m.maska
28.03.19, 19:22
Któż za nas, szczególnie z pokolenia czterdziestolatków, nie pamięta kultowych bajek produkcji czechosłowackiej i brytyjskiej. Bob Budowniczy, jak na Anglika przystało, flegmatyczny, uporządkowany, ale zabójczo skuteczny. Żadnego efekciarstwa i pustych obietnic: „zrobi się kierowniczko”. Zasze z klasą, wysoką kulturą osobistą i techniczną, za co wdzięczni byli Bobowi okoliczni mieszkańcy, szczególnie mieszkanki.
„Sąsiedzi” to inny świat, czechosłowacki film. Pełna spontaniczność, poszukiwanie dziury w całym, krojenie całego na kawałki i obracanie w perzynę. Potem nieudolne klejenie taśmą, gwoździem i co tam do ręki wpadnie. Na końcu pierwotny stan czegokolwiek, szafy, stołu, czy całego pokoju, zamieniał się w kupę gruzu i trocin. Zderzenie tych dwóch cywilizacji i mentalności, jeszcze nie oddaje tego, co się stało w białowieskiej leśniczówce należącej do Polaków, a wynajmowanej przez 17 lat, na bliżej nieokreślonych zasadach, towarzyszowi Włodzimierzowi Cimoszewiczowi. Do pełnego obrazu niezbędne jest wprowadzenie kolejnej nacji, ale o tym za chwilę.
Towarzyszowi Cimoszewiczowi przyszło się pożegnać z darmowym opierunkiem i zrobił to w stylu mieszanym. Otrzymał solidnie wykonany dach nad głową, co prawda w standardzie peerelowskim, ale za to klasa biznes lub jak kto woli „Sekretarz KC”. Zostawił po sobie… no właśnie niewiele zostawił, z leśniczówki zniknęły: meble, samowar, piec, gniazdka i instalacja elektryczna, drzwi, ościeżnice, parapety i boazeria. Taki remont generalny zafundował towarzysz Polakom i nie warto pytać kto to wszystko zmajstrował, warto podpowiedzieć, kto zmajstrował Cimoszewiczów. Byli to sąsiedzi, dla ułatwienia dodam, że nie z Czechosłowacji.
Autor: Matka Kurka