KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo

05.08.12, 03:21
[28.07.2009 23:03:36] zenek1357: I komu na tym tak bardzo zależy? A przede wszystkim dlaczego?
Jedno jest pewne. Rację ma Pan Bóg, który w Swojej Doskonałości nie musi się dzielić z nikim wiedzą. I nawet obarczył pożądanie wiedzy piętnem grzechu pierworodnego.
A wiec Dobro i Zło było domeną Niebios a teraz mamy to czego sami chcieliśmy.
Grzesznicy dowiedzieli się wprawdzie, że Zło i Dobro istnieją, ale nie mogli uzgodnić
między sobą na czym one polegają i dlatego ciągle toczą spory...kto ma rację.

Pozdrawiam wszystkich uczestników Forum w nieustajacym poszukiwaniu prawdy.
(przepraszając autorkę za użycie tej formy powitania).

Pozdrawiam najgoręcej i najpierwej użytkowników platform emocjonalnych, jako, że emocje
są mi najbliższe z humanistycznego punktu widzenia.

Wśród tych wyróżniam zwolenników bezkompromisowego nawracania, którzy zapisali się w historii nie tylko w dobie Inkwizycji, ale w nieskończonym ciągu aktów wiary w nieomylność
najróżniejszych idei, co doprowadzało do szczególnego traktowania odmienników.

Witajcie trolle, bo Wy macie dogłębną wiedzę w temacie...i korzystacie z niej.
I macie pełną świadomość tego co robicie.

Bądźcie pozdrowieni pokrzywdzeni. Jest Was tak dużo, że nie pomylę się jeśli powiem wszyscy. Każdego z Was dotknęło jakieś zło, rozplenione bez kresu. Teraz szukacie.... przepraszam...dochodzicie prawdy, czego dowody są tak widoczne na wątkach.

Witam wszystkich śledczych, którzy w walce o milimetrową sprawiedliwość, uzbrojeni w wyobraźnię i końskie okulary wiją nieskończoną nić oskarżeń.

Pozdrawiam serdecznie tych co mają innym za złe z powodów odruchowych. Czyż rudzi nie mają parszywych charakterów?

Pocieszam tych co biorą sobie zbytnio do serca to co inni o nich mówią. Życie trzeba traktowac poważnie. Nieprawdaż?

Chylę czoło przed Sprawiedliwymi. Jak Wy to robicie, że trzymacie emocje pod kontrolą?
Czy nie zadajecie sobie zbyt wiele cierpienia? Nic Was nie boli?

Szacunek dla oszołomów i chamów, rzeźników logiki i języka. Dzięki Wam inni czują sie lepsi. Mimo pewnego dyskomfortu.

Gorąco witam ekspertów, literaturo- i języko- znawców, tudzież filozofów, psychologów i socjologów, humanistów i materialistów którzy swej wiedzy używają do wytykania lub zatykania. Oraz tych, którzy robią to bardziej skromnie.

Ukłony dla wszystkich ‘krawców’ od przypinania łat. To tak umila życie i ożywia dyskusję.

Pozdrawiam kogokolwiek kto oddycha umie czytac i pisać i ma zdanie na jakiś temat.


I czym ja Was teraz poczęstuje? Zgryzotą? Piołunem?.........Wcale nie...........
Ja Was autentycznie podziwiam (i siebie też). Jesteście wspaniali w swoim jestestwie.
Jak zaczyn drożdżowy tkanki społecznej. Bez Was/Nas nie byłoby tego świata.
Wogóle nie byłoby niczego.
Ale co z tą Prawdą? Kto ma na nią patent (prócz Pana Boga)?
Przecież prawda jest przedmiotem oceny, porównania....z rzeczywistością.
Czy rzeczywistość jest prawdą, czy też czymś co się zgadza z rzeczywistością lub nie?
Jeśli to pierwsze to niewidomi nie mają szans. A jeśli to drugie to rację mają ci co wierzą w absoluty. Chyba trzeba zapytać Najwyższego....eh, z wiadomym skutkiem.

Dlatego wyznaję (w afekcie), że uwielbiam emocje. Nieodpowiedzialne, wredne, serdeczne, powściagliwe, sportowe, pozytywne, negatywne ale żywe..... i prawdziwe.
A może mi sie tylko zdaje?
Miłego wieczoru.
    • m.maska Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 05.08.12, 04:27
      Na moich twardych dyskach zrobilo sie ciasno, przybyla masa zdjec, na ktorych segregacje nie mialam czasu - ale, nie ma sie co oszukiwac - kiedys trzeba to zrobic, bo kiedy zaczyna sie scan dysku, trwa to bardzo dlugo.
      Przegladalam odlozone juz dawno na bok screeny, ktore robilam jeszcze na forum tvn-u z watku, ktory tak zwyczajnie wydmuchano. Pamietalam, ze autor przyslal mi ten tekst na skypie - postanowilam go dlatego przypomniec. Nie, nie licze na to, ze dotrze glebiej niz drasniecie powierzchni, ale z uwagi na osobe autora - chce by byl u NAS.
      Znalazlam tez w archiwum pewnego forum tlumaczenie, ktore przyslal mi Hauer - ale to juz innym razem...

      Dla niezorientowanych, powyzszy tekst opublikowany zostal przez Krzysia pod nickiem bravo, kiedy to znowu pojawil sie po dluzszej nieobecnosci. Poczatkowo uzywal on nicku zenek, a na koncu juz tutaj na GW - a.hauer
      • al-szamanka Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 05.08.12, 10:02
        Pamiętam, jak Krzys-zenek-brawo-hauer, w wielogodzinnych rozmowach telefonicznych, często wspominał, że Ty i Majeczka jesteście Mu jeszcze winne obiad. Podejrzewam, że chciał mieć taki punkt na linii czasu, który nadziejnie wyznaczałby Jego w nim przyszłość.
        Ten Jego tekst jest prawdziwą ucztą...i zbiegły się w niej wszystkie czasy.
        Deser tez musi być - czekam na tłumaczenie smile
        • izydor88 Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 05.08.12, 10:22
          Bardzo trafne - o wszelkiej maści forumowych osądzaczach i oszołomach.
          Zresztą - każdy może się tu odnaleźć - z własnym bagażem śmiesznostek wszelakich...
          • al-szamanka Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 05.08.12, 10:35
            Bo autor miał wyjątkowe spojrzenie na wszystko i dystans. Do tego nieprawdopodobny timbre głosu. Dumna jestem, że Maje, Maseczke i mnie uważał do końca za swoich przyjaciół.
            • izydor88 Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 05.08.12, 11:43
              Dystans do siebie i do ludzkich słabości...
              I chyba lubił ludzi?
              • al-szamanka Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 05.08.12, 12:46
                izydor88 napisała:

                > Dystans do siebie i do ludzkich słabości...
                > I chyba lubił ludzi?

                Kochał kwiaty, jak dziecko cieszył się, że obrodziły Jego jeżyny, że krzak pomidorków koktajlowych uginał się pod ciężarem czerwonych kuleczek. Tak, lubił ludzi, przed niektórymi nas ostrzegał.
                Byłam zafascynowana Jego głosem....i co dziwne, On moim smile
                • m.maska Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 05.08.12, 13:22
                  a to jedno z jego zdjec, ktore umiesil w galerii....

                  https://www.bilder-hochladen.net/files/itqm-14f-ea8f.jpg
        • m.maska Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 05.08.12, 12:16
          Forum juz nie ma, ale zachowalam ten watek na screenach - charakterystyczne jest, ze pewni nauci, nie brali udzialu w tej rozmowie - i to dla Krzysia tez bylo znaczace wink

          https://www.bilder-hochladen.net/files/itqm-14e-bad5.jpg
          • al-szamanka Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 05.08.12, 12:29
            Odpowiedź Krzysia-brawo brzmi dla mnie jak proroctwo. Wtedy poznał parę osób z netu, miał porównanie....i nie dziwię się, że to Ty dostałaś od Niego ostatnią, znaczącą wiadomość.
    • n.nutella [...] 05.08.12, 19:03
      Post został usunięty przez adminów lub założyciela forum .
    • n.nutella Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 19:04
      Arto Paasilinna
      "Łaskawe Moce"




      Pan Bóg okazuje się być bardzo przystojnym kawalerem.
      Wzrost 175 cm, proporcjonalnej w miarę atletycznej budowy i pewnej siebie postawy, rysy szlachetne...prawie prosty nos i wysokie czoło, spojrzenie przyjaźnie świadome celu...ale dość przemęczone. Uszy broń Boże odstające i bez skłonności do wypełniania wydzieliną. I wcale nie nosi wąsów ani brody. Ciemno-brązowe włosy z przedziałkiem po prawej od strony widzenia właściciela., dość krótko obcięte z lekką siwizną na skroniach. Mimo to, Pan Bóg nie robił wrażenia podstarzałego.
      Palce, pozbawione jakichkolwiek pierścieni były długie i zręczne. Bóg nie miał też wcale jabłka Adama.
      Bóg nosił doskonale skrojony szary, flanelowy garnitur, sadząc po kroju z lat pięćdziesiątych XX wieku. Guziki dwurzędówki były czarne a forma spodni wykazywała klasę. Na nogach miał czarne sznurowane buty z miękkiej skóry rozmiaru 42. Bóg używał krótkich niewymownych. Pod marynarką nosił kamizelkę a pod nią elastyczne szelki. Bawełnianej koszuli znakomitej jakości, podobnie jak pozostałej garderoby, nie zdobiła żadna naszywka producenta.
      Bóg nie używał perfum ale się nie pocił. Pachniał dyskretną męskością. Dźwięczny głos plasował się w rejestrze barytonu.
      Bóg promieniował bez wątpienia charyzmą. Cały wygląd wskazywał na istotę o wyjątkowej kulturze a oczy ujawniały niezwykłą inteligencję. Na szlachetnym czole Wszechmogącego zaznaczały się jednak ślady trudów i zmartwień.
      Taki oto jest Bóg Chrześcijan, Stwórca Nieba i Ziemi, Ojciec, Wszechmogący, Pan Nasz, Ten Najwyższy, Bóg Łaski, Bóg....i wiele innych określeń, pod którymi jest nam znany.
      Bóg, zupełnie nie przypominał obrazu w jakim ludzie zwykli Go przedstawiać – żaden taki siwobrody dziadek w zgrzebnej todze i z pasterskim kijem w ręku..ani ze świetlistą aureolą nad głową. On wygląda całkiem jak człowiek, przeciwnie do zwyczajowych wyobrażeń. I nic w tym dziwnego....przecież to On stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje.
      Między Nim a Jezusem można było dostrzec pewne podobieństwo. Jezus był zdecydowanie synem Swojego Ojca, nawet jeśli odziedziczył wiele cech Swojej Matki Maryi. Krótko mówiąc...nos Matki a Ojca oczy.
      Wszechmogący mieszka zarówno w Niebie jak i na Ziemi. Za pośrednictwem Aniołów jest obecny we wszystkich zakątkach Świata. Posiada boską moc, umożliwiającą tylko siłą myśli przemieszczać się w dowolne miejsce, gdzie tylko zechce. A z Nim razem przybieżają Jego Aniołowie wraz z niezbędnym wyposażeniem.
      Takie właśnie jest Jestestwo Boga, Wszechmogącego, Pana Nieba i Ziemi.

      Bóg zasiadał w przestronnym skórzanym siedzisku, w swoim ukochanym wypoczynkowym fotelu. Znajdował się on w okrągłej wieży starego bułgarskiego zamku. Zamczysko rozparte na szczycie góry Siutka w pobliżu miasta Dospat i małej wioski Jurnakurdzal zbudowano gdzieś w odległej przeszłości. Wtedy służyło to jako klasztor zakonnic, ale teraz było opuszczone gdyż w tych czasach brakowało w Bułgarii zakonnic a rody szlacheckie wymarły kiedy Rewolucja wymiotła ich nędzne resztki. Lokalizacja górowała nad otoczeniem...Bóg uwielbiał przestrzenne widoki. Był szary, pochmurny, jesienny, bezdeszczowy dzień. Gromada gawronów latała nerwowo między zamkiem a pobliskim wzgórzem, wydając przeraźliwy wrzask, ponieważ wysoko pod chmurami krążył posępny i głodny cień orła.

      Jakieś sto milionów lat temu, u zarania dziejów, Bóg postanowił stworzyć mała przyjemną planetę, coś w rodzaju balonu próbnego, gdzie można by się oddawać różnym rozkoszom szczęśliwego życia. Wtedy Bóg był bardzo młody i wypełniała Go chęć eksperymentowania.
      Niezbędny materiał budowlany udało Mu się łatwo zgarnąć z odpadów w pobliskiej przestrzeni kosmicznej, które pochodziły głównie z małej gwiazdy zwanej Słońcem. Kiedy już poradził sobie z siłą ciążenia, wyznaczeniem orbity i innymi podstawowymi parametrami, poświecił się rozwojowi różnego rodzaju form życia. W początkowej fazie projekt wydawał się interesujący i obiecujący. Bóg stworzył różnorakie komórkowce, prymitywne istoty, które zabrały się ochoczo do rozwijania własnego życia. Bóg zaludnił nowa planetę wszelkiej maści zwierzyną wodną i małżami. Puścił wodze fantazji, eksperymentując z budową ciała, kombinacją genetyczną, życiowymi funkcjami, kolorami i sposobem żerowania. Pozwolił wszystkim organizmom na swobodny wzrost i podział, jak tylko sobie chciały.

      Tłumaczenie własne z jęz.szwedzkiego: A.Hauer
      • al-szamanka Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 19:39
        Pamiętam jak bardzo byłam zauroczona tym przekładem.
        Hauer się zaśmiał i powiedział, że zrobił to po raz pierwszy, że to tylko taka próbka.
        A przecież czytając tekst wyczuwa się natychmiast jak świetnym mógłby być tłumaczem...z wyobraźnią, instynktem, poczuciem humoru, elastycznością....
        • m.maska Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 20:08
          A jaka piekna polszczyzna. Krzys opuscil kraj w 1978 roku... niejeden polonista, moglby pobierac u niego korepetycje z jezyka polskiego... a w koncu Krzys nie byl polonista, tylko absolwentem politechniki.
          Widac absolwenci politechniki, maja wieksze szanse zablysnac na rynku pisarskim... vide Wisniewski, tez emigrant i tez scisly, operuje swietnie jezykiem polskim - hihi....
          • m.maska Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 20:45
            Wlasnie widze, ze na rynku niemieckim znalazlo sie bardzo wiele pozycji tego autora... ta ksiazka ukazala sie tutaj pod tytulem "Der liebe Gott macht blau"...
            • al-szamanka Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 20:53
              Właśnie czytam fragmenty, zabawne.
              Zastanawiam się dlaczego początek tej książki postanowił Hauer przetłumaczyć.
              • m.maska Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 21:20
                Moze dlatego, ze jak z tego wynika autor jest popularny i calkowicie nie dostpeny w jezyku polskim... dlaczego wlasnie ta ksiazka? moze akurat te mial pod reka.., moze dlatego, ze nawiazuje do zamierzen Boga i jego rozczarowania... w tekscie KTO MA RACJE? Hauer tez nawiazuje do Boga, sugerujac, ze niektorym wydaje, sie ze moga przejac Jego role...
                • m.maska Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 21:22
                  Chyba warto byloby sie dowiedziec jak ten "eksperyment" sie Bogu powiedzie - w wyobrazeniach autora...
                  • al-szamanka Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 21:31
                    m.maska napisała:

                    > Chyba warto byloby sie dowiedziec jak ten "eksperyment" sie Bogu powiedzie - w
                    > wyobrazeniach autora...


                    A to jest rzeczywiscie ciekawe, kupić książkę i przekonać się
                    • m.maska Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 21:48
                      Z tego wynika, ze autor jest wyjatkowo popularny, w moim klubie ksiazki, wlasnie spojrzalam, jest 27 jego tytulow przetlumaczonych na niemiecki, a 9 z jego ksiazek zostalo sflimowanych.
                      Niekiedy trafia sie zupelnie przypadkowo na perelki, wiec warto sie przyjrzec temu autorowi.
                      • al-szamanka Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 21:58
                        Chyba warto, lubię taki specyficzny humor
                • al-szamanka Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 21:28
                  m.maska napisała:

                  > .. w tekscie KTO MA RACJE? Hauer tez nawiazuje do Boga, sugerujac, ze niektorym wydaje, sie ze moga przejac Jego role...


                  ...może raczej, że są przez niego szczególnie wyróżnieni i obdarzeni....wszystkowiedzą big_grin
                  • m.maska Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 21:59
                    No... to juz wiem, jaka ksiazke bede czytac jako nastepna... poczytalam recenzje i... skurrille Sachen und schräge Humor - to jest to.... "Das Jahr des Hasen"
                    • al-szamanka Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 22:08
                      Wygląda na to, że Paasulinna dysponuje podobnym poczuciem humoru, co mój ulubieniec Rosendorfer, dlatego postanowiłam zamieścić tu opowiadanie tego ostatniego. Podesłałam je wtedy Hauerowi, określił je jako przepyszne...



                      Żebrak spod Café Hipodrom

                      W prezydium policji usiłowano zatuszować te zagadkowe wydarzenia, kiedy okazało się, że nie sposób wyjaśnić ich standardowymi metodami nowoczesnej kryminalistyki. Wszystko zaczęło się dość zwyczajnie i mało ekscytująco, mianowicie pewnej nadzwyczaj burzliwej grudniowej nocy (była to noc przesilenia zimowego, ale któż by przywiązywał do tego wagę, chociaż później pozwoliło to wyjaśnić to i owo), siostra przełożona ze szpitala Czerwonego Krzyża zadzwoniła na policję z powodu jakiegoś podejrzanego człowieka. Radiowóz udał się tam wprawdzie niezwłocznie, ale załoga klęła na czym świat stoi, ponieważ noc była zaiste piekielna. Przez kilka poprzednich dni padał śnieg. Teraz potworna zamieć coraz bardziej zamieniała ten śnieg w żółty lodowy pył, który mknąc niemalże poziomo i przecinając powietrze jak rój strzał, tłumił światło stękających z wysiłku ulicznych jarzeniówek. Bruk pokrywała cieniutka warstewka brudnego lodu, ponad którą dolne wypustki rozszalałego żywiołu pędziły pierścieniowate wiry śnieżnych drobin. Prawie nikt nie odważył się wyjść w ten prąd szaleńczego zimna. Była to noc, kiedy człowiek z rozkosznym dreszczem mocniej domyka wstrząsane wichrem okna, zaciąga szczelnie zasłony i szepcze do siebie: „Boże zlituj się nad nieszczęsnymi ptaszkami na dworze i nad tymi, którzy nie mają dzisiaj dachu nad głową!”

                      Dzielna załoga radiowozu jednak, jak już powiedzieliśmy, wyruszyła do wezwania. W szpitalu Czerwonego Krzyża siostra przełożona zaprowadziła policjantów do starszego mężczyzny, który — pilnowany przez dwóch sanitariuszy — siedział na ławce w pomieszczeniu, gdzie przygotowuje się herbatę. Staruszek, który ani nie był pacjentem szpitala, ani też nigdy go tam przedtem nie widziano, i który na wszystkie pytania odpowiadał milczeniem, przydybany został na tym, jak próbował wyłamać zamek jednych z drzwi w ciemnym korytarzu na pierwszym piętrze, gdzie nie było żadnych pokoi dla chorych. Uderzająco blady staruszek, który na pytania policjantów też odpowiadał tylko kręceniem głową, pozwolił się zatrzymać bez stawiania oporu. Policjanci z patrolu zaprowadzili delikwenta do radiowozu. Początkowo staruszek zachowywał się całkiem spokojnie i siedział skulony na tylnym siedzeniu. Nagle jednak, w samym środku jazdy — kierowca przy użyciu najwyższego kunsztu pokonywał właśnie gładką jak lustro nawierzchnię całkowicie zawianego śniegiem mostu — zatrzymany zaczął krzyczeć, wyprężył się i zaczął walić rękami na oślep wokół siebie, jakkolwiek — co policjanci zeznali potem do protokołu — nie odnosiło się wrażenia, jakby chciał stawiać opór przed zatrzymaniem, tylko był to raczej napad szału, czy wręcz, jak powiedział jeden z policjantów, zachowanie człowieka, którego ktoś niewidzialny próbuje zasztyletować. Kierowca zatrzymał radiowóz, policjanci usiłowali założyć zatrzymanemu kajdanki, ale wtedy ten po raz pierwszy się odezwał: „Jechać! Jechać!” wyrzęził, nie mogąc prawie wydobyć z krtani słów. Kiedy radiowóz minął most, atak ustał.

                      Policjanci odstawili staruszka do izby zatrzymań prezydium policji. Wszystko przebiegło badzo spokojnie. Nie dało się staruszka przesłuchać, ponieważ wciąż nie chciał nic mówić, a poza tym wyglądał na całkowicie wyczerpanego. Pełniący służbę urzędnik kryminalny zdecydował o konieczności zatrzymania doprowadzonego, wypełnił stosowny protokół pozostawiając na razie wolną rubrykę na personalia i polecił, by następnego dnia staruszek został doprowadzony przed oblicze prokuratora. Następnie zatrzymanego umieszczono w celi policyjnego aresztu.

                      W ciągu nocy zawieja jeszcze się wzmogła, potem jej impet się załamał. Wraz z ostatnimi podmuchami wichru we wczesnych godzinach porannych szaleństwo żywiołów zniknęło jak senne przywidzenie. Wstał zimny, ale promiennie słoneczny zimowy dzień. Około godziny wpół do jedenastej urzędnik kryminalny otworzył celę zatrzymanego. Jaskrawe zimowe słońce rzucało swe promienie przez gęsto okratowane okno, wypełniając światłem całą niewielką celę. Zatrzymanego nie było. Wszyscy wpadli w najwyższe podniecenie — oto bowiem stanęli przed niezrozumiałą zagadką. Nigdzie najmniejszego śladu ucieczki. Okno, kraty, zamek w drzwiach — wszystko było nienaruszone. Tylko w kącie celi, tym, do którego promienie słoneczne dotrzeć musiały najpóźniej, znaleziono na podłodze cuchnący, tłusty, czarny osad. Krajowy urząd kryminalistyki ustalił potem w wyniku analizy, że były to resztki spalonej, a raczej usmażonej odzieży. W warstwie osadu znaleziono kilka osmalonych guzików, sprzączkę od paska i 8 marek 40 fenigów w bilonie, jak również nienaruszony sygnet z herbem i inicjałami „C.D”. Nic więcej nie udało się ustalić. Starano się robić jak najmniej szumu wokół całego zagadkowego wydarzenia. Ponieważ z jednej strony szpital nie wykazywał specjalnego zainteresowania wyjaśnieniem bagatelnej i nie zakończonej żadną szkodą próby włamania, a z drugiej nie wpłynęło też żadne zgłoszenie zaginięcia osoby, bez większego trudu można było cichaczem odłożyć sprawę ad acta. Ja dowiedziałem się o wszystkim od kolegi, który tego dnia pełnił dyżur prokuratorski w prezydium policji.

                      Nieco później uderzyło mnie, że w codziennym, a raczej conocnym obrazie miasta, zabrakło pewnego elementu. Otóż w owym czasie niemal co wieczór bywałem w Café Hippodrom. W jednym z kącików pasażu, gdzie znajdowała się także owa kawiarnia, każdego wieczora, gdy tylko zaczynało się ściemniać — a więc latem później, a zimą wcześniej — ustawiał się pewien staruszek, o którym nikt tak do końca nie wiedział, czy jest to żebrak, czy też nie. Nie obnosił się on z żadnym rzeczywistym bądź udawanym kalectwem, nawet nikogo nie zaczepiał, tylko stał cały czas z nisko spuszczoną głową, oparty o mur między dwiema witrynami. Zawsze miał na sobie szary, schludny garnitur, który wyglądał wprawdzie na bardzo staromodny, ale w żadnym miejscu nie był połatany czy porwany. W jednej ręce staruszek trzymał brunatny kapelusz, niby przypadkiem odwrócony otworem ku górze, ale nie wyciągnięty w żebraczym geście przed siebie, tylko raczej trochę w bok, zupełnie jakby przed chwilą zdjął go z głowy. Jeśli tylko ktoś — a każdy, kto skłaniał się do tego, by coś ofiarować, wahał się na początku, czy w ogóle ma przed sobą żebraka; ja sam, chociaż wychodzę z założenia, że w dzisiejszych czasach przesadnego zabiegania należy wspierać każdą formę uchylania się od pracy, i dlatego daję jałmużnę wszystkim, nawet najbardziej bezczelnym żebrakom, długo nie miałem odwagi nic mu dać — otóż jeśli tylko ktoś wrzucił mu do kapelusza monetę, staruszek jedynie skłaniał głowę w mechaniczny niemalże sposób, jak Jezusik przy puszce ofiarnej, i szybko chował pieniążek do kieszeni, zamiast pozostawiać go w kapeluszu w formie zachęty bądź wskazówki. Żebrak był stary, ale nie bardzo stary. Był dość wysoki, miał wielką, łysą czaszkę. Uderzała niezwykła bladość, niemalże pergaminowa przezroczystość jego cery.

                      Osobliwy żebrak zaprzątał moją wyobraźnię. Gdybym miał pewność, że będzie ze mną rozmawiał czy wręcz coś mi opowie, a nie — zakładając, że w ogóle przyjąłby zaporszenie — tylko siedział przy stoliku niemy, w postawie sygnalizującej krępującą wdzięczność, chętnie zabrałbym go któregoś wieczora ze sobą do Café Hipodrom. Właściciel Hipodromu i kilku stałych gości usiłowało detektywistycznymi metodami przeniknąć zwyczaje żebraka. Wiadomo było, że każdego wieczora, i to do późnej nocy, stoi na swoim posterunku, nawet w porze, kiedy nikt już nie przechodzi pasażem. Za dnia nikt nigdy go nie widział. Próbowano go śledzić, kiedy o świtaniu — zawsze jednak przed wschodem słońca — opuszczał swoje miejsce. Za każdym jednak razem zu
                      • al-szamanka Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 22:12
                        zupełnie niespodziewanie i z nieprawdopodobną zręcznością znikał w jakimś zaułku albo za jakimś rogiem, w parku czy w przechodniej bramie kamienicy, a raz nawet w pisuarze, w którym jego prześladowcy dopiero po dłuższych poszukiwaniach odkryli sekretne wyjście.

                        W ostatni wtorek karnawału właściciel Hipodromu wydał drobne ostatkowe przyjęcie dla stałych gości. Nastrój zabawy był dość nieskrępowany. Wznoszono mniej lub bardziej wymyślne toasty na cześć wszystkich obecnych, wszelkich możliwych znajomych, a kiedy liczba wchodzących w rachubę osób się wyczerpała, także nieznajomych. Wtedy zaproponowałem wypicie zdrowia żebraka spod naszego lokalu. Postanowiono uczynić to w jego obecności. Kilka osób pośpieszyło na dwór. Tak jak się tego wszyscy spodziewali, żebrak stał na swoim posterunku. Ochoczo przyjął zaproszenie do środka, z przyjemnością wysłuchał toastu na swoją cześć, stanowczo jednak odmówił wypicia i zjedzenia czegokolwiek, bowiem, jak powiedział łamaną i silnie zabarwioną węgierskim akcentem niemczyzną — co, przytaczając poniżej naszą rozmowę, pomijam dla ułatwienia — nie może już nic jeść ani pić.

                        W wirze zabawy zainteresowanie gości staruszkiem wkrótce osłabło. Żebrak siedział dość osamotniony w kąciku i najwyraźniej nie miał odwagi się oddalić. Uważał też za swój obowiązek nawiązanie rozmowy z każdym, kto się do nie niego zbliżył.

                        — Twierdzi, że ma czterysta lat - oznajmiła mi jedna z dziewcząt, z którymi tańczyłem. — Na mój komplement, że nie dałabym mu więcej niż trzysta sześćdziesiąt, nieomal ze łzami w oczach pocałował mnie w rękę.

                        W tej sytuacji niby to przypadkiem usiadłem obok staruszka. I rzeczywiście, ledwie zająłem miejsce, zwrócił się do mnie:

                        — Młody człowieku, zechce pan zgadnąć, ile razy starszy jestem od pana?

                        — Ma pan czterysta lat — odrzekłem.

                        — A pan skąd to wie?
                        • al-szamanka Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 22:13

                          — Nie spodziewałem się, że tu pana zastanę. A poza tym, nietrudno było odgadnąć pański wiek, hrabio. Zdradził go pan bowiem na przykład tej damie, z którą przed chwilą tańczyłem.

                          — Jak pan mnie nazwał?

                          Staruszek mówił powoli i z trudnością, a to, co ode mnie usłyszał zdumiało go i przestraszyło, jednocześnie jednak był zafascynowany.

                          — Jeśli jest pan tym, kim sądzę, to jest pan hrabią — odrzekłem. — Poza tym nosi pan sygnet z hrabiowską koroną.

                          Staruszek szybko ukrył dłoń z sygnetem.

                          — Jestem nikim — powiedział. — Jestem tylko żebrakiem. Niech pan się więcej tak do mnie nie zwraca.

                          — Muszę pana ostrzec — szepnąłem. — Za kilka minut wybije północ. A o północy w ostatni wtorek karnawału, właściciel Hipodromu zawsze podaje gościom zupę na koszt firmy.

                          — Nie jadam zup — odrzekł staruszek. — W ogóle nic nie jadam.

                          — Ale to zupa czosnkowa...

                          W tym momencie oczy staruszka rozszerzyły się panicznym niemal strachem, zerwał się i chciał czmychnąć. Powstrzymałem go.

                          — Nie, nie, proszę się nie obawiać — powiedziałem uspokajająco. — Pan wybaczy, ale chciałem tylko, żeby się pan zdradził, co właśnie się stało. Nie będzie zupy czosnkowej tylko białe kiełbaski, a one składają się z samej wody i piertruszki. A więc jest pan...

                          — Tak jest. To ja — przytaknął staruszek.

                          — Ale w takim razie, w jaki sposób znalazł się pan tutaj, w naszym mieście, w naszych czasach, jak to w ogóle możliwe, że pan... jak by to powiedzieć...

                          — Słusznie unika pan słowa „żyć”. Kto nie może umrzeć, nie może też żyć.

                          — Musi być panu bardzo ciężko tutaj, i w ogóle w tych dzisiejszych czasach.
                          • al-szamanka Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 22:14

                            Wtedy staruszek zaczął opowiadać. Kiedy człowiek ze Wschodniej Europy zaczyna opowiadać, to zupełnie tak, jakby ruszała kamienna lawina. Zaczyna się toczyć wolno, powolutku, szeroko sięga, krąży i pociąga wszystko wokoło, toczy się coraz dalej, sunie, obraca się w sobie, aż we wszechobejmującą, zalewającą wszystko opowieść, w gigantyczne zwały niepowstrzymanie mielących otoczaków kłamst i epizodów, we wszechpotężne dzieje opowiadanej historii zagarnie cały ziemski glob, ba, nawet niebiosa.

                            Hrabia rozpoczął łzawym, przepełnionym szlochem nostalgii opisem swojej ojczystej ziemi, kraju po drugiej stronie lasów Transylwanii, o którym my mówimy Siedmiogród, a Węgrzy „Erdély”. Opisał pradawne puszcze, mroczne otchłanie, szumiące wody rzeki Maruszy, piękną dolinę Hátszeger i rozległą, żyzną, pełną pasterzy Wyżynę Siedmiogrodzką.

                            — Swego czasu, niecałe sto lat temu, w Siedmiogrodzie były setki mnie podobnych. Przez jakiś czas należało niemalże do dobrego tonu być takim jak ja, zwłaszcza wśród arystokracji. W chwili rozwiązania szacownego parlamentu Wielkiego Księstwa Transylwanii w nieszczęsnym roku 1857, nie mniej niż osiemnastu deputowanych było wampirami. W roku 1867 cały kraj, ku ogromnemu żalowi mieszkających tam Rumunów i Sasów, został włączony do Królestwa Węgier. Ale przeciwnych temu było też wielu Madziarów. Cóż, biegu czasu nie da się jednak powstrzymać. Jakże często przychodziło mi się o tym przekonać. Siedemdziesięciu pięciu deputowanych budapeszteńskiego parlamentu wystawił Siedmiogród. Z tego wciąż jeszcze przynajmniej ośmiu czy dziesięciu było wampirami. Jeszcze do roku 1919 na czele nowego okręgu miasta Hermannstadt, czyli dzisiejszego Sibiu, stał jeden z nas. Potem, na mocy pokoju z Trianon, Węgry zmuszone były odstąpić ten kraj Rumunii. Skutki były przerażające. Wycofałem się do mojego zamku i przestałem zajmować się polityką. Potem przyszła II wojna światowa z faszystowską Żelazną Gwardią i Strzałokrzyżowcami. Sam nie wiem, którzy gorzej się z nami obchodzili. A potem Niemcy — pan wybaczy, że przemilczę. W każdym razie Siedmiogród ponownie wszedł w skład Węgier w roku 1941, aż w roku 1944 przyszli Rosjanie, no i komuniści. Nie przeżyłem czegoś takiego od czasów, kiedy dzikie hordy wołoskiego chłopstwa pod wodzą Horii w roku 84 (mam na myśli oczywiście 1784) spaliły 264 zamki mordując setki szlachty.

                            Niektóre wampiry próbowały paktować z nową władzą, wskazując że nigdy nie żywiły się krwią chłopską, nie mówiąc o robotniczej, a tylko krwią ofiar ze swego stanu albo kapitalistów. Na nic się to nie zdało. W biały dzień tłuszcza szturmowała nasze zamki obwieszona wianuszkami czosnku, z krzyżami w dłoniach — niech pan to sobie wyobrazi! komuniści z krzyżami w dłoniach! — wysadzali grobowce, wyrzucali biedne wampiry z trumien, wywlekali je na światło dzienne dziedzińców i tarasów, gdzie w piekielnych męczarniach smażyły się w blasku słońca. Przy wtórze ich przeraźliwych wrzasków politkomisarze tańczyli taniec zwycięstwa, wznosząc triumfalne okrzyki. Polowano na nas jak na króliki. Nie sądzę, aby uszło nas więcej niż dziesięciu. Ja miałem szczęście. Udało mi się uciec. Jeszcze z daleka widziałem nad lasem łunę mojego płonącego zamku.
                            • al-szamanka Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 22:16

                              — Ale jak pan tego dokonał? Przecież podobno nie może pan przekroczyć płynącej wody?

                              — Skoro pan o tym wie, to wyobraża pan sobie, jak trudna była moja ucieczka. Kiedy dotarłem do jakiejś rzeki, musiałem ją obejść, dotrzeć do źródła, obejść każdy dopływ, każdy strumyczek. Przy okazji cały czas musiałem taszczyć ze sobą materac wypełniony siedmiogrodzką ziemią. Jak pan wie, tylko na takiej ziemi potrafię zasnąć. Ale najgorsze czekało mnie w tak zwanym wolnym świecie. Wprawdzie początkowo pomagali nam Amerykanie i węgierskie organizacje emigracyjne, ale w świecie komputerów, kont bankowych i supermarketów nie ma już miejsca na wampiry. Czasami wydaje mi się, że najlepiej będzie po prostu wrócić, niech mnie tam zabiją i już, skoro i tak jestem ostatni... Ale mam za mało sił, aby jeszcze raz odbyć tę niezwykle kłopotliwą i pełną uciążliwości podróż.

                              — Przecież słyszałem, że wampir ma siłę dwunastu mocnych mężczyzn?

                              — O, tak, jeśli właściwie się odżywia — rzekł staruszek ze zmęczonym uśmiechem. — Ale czy ja mam tu jakieś szanse? Niech mi pan powie, jak? Nawet zęby mi już wypadły. Musiałem sobie zamówić wampirzą protezę. — Staruszek westchnął ciężko. — Dentyście zmuszony byłem powiedzieć, że chodzi o taki karnawałowy żart. W miarę upływu lat, potrzebna jest pielęgnacja, odpowiednia dieta — taka specjalna, nasza — a ja przez wszystkie te lata cieszyłem się, jeśli udało mi się utoczyć co nieco z jakiegoś menela w męskiej noclegowni. A teraz... ledwie użebrzę parę fenigów, żeby od czasu do czasu kupić sobie kawałek krwawej kiszki.

                              Pośpieszyłem do kuchni, żeby przynieść mu krwawą kiszkę, ale kiedy wróciłem, jego już nie było.

                              Następnego wieczora stał wprawdzie znowu na swoim zwykłym miejscu, ale kiedy podszedłem do niego, żeby go zagadnąć, w żaden sposób nie dał mi do zrozumienia, że mnie poznaje. Szeptem wypowiedziałem jego imię — odpowiedzią było milczenie. Widywałem go tam przez całą wiosnę, przez całe lato, przez całą jesień i zimę, jak stał żebrząc na swój bardziej niż skryty sposób. Za każdym razem, gdy wchodziłem do Hipodromu, wrzucałem mu jakieś drobne, otrzymując w zamian skinienie głowy, w żaden sposób nie różniące się od tego, jakie miał dla innych.

                              Pewnego wieczora po Bożym Narodzeniu moją uwagę zwróciło jego zniknięcie. Mniej więcej w tym samym czasie dowiedziałem się o tajemniczym incydencie w prezydium policji. Stwierdziłem, że jednej jeszcze rzeczy nie ustalono dotychczas w całej sprawie. Poleciłem, aby urzędnicy policji kryminalnej zwrócili się do szpitala Czerwonego Krzyża z zapytaniem, jaki motyw mógł skłonić sprawcę, aby próbował sforsować akurat te, a nie inne drzwi. Odpowiedź brzmiała, że nie sposób tego wyjaśnić, ponieważ w pomieszczeniu za tymi drzwiami nie trzymano nic, co mogłoby przywabić złodzieja. W pomieszczeniu tym mieści się bowiem szpitalny bank krwi.

                              Herbert Rosendorfer
                              ( z niemieckiego przełożył Ryszard Turczyn)
                              • m.maska Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 22:42
                                big_grinbig_grinbig_grinbig_grin.....no tak
                                • al-szamanka Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 22:47
                                  Hauer chichotał...
                                  • m.maska Re: Arto Paasilinna "Łaskawe Moce" 05.08.12, 22:57
                                    ja tez..... smile
                    • m.maska Wirus Ebola w Helsinkach 05.08.12, 22:09
                      ksiazki.wp.pl/bid,56198,tytul,Wirus-Ebola-w-Helsinkach,ksiazka.html

                      noooooooo..... ale juz przed autorem byli tacy, ktorzy wykorzystali wirusa, i okazalo sie, ze ona wcale nie jest taki niebezpieczny - strasza nas tylko...
                      • m.maska Re: Wirus Ebola w Helsinkach 05.08.12, 22:11
                        p.s. sorry... ON, ten wirus.... oczywiscie, to zdanie, nie te zdanie, i ten wirus...
    • m.maska Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 10.12.12, 19:53
      Pamietam, jak Hauer podczas pewnej rozmowy powiedzial: ludzie sie bawia i dodal, ze to nie fair, jesli nie zna sie stawki o jaka sie gra.... zdarzylo mi sie nawet popelnic cos na ksztalt wiersza w zwiazku z tym....(fragment)

      ...ktoś inny powiedział
      że to tylko taka gra
      że trzeba ustalić
      stawkę

      powiedział i odszedł
      by już nigdy nie powrócić
      • al-szamanka Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 10.12.12, 20:14
        Ale w wierszu tym ujęłaś doskonale sedno sprawy.
        Wiemy, że tak jest
        • m.maska Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 10.12.12, 20:15
          MY wiemy, bo odrobilysmy nasze lekcje na tvn-ie... big_grinbig_grinbig_grin
          • al-szamanka Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 10.12.12, 20:19
            m.maska napisała:

            > MY wiemy, bo odrobilysmy nasze lekcje na tvn-ie... big_grinbig_grinbig_grin


            Tak, to była gorzka, ale dobra szkoła...
      • m.maska Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 10.12.12, 20:14
        Na forach odbywaja sie czesto: "gry i zabawy towarzyskie"
        Kiedys podczas prywatek gralo sie w taka gre pod nazwa "Flirt" - tam byly odpowiedzi z gory przygotowane... teraz gra sie w gg, skype i forumowe podchody big_grinbig_grinbig_grin
        Hihi... i tak sie to kreci smile
        Hauer mial racje... to nie jest fair - bo jesli sie w cos gra, powinno sie ustalic zasady gry i stawke o jaka sie gra, a czesto jest tak, ze tylko ten kto rozdaje karty zna zasady, ktore w zwiazku z tym moze w kazdej chwili zmieniac... a wspolgracze czesto nawet nie wiedza, ze biora udzial w grze big_grinbig_grinbig_grinbig_grin
        • al-szamanka Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 10.12.12, 20:25
          Ale i tak budzi się w pewnym momencie wątpliwość i wtedy gracz może sobie wymyślać do woli zasady i stawki - nie chwyta
          • m.maska Re: KTO MA RACJĘ? - wspomnieniowo 10.12.12, 21:30
            Matrix ma to do siebie, ze daje nieograniczone mozliwosci szulerom, ale.... no wlasnie, zawsze jest ale - tylko do czasu...
            Zawsze sie zastanawialam, co takimi lalkarzami kieruje... czy w ten sposob udowadniaja sobie, ze potrafia innymi krecic wg wlasnego widzi mi sie? no moze i potrafia - tylko co to za satysfakcja, jesli taki lalkarz czy lalkarka sam nie gra uczciwie - czyli nie kreci "kukielkami" a zwyczajnie oszukuje... no to niech ma te satysfakcje...watpliwa bardzo big_grinbig_grinbig_grinbig_grinbig_grin
Inne wątki na temat:
Pełna wersja