka na jej twarzy drgała w innym kierunku, a rozbiegane oczka zezowały nie wiadomo gdzie. Była zaiste nieciekawym zjawiskiem, lecz Chłystek, jak to Chłystek, spoglądał na nią przyjaźnie, nigdy nie oceniał ludzi po ich wyglądzie.
        - No i co ci, wiedźmo? - zapytał łagodnie
        - Jak tak dalej pójdzie, to Knieja nam się skurczy - zaskrzeczała, a w glosie jej tyleż było smutku, co i przygnębienia
        - A to dlaczego?
        - Nie widzisz, co się dzieje? Coraz więcej istot opuszcza Knieję, odchodzi, a przecież od ich pamięci zależy jej wielkość. Im mniej ludzi ją odwiedza, tym mniejsza się staje, wiewiórzyce w nicość się rozpływają, suchary w pył się rozsypują. Kurde - wrzasnęła nagle - to i moją dziuplę diabli wezmą!!!

        Chłystek zasępił się...i nie znalazł odpowiedzi.
        Może było ich po prostu zbyt wiele.....
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 21.02.11, 20:29
      Widziałem ptaka
      wędrownego,
      łopotem skrzydeł
      rozgarniającego niebo,
      i ciężkie chmury
      w ziemię wtulone,
      drzewa
      jeszcze wczoraj zielone,
      pieczęcią odrodzenia
      naznaczone ziarno,
      porannych mgieł
      uroczystą zadumę
      Ach, te oka mgnienia,
      życia,
      zauroczenia
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 21.02.11, 20:30
      Byłaś taka miękka,
      w słowie,
      spojrzeniu,
      w uniesieniu chwilą,
      zagubiona
      w przeciwnościach dnia i nocy,
      gdy szklanym wzrokiem
      goniłaś tęsknoty,
      by rankiem,
      rozrzucona w pościeli,
      dzielić świat
      na dwoje;
      moje, twoje, też moje,
      i twardo stanąć na ziemi,
      po drugiej stronie.

      I wiedział Chłystek, że niekiedy najpiękniejsza chwila jest tylko bezpowrotnym mgnieniem oka, momentem wykradzionym nigdy nie mającym się spełnić pragnieniom.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 21.02.11, 20:32
      Idąc niespiesznie leśnym traktem natknął się Chłystek na leżącego pod krzakiem mężczyznę. Pochylił się nad nim szybko, gdyż jak zwykle pierwszą jego myślą była pomoc człowiekowi, poczuł woń sfermentowanego kompotu z czarnych jagód, zobaczył twarz wykrzywioną w bezmyślnym uśmiechu i nieomylnie rozpoznał objawy kociokwiku. Mężczyzna zamlaskał granatowym językiem, wybełkotał coś nieskładnie, ale w końcu, jakby dochodząc do siebie, uniósł się na łokciu, złapał chłystkową rękę i potrząsając nią raptownie rozjęczał się w sposób zaiste przejmujący.
      - Ratuj, ratuj nas - prosił natarczywie
      I jakby dla potwierdzenia wagi swych słów, kopał poszycie ufajdanymi w błocie butami i wywracał ku niebu mocno zaczerwienione oczy. Chłystek poklepał go uspokajająco po plecach, wymasował skronie i spięty kark i dopiero wtedy zgodził się na wysłuchanie szczegółów. Dowiedział się więc, że w trzech odciętych od świata, górskich wioskach rozpanoszyły się dziwne epidemie. Kociokwik można jeszcze było wytłumaczyć nadmiernym spożyciem sfermentowanego kompotu z czarnych jagód, chociaż powody nagłej fermentacji wszystkich weków na raz też były niejasne, jednakże czegoś takiego jak parszywki strzępiatej, czy odpychu międzyludzkiego nikt się nie spodziewał. Ostatnio pojawiły się przed wiekami, o czym skwapliwie donosiły annały, lecz nie potrafiły się zadomowić i odleciały jak niepyszne. Parszywka polegała na tym, że zarażony nią nie potrafił normalnie mówić, używał tylko strzępów wyrazów rozpoznawalnych jako parszywe. Odpych był jeszcze gorszy, nie pozwalał zbliżyć się człowiekowi do człowieka na odległość mniejszą niż metr, konsekwencje choroby były jak najbardziej katastrofalne; brak potomstwa, całkowity zanik tańca, nie mówiąc już o znaku braterstwa w kościołach.
      Chłystek zdziwił się, gdyż o takich chorobach nigdy nie słyszał. Zajrzał już z przyzwyczajenia do swojego Kalejdoskopu Zdarzeń, ale poza garścią bezładnie rozrzuconych, kolorowych kamyczków nie ujrzał ani przyszłości, ani nawet prostej recepty lekarskiej. Zdecydował przeto, że trzeba zapytać Półpałka-Zapałka, który podczas nieobecności Mędrca oferował usługi doradcze. Całe szczęście, że do jego drzewa droga nie była zbyt długa, gdyż mężczyzna z kociokwikiem ledwie trzymał się na nogach, poza tym czkał coraz głośniej i cały czas, z uporem maniaka powtarzał, że już niedługo będzie musiał iść na stronę.
      Półpałek-Zapałek jakby już na nich czekał, siedział przy wesołym ognisku i właśnie wygrzebywał z popiołu pieczone ziemniaki, bez słowa wskazał im miejsce obok siebie i aż podskoczył z uciechy widząc niezdarne ruchy zarażonego kociokwikiem. Po czym ostrożnie popukał patyczkiem swój ostatni Ząb Mądrości i wsłuchał się w siebie.
      - Hmm, hmm - chrząknął po niejakim czasie - a to się narobiło. Ale na wszystko jest rada - dodał szybko - I wiedz dobry człowieku, że to nie żadna zaraza, żadna epidemia. W przypadku kociokwiku to niechlujstwo waszych bab, nie starają się już przy wyrobie przetworów, leniwe, byle jak robią, byle szybko. Ale być może to ich niechlujstwo stanie się ratunkiem dla dwóch pozostałych miejscowości. Zorganizujemy wielki festyn trójwsiowy, napełnimy dzieżki kompotem, aby każdy mógł go zażywać do woli. Odpych zaniknie, gdy każdy będzie się zataczał na drugiego, no i nikt chyba nie użyje nawet strzępu parszywego słowa do osoby, z którą przed chwilą się obejmował.
      Chłystek spojrzał na Półpałka-Zapałka z wdzięcznością i podziwem i przypomniał sobie jak starzy mówili, że kiedyś było inaczej, ludzie żyli ze sobą, a nie obok siebie, złe słowo było grzechem, a pomocna dłoń pomagała nawet wtedy, gdy ledwie dla siebie miała.
      I o tych czasach marzył tej nocy siedząc na swojej ławeczce, i czytał w gwiazdach nadzieję.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 21.02.11, 20:33
      A gdyby tak
      wędrować tęczy chodnikiem,
      kolorowo śnić,
      marzyć,
      po prostu kolorowo być,
      zostawić za sobą
      szarobure chwile
      i zanurzyć się
      w siedmiokrotnej nieskończoności
      tęczowej nieskazitelności....
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 21.02.11, 20:34
      Gdy któregoś dnia wypoczywał Chłystek nad strumykiem, poczuł w pewnej chwili, że wokół niego dzieje się coś niezwykłego. Otworzył oczy i aż zdumiał się niespotykanym widokiem. Powietrze gęste było od baniek mydlanych, leciały niczym chmara przezroczych ptaków od strony wielkiej polany na wschodzie i niosły w sobie przeróżne, uchwycone po drodze obrazy. Zaczął się im z zainteresowaniem przyglądać, gdyż wiele z tego, obok czego codziennie się przechodzi, uchodzi uwadze, a czasami ma się zwykłą niechęć, aby w ogóle coś dojrzeć. Każda z baniek mieniła się tęczą; małą lub dużą, w zależności od jej wielkości, i każda z nich, bez względu na swoją zawartość, była piękna. A zawartości były różne, tak różne jak urozmaicony jest świat. W jednej z nich ujrzał śmiejącą się radośnie Julenkę, w innej mężczyznę zaciskającego pieści-stał się zwykłym, ulicznym chuliganem po tym, jak ojciec, za banalne przewinienie, wyrzucił go z domu. Widział delfina wyrzuconego na brzeg, stracone złudzenia, orła karmiącego swoje pisklę, grę w klasy, lekarza bezsilnie opuszczającego ręce przy łóżku śmiertelnie chorego pacjenta, owacje rozszalałej z zachwytu widowni i łzy szczęścia obrzuconej kwiatami, młodziutkiej narzeczonej.
      I wzruszył się Chłystek, że mógł zobaczyć i zrozumieć.
      A bańki, jak to mydlane bańki, pryskały cicho....w ostatnim przebłysku tęczy.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 21.02.11, 20:35
      Niebo rozdarte
      gołębicy piórem,
      marmurem posągu panny
      uświęcone,
      sypie popiołem łaski
      na głowy butne
      i te, w pokorze pochylone.
      I pieśń potężnieje
      nad okruchem opłatka,
      tajemnicą pachnie,
      cud się dzieje.

      Także Chłystek pochylił głowę i pomyślał, że człowiek zbyt rzadko to czyni, dlatego mało widzi, a jeszcze mniej czuje, i zapragnął, aby to się odmieniło.
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 21.02.11, 20:36
      Wspomnij,
      gdy w powodzi zachwytów
      razem szliśmy,
      tacy inni,
      pomimo że ci sami.
      Jak to się stało,
      że uśmiech na twarzy
      nigdy nim nie był
      i jawi się teraz
      grymasem odrazy.
      Kim być chcieliśmy?
      Sobą?
      Portretem ideału?
      Pomału się rozwidniło.
      I nawet nie ma żalu.

      I zadumał się Chłystek głęboko; nad przemijaniem, udawaniem, prawdą i szczerością. Wiedział, że nawet jego Kalejdoskop Zdarzeń potrafił mamić swoimi obrazami, a cóż dopiero życie.
    • krystek.fabuloso Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 01.03.11, 21:45
      Odnaleźć siebie na rozstajnych drogach wiecznie żywych ...
      27.02.2011 21:47
      ~Krystek fabuloso
      Odnaleźć siebie
      na rozstajnych drogach
      wiecznie żywych nadziei,
      w poświacie zadumanej nocy
      i pozostawionej przez nią
      na poziomkowym liściu
      kropli rosy.
      Odnaleźć siebie
      w dotknięciu współczucia,
      uśmiechu odwzajemnienia,
      by wychodząc z cienia,
      bez lęku
      przyjąć światło.

      Chłystek potrząsnął swoim Kalejdoskopem Zdarzeń, spojrzał weń i zobaczył, że tym razem, zgodnie z jego własnym stanem ducha, nie pokazał żadnego zdarzenia. W rozmigotanej mgle drobinek ujrzał Nastrój. I łzy zakręciły się w jego oczach, gdy zrozumiał, że wyjątkowy nastrój jest w stanie, już na zawsze, zmienić spojrzenie na cały świat.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja