Dodaj do ulubionych

Pouczanie cudzych dzieci

25.06.15, 18:24
Co sv mowi na ten temat?
Konkretna sytuacja. Plac zabaw, letni, cieply dzien. Matka z gromadka dzieci rozklada piknik na lawce. Dziecko po zjedzeniu jablka rzuca ogryzke na ziemie. Ja siedze na sasiadujacej lawce I prosze dziecko, by podnioslo ogryzke I wyrzucilo do kosza, bo zleca sie osy.
Matka dziecka reaguje oburzeniem: Co sobie Pani mysli! Pouczac moje dziecko!
Ja odpowiadam: Ktos musi.
Obserwuj wątek
    • kwiat_w_kratke Re: Pouczanie cudzych dzieci 25.06.15, 18:47
      Ja nigdy nie pouczam cudzych dzieci, od tego są rodzice. W podobnych przypadkach zwracam się do matki, ojca, babki czy kto tam jest dorosły: "Proszę powiedzieć dziecku, żeby zrobiło to czy tamto itd." W tym wypadku na miejscu matki na pewno bym cię obsztorcowała. Powiedziałabym mniej więcej tak: "Jeżeli moje dziecko zrobiło źle, proszę mi to powiedzieć, a nie zwracać uwagę mojemu dziecku. Od zwracania uwagi mojemu dziecku jestem ja, a nie obca osoba".
        • kwiat_w_kratke Re: Pouczanie cudzych dzieci 25.06.15, 19:06
          Bo dziecko nie jest dla ciebie partnerem do rozmowy. Od pouczania dziecka są rodzice. Jeżeli matka nie wie, jak się zachować w parku, na placu zabaw itd., możesz zwrócić uwagę matce, podyskutować z nią, ale nie z dzieckiem.
          Ja np. uczę moje dzieci, żeby nie wdawały się w dyskusje z obcymi ludźmi, nie zwracały na obcych ludzi uwagi. Przydaje się ta nauka, gdy same wychodzą na plac zabaw, czy po drobne zakupy.
          Zresztą, tak jak ci słusznie napisała ann.38, nabieranie dobrych nawyków wymaga czasu.
          • kaga9 Re: Pouczanie cudzych dzieci 25.06.15, 23:40
            kwiat_w_kratke napisała:

            > Bo dziecko nie jest dla ciebie partnerem do rozmowy.

            Oczywiście, że nie, ale czy ktoś tu pisał o partnerstwie? Pytanie było o pouczanie, a to raczej wyklucza poziom partnerstwa.

            Bywa zresztą, że i rodzic nie jest. Historia autentyczna: starsza pani, przechodząc obok osiedlowego trawnika, mówi do matki kilkulatka -"Proszę zwrócić synowi uwagę, żeby nie łamał tego drzewka". Matka, zniecierpliwionym tonem: "Idzie pani? To niech pani idzie!" i do dziecka: "Baw się, jak chcesz".

            Generalnie zgadzam się, że od wychowywania dziecka są rodzice. Tylko dwie rzeczy:
            1) rodzic sam musi być wychowany,
            2) dziecko nie zawsze jest w zasięgu wzroku rodzica i może zachowywać się w sposób, który wymaga natychmiastowej interwencji, nie wiem, np. rzuca kamieniami w zwierzęta. Ogryzek z trawy można podnieść, ale kamienia, który trafił w zwierzaka, już się nie cofnie. Dlatego, moim zdaniem, są sytuacje, w których nie ma co czekać, aż rodzic zareaguje.

            Być może, pisząc każda swój tekst, myślimy o różnych przedziałach wiekowych, stąd różnice zdań.
          • gazeta_mi_placi Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 14:58
            Dziecko nie jest własnością rodziców i do dziecka prawo ma zagadać każdy (w tym także zwrócić uwagę). Nie wolno dziecka wyzywać, krzyczeć, obrażać. Ale zwrócić uwagę jak najbardziej można. To nie udzielny Książę/Księżniczka tylko członek społeczeństwa.
    • ann.38 Re: Pouczanie cudzych dzieci 25.06.15, 18:57
      bidaazpiszczy napisała:
      > Ja odpowiadam: Ktos musi.

      To było bardzo niegrzeczne i niemądre. To, że dziecko rzuciło ogryzek na ziemię nie znaczy, że rodzice nie uczą. Niestety, nabieranie dobrych nawyków czasem trochę trwa, dziecko nie zawsze robi dokładnie tak, jak jest uczone. Matka mogła się zagapić, była zajęta w tym czasie innym dzieckiem, nie zauważyła, miała własnie za chwilkę mu powiedzieć żeby podniosł itd.
    • quba Re: Pouczanie cudzych dzieci 25.06.15, 21:33
      Kiedy byłam małą dziewczynką, wszyscy dorośli natychmiast reagowali, jeśli jakieś dziecko lub ktoś dorosły postąpił niewłaściwie. Wszyscy rodzice zwracali uwagę wszystkim dzieciom, a to za rzucanie papierka czy pestki z czereśni na ziemię, za łamanie krzewów w parku, za przynoszenie do piskownicy wody z kałuży, za to, że dziecko brzydko mówi, etc...
      Nikt o to do nikogo nie miał pretensji, moje pokolenie jest ostatnim pokoleniem dobrze wychowanym i umiejącym się zachować, ale całe to pokolenie konsekwentnie było wychowywane przez całe społeczeństwo i wyszło nam to na dobre.
      Nikt się nie obrażał, nie żalił ani nie popadał w jakieś choroby czy inne dolegliwośći.
      Nie było pedofilii, nie było, żadnego krzywdzenia dzieci (wiem na pewno, bo w małym mieście wszyscy o wszystkich wiedzieli wszystko), wszystkie dzieci mówiły wszystkim dorosłym dzień dobry po pięć razy dziennie i to był tak szczęśliwy świat niemal jak w "Dzieciach z Bullerbyn". dowcip polegał na tym, ze nikt na nikogo się nie wydzierał, nikt nikogo nie bił, kiedy dzieci się między sobą trochę poszarpały, nie wkraczali w to rodzice, pamiętający stare przedwojenne powiedzenie : "adwokat dzieci się powiesił".
      Oni nas, ci dorośli, po prostu wszystkich lubili, w porze obiadowej, bywało, że jedna matka nakarmiła swoje i np, dwoje cudzych dzieci zupą...
      Biegaliśmy na wyścigi, kiedy z okna na drugim piętrze wyjrzała bardzo starusieńka babcia, bo to znaczyło, że potrzebuje czegoś ze sklepu i gnaliśmy, aby Babci zrobić zakupy, nie potrzebowała ich dużo, ot pół chleba, albo kawałek białego sera, czasem dawała nam za to jabłko, ale najczęściej tylko głaskała swoją starą, pomarszczoną dłonią po głowie.
      Tacy byliśmy my, jako dzieci, a Wy?
      I nikt nie pytał czy może cudzemu dziecku zwrócić uwagę.
      Dzisiaj jest inaczej, i nie wiem po co tu szukać problemu, stało się, więcej się pewnie nie odezwiesz Ty, Autorko wątku, ani nikt inny, a będzie nam rosło stado świętych najpierw cielaczków, potem krówek i byczków, a potem to już sobie sami odpowiedzcie co będzie dalej, na pewno jeszcze gorzej...
      • milamala Re: Pouczanie cudzych dzieci 25.06.15, 22:21
        quba napisał:

        "> Kiedy byłam małą dziewczynką, wszyscy dorośli natychmiast reagowali, jeśli jaki
        > eś dziecko lub ktoś dorosły postąpił niewłaściwie. Wszyscy rodzice zwracali uwa
        > gę wszystkim dzieciom, a to za rzucanie papierka czy pestki z czereśni na ziemi
        > ę, za łamanie krzewów w parku, za przynoszenie do piskownicy wody z kałuży, za
        > to, że dziecko brzydko mówi, etc..."

        Tak bylo, ze dorosli traktowali nie swoje dzieci jak material do wymadrzania sie. Pewnie jestesmy z mniej wiecej tego samego rocznika.

        "moje pokolenie jest ostatnim pokoleniem
        > dobrze wychowanym i umiejącym się zachować, ale całe to pokolenie konsekwentni
        > e było wychowywane przez całe społeczeństwo i wyszło nam to na dobre."

        A to mnie rozbawilas, setnie.

        "> Nie było pedofilii, nie było, żadnego krzywdzenia dzieci (wiem na pewno, bo w m
        > ałym mieście wszyscy o wszystkich wiedzieli wszystko), wszystkie dzieci mówiły
        > wszystkim dorosłym dzień dobry po pięć razy dziennie i to był tak szczęśliwy św
        > iat niemal jak w "Dzieciach z Bullerbyn"."

        Gdyby to nie bylo straszne w swojej skrajnej naiwnosci to by bylo smieszne.

        "> Biegaliśmy na wyścigi, kiedy z okna na drugim piętrze wyjrzała bardzo starusień
        > ka babcia, bo to znaczyło, że potrzebuje czegoś ze sklepu i gnaliśmy, aby Babci
        > zrobić zakupy, nie potrzebowała ich dużo, ot pół chleba, albo kawałek białego
        > sera, czasem dawała nam za to jabłko, ale najczęściej tylko głaskała swoją sta
        > rą, pomarszczoną dłonią po głowie."

        I tu zaczynam dostrzegac przeblyski trolizmu ... albo talent literacki (wzruszylam sie ta stara pomarszczona dlonia glaskajaca po glowie)

        "Tacy byliśmy my, jako dzieci"

        I strach sie bac co z nas wyroslo.


        • terazkasia Re: Pouczanie cudzych dzieci 25.06.15, 23:48
          milamala napisała:
          > Tak bylo, ze dorosli traktowali nie swoje dzieci jak material do wymadrzania si
          > e.

          Tak, pamiętam, że były to czasy, gdy starsi notorycznie pouczali dzieci / młodzież. To "cudowne wychowanie" bokiem mi po prostu wychodziło...

          A najbardziej rozbawiło mnie, gdy quba napisała o braku pedofilii smile

          > I tu zaczynam dostrzegac przeblyski trolizmu ... albo talent literacki
          Ja dostrzegam coś innego, ale wolę nie pisać, co...
          • nchyb Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 06:42
            > A najbardziej rozbawiło mnie, gdy quba napisała o braku pedofilii smile

            dokładnie to najbardziej zauważyłam w tym "przemądrym" tekście...
            i ta duma jako jedyne już na ziemi dobrze wychowane pokolenie, no czapki z głów i ukłon do pasa smile
                • nchyb Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 10:24
                  > no nie, moje dzieciństwo przebiegało dużo wcześniej, Dziecko.

                  No to Dziadku coś Wam w tym waszym wychowaniu jednak nie wyszło, skoro swojego potomstwa nie potrafiliście wychować, jakiś błąd jednak to starsze pokolenie od was popełniło i to nie mały
                  w dodatku wmówili Wam, zę jak się o czymś nie mói, to tego nie ma i Wy w to uwierzyliscie...

                  przez to swoich dzieci nie chroniliście i te dzieci z Waszego i późniejszego pokolenia nie były zupełnie przygotowane na pedofilii, o których piszesz, że ich nie było...
                  byli, niestety, Dziadku (czy też Babuniu)...
              • nchyb Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 10:11
                Może Quba z tych przedwojennych jeszcze, to T już z kolejnych pokoleń...

                Ale tak sobie myślę, jak oni tak wspaniale byli wychowani, to jednak coś zaszwankowało, skoro swojego potomstwa wychować nie potrafili smile
                więc z tym wychowaniem to jednak nie bardzo, oni tak wychowali to pokolenie, ze im się T ulągł...
                i setki o ile nie tysiące innych pedofilii
                tylko wtedy o tym się nie móiło i może przez to im się wydawało, ze o czym się nie mówi, tego nie ma...
                • matylda1001 Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 12:47
                  nchyb napisała

                  >tysiące innych pedofilii
                  > tylko wtedy o tym się nie móiło i może przez to im się wydawało, ze o czym się
                  > nie mówi, tego nie ma...<

                  Pedofilia istnieje tak długo jak istnieje człowiek i na przestrzeni tysiącleci była różnie postrzegana i oceniana. Jeszcze niedawno przypadki pedofilii były wstydliwie skrywane, teraz są nagłaśniane. Być może przekonanie Quby to sprawa tego niemówienia, albo po prostu miała szczęście wychować się daleko od tej patologii. W końcu nigdy na szczęście nie było to zjawisko powszechne.
                  Ja myślę, że Quba powiedziała cos o wiele bardziej ważnego, o zwracaniu uwagi cudzym dzieciom. Zawsze tak było, że dorośli zwracali uwagę na to, co robią obce dzieci i nie przechodzili obojętnie gdy dziecko robiło źle. Czy ogryzek, czy papierek, czy coś ważniejszego, dzieci liczyły się ze zdaniem obcych. Nauczyciel, sąsiad, obcy przechodzień na ulicy byli tymi, których zdanie należało szanować. Mój rówieśnik, jako nastolatek prędzej wsadziłby sobie zapalonego papierosa do kieszeni, niż dopuściłby, żeby zobaczył to ktoś dorosły. Teraz niewielu by się zdziwiło, gdyby poprosił o ogień.
                • quba Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 17:36
                  nchyb napisała:

                  > Może Quba z tych przedwojennych jeszcze, to T już z kolejnych pokoleń...
                  >
                  > Ale tak sobie myślę, jak oni tak wspaniale byli wychowani, to jednak coś zaszwa
                  > nkowało, skoro swojego potomstwa wychować nie potrafili smile
                  > więc z tym wychowaniem to jednak nie bardzo


                  Masz całkowitą rację, albowiem, jako ciągle pouczani, wychowywani, strofowani na każdym kroku mielismy tego dosyć,
                  W zwiąku z tym większość owego pokolenia wychowywała swoje dzieci bezstresowo pod hasłem " moje dziecko ma być szczęśliwe", więc każde dziecko robiło co chciało, wiele dzieci byłoszczęśliwych cudzym kosztem, niektóre matki uważały, że ich dzieci są świętymi aniołkami i nie pozwalały, by ktokolwiek zabierał głos np. w sprawie wychowania ich słodkich siedemnastoletnich bobasków, więc wychowano pokolenie ludzi bezczelnych, chamskich, takich, co to im się wszystko należy, bez względu na okoliczności i zasługi, dopiero dzieci tych dzieci to kolejne pokolenie często bez żadnych zasad, bo nie mają też żadnych wzorców, młodzież szkolna nie ucząca się, wagarująca, paląca papierosy pod szkołą, nierzadko przychodząca na lekcje nieprzytomna, czy to po całonocnym piciu, oni to nazywają "melanż", czy po środkach odurzających, a nauczyciele, jedyni ludzie, którzy chcą zajmować się ową zagubioną totalnie młodzieżą, nie mają wiele do działania, bowiem jest karta ucznia, wobec czego nie wolno uczniowi zwrócić uwagi, rosną kolejne coraz bardziej zdemoralizowane pokolenia, a jeśli trafi się ktoś, kto się uczy, nie łobuzuje, nie chleje od piątku do poniedziałku rano, zyskuje przydomek kujona, albo maminsynka.
                  Większośc moich znajomych, z owego małego miasteczka to naukowcy, którzy swoje dzieci wychowali na prawych, mądrych ludzi, ale to jest znikoma część społeczeństwa.
                  Nie śmiejcie się z tego co i jak napisałam, ale zastanówcie się nad istotą tej wypowiedzi.
                  To Janusz Korczak powiedział, że dziecko jest jak najbardziej partnerem, równym tobie w dyskusji, ale żeby z nim rozmawiać mądrze ty musisz się wspiąć na palce, a nie zniżac do jego poziomu.
                  Dzieci rodzimy i wychowujemy dla świata i społeczeństwa, w którym ono zyje, a nie dla siebie samych...
                  Może nie podoba się wam mój styl, ale nie o to chodzi.
                  W moim mieście, jak chcecie wiedzieć, pedofil był jeden, ale gdy tylko wychodził z domu, pilnowało go całe miasteczko, obserwując jego poczynania.
                  Długo nie rozumiałam co ten facet miał za uszami, że tak się troszczą dorośli o wszystkie dzieci, które były w jego pobliżu.
                  Mała społeczność ma ogromne zalety,
                  Byliśmy pouczani, wychowywani ale również dostawaliśmy opiekę od tych wszystkich znajomych, sąsiadów, sprzedawców, zwykłych przechodniów.
                  Ale nie wyśmiewaliśmy się nigdy z nich, bo po prostu ze starszych ludzi śmiać się nie było wolno, oczywiście nikt nas nie lał, nasi rodzice z nami rozmawiali, ja także rozmawiałam ze swoimi dziećmi, które są mądre i dobre, a kiedy patrzę, jak wychowywane są moje wnuki, cieszę się, że nie zmarnowałam swego życia.
                  Pozdrawiam Was, młodzieży!





                  -
                  Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem, to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza... To jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to co dookoła powstaje, od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy.
                  • kora3 Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 15:41
                    Wybacz Qubo, ale mam wrazenie, że masz tzw. syndrom nostalgiczny smile
                    Jest to zjawisko polegające na tym, że komus wszystko związane z subiektywnie najlepszym okresem w jego zyciu wydaje się wspaniałe i bez wad. A takim okresem często jest u wielu dzieciństwo, czy wczesna młodość smile
                    Sluchałam opowieści ludzi z pokolenia moich dziadkow - ach jak to niebywale wspaniale było po wojnie. Czlowiek młody był, silny, zdrowy, sukienki były takie foremne, buty takie wygodne, garnitury takie eleganckiesmile - a prawda była taka, że kupa ludzi była wyniszczona wojną, także młodych, brakowało wszystkiego, ubrania i buty były dziełem jednej sztancy, UB mogło zatrzymać za nie takie spojrzenie itd. Ale młodość ma swoje prawa smile - wiosna wówczas była inna niż gdy się miało60 lat, bezpahniał szczególnie, chleb bez omasty smakował lepiej niż homar, sukienka na tamtej dziewczynie, choć źle skrojona i bura powiewała tak szczególnie, na gruzach już widziało się swój nowy kąt, skromny, ale szczęśliwy.
                    To tak działa smile
                    • milamala Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 15:47
                      kora3 napisała:

                      > Wybacz Qubo, ale mam wrazenie, że masz tzw. syndrom nostalgiczny smile

                      Dzieki Kora, brakowalo mi tego slowa na okreslenie jakiegos takiego po czesci zrozumialego acz nieuzasadnionego sytuacja rzeczywista zafascynowania wszystkim co zwiazane jest z najlepszym okresem zycia dla danej osoby.
                      Obserwuje to zjawisko intensywnie u moich rowiesnikow i uszy i oczy przecieram ze zdumienia.
                        • milamala Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 22:25
                          kora3 napisała:

                          > Ów syndrom nie dotyczy koniecznie osob starszych wiekiem smile dotyczy całkiem spo
                          > rej liczby ludzi młodych i w sile wieku.

                          Moj Boze, a kto powiedzial, ze dotyczy to wylacznie osob starszych wiekiem. Moi rowiesnicy ochoczo w tej zabawie uczestnicza, a nie uwazam sie za osobe starsza wiekiem.
                          • kora3 Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 22:39
                            Ależ Milu, przecież wiem, że nie jesteś osobą starsza. Napisałam, że także dotyczy to ludzi młodych i w sile wieku właśnie a propos Twej wypowiedzi nt. rówieśników. Bo akurat to co opisałam wcześniej dotyczyło lat młodości ludzi, którzy teraz sa raczej sędziwi smile
                    • terazkasia Re: Pouczanie cudzych dzieci 29.06.15, 14:51
                      kora3 napisała:
                      > Wybacz Qubo, ale mam wrazenie, że masz tzw. syndrom nostalgiczny smile
                      > Jest to zjawisko polegające na tym, że komus wszystko związane z subiektywnie n
                      > ajlepszym okresem w jego zyciu wydaje się wspaniałe i bez wad. A takim okresem
                      > często jest u wielu dzieciństwo, czy wczesna młodość smile

                      Przy okazji dodam, że zjawisko to jest od lat znane psychologii i nosi jakże trafną nazwę smile "In my era" - jest to nieodparta skłonność do idealizowania okresu zwłaszcza między 15 a 25 rokiem własnego życia. Jakby co, wklejam źródło: Sehulster J.R., In My Era: Evidence for the Perception of a Special Period of the Past, „Memory” 1996, t. 4, nr 2
        • matylda1001 Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 13:05
          milamala napisała

          > Tak bylo, ze dorosli traktowali nie swoje dzieci jak material do wymadrzania sie.<

          Zwrócenie uwagi źle zachowującemu sie dziecku to nie wymądrzanie się, ale jak najbardziej prawidłowa, odpowiedzialna reakcja. Uwagę powinien zwracać ten, kto akurat zauważył złe zachowanie. Rodzice powinni być wdzięczni za zainteresowanie dobrem ich dziecka.

          >> I tu zaczynam dostrzegac przeblyski trolizmu ... albo talent literacki (wzruszylam sie ta stara pomarszczona dlonia glaskajaca po glowie)<

          A dla mnie to rzecz zupełnie normalna. Dawniej dzieci były mniej skupione na sobie, bo nikt nie wpajał w nich przekonania, że są pępkiem świata, za to miały więcej empatii w stosunku do otoczenia. Uczone były, ze ludziom starszym, słabszym należy pomagać bezinteresownie. Cieszyła sama możliwość bycia przydatnym.
          • milamala Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 14:10
            matylda1001 napisała:

            "Dawniej dzieci były mniej skupione na so
            > bie, bo nikt nie wpajał w nich przekonania, że są pępkiem świata, za to miały w
            > ięcej empatii w stosunku do otoczenia. Uczone były, ze ludziom starszym, słabsz
            > ym należy pomagać bezinteresownie. Cieszyła sama możliwość bycia przydatnym."

            Mamy nieco odmienne poglady odnosnie dawniejszego sposobu wychowywania dzieci. Z tego powodu mam nadzieje, ze dawniejsze sposoby nigdy juz nie wroca.
            W skrocie uwazam, ze empatii, bezinteresownego pomagania czy mozliwosci bycia przydatnym uczy sie nie przez gadanie i pouczanie a przez przyklad wlasny, poczawszy od dawania empatii i szacunku dziecku a skonczywsz na pokazywaniu wlasnym przykladem prawidlowych zachowan.

            Jedna forumowicza slusznie zauwazyla, ze skoro dawniej bylo tak super i cacy, to czemu to super cacy pokolenie nie potrafi tak samo super wychowac kolejnego pokolenia. Taki maly zgrzyt.
            Chyba jednak nie do konca bylo tak pieknie.
          • asia.sthm Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 14:59
            > Dawniej dzieci były mniej skupione na sobie,
            > bo nikt nie wpajał w nich przekonania, że są pępkiem świata, za to miały w
            > ięcej empatii w stosunku do otoczenia.

            Yhhy, wpajano dzieciom ze sa nic nie warte jako jednostka ludzka - dzieci i ryby glosu nie maja, pamietasz moze? Praktycznie kazdy mial prawo naderwac dziecku ucho i zbesztac najordynarniejszymi slowy. Nie spotkalas nigdy nauczyciela psychopatycznego zwyrodniacka? - Bezkarnego i psujacego kilka pokolen w tej samej szkole. (Tak tak, cudowni nauczyciele tez istnieli, ale jakos nie zauwazali patologii w tym samym pokoju nauczycielskim.)
            Niektorym szkoda, ze te czasy minely

            > Uczone były, ze ludziom starszym, słabsz
            > ym należy pomagać bezinteresownie. Cieszyła sama możliwość bycia przydatnym.

            Z tym sie zgodze, kazde dziecko gotowe bylo zrobic wszystko aby zaskarbic sobie ciut przychylnosci, zasluzyc na to poklepanie po grzecznej glowce. Empatia to co innego - dziecko nie rozumie, nie umie sie wczuc dlaczego starego czlowieka bola wszystkie kosci, jak mu odmawia posluszenstwa czy dlaczego mu rozum odbiera.
            • terazkasia Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 16:32
              asia.sthm napisała:
              > Yhhy, wpajano dzieciom ze sa nic nie warte jako jednostka ludzka - dzieci i ryb
              > y glosu nie maja, pamietasz moze? Praktycznie kazdy mial prawo naderwac dziecku
              > ucho i zbesztac najordynarniejszymi slowy. Nie spotkalas nigdy nauczyciela psy
              > chopatycznego zwyrodniacka?

              To ja podam przykład na poparcie tych słów: lata osiemdziesiąte, podstawówka w centrum Wrocławia - nauczyciel WF-u za karę bije dzieci (nas) cieniutką metalową antenką od radia. Na zebraniach rodziców, owszem, czasem pojawiają się pytania, że to może niewłaściwe - ale w rezultacie nic się nie zmienia (patrz: powszechne społeczne przyzwolenie).
              O ciągnięciu za uszy i biciu linijką po rękach już nawet nie wspomnę...
              Ciekawe, czy niektórzy, tak zachwycający się przeszłością, nie pamiętają tak powtarzanego w mediach w latach 80-tych słowa znieczulica.
              • asia.sthm Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 17:43
                terazkasia napisała:

                > (patrz: powszechne społeczne przyzwolenie).

                A pana od WFu lubiacego otwarcie glaskac dziewczynki po piersiach lub strzelic im na plecach guma od stanika, lubieznie przy tym rechoczac, ktos mial ?

                Jesli popyta sie teraz doroslych dokola, to przewaznie KAZDY potrafi sypnac takimi historiami jak z rekawa. Nie wiem tylko komu brakuje tych "dobrych" czasow, kiedy dzieci tresowalo sie do posluszenstwa i potulnosci.
                Teraz ludzie tez lubia szafowac slowem znieczulica. To takie wygodne slowo, mozna nim kazde niewygodne czy nieprzyjemne zjawisko skwitowac.
                Kiedys panie, to byly czasy! Miod i malmazja.
            • matylda1001 Re: Pouczanie cudzych dzieci 27.06.15, 16:57
              asia.sthm napisała:

              > Yhhy, wpajano dzieciom ze sa nic nie warte jako jednostka ludzka - dzieci i ryby glosu nie maja, pamietasz moze?<

              Nic takiego nie pamiętam. Czułam się szanowaną jako jednostka ludzka. Słuchano mojego zdania i liczono się z nim. Uczono mnie, że jestem takim samym członkiem społeczeństwa jak wszyscy inni, w związku z czym nie mam co liczyć na jakieś nadzwyczajne przywileje, tylko zachowywać się tak, żeby nie być ciężarem dla innych. Jestem bardzo wdzięczna rodzicom za taki model wychowania.

              >Praktycznie kazdy mial prawo naderwac dziecku ucho i zbesztac najordynarniejszymi slowy<

              Nie spotkałam się z przemocą w najbliższym otoczeniu.

              >Nie spotkalas nigdy nauczyciela psychopatycznego zwyrodniacka? - Bezkarnego i psujacego kilka pokolen w tej samej szkole<

              Jedni lepiej sprawdzali się w tym zawodzie, inni gorzej, ale psychopatycznego zwyrodnialca nie spotkałam.

              > Z tym sie zgodze, kazde dziecko gotowe bylo zrobic wszystko aby zaskarbic sobie ciut przychylnosci, zasluzyc na to poklepanie po grzecznej glowce. Empatia to co innego - dziecko nie rozumie, nie umie sie wczuc dlaczego starego czlowieka bola wszystkie kosci, jak mu odmawia posluszenstwa czy dlaczego mu rozum odbiera. <

              > ciut przychylności? dzieci mogły liczyc na dużo więcej przychylności niż teraz, i to nie tylko ze strony najbliższych, ale nie kształtowano w nich postawy roszczeniowej. Wcale nie musiały wiedzieć dlaczego stara sąsiadka nie może sama pójść po zakupy, wystarczyła świadomość, że nie mogła i chciały pomóc. Wiem o czym piszę, bo też pomagałam takiej sąsiadce. Psa jej wyprowadzałam, dzięki czemu nie musiała schodzić kilka razy dziennie z trzeciego piętra. Nikt mi nie kazał tego robić i nic z tego nie miałam poza radością, że mogę coś zrobić dla drugiego człowieka.
              • asia.sthm Re: Pouczanie cudzych dzieci 27.06.15, 17:27
                matylda1001 napisała:
                > Nic takiego nie pamiętam. Czułam się szanowaną jako jednostka ludzka. Słuchano
                > mojego zdania i liczono się z nim. Uczono mnie, że jestem takim samym członkiem
                > społeczeństwa jak wszyscy inni, w związku z czym nie mam co liczyć na jakieś n
                > adzwyczajne przywileje, tylko zachowywać się tak, żeby nie być ciężarem dla inn
                > ych. Jestem bardzo wdzięczna rodzicom za taki model wychowania.

                Szczesciara jestes. Jednak popytaj rownolatkow czy mieli podobny start.

                > Nie spotkałam się z przemocą w najbliższym otoczeniu.

                Wyjatkiem jestes. Znow popytaj jak inni mieli.
                Ja nie mowie o domu rodzinnym, troszke dalej lecz w zasiegu wzroku malego dziecko czy nastolatka.

                > Nikt mi nie
                > kazał tego robić i nic z tego nie miałam poza radością, że mogę coś zrobić dla
                > drugiego człowieka.

                Yhy, z psem to kazdy chetnie sie przeleci - szczegolnie dziecko, ktoremu wlasnego psa poskapiono big_grin - ze spiewem na ustach wyprowadzalo sie wszyskie psy, nawet te z czwartego pietra bez windy. To sie nie liczy jako poswiecenia .
                Przeprowadzac staruszki przez ulice, to tez byl klasyk, nawet jesli staruszka chciala gdzie indziej wink
                Ja jeszcze wyrywalam sasiadce peseta wlosy z brody ( "bo ty masz takie mlode oczy") a to byla bardzo elegancka pani i jakos mnie nie brzydzilo.
                • matylda1001 Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 12:52
                  asia.sthm napisała

                  >> Wyjatkiem jestes. Znow popytaj jak inni mieli. Ja nie mowie o domu rodzinnym, troszke dalej lecz w zasiegu wzroku malego dziecko czy nastolatka.<

                  Wiem, oczywiście, że bywało różnie, podobnie jak teraz. Patologie bywały zawsze, i zawsze będą, ale na szczęście nigdy nie stanowiły reguły. Trudno więc byłoby stwierdzić, że dawniej dziecko nic nie znaczyło i nie było szanowane. Dla rodziców, dziecko zawsze było ósmym cudem świata, ale jakoś rozumieli, że obcy niekoniecznie musza podzielać ten pogląd. Teraz wpajają dziecku przekonanie o jego absolutnej wyjątkowości na tle świata i wymagają dla swoich pociech względów specjalnych. Dziecku wolno wszystko, bo to przecież dziecko, wyrośnie. Otoczenie nie bardzo wie, czy wypada się bronić, więc najczęściej milczy albo zakłada wątki na forum. To powoduje, że produkcja małych egoistów ma się dobrze.

                  > Yhy, z psem to kazdy chetnie sie przeleci - szczegolnie dziecko, ktoremu wlasnego psa poskapiono <

                  Rzeczywiście, własnego psa nie miałam smile miałam za to kotkę. Za psami nigdy nie przepadałam, tzn. krzywdy nie zrobię, bezpańskiego nakarmię, cierpiącego zawiozę do weterynarza, ale w domu bym nie zniosła. Tamten był wyjątkowo kłopotliwy. Nie dość, że niewychowany i strasznie ciągnął smycz, to jeszcze trzeba go było nosić na schodach, bo to jamnik i schody źle wpływały na jego kręgosłup. Tak, że dla mnie była to wątpliwa uciecha sad
                  • vi_san Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 13:03
                    Też miałam "nienormalne" środowisko, nie przemocowe, dorośli liczyli się z dziećmi [co nie znaczy, że pozwalali na wszystko!]. I też zabierałam na spacery psa sąsiadów - mimo posiadania własnego! Sąsiedzi to byli starsi państwo, dla których długi spacer z psem to był wysiłek przekraczający możliwości, a dla mnie było OCZYWISTE, że skoro zabieram naszego Baksa na spacer, to mogę iść również z Miśkiem sąsiadów [psy się znały i lubiły]. Nikt mnie do tego nie zmuszał. I nie była to dla mnie atrakcja, której bym nie miała.
                    • matylda1001 Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 13:36
                      vi_san napisała:

                      >> Też miałam "nienormalne" środowisko, nie przemocowe, dorośli liczyli się z dziećmi [co nie znaczy, że pozwalali na wszystko!]. <

                      Napisałaś o czymś bardzo ważnym smile Liczenie się z dziećmi nie oznacza zgadzania się na wszystko. To teraz często tak jest, że rodzic boi się dziecku sprzeciwić, żeby go w niczym nie ograniczać. Liczenie się z dzieckiem, to spokojne wysłuchanie jego racji, wzięcie ich pod uwagę albo odrzucenie. Tyle, że odrzucenie musi być uzasadnione, poparte argumentami. Dziecku nie wystarczy "nie, bo nie", trzeba wytłumaczyć dlaczego "nie". No, ale żeby to robić, to trzeba widzieć w dziecku równoprawnego partnera, a nie półbożka zesłanego na ziemię dla ozdoby świata.
                      • milamala Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 13:54
                        matylda1001 napisała:

                        "Liczenie się z dziećmi nie oznacza zgadzania
                        > się na wszystko. To teraz często tak jest, że rodzic boi się dziecku sprzeciwi
                        > ć, żeby go w niczym nie ograniczać. Liczenie się z dzieckiem, to spokojne wysłu
                        > chanie jego racji, wzięcie ich pod uwagę albo odrzucenie. Tyle, że odrzucenie m
                        > usi być uzasadnione, poparte argumentami. Dziecku nie wystarczy "nie, bo nie",
                        > trzeba wytłumaczyć dlaczego "nie". No, ale żeby to robić, to trzeba widzieć w d
                        > ziecku równoprawnego partnera, a nie półbożka zesłanego na ziemię dla ozdoby św
                        > iata."

                        Zgadzam sie w 100%.
                        Dla scislosci dodam, ze kiedys (np. w czasach mojego dziecinstwa (przelom 70/80tych lat, potem ponoc bylo juz lepiej, ale bez rewelacji) dzieci nie szanowano, kompletnie sie z dziecmi nei liczono.
                        I to nie bylo wychowywanie.
                        Kiedys nie potrafiono wychowywac dzieci, nikt sobie wychowywaniem glowy nie zawracal. Rodzice o wychowaniu nie mieli pojecia. Nie interesowali sie tym i nie uwazali ,ze to jest konieczne. Za moich czasow liczylo sie, ze dziecko jest dobrze odzywione i ma zapewniona opieke medyczna (co i tak bylo sporym osiagnieciem w porownaniu z pokoleniami wczesniejszymi).
                        Jedynie swiatle wyjatki (jak twoi rodzice) kierujac sie wewnetrznym przekonaniem potrafily wlasciwie i madrze dzieci wychowywac.
                        Zastraszone dziecko to nie dziecko wychowane.

                        Ja mam taka prywatna teorie na tzw. wychowanie bezstresowe, czyli urban legend.
                        Teraz mamy stan przejsciowy. Rodzice nie chca powielac przemocowych zachowan wlasnych rodzicow ale nie maja dobrych wzorcow ze swojego dziecinstwa.
                        Ucza sie byc dobrymi rodzicami. A jak czlowiek sie uczy to popelnia bledy. Stad pewnie ta teoria o wychowaniu bezstresowym.
                        Mysle, ze za jakies 2 pokolenia wlasciwe wzroce beda nauczone i wpojone, bez przemocy wszechobecnej na przestrzeni dziejow.
                        • matylda1001 Re: Pouczanie cudzych dzieci 29.06.15, 15:14
                          milamala napisała

                          >> Dla scislosci dodam, ze kiedys (np. w czasach mojego dziecinstwa (przelom 70/80tych lat, potem ponoc bylo juz lepiej, ale bez rewelacji) dzieci nie szanowano, kompletnie sie z dziecmi nei liczono. I to nie bylo wychowywanie.<

                          Na czym polegał ten brak szacunku do dzieci, to nieliczenie się z nimi, w czym teraz jest lepiej?

                          >> Kiedys nie potrafiono wychowywac dzieci, nikt sobie wychowywaniem glowy nie zawracal. Rodzice o wychowaniu nie mieli pojecia. Nie interesowali sie tym i nie uwazali ,ze to jest konieczne. Za moich czasow liczylo sie, ze dziecko jest dobrze odzywione i ma zapewniona opieke medyczna (co i tak bylo sporym osiagnieciem w porownaniu z pokoleniami wczesniejszymi).<

                          Milu, przez cały czas mam wrażenie, że odnosisz się do jakiejś mocno ograniczonej grupy społecznej, która naprawdę nie odzwierciedla stanu ogółu społeczeństwa. Może rodzice nie mieli pojęcia o 'książkowych' metodach wychowawczych opracowanych przez specjalistów, w wychowaniu kierowali się instynktem i własnym doświadczeniem, ale nie robili dzieciom krzywdy. To było wychowywanie dzieci, nie ich hodowla, przecież smile Starali się o dobro dzieci - dbali o ich zdrowie, kształcenie, rozrywki.

                          > Teraz mamy stan przejsciowy. Rodzice nie chca powielac przemocowych zachowan wlasnych rodzicow ale nie maja dobrych wzorcow ze swojego dziecinstwa.
                          Ucza sie byc dobrymi rodzicami. A jak czlowiek sie uczy to popelnia bledy. Stad
                          pewnie ta teoria o wychowaniu bezstresowym.
                          Mysle, ze za jakies 2 pokolenia wlasciwe wzroce beda nauczone i wpojone, bez przemocy wszechobecnej na przestrzeni dziejow<

                          Moim zdaniem dzisiejsi rodzice mają głowy nabite (nie zawsze mądrą) teorią, z którą nie wiedzą co zrobić, bo ta teoria nie bardzo sprawdza się w życiu. Cała nadzieja w tym, że instynkt zawróci ich na dobra drogę.
                          • gazeta_mi_placi Re: Pouczanie cudzych dzieci 29.06.15, 15:40
                            >Na czym polegał ten brak szacunku do dzieci, to nieliczenie się z nimi, w czym teraz jest lepiej?

                            Chyba na tym, że od dzieci też się wymagało odpowiedniego zachowania się w przestrzeni publicznej, jeżeli dziecko naruszało normy uwagę mógł zwrócić dziecku (nie rodzicowi) każdy: woźna, dozorca czy dowolny dorosły przechodzień. Nie stawiano dziecka na piedestale, traktowano normalnie, po prostu trauma. Teraz jest niż demograficzny i ludziska niektóre myślą, że jak będą wystawiać dzieci (matki z dziećmi) na piedestał, pozwalać im na uprzywilejowane zachowania wszędzie gdzie możliwe i kosztem innych to się trend zmieni, ale niestety tak to nie działa. Wkurzona na rozwrzeszczone bachorzyska wszędzie, a w kawiarni, restauracji, nawet pubie, którym nie można nic zrobić, zwrócić uwagę tym bardziej nie mam ochoty na rozród, może bym miała gdyby były strefy wolne od bezstresowo chowanych bachorzysk.
                          • milamala Re: Pouczanie cudzych dzieci 30.06.15, 10:01
                            matylda1001 napisała:

                            "> Na czym polegał ten brak szacunku do dzieci, to nieliczenie się z nimi, w czym
                            > teraz jest lepiej? "

                            Ja Ci moge napisac na czym to polega, ale Ty mi potem odpiszesz "ale u mnie tego nie bylo", wiec nie wiem czy to ma sens.
                            Nie liczono sie z dziecmi, nie sluchano dzieci (klasyk pt dzieci i ryby glosu nie maja, co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie, to nie hasla, ktore powstaly wczoraj).
                            Dziecko nie bylo partnerem do dyskusji - patrz watek obok w ktorym sama sie wypowiedzialas slusznie oburzona odnosnie milczenia nastolatkow w trakcie spotkan doroslych - myslisz, ze to nowosc, zy raczej poklosie poprzednich metod 'wychowawczych"?
                            Matyldo no nie dasz rady obronic swoich twierdzen o tym jak to dawniej wspaniale wychowywano. Bo nic poza wewnetrznym twoim przekonaniem na to nie wskazuje.

                            "> Milu, przez cały czas mam wrażenie, że odnosisz się do jakiejś mocno ograniczon
                            > ej grupy społecznej"
                            Niestety jest wlasnie zupelnie odwrotnie.
                            Poczytaj ten link, te wypowiedzi forumowe, nie wyglada mi to na wypowiedzi "mocno ograniczonej grupy spolecznej".

                            ">Może rodzice nie mieli pojęcia o 'książkowych' metodach wychowawczych opracow
                            > anych przez specjalistów, w wychowaniu kierowali się instynktem i własnym doświ
                            > adczeniem, ale nie robili dzieciom krzywdy. "
                            Robili dzieciom krzywde, na litosc, nieprzywiazywanie sie do dzieci co w istocie bylo odrzuceniem w najwazniejszym jak dzis wiemy okresie dla budowania osobowosci czlowieka jest obiektywnie krzywda.
                            Ja nie krytykuje tych pokolen, ja doskonale rozumie dlaczego tak bylo, i pewnie robilabym to samo na ich miejscy. No ale nie mozna powiedziec, ze nie bylo krzywdy. Bo az skora cierpnie.
                            Niestety ten instynkt byl zabijany przez odrzucanie dzieci w poczatkowym okresie.

                            "To było wychowywanie dzieci, nie ic
                            > h hodowla, przecież smile Starali się o dobro dzieci - dbali o ich zdrowie, kształ
                            > cenie, rozrywki."
                            Moja droga, jak sie mialo po 10 dzieci a nie rzadko wiecej choc nawet 5 to juz bardzo duzo dzieci i na dodatek wychowywalo sie je w biedzie, to to byla hodowla a nie wychowywanie, dbanie o zdrowie, ksztalcenie czy rozrywki.

                            "> Moim zdaniem dzisiejsi rodzice mają głowy nabite (nie zawsze mądrą) teorią, z k
                            > tórą nie wiedzą co zrobić, bo ta teoria nie bardzo sprawdza się w życiu. Cała n
                            > adzieja w tym, że instynkt zawróci ich na dobra drogę"
                            Zgadzam sie.
                            To potwierdza to o czym pisalam.
                            Wspolczesni rodzice, odrzucaja przemocowy sposob wychowywania poprzednich pokolen, ale nie wiedza jeszcze jak wychowac bez przemocy, bo nie maja dobrych wzrocow, nie potrafia ustalac granic, nie wiedza co maja robic, bo ich nigdy nie nauczono, a wychowywano, tak, ze lepiej nie wspominac.
                            Dlatego "nabijaja"sobie glowe roznymi teoriami, nie zawsze madrymi.
                            Bo sie ucza. Lepsze to niz pozostanie glupim. Jeszcze bycie madrym chyba nikomu nie zaszkodzilo, no a zeby byc madrym to trzeba sie uczyc i nabijac sobie glowe roznymi rzeczami aby potem je madrze weryfikowac. Na tym to polega.

              • quba Re: Pouczanie cudzych dzieci 27.06.15, 23:48
                matylda1001 napisała:


                >
                > Nic takiego nie pamiętam. Czułam się szanowaną jako jednostka ludzka. Słuchano
                > mojego zdania i liczono się z nim. Uczono mnie, że jestem takim samym członkiem
                > społeczeństwa jak wszyscy inni, w związku z czym nie mam co liczyć na jakieś n
                > adzwyczajne przywileje, tylko zachowywać się tak, żeby nie być ciężarem dla inn
                > ych. Jestem bardzo wdzięczna rodzicom za taki model wychowania.

                > Nie spotkałam się z przemocą w najbliższym otoczeniu.

                >
                > Jedni lepiej sprawdzali się w tym zawodzie, inni gorzej, ale psychopatycznego z
                > wyrodnialca nie spotkałam.
                >
                > > Z tym sie zgodze, kazde dziecko gotowe bylo zrobic wszystko aby zaskarbic
                > sobie ciut przychylnosci, zasluzyc na to poklepanie po grzecznej glowce. Empat
                > ia to co innego - dziecko nie rozumie, nie umie sie wczuc dlaczego starego czlo
                > wieka bola wszystkie kosci, jak mu odmawia posluszenstwa czy dlaczego mu rozum
                > odbiera. <
                >
                > > ciut przychylności? dzieci mogły liczyc na dużo więcej przychylności niż
                > teraz, i to nie tylko ze strony najbliższych, ale nie kształtowano w nich posta
                > wy roszczeniowej. Wcale nie musiały wiedzieć dlaczego stara sąsiadka nie może
                > sama pójść po zakupy, wystarczyła świadomość, że nie mogła i chciały pomóc. Wie
                > m o czym piszę, bo też pomagałam takiej sąsiadce. Psa jej wyprowadzałam, dzięki
                > czemu nie musiała schodzić kilka razy dziennie z trzeciego piętra. Nikt mi nie
                > kazał tego robić i nic z tego nie miałam poza radością, że mogę coś zrobić dla
                > drugiego człowieka.


                Powiem Wam Czytelnicy, że bardzo mi Was szkoda, że macie aż tak złe wspomnienia i aż takie złe doświadczenia, do tego stopnia złe, że nie rozumiecie, że istnieje coś takiego jak bezinteresowna pomoc, troska, chęć opieki nad kimś młodszym, chęć pomocy staruszce.
                Nie wierzycie, bo sami tego nie doświadczyliście, uważacie, że zawsze musi być coś za coś, inaczej nie opłaca się nawet kiwnąć palcem.
                Współczuję wam serdecznie.
                Pozdrawiam Cię, Matyldo, sądzę, że jesteśmy bliskie sobie doświadczeniem życiowym, pewnie i rocznikowo, więc można znaleźć jeszcze na tym forum drugiego, serdecznego, bezinteresownego człowieka.
                Dzięki.
                • milamala Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 12:05
                  quba napisał:

                  "do tego stopnia złe, że nie rozumiecie, że istni
                  > eje coś takiego jak bezinteresowna pomoc, troska, chęć opieki nad kimś młodszym
                  > , chęć pomocy staruszce"

                  Quba wyczytuje z postow to co bardzo/usilnie wyczytac chce - nawet jesli zaden post nawet z grubsza nie wskazuje,ze jego autor nie rozumie w/w spraw.
                  W zwiazku z powzyszym o raczej my wspolczujemy, chyba nie latwo zyc wsrod bliznich jak sie ma tak zle zdanie o nich

                  "> Współczuję wam serdecznie"
                  My jeszcze bardziej Tobie.
                  Dorosla, dojrzala kobieta powinna miec swiadomosc, ze np. pedofilia to problem od zarania dziejow, a nie zadna nowosc ostatnich lat. Kobieta o tak dzieciecej/naiwnej swiadomosci nie powinna wychowywac dzieci, bo nie jest w stanie rozpoznawac rzeczywistego zagrozenia.


                • matylda1001 Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 13:14
                  quba napisał:

                  > Pozdrawiam Cię, Matyldo, sądzę, że jesteśmy bliskie sobie doświadczeniem życiowym, pewnie i rocznikowo<

                  Chyba tak smile a już na pewno sposobem, w jaki nas wychowywano. Sama starałam się wychować podobnie własne dzieci, ale wtedy właśnie zaczęła się moda na wychowanie bezstresowe i moje córki czasami czuły się gorzej traktowane od niektórych rówieśników, bo ja od nich czegoś wymagałam. Trudniej było, ale chyba się udało.
                  • aqua48 Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 14:42
                    matylda1001 napisała:

                    > quba napisał:
                    >
                    > > Pozdrawiam Cię, Matyldo, sądzę, że jesteśmy bliskie sobie doświadczeniem
                    > życiowym, pewnie i rocznikowo<
                    >
                    > Chyba tak smile a już na pewno sposobem, w jaki nas wychowywano. Sama starałam się
                    > wychować podobnie własne dzieci, ale wtedy właśnie zaczęła się moda na wychowa
                    > nie bezstresowe i moje córki czasami czuły się gorzej traktowane od niektórych
                    > rówieśników, bo ja od nich czegoś wymagałam.

                    Bo mnóstwo ludzi myli bezstresowe wychowanie z wychowaniem bez żadnych wymagań. Co jest podstawowym błędem. Dzieci należy właśnie uczyć rozładowywać stres i radzić sobie z nim. Ja na szok niektórych moich znajomych, że np nie szukam dla moich dzieci "szkoły bezstresowej", odpowiadałam zazwyczaj, że życie jest stresujące, a wychowanie i nauka powinny przygotowywać do życia właśnie.
              • milamala Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 13:43
                matylda1001 napisała:

                "> Nic takiego nie pamiętam. Czułam się szanowaną jako jednostka ludzka. Słuchano
                > mojego zdania i liczono się z nim. Uczono mnie, że jestem takim samym członkiem
                > społeczeństwa jak wszyscy inni, w związku z czym nie mam co liczyć na jakieś n
                > adzwyczajne przywileje, tylko zachowywać się tak, żeby nie być ciężarem dla inn
                > ych. Jestem bardzo wdzięczna rodzicom za taki model wychowania. "

                Matyldo, dawniej swiat nie byl tak rozowy jak go opisujesz. Dla dzieci byl znacznie gorszy niz jest teraz. Wielki szacun dla Twoich rodzicow, ze potrafili cie wychowywac w inny niz powszechnie przyjety wowczas sposob.
                Bo to , ze ty bylas tak wychowywana jak opisujesz, to wyjatek. rzeczywistosc (i to nie patologiczna) byla zgola odmienna.
                Poczytaj sobie wiecej na stronie:
                www.dajeslowo.com/category/przemoc-wobec-dzieci
                tam znajdziesz pare slow o wychowaniu w przeszlosci i to wcale nie odleglej.

                Twoje wychowanie o ktorym piszesz nie odzwiercielda owczesnej normy. Dziwie sie, ze nigdy nie dowiedzialas sie, ze swiat wyglada nieco mniej rozowo.
                A dziwie sie poniewaz u mnie w domu np. nie bylo tak wowczas powszechnego problemu alkoholizmu. Ta sprawa mnie nie dotyczyla, ale widzialam to u innych. I dodam, ze nie chodzi o meneli, wrecz przeciwnie. Nie moglam nie zauwazyc spacerujacej po nocy w nocnej koszuli sasiadki nauczycielki bo jej maz przemily pan weterynarz przychodzil pijany do domu. Nie moglam nie zauwazyc, jak sasiad nauczyciel liceum prawie dzien w dzien wracal podchmielony duzo pozniej niz konczyly sie ostatnie lekcje w jego liceum, albo sasiad operator kamery w tv, ktory notorycznie zlatywal ze schodow po pijaku.
                Moge oczywiscie twierdzic na podstawie wlasnych domowych doswiadczen, ze alkoholizm to nie byl problem. Moglam naiwnie po dzieciecemu o spacerujacej w nocy sasiadce pomyslec, ze tak lubi, a sasiedzie nauczycielu myslec, ze to calkiem wesoly pan, a sasiad operator mogl spasc ze schodow bo ma problem z blednikiem. Wszystko sobie mozna wyjasnic na poczet tego co sie chce ... tylko po co.

                "Psa jej wyprowadzałam, dzięki
                > czemu nie musiała schodzić kilka razy dziennie z trzeciego piętra. Nikt mi nie
                > kazał tego robić i nic z tego nie miałam poza radością, że mogę coś zrobić dla
                > drugiego człowieka. "

                Ja tez wyprowadzalam, biegalysmy cala masa kolezanek z jednym biednym psem. Nie chce odbierac Ci przekonania o szlachetnosci uczynku, ale my wtedy robilysmy to samo, i wcale nie myslalysmy jakie to uprzejme z naszej strony. Po prostu tu uwielbialysmy. Ja nie mialam wlasnego psa, a chcialam.
                • vi_san Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 14:13
                  Świat nie był różowy, bywały różne sytuacje, różne patologie [tak, pan operator kamery walący się po pijaku ze schodów, czy pan weterynarz po pijaku wyganiający żonę z domu to JEST patologia, a że wykształcona to niczego nie zmienia].
                  Nie wychowywałam się w zamkniętej enklawie kultury i oświecenia, a wręcz odwrotnie - w "stoczniowej" dzielnicy Gdańska. I [zaskoczenie!] ogólnie się z dziećmi liczono. Nie, nie pozwalano na wszystko, nie traktowano jak bóstwo na ołtarzu. Ale znaliśmy zasady i wiedzieliśmy co wolno a co nie i jakie konsekwencje grożą za zachowania niepożądane. Nie wolno nam było ganiać "na stocznię". Oczywiście, że nie wolno było, ale jakie to było emocjonujące! A jeśli złapał nas strażnik czy ktoś z dorosłych nie wzywał policji, tylko strzelał w tyłek i wyprowadzał za bramę z pouczająca gadką. Jeśli ktoś pod blokiem wrzeszczał "Mama! Ja pójdę nad kanał!" z innego okna często odzywała się zupełnie inna mama i odkrzykiwał "Ja ci pójdę! Matce powiem, to popamiętasz!". Ale i jak się pod tym samym oknem darło "Mamo, mama mi rzuci coś do jedzenia!" to z innego okna innej mamy ręka rzuciła kanapkę zawiniętą w papier i co najwyżej się usłyszało "A podziel się z moją Aśką jak ją zobaczysz!".
                  A psa miałam swojego i często wychodziłam z dwoma - moim i sąsiadów. Nie, nie dlatego, żeby to była jakaś wielka atrakcja [wszak miałam swojego], a po prostu dlatego, że sąsiedzi byli starszymi ludźmi i dla nich spacer z psem był na granicy ich możliwości fizycznych, a mi nie robiło różnicy, czy biegam z jednym psem czy z dwoma.
                  • milamala Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 14:46
                    vi_san napisała:

                    "> Świat nie był różowy, bywały różne sytuacje, różne patologie [tak, pan operator
                    > kamery walący się po pijaku ze schodów, czy pan weterynarz po pijaku wyganiają
                    > cy żonę z domu to JEST patologia, a że wykształcona to niczego nie zmienia]. "

                    Alkoholizm jest patologia, nikt nie ma co do tego watpliwosci. Kwestia sporna jest raczej to w jakim kontekscie uzywa sie slowa patologia. W Polsce glownie uzywa sie tego slowa na okreslenie rodziny nie tylko z problemem alkoholowym ale ze wspolistniejacymi problemami jak brak wyksztalcenia/zawodu/katowanie czlonkow rodziny/kompletna niewydolnosc wychowawcza jak zaniedbywanie dzieci.
                    'Patologia"ktora opisywalam to zdecydowanie nie patologia w powszechnym tego slowa rozumieniu. Pan operator wychowal bardzo porzadnego niepijacego inzyniera, pan weterynarz rowniez bardzo pozadna niepojaca pania iberystke a nauczyciel liceum bardzo pozadna niepijaca ksiegowa. Nie jest az tak zle z ta "patologia".

                    "> Nie wychowywałam się w zamkniętej enklawie kultury i oświecenia, a wręcz odwrot
                    > nie - w "stoczniowej" dzielnicy Gdańska. I [zaskoczenie!] ogólnie się z dziećmi
                    > liczono."
                    Ogolnie z dziecmi sie nie liczono. W twoim domu pewnie tak bylo.
                    Ale nie ogolnie. Jesli widzisz te sprawe inaczej to raczej jest to kwestia twojego idealnego postrzegania owczesnej rzeczywistosci niz ogolnego stanu faktycznego.
                    Poczytaj wspomnienia rownolatkow w internecie. Jesli nie znajdziesz posluze przykladem jakiego linku.

                    "> Ale znaliśmy zasady i wiedzieliśmy co wolno a co nie i jakie konsekwencje groż
                    > ą za zachowania niepożądane."
                    A tak z ciekawosci o jakich konsekwencjach mowa?

                    "tylko strzelał w tyłek i wyprowadza
                    > ł za bramę z pouczająca gadką. Jeśli ktoś pod blokiem wrzeszczał "Mama! Ja pójd
                    > ę nad kanał!" z innego okna często odzywała się zupełnie inna mama i odkrzykiwa
                    > ł "Ja ci pójdę! Matce powiem, to popamiętasz!". "

                    Milutkie. Oczywiscie to ironia. Twoj opis niestety dobrze oddaje ta epoke. Przemoc nawet wobec obcego dziecka byla w istocie na porzadku dziennym. Nie wiem doprawdy gdzie widzisz w tym szacunek do dziecka i liczenie sie z opinia dziecka.
                    Nie zauwazylam w twoim opisie aby ktokolwiek wytlumaczyl dzieciom dlaczego nie wolno na te stocnie biegac. "
                    Trzepniecie w tylek" na prawde moze dla kogokolwiek byc synonimem wytlumaczenia dziecku zagrozenia?
                    Jedynie moze dla ofiar nieprzepracowanej przemocy takie zachowanie jest normalne.
                    • vi_san Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 15:02
                      Udajesz głupią, czy nie umiesz czytać? Wiedzieliśmy, że nie wolno, że to jest niebezpieczne dla zdrowia a nawet życia [jak myślisz, praca w stoczni uważana była za niebezpieczną dla zabawy?], a mimo to łaziliśmy, bo nam się wydawało ciekawe, ekscytujące. Osobiście za mniejsze zło uważam klapsa w tyłek, niż np pogrzeb, bo doszło do wypadku. I, oczywiście, zdaniem obecnych ematek, ów strażnik powinien był łagodnie i spokojnie, żeby, chroń Bóg, dziatek nie zestresować, słowiczym trelem wyjaśnić: "Ależ dzieci kochane, nie powinnyście tu przebywać, gdyż jest to teren zamknięty, a zamknięty jest z powodu ryzyka wypadku jakiemu można ulec"... Plus, zdaje się, że w twoich oczach jestem mordercą, bo powiedziałam dziś mężowi, że jeśli jeszcze raz nie zakręci tubki pasty do zębów to go zabiję! POWIEDZENIE "bo popamiętasz" nie jest przemocą! I, uwierz mi, doskonale wiedzieliśmy, że nad kanał nam chodzić nie wolno, ba, nawet wiedzieliśmy dlaczego [!], i że gdyby własna mama była w domu, to też by nie pozwoliła!
                      No i się dowiedziałam! Że jestem ofiarą nieprzepracowanej przemocy, traumy i Bóg wie czego jeszcze. Zapewne powinnam lecieć na kozetkę do psychologa. big_grin
                    • bene_gesserit Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 15:10
                      milamala napisała:

                      > Milutkie. Oczywiscie to ironia. Twoj opis niestety dobrze oddaje ta epoke. Prze
                      > moc nawet wobec obcego dziecka byla w istocie na porzadku dziennym. Nie wiem do

                      Podwórkowe dziecko to nie było obce dziecko. Kiedyś sąsiadki się znały, dzieci były 'nasze', sąsiedzkie, mamy przyjaciółek były ciociami.

                      Poza tym twój wpis niestety dobrze oddaje pewien histeryczny sposób myślenia o wychowaniu.
                      • milamala Re: Pouczanie cudzych dzieci 28.06.15, 15:42
                        bene_gesserit napisała:

                        "> Podwórkowe dziecko to nie było obce dziecko. Kiedyś sąsiadki się znały, dzieci
                        > były 'nasze', sąsiedzkie, mamy przyjaciółek były ciociami."

                        Nadal mamy przyjaciolek sa ciociami, a sasiadki sie znaja i pomagaja np. w opiece i to niezaleznie od miejsca zamieszkania. Roznica jest taka, ze wtedy mozna bylo bic a dzis nie, niezaleznie od tego czy sie jest matka, sasiadka czy przyjaciolka matki.


                        > Poza tym twój wpis niestety dobrze oddaje pewien histeryczny sposób myślenia o
                        > wychowaniu.

                        Histeryczne polskie prawo zabrania przemocy wobec dziecka, naruszanie jego nietykalnosci cielesnej.

                        Twoja opinia o mojej wypowiedzi jest histeryczna. Ale to twoj problem. Dla mnie dziwny, ale coz rozne ludzie histerie maja w zyciorysie.
                • matylda1001 Re: Pouczanie cudzych dzieci 29.06.15, 14:25
                  milamala napisała:

                  > Matyldo, dawniej swiat nie byl tak rozowy jak go opisujesz. Dla dzieci byl znacznie gorszy niz jest teraz. Wielki szacun dla Twoich rodzicow, ze potrafili cie wychowywac w inny niz powszechnie przyjety wowczas sposob. Bo to , ze ty bylas tak wychowywana jak opisujesz, to wyjatek. rzeczywistosc (i to nie patologiczna) byla zgola odmienna<

                  Milu, życie nauczyło mnie, że wszelkie uogólnienia psu na budę się zdają. Bywało różnie (o czym już wspomniałam), teraz też bywa różnie. Na przestrzeni wieków zmieniał się stosunek dorosłych do dzieci. Jeszcze w XIX wieku rodzice starali się nie przywiązywać emocjonalnie do małych dzieci, żeby ból rozstania był mniejszy. W tamtych czasach statystycznie zaledwie co piąte dziecko przekraczało wiek niemowlęcy, a co trzecie osiągało wiek dorosły. Teraz trudno sobie wyobrazić taki stosunek do własnych dzieci, prawda? Zmieniał się również model wychowania, ale rodzice zawsze byli kochający i troskliwi. Moje dzieciństwo przypadło na przełom lat 60/70. Osobiście raz otrzymałam potężnego klapsa od mamy. Miałam wtedy z pięć lat, wyrwałam się jej na ulicy i przebiegłam na drugą stronę do cioci, którą tam dostrzegłam. Przestraszyła się i wypadła z roli wink Nie mam o to żalu. Moi rówieśnicy częściej dostawali klapsy, szczególnie chłopcy, i chociaż jestem przeciwniczką podnoszenia ręki na dzieci, to nie uważam, że działa im się krzywda. Oni też tak nie uważają. Klaps to nie maltretowanie, poniżanie i szarganie godności. To była nieszkodliwa metoda wychowawcza, po prostu. Przemocy wobec moich rówieśników nie zauważyłam, a były to dzieci z najróżniejszych środowisk, jak to w podstawówce. Niektórzy ojcowie pili alkohol i ich dzieci miały gorzej, przede wszystkim z finansowego punktu widzenia. Teraz też wielu pije. Pod tym względem niestety niewiele się zmieniło.

                  > Ja tez wyprowadzalam, biegalysmy cala masa kolezanek z jednym biednym psem. Nie
                  chce odbierac Ci przekonania o szlachetnosci uczynku, ale my wtedy robilysmy to samo, i wcale nie myslalysmy jakie to uprzejme z naszej strony. Po prostu tu uwielbialysmy. Ja nie mialam wlasnego psa, a chciałam<

                  Nie, żebym sobie to przypisywała jako szczególną zasługę bo to nie było niczym wielkim, ale robiłam to świadomie dla sąsiadki. Biegania z rozpieszczonym psem nie uwielbiałam, nigdy nie przepadałam za psami, wolę koty.
                  • milamala Re: Pouczanie cudzych dzieci 30.06.15, 09:30
                    matylda1001 napisała:

                    "Na przestrzeni wieków
                    > zmieniał się stosunek dorosłych do dzieci. Jeszcze w XIX wieku rodzice starali
                    > się nie przywiązywać emocjonalnie do małych dzieci, żeby ból rozstania był mni
                    > ejszy. W tamtych czasach statystycznie zaledwie co piąte dziecko przekraczało w
                    > iek niemowlęcy, a co trzecie osiągało wiek dorosły"

                    Jeszcze w 20leciu miedzywojennym a potem okolowojennym na wsiach panowalo zacofanie i bieda a smiertelnosc dzieci byla straszliwa.
                    Nie wierze, ze uwazasz, ze z tych dzieci, z ktorymi rodzice nie starali sie nawiazywac realacji w najwazniejszym okresie do jej nawiazania, wyrosli nagle tacy gremialnie wspaniali ludzie, ktorzy tak nagle potrafili byc wspanialymi rodzicami.
                    Pewnie pozostaniemy przy swoim zdaniu, bo ja niestety uwazam, ze cuda owszem bywaja ale rzadko (takim przykladem cudu byli Twoi rodzice).

                    Poczytaj sobie ponizszy link wraz z komentarzami, a komentarzy jest chyba ze 400, zobaczysz jak wygladal swiat przecietnego dziecka jeszcze 20,30 lat temu poza twoim domem rodzinnym oraz tym co zdolalas zauwazyc wsrod znajomych. www.edziecko.pl/rodzice/1,79361,6214107,Bite_dzieci_dwadziescia_lat_pozniej.html

                    "ale rodzice zawsze byli kochający i troskliwi"
                    Matyldo, to ani fizycznie ani psychicznie niemozliwie. Najpierw piszesz, ze rodzice starali sie nie przywiazywac do swoich dzieci. To prawda to bylo dosc powszechne, ze nawet bogate panie oddawaly swoje dzieci pod opieke biednych kobiet, i ktore to dzieci w znacznej wiekszosci pod taka opieka umieraly i nie zawsze z powodu chorob, w rownym stopniu z powodu niewlasciwej opieki. Na prawde chcesz mnie przekonac, ze w takich wlasnie warunkach rodzice zawsze byli kochajacy. Najpierw nie nawiazali z dzieckiem relacji a potem stali sie kochajacy? A potem te dzieci, pokoleniowo odrzucane potrafily byc kochajce i troskliwe?
                    Nie uwazam, ze to mozliwe a historia wychowania dzieci w zadnym momencie nie wskazuje, ze Twoja teoria o gremialnie dobrych i kochajacych rodzicach jest prawdziwa. No nie wiem czy oni "kochali i troszczyli sie" o te dzieci jak starali sie do nich nie przywiazywac, czy nieco pozniej. Sorry ale kupy sie to nie trzyma.

                    "Moje dzieciństwo przypadło n
                    > a przełom lat 60/70. Osobiście raz otrzymałam potężnego klapsa od mamy. "
                    I na prawde uwazasz , ze nie jestes wyjatkiem?
                    Mozna az tak nie dostrzegac rzeczywistosci?

                    "Moi rówieśnicy częściej dostawali klapsy, szczególnie chłopcy, i chociaż
                    > jestem przeciwniczką podnoszenia ręki na dzieci, to nie uważam, że działa im s
                    > ię krzywda. "
                    No ja uwazam , ze bicie slabszego jest ogolnie niefajne, a juz bicie slabszego w imie "milosci" niestety jest krzywdzace, a wiec dzieje im sie jednak krzywda, nawe jesli nie maja jej wypisanej na czole dla ogolnego widowiska.
                    Jak ja slysze od ludzi taki klasyk "ja dostawalem i wyroslem na ludzi, i jestem rodzicom wdzieczny" to juz sama wiara doroslego czlowieka w takie cos jest dla mnie dowodem chyba nieodwracalenej krzywdy jaka wyrzdzono takiemu czlowiekowi na jego psychice.

                    "Oni też tak nie uważają. Klaps to nie maltretowanie"
                    Nikt nie mowi o tym, ze klaps to maltreotowanie, tak jak nikt nie twierdzi, ze kradziez drobnych kwot znajomym to to samo co okradanie bankow. Nie to samo, ale mierzi.
                    Zreszta powstaje pytanie co kto uwaza za maltretowanie, znam wielu co "wdzieczni"sa rodzicom, ze regolarne bicie rzemykami,kablami, krzeslami czy czym popadnie i sa solennie przekonani ze gdyby tym krzeslem w leb nie dostali to wyrosli by na bandziorow.

                    "To była nieszkodliwa metoda wychowawcza, po prostu.'
                    Bardzo sie tu nie zgadzamy. Mam nadzieje, ze reprezentujesz postawe pana terlikowskiego, ktory za klapasmi jest, ale ich nie stosuje, pomimo, ze uwaza, ze klaps to dobro. Na szczescie ponoc skapi tego "dobra' wlasnym dzieciom. I chwala mu za to.

                    "Przemocy
                    > wobec moich rówieśników nie zauważyłam, a były to dzieci z najróżniejszych środ
                    > owisk, jak to w podstawówce. Niektórzy ojcowie pili alkohol i ich dzieci miały
                    > gorzej, przede wszystkim z finansowego punktu widzenia. Teraz też wielu pije. P
                    > od tym względem niestety niewiele się zmieniło. "
                    Po pierwsze przemoc najczesciej odbywa(la) sie we wlasnych czterech scianach. I jak slusznie zauwazylas przemoc to nie tylko fizyczne dzialanie.
                    Na prawde uwazasz, ze w rodzinach alkoholiczych (a byl to problem powazny) nie bylo przemocy? Mozna az tak nie dostrzegac rzeczywistosci?

                    "> Nie, żebym sobie to przypisywała jako szczególną zasługę bo to nie było niczym
                    > wielkim, ale robiłam to świadomie dla sąsiadki"
                    Jak tego nie lubilas to w rzeczy samej bylo to poswiecenie.
                    • asia.sthm Re: Pouczanie cudzych dzieci 30.06.15, 11:33
                      milamala napisała:
                      Cytat> Poczytaj sobie ponizszy link wraz z komentarzami, a komentarzy jest chyba ze 400, zobaczysz jak wygladal swiat przecietnego
                      dziecka jeszcze 20,30 lat temu poza twoim domem rodzinnym oraz tym co zdolalas zauwazyc wsrod znajomych. rel="nofollow">www.edziecko.pl/rodzice/1,79361,6214107,Bite_dzieci_dwadziescia_lat_pozniej.html


                      o tak Matyldo, to jest dobry artykul i przerazajace komentarze:
                      forum.gazeta.pl/forum/w,567,90595799,,Bite_dzieci_dwadziescia_lat_pozniej.html
      • ortolann Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 07:54
        Quba, takie brednie wypisujesz, że aż klawiatura skrzypi, zwłaszcza o tej pedofilii. A gdyby tak było, jak mówisz, że jesteś przedstawicielką ostatniego dobrze wychowanego pokolenia, to również dzieci tego pokolenia byłyby wychowane dobrze przez tych swoich rodziców. To że tak nie jest świadczy o tym, że jednak to wychowanie najlepsze nie było.
    • mim_maior Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 08:44
      Cudze dziecko można upomnieć tylko w sytuacji, gdy nie ma w pobliżu rodzica, a sprawa rzeczywiście wymaga interwencji. Mnie się zdarza, oczywiście, mówić rzeczy w rodzaju: "Młody człowieku, podnieś ten papier i wrzuć go do śmietnika", jeśli przyuważę, że dwunastolatek rzuca śmieci na ulicy. Ale nie przyszłoby mi do głowy upominać dziecka w obecności rodzica. To bardzo niegrzeczne, bo jest równoznaczne z pouczaniem dorosłej osoby, choć poniekąd "per procura". Trochę też tchórzliwe, bo dojrzała osoba raczej zwróciłaby się do równego partnera do rozmowy: "Przepraszam, pani dziecko rzuciło ogryzek na trawnik." Tu nie ma pouczania, a jest sugestia, że sprawa wymaga interwencji w razie gdyby matka sama tego nie zauważyła. Jeśli matka nie uzna za stosowne interweniować, to niestety, nic nie poradzisz, bo nie możesz wychowywać dorosłych osób (jeśli nie jesteś strażnikiem miejskim i nie wypisujesz mandatów). Ale sumienie będziesz mieć czyste - zrobiłaś co się da.
      Swoją drogą, kiedyś zdarzyła mi się sytuacja, że matka jednego ze szkolnych kolegów mojego syna próbowała go pouczać. Młodzi ludzie, jak to bywa, pokłócili się na przerwie, powiedzieli sobie parę przykrych słów, może nawet doszło do rękoczynów (ale raczej bez widocznych obrażeń), ale w takich przypadkach praktycznie niemożliwym jest stwierdzić, kto zawinił. Obaj byli tak samo silni i zdrowi, nikt nie ucierpiał poważniej - w takich wypadkach zawsze wystrzegam się szukania winnych i z pewnością nigdy nie daję bezkrytycznie wiary opowieściom mojego syna, że to ten drugi drań zaczął. Wiadomo, że różnie to bywa.
      Natomiast ta druga matka, najwyraźniej reprezentantka gatunku "Mój Syn to Anioł", dowiedziawszy się od młodego, że to mój syn zaczął, przyłapała go w szatni i zaczęła przesłuchiwać oraz wygłaszać mowę wychowawczą pt. "Jak możesz bić mojego aniołka". W tym momencie nadeszłam ja i w krótkich (choć możliwie uprzejmych słowach) przedstawiłam pani właściwą procedurę postępowania w takiej sytuacji. Czyli że jeśli sprawa nie wymaga natychmiastowej interwencji, to na drugi raz byłabym wdzięczna, gdyby przyszła z nią do mnie. Dodam, że chłopaki mieli wtedy po osiem lat.
      To kolejny typ sytuacji, w którym NIE POUCZAMY CUDZYCH DZIECI. Pominę już to, że wartość wychowawcza uwag wygłoszonych nerwowym tonem przez obcą kobietę jest żadna. Jest to jednak nieuprawnione i niegrzeczne wtrącanie się w nieswoje sprawy - czyli w wychowanie cudzego potomka. To tak samo, jakby pouczać obcą osobę, jak powinna postępować z mężem. Nie robimy takich rzeczy.
      • aqua48 Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 10:06
        A ja uważam, że jeśli jest się świadkiem jakiegoś bezmyślnego, szkodliwego, czy złego zachowania dziecka, to jak najbardziej można zwrócić mu nań uwagę. a rodzic w takiej sytuacji powinien poprzeć słuszną, spokojną uwagę, czy prośbę obcej osoby. Dzieci wychowują się bowiem w SPOŁECZEŃSTWIE, które ma prawo reagować na zachowania aspołeczne.Inaczej rodzi się znieczulica u jednych i przekonanie o bezkarności u drugich.
        • quba Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 10:23
          Oczywiście, Aquo, masz rację.
          Dzieci to ludzie, a nie kurczaki pod kloszem.


          --
          Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem, to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza... To jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to co dookoła powstaje, od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy.
        • nchyb Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 10:28
          > A ja uważam, że jeśli jest się świadkiem jakiegoś bezmyślnego, szkodliwego, czy
          > złego zachowania dziecka, to jak najbardziej można zwrócić mu nań uwagę. a rod
          > zic w takiej sytuacji powinien poprzeć słuszną, spokojną uwagę,

          ja akurat myślę podobnie
          jeżeli rodzic nie reaguje, to powinie zareagować (SPOKOJNIE) obcy, który widzi takie naganne zachowanie

          z tym ze akurat nie dowierzam, by rodzic, który nie reaguje, poparł pouczenie obcego...
            • nchyb Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 12:12
              niegrzeczne - nie zawsze, dużo bardziej niegrzeczne wobec reszty towarzystwa może być rezygnacja z działań, gdy rodzic/opiekun nie reaguje na nasze słowa do niego skierowane...

              bezcelowe - również nie zawsze,dopóki nie sprawdzisz, nie wiesz czy celowe...
              • mim_maior Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 14:02
                Oczywiście, zawsze można zachęcić towarzystwo, żeby wspólnie spuścić łomot opornemu rodzicowi big_grin
                Co do ostatniej uwagi - chyba nie jest rozsądne robienie każdej rzeczy, która nam akurat przyjdzie do głowy, tylko po to, żeby sprawdzić, czy zadziała? Można przecież przewidywać konsekwencje.
        • mim_maior Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 10:34
          Oczywiście, możesz uważać inaczej, nie jest to jednak zgodne z zasadami dobrego wychowania. Jeśli trafiłabyś na mnie, musiałabyś się liczyć z tym, że zamiast poparcia Twojej "słusznej uwagi" sama usłyszałabyś słuszną uwagę ("Czy byłaby pani uprzejma zwrócić się z taką sprawą do mnie? Nie wydaje mi się, żeby moje dziecko było dla pani partnerem do rozmowy.").
          Jeśli trafiłabyś na mniej uprzejmą osobę, mogłoby to się skończyć gorzej.
          Dziecko wychowuje się w społeczeństwie, ale to rodzice odpowiadają za jego wychowanie, nie obce panie na ulicy. Może jeszcze gdzieś w ostatnich "kibucach" wszystkie dzieci "są nasze". Jednak w naszym kraju (a jeszcze bardziej w reszcie Europy) odradzam próby wychowywania cudzych dzieci.
          • nchyb Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 10:39
            > Dziecko wychowuje się w społeczeństwie, ale to rodzice odpowiadają za jego wych
            > owanie, nie obce panie na ulicy.

            no właśnie, a co proponujesz gdy rodzic nie odpowiada, nie reaguje itp? dziecko coś niszczy, rodzic radośnie się przypatruje, na skierowane do siebie słowa od innego dorosłego nie reaguje
            dalej traktujesz go jak partnera do rozmowy i przekonujesz, czekając co jeszcze dziecko zniszczy, ubrudzi itp? czy delikatnie starasz się przystopować niewychowane dziecko, czy w imię SV nie robisz nic (bo przypomnę, słowa do rodzica nie działają)? Bo to mi się tak leciutko niestety z pewnym procesem skojarzyło, tylko tam była mowa nie o SV a o rozkazach...
            i na jedno wyjść może...
            • mim_maior Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 10:46
              Myślę, że się po prostu nie rozumiemy. Skoro koniecznie chcesz odłożyć na bok zasady sv (choć akurat tutaj byłyby bardzo pomocne), to ok. Można na to też spojrzeć bardziej utylitarnie. W sytuacji, jaką opisujesz, Twoja interwencja może być zwrócona tylko w stronę rodzica. Jeżeli on nie uważa, że dziecko robi coś złego, to należałoby go uświadomić - w imię dobra wspólnego, tak jak ty je pojmujesz. Natomiast uświadamianie w tej sytuacji dziecka miałoby na celu - no właśnie, co? Skuteczność wychowawcza żadna, ponieważ obca pani zostanie przez rodzica zrugana (w najlepszym przypadku), a dziecko to usłyszy. Odbierze komunikat: to, co robiłem, jest ok, skoro tamta pani nie miała racji i jeszcze mama ją skrzyczała. Niewykluczone, że potem odbierze też komunikat werbalny typu "co za baba, dziecka się czepia, a tak się ładnie bawiło".
              W tej sytuacji upieranie się przy pouczaniu dziecka nosi właśnie znamiona postępowania "dla zasady", choćby to miało być kompletnie bez sensu.
              • mim_maior Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 10:49
                Dodam, że uwagi typu "Przepraszam, pani dziecko upuściło papierek" są zwykle dość skuteczne, przynajmniej tak wynika z moich doświadczeń. Taka pani często lekko zawstydzona podnosi papierek, półgębkiem mówi dziecku coś w rodzaju: "Mówiłam ci, nie rzucaj!" i odchodzi pośpiesznie. Osobiście uważam, że stary dobry sv sprawdza się w takich sytuacjach.
                Choć bywa, że ktoś próbuje pyskować, ale w pyskówki nie mam zwyczaju się wdawać.
                • asia.sthm Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 11:19
                  Bo wszystko zalezy od tonu jakim sie mowi, od formy, od wyrazu twarzy. W Polsce nadal szokuje mnie publiczne, bezpardonowe sztorcowanie dzieci - nadal ludzie sa przeswiadczeni, ze w stosunku do dzieci wszystko dozwolone.
                  Kiedys na przystanku przyszlo mi poczekac na autobus w towarzystwie paru osob. Matka pieklila sie bez przerwy na mala dziewczynke: tu stan, przestan sie krecic, nie opieraj sie , nie ruszaj guzika, itd - jazgotala tak okropnie, ze juz sama odsunelam sie kawalek aby oszczedzic uszy. Po chwili slysze jak zmeczony, lekko podchmielony starszy pan mowi do matki: Zamknij juz pysk, ty ruro.

                  Kiedys tez w aptece bylam swiadkiem sceny: starszy pan z laska siedzial sobie i czekal na cos, kolejki nie bylo. Wchodzi mloda matka i jej maly, na oko 4-5 synek ze sredniej wielkosci plastikowa pilka pod pacha. Pan od razu ostro, gderliwie rzuca w strone chłopca: Tu nie wolno z piłką, tu sie nie gra. Matka juz tego nie slyszy, ma nos w okienku, zajeta rozmowa z pania magister. No i wtedy ja malo uprzejmie w strone pana: O co panu chodzi???
                  Maly juz mial dupke wcisnieta w nogi matki, pileczke sciska mocno, boi sie czy mu jej pan nie zabierze. Pan sie jednak zamknal. Matka chyba nie zauwazyla calego incydentu.
                  • nchyb Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 12:11
                    O to to właśnie
                    Ton, styl wypowiedzi itp mają olbrzymie znaczenie

                    bardzo scisłe, na siłę trzymanie się ewentualnych zasad SV wbrew pozorom może być czasem wbrew SV smile

                    I nie, nie mam w planach odkładania na bok zasad SV, jak to pisze wyżej Mim_maior, ale w planach mam rozumne ich stosowanie smile

                    Dziecko, które robi coś złego/niegrzecznego itp (i nie chodzi tu o przypadkowo upuszczony, czasem nie zauważony nawet papierek), którego rodzic/opiekun nie reaguje na na naszą prośbę o zwrócenie dziecku uwagi/powstrzymanie działań - czasem grzeczniej samemu powstrzymać, niż próbować bezsilnie do tego przekonać jego rodzica...

                • matylda1001 Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 13:14
                  mim_maior napisała:

                  > Dodam, że uwagi typu "Przepraszam, pani dziecko upuściło papierek" są zwykle dość skuteczne, przynajmniej tak wynika z moich doświadczeń<

                  Szkoda, że inaczej jest w przypadku mamuś wożących w marketach swoje kilkuletnie pociechy w wózkach na zakupy.
          • aqua48 Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 10:58
            mim_maior napisała:

            > Dziecko wychowuje się w społeczeństwie, ale to rodzice odpowiadają za jego wych
            > owanie, nie obce panie na ulicy.

            Wiesz, ja akurat bardzo żałuję, że "obce panie na ulicy" nie zwróciły żadnej uwagi z opieprzeniem równo kolegów mego syna i jego samego wracających ze szkoły i "dla zabawy" popychających się nawzajem na krawężniku. Skończyło się niegroźnym na szczęście wypadkiem dla młodych i doprowadzeniem bogu ducha winnego kierowcy do stanu przedzawałowego kiedy zza zaparkowanego auta wyleciał mu nagle dziesięciolatek na maskę.
            Ja uznaję, że dzieci nie przewidują konsekwencji swoich zachowań i dlatego dorośli mają prawo zwracać im uwagę. Poza tym jestem zdania, że w przestrzeni publicznej należ mieć się na baczności i zachowywać tak, aby nikomu nie przeszkadzać i nie wyrządzać szkód - dzieci muszą się tego nauczyć.
            • mim_maior Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 13:58
              Widzę, że nadal się nie rozumiemy - jak napisałam wyżej, w takiej sytuacji trzeba zwrócić uwagę, bo rodziców w pobliżu nie ma, a robi się niebezpiecznie. Ale jeśli szłabyś obok, to nie miałabym prawa wołać do Twojego syna: "Mały, przestań popychać kolegę, i to już!", bo to jest Twoje zadanie i Twoja odpowiedzialność. Niemniej na pewno bym spytała Cię: "Czy Pani się nie boi, że któryś wpadnie pod samochód, jak się tak przepychają?".
              Natomiast nie wiem, do czego odnosi się ostatnie zdanie, ale rozumiem, że tak w emocjach napisałaś i nie oczekuję wyjaśnień.
              • aqua48 Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 14:26
                mim_maior napisała:

                >Ale
                > jeśli szłabyś obok, to nie miałabym prawa wołać do Twojego syna: "Mały, przesta
                > ń popychać kolegę, i to już!"

                A ja uważam, że miałabyś wszelkie prawo do zwrócenia dzieciom uwagi NATYCHMIAST nie pośrednio przez matkę. Być może zagadaną, czy będącą gdzieś dalej.

                bo to jest Twoje zadanie i Twoja odpowiedzialność.

                I dlatego tak byś bezczynnie patrzyła jak np. komuś dzieje się krzywda? Bo to nie Twoja sprawa?

                > Natomiast nie wiem, do czego odnosi się ostatnie zdanie, ale rozumiem, że tak w
                > emocjach napisałaś i nie oczekuję wyjaśnień.

                Do niewyrządzania szkód. Rzucanie ogryzków, czy śmiecenie gdzie popadnie jest taką szkodą. Nie wiem gdzie tu widziałaś emocje?

    • milamala Re: Pouczanie cudzych dzieci 26.06.15, 14:24
      Dbanie o bezpieczenstwo czy zapobieganie aktom wantadlizmu tudziez znecania sie nad slabszymi i zwierzetami nie podlega dyskusji, wiadomo, ze reakcja w takich przypadkach powinna byc automatyczna.
      Tylko, ze akurat milosnikom obsztorcowywania dzieci nie takie rzeczy w glowie.
      Mnie osobiscie czesciej zdarza sie zwrocic uwage za niewlascie zachowanie doroslemu (za niesprzatanie kupy po pupilu-akurat mieszkam kolo parku) oraz jak jestem w Polsce to starszym ludziom za czepialstwo w stosunku do dzieci (obcych zeby nie bylo).
    • bene_gesserit Mały wyjec 26.06.15, 21:43
      Dziś, w kawiarni: wchodzi zadbana mama z uroczą czterolatką. Czterolatka wyje - nie płacze, nie protestuje przeciw czemuś, po prostu daje głos: usta w ryjek i włączona syrena, dźwięk intencjonalnie nastawiony na max głośności i max wysokości, jeśli chodzi o możliwości wokalne dziecka. Przerwy tylko na nabranie oddechu. Żadnej reakcji ze strony rodzicielki. Dziecku przeszło po paru minutach - potem już siedziała bezdźwięcznie i zajmowała się rysowaniem.

      Ogryzka czy papierka, który nie trafił do kosza rodzice mogą po prostu nie zauważyć. Ale w tej sytuacji matka po prostu musiała słyszeć, co się dzieje. Mimo to weszła z wyjcem do kawiarni i mimo to nie reagowała. Czy pouczanie matki miałoby więc sens?

      Jeśli dzieciak usiadłby w pobliżu, a wymowne spojrzenie (podobno w moim wykonaniu nader wymowne wink nie odniosłoby skutku, daję słowo, że kucnęłabym przy wyjcu i bardzo stanowczym głosem poprosiłabym o ciszę. Właśnie ją, nie matkę.
      • milamala Re: Mały wyjec 27.06.15, 00:51
        bene_gesserit napisała:
        "> Dziś, w kawiarni: wchodzi zadbana mama z uroczą czterolatką. Czterolatka wyje -
        > nie płacze, nie protestuje przeciw czemuś, po prostu daje głos: usta w ryjek i
        > włączona syrena, dźwięk intencjonalnie nastawiony na max głośności i max wysok
        > ości, jeśli chodzi o możliwości wokalne dziecka. Przerwy tylko na nabranie odde
        > chu. Żadnej reakcji ze strony rodzicielki. Dziecku przeszło po paru minutach -
        > potem już siedziała bezdźwięcznie i zajmowała się rysowaniem."

        Zapewne klasyczny przyklad histerii, w tym wieku normalny. Samo przechodzi i z cala pewnoscia nawet interwencja samego Boga nie pomoze. Matka dobrze zrobila, ze przeczekala.

        "> Jeśli dzieciak usiadłby w pobliżu, a wymowne spojrzenie (podobno w moim wykonan
        > iu nader wymowne wink nie odniosłoby skutku, daję słowo, że kucnęłabym przy wyjcu
        > i bardzo stanowczym głosem poprosiłabym o ciszę. Właśnie ją, nie matkę."
        Jakby tylko przynioslo efekt to czemu nie. Jesli jednak jest to to o czym pisalam - to poza przeczekaniem nie ma rady.
        Zadne wymowne pelne oburzenia spojrzenia nie pomoga.
        • bene_gesserit Re: Mały wyjec 27.06.15, 11:17
          milamala napisała:

          > Zapewne klasyczny przyklad histerii, w tym wieku normalny.

          Ależ no właśnie nie. Nie było łez i gniewu, dziecko po prostu tak zabijało nudę. W tym wieku to normalne. U dziecka. Nienormalny natomiast jest brak reakcji mamy.

          Samo przechodzi i z
          > cala pewnoscia nawet interwencja samego Boga nie pomoze. Matka dobrze zrobila,
          > ze przeczekala.

          Są różne metody wychowawcze, być może przeczekiwanie chwil, w których dziecko włada przestrzenią osobistą rodzica i innych dorosłych w okolicy o promieniu jakich dobrych 20 metrów jest jedną z nich - imo dość kontrowersyjną.
          Ale nawet jeśli to 'metoda wychowawcza' matka powinna poczekać z wyjcem na zewnątrz, izolując innych od skutków jej 'metod'. Na tym w tym przypadku polegałyby dobre maniery.

          > Jakby tylko przynioslo efekt to czemu nie. Jesli jednak jest to to o czym pisal
          > am - to poza przeczekaniem nie ma rady.
          > Zadne wymowne pelne oburzenia spojrzenia nie pomoga.

          Wymowne spojrzenie + złapanie kontaktu z rodzicem + uśmiech działają bez pudła w 90% przypadków. W Polsce w każdym razie.
          wink
          • milamala Re: Mały wyjec 27.06.15, 13:36
            bene_gesserit napisała:

            "> Ależ no właśnie nie. Nie było łez i gniewu, dziecko po prostu tak zabijało nudę
            > . W tym wieku to normalne. U dziecka. Nienormalny natomiast jest brak reakcji m
            > amy."
            Raz mi sie tylko zdarzylo, 20 lat temu byc obserwatorem podobnego zjawiska. Ojciec zareagowal po czym zostal uciszony przez matke, coby nie ingerowal w ekspresje mlodego. A mlody tak wyl, ze do dzis po 20 latach pamietam. Tak to bylo zdecydowanie chore ze strony matki, ta matka zreszta wygladala na taka nie z tej ziemi. Mozna byc rzec klasyczny przyklad slawnego wychowania bezstresowego.
            Wtedy zdajsie nikt nie zareagowal. Teraz pewnie powziawszy przekonanie, ze dziecko nie jest chore (a jedynie jego mamusia) zapytalabym grzecznie mamy czy dziecku nic nie jest, ze tak wyje. Jakby mama nie zareagowala, to poprosilabym normalnym tonem o uciszenie dziecka. Jesli dalej mama by nie reagowala to poprosilabym o interwencje kogos kto zarzadza miejscem zdarzenia.

            Przy czym dosyc istotne jest to czy dziecko faktycznie jest zdrowe, bo takie reakcje matki (tj. brak reakcji) moga wynikac z roznych przyczyn. Znajomi maja sliczna 7 latke jak ksiezniczka z Disneya, ktora ma zdiagnozowana jakas odmiane autyzmu i rozne rzeczy wyczynia publicznie. To sa rodzice dosc ostro wychowujcy swoje dzieci (nawet bym powiedziala, ze na moj gust za ostro) ale nad pewnymi rzeczami w oliczu niepelnosprawnosci (nawet tej niewidocznej) po prostu nie ma sie wplywu.

            "> Ale nawet jeśli to 'metoda wychowawcza' matka powinna poczekać z wyjcem na zewn
            > ątrz, izolując innych od skutków jej 'metod'. "
            Jesli to rzeczywiscie metoda polegajaca na "nieingerowaniu w ekspresje dziecka", no to niestety trzeba samemu w nia zaingerowac.

            Sa po prostu momenty gdzie interwencja jest sluszna, co nie zmienia faktu, ze czesto (zwlaszcza wsrod starszych ludzi w PL) interwencje nie sa sluszne a jedynie maja na cel zaspokoic jakas potrzebe rozladowania emocjonalnego zwracajacego uwage. I ja na takie wlasnie interwencje reaguje.
        • koronka2012 Re: Mały wyjec 27.06.15, 23:25
          >Zapewne klasyczny przyklad histerii, w tym wieku normalny. Samo przechodzi i z cala pewnoscia nawet >interwencja samego Boga nie pomoze. Matka dobrze zrobila, ze przeczekala.

          A nie sądzisz, że powinna przeczekać gdzieś na zewnątrz? narażanie gości w kawiarni na wysłuchiwanie wycia jej dziecka świadczy o wyjątkowej bezmyślności i kompletnym nieliczeniu się z innymi.
          • hybriska Re: Mały wyjec 28.06.15, 08:10
            W ten sposób dziecko uczy się, że płaczem nic nie ugra. I stopniowo ataki wycia jako próba wymuszenia da się ukrócić. Ktoś komu szczerze zależy na wychowaniu cudzych dzieci, przejdzie nad tym do porządku dziennego.
            • aqua48 Re: Mały wyjec 28.06.15, 09:39
              hybriska napisała:

              > W ten sposób dziecko uczy się, że płaczem nic nie ugra. I stopniowo ataki wycia
              > jako próba wymuszenia da się ukrócić. Ktoś komu szczerze zależy na wychowaniu
              > cudzych dzieci, przejdzie nad tym do porządku dziennego.

              Jeśli idę do kawiarni, sklepu, kościoła, to na pewno nie po to aby tam biernie uczestniczyć w bezstresowym wychowywaniu cudzych dzieci. Histerie u dzieci się zdarzają, to normalne, ale jeśli matka pragnie przeczekać histerię swego dziecka zamiast je uciszyć, to oczekuję, że uczyni to wyprowadzając je z miejsca w którym jego wrzaski zdecydowanie przeszkadzają innym. Uzmysłowienie tego faktu hałasującemu dziecku to też wychowanie.
              • nchyb Re: Mały wyjec 29.06.15, 18:57
                > Jeśli idę do kawiarni, sklepu, kościoła, to na pewno nie po to aby tam biernie
                > uczestniczyć w bezstresowym wychowywaniu cudzych dzieci.

                o to to właśnie smile

                > jeśli matka pragnie przeczekać histerię swego dzieck
                > a zamiast je uciszyć, to oczekuję, że uczyni to wyprowadzając je z miejsca w kt
                > órym jego wrzaski zdecydowanie przeszkadzają innym. Uzmysłowienie tego faktu ha
                > łasującemu dziecku to też wychowanie.

                amen big_grin
        • majaa Re: Mały wyjec 29.06.15, 17:03
          milamala napisała:

          > Zapewne klasyczny przyklad histerii, w tym wieku normalny. Samo przechodzi i z
          > cala pewnoscia nawet interwencja samego Boga nie pomoze. Matka dobrze zrobila,
          > ze przeczekala.
          >

          Ależ świetnie, niech czeka, ile tylko chce. Ale poza kawiarnią. Dlaczego nie liczy się z innymi, tylko zmusza wszystkich wkoło do wysłuchiwania wycia swojej pociechy? Atak histerii, nuda czy co tam jeszcze... to nie musi nikogo interesować. Jeśli matka nie jest w stanie lub zwyczajnie nie chce zapanować nad dzieckiem, to świadczy to o niej jak najgorzej. Nie powinna być w takim razie zdziwiona, jak rolę wychowawczą podejmie na ten moment ktoś obcy. Zwracanie uwagi cudzym dzieciom wcale nie należy do przyjemności, ale jeśli rodzic widzi i nie reaguje, to jest to po prostu konieczność.

          > Zadne wymowne pelne oburzenia spojrzenia nie pomoga.

          Może same spojrzenia nie, ale bezpośrednie zwrócenie się obcej osoby do dziecka bardzo często tak.
          • kora3 Re: Mały wyjec 30.06.15, 10:29
            Dokładnie tak Maju smile
            Brak reakcji na próby wymuszania czegoś krzykiem przez dziecko jest faktycznie dobrą metodą, ale na skutki akustyczne tejze nie powinni być narażani inni.
            • milamala Re: Mały wyjec 30.06.15, 10:38
              kora3 napisała:

              > Dokładnie tak Maju smile
              > Brak reakcji na próby wymuszania czegoś krzykiem przez dziecko jest faktycznie
              > dobrą metodą, ale na skutki akustyczne tejze nie powinni być narażani inni.

              A tak miedzy bogiem a prawda to jak czesto zdarzaja sie takie male wyjce?
              Mnie to sie w calym moim 40letnim zyciu tylko raz zdarzylo 20 lat temu.
              Chyba nie jestem jakims wyjatkiem.
              Mozna przetrwac nie robiac z tego afery.
              Choc gdybym dzis spotkala ta sama mamuske i tego wyjca (nawet pamietam jak mial na imie) to dzis bym jednak afere zrobila. Matka na prawde byla "pelen odjazd".
                • milamala Re: Mały wyjec 30.06.15, 10:56
                  gazeta_mi_placi napisała:

                  > W moim skromniejszym życiu co najmniej cztery razy.

                  4 to tez jakas nieporazajaca cyfra. Przy zdrowym podejsciu do sprawy i odrobinie zyczliwosci mozna przetrwac.

                  • gazeta_mi_placi Re: Mały wyjec 30.06.15, 11:09
                    Co najmniej, bo nie liczyłam. Odrobina życzliwości - świetna sprawa, pod warunkiem, że działa w dwie strony, a niestety zwykle ma działaś w jedną stronę tj. matki z dzieckiem, w drugą stronę nigdy.
                  • kora3 Re: Mały wyjec 30.06.15, 11:29
                    Maju, jak wspomniałam - w zasadzie WSZYTSTKO można przetrwać. Życzliwosc - świetna sprawa, tylko jak napisała Gazeta - powinna dzialac w 2 strony. Jeśli się widzi, ze dziecko głosno matudzi, a rodzic robi wszystko, by je uspokoić, ale mu nie idzie, to owszem budzi się w człowieku zrozumienie i współczucie, ale jeśli się widzi, że nic nie robi i uważa, ze cała reszta ma to znosic, bo tak, to raczej budzi się niechęć, prawda?
                  • majaa Re: Mały wyjec 30.06.15, 14:07
                    Przetrwać można wszystko, tylko moim zdaniem nie o to chodzi, żeby testować kto, co i ile jest w stanie wytrzymać. A przynajmniej nie w kwestii s-v. Jeśli rodzic zgadza się, żeby dziecko stosowało na nim dowolne metody wymuszania, to generalnie sprawa rodzica. Problem pojawia się wtedy, kiedy rodzic przestaje liczyć się z otoczeniem i traktuje swoje dziecko, jak pępek świata, który ma bezdyskusyjne prawo terroryzowania wszystkich dookoła.
              • kora3 Re: Mały wyjec 30.06.15, 11:25
                Maju - myslę, że liczba spotykanych takich sytuacji w zyciu jest wprost proporcjonalna do bywania w określonych miejscach. Obrazowo: kto korzysta głownie z komunikacji publicznej częściej spotyka się z sytuacjami w niej (np. z niegrzecznymi pasażerami), a kto jeździ swoim autem częściej spotyka niegrzecznych kierowcowsmile
                Z doświadczenia osoby bywającej w takich miejscach jak kawiarnie i restauracje w porach godzin pracy powiem ci, że z sytuacjami naruszania spokoju gości przez dzieci spotkałam się przynajmniej kilkanaście razy i bywały to sytuacje różne. Od takich, w których rodzic/opiekun usiłowal dziecko uciszyć i dawał radę, poprzez takie gdy nie dawał rady, po takie gdzie wcale nie reagował.
                Czy można przeczekać? Pewnie można - jak wszystko - żebrzącego przy kawiarnianych stolikach smierdzącego człowieka tez można przeczekać, kiedyś sobie pójdziesmile nachalną Romke chcąca powróżyć - tudzież. Przeklinających karków - także. W ten sposób dojdziemy do absurdu, ze w zasadzie nie ma się co "czepiac" - kiedyś WSZYSTKO przejdzie.
                • gazeta_mi_placi Re: Mały wyjec 30.06.15, 11:36
                  >Z doświadczenia osoby bywającej w takich miejscach jak kawiarnie i restauracje w porach godzin pracy powiem ci, że z sytuacjami naruszania spokoju gości przez dzieci spotkałam się przynajmniej kilkanaście razy i bywały to sytuacje różne. Od takich, w których rodzic/opiekun usiłowal dziecko uciszyć i dawał radę, poprzez takie gdy nie dawał rady, po takie gdzie wcale nie reagował.

                  Dokładnie.
                  Jeden jedyny raz widziałam gdy ojciec wyszedł z małym płaczącym uporczywie dzieckiem na zewnątrz. Było to zagranicą. W Polsce - nigdy. Płacz dziecięcy nie jest niczym miłym dla ucha. Zastanawia mnie jedno (dotyczy to kawiarni, restauracji, nie miejsc typu przychodnia) - co taka matka (ojciec) ma z takiego wyjścia? Sama spokojnie nie zje, nie porozmawia. Innym też nie da.
                • milamala Re: Mały wyjec 30.06.15, 19:05
                  kora3 napisała:

                  "> Czy można przeczekać? Pewnie można - jak wszystko - żebrzącego przy kawiarniany
                  > ch stolikach smierdzącego człowieka tez można przeczekać, kiedyś sobie pójdzie:
                  > ) nachalną Romke chcąca powróżyć - tudzież. Przeklinających karków - także. '

                  Tak mnie nagle olsnilo, ciagle nieustannie winne sa matki z dziecmi, ciagle sie, a chocby nawet na tym naszym forum na nie pomstuje. Natomiast nigdzie nie wyczytalam, ze ktos obrazil sie, zwrocil uwage, poczul sie niekomfortowo, obrzucyl sie, domagal swoich praw w zwaizku z "wystepem"smierdzacego czlowieka, nachalnej Romki czy przeklinajacych karkow. Pojawil sie kiedys chcoby jeden watek o w/w.
                  Jakos ludziom latwiej jest znosic nachalnych,przeklinajacych smierdzielow niz matke z dzieckiem. Ciekawe skad bierze sie taka postawa, powiem wprost dosc agresywna (w Polsce, bo nie obserwuje zupelnie tego zjawiska w Holandii) w stosunku do tej grupy spolecznej.
                  Wczoraj portale doniosly, ze pan kierowca wezwal policje do matki przewijajacej dziecko w autobusie, ktora tlumaczyla, ze jechala daleko. Taka sytuacja sie chyba nikomu nie zdarzyla, tak trudno bylo mu machnac reka, co najwyzej pouczyc. Musial wezwac ... policje.
                  Slowo daje skad taka agresja do matek w Polsce to nie mam pojecia.
                  Ale to tak na marginesie tematu.
                  • bene_gesserit Re: Mały wyjec 30.06.15, 21:02
                    Ależ pojawił się.
                    A co do matek - polecam wątek o dziecku śpiewającym w autobusie, zdania były podzielone - część dyskutantek uważała, że owszem, dziecku należy się prawo do publicznych występów i opiekunowie nie powinni zabraniać, jak chce śpiewać.
                  • kora3 Milamalu 30.06.15, 23:11
                    Doprawdy nie wiem skad Ty bierzesz to przekonanie o agresji do matek - serio.
                    Natomiast co do tego co napisałaś o śmierdzących ludziach, czy nachalnie żebrzących, czy też przeklinających - skąd pomysł, że nikt na nich nie reaguje? Właśnie na nich w większości przypadków reaguje b. szybko obsługa lokalu Milamalu. Jeśli NIE REAGUJE to na ogół tylko dlatego, ze w tym momencie nie ma nikogo z niej na ogródku. Wówczas należy zwrócić uwagę obsługi na problem i też natychmiast reaguje.
                    Natomiast wlasnie na wrzeszczące dziecko - nie i na głosno się zachowujące, ale nie przeklinające starsze panie - także nie.
                    Jeśli przy kawiarnianym stoliku nieco głośniej zachowa się młodzież wybuchając np. smiechem, to jak raz za drugim góra trzecim razem podejdzie kelnerka i zwroci uwagę na zachowanie, które przeszkadza innym gościom także wówczas, gdy nikt nie zgłaszał, że mu przeszkadza. Starsze panie i rodzice z dziećmi mają inne prawa smile
                    • milamala Re: Milamalu 01.07.15, 00:41
                      kora3 napisała:

                      > Doprawdy nie wiem skad Ty bierzesz to przekonanie o agresji do matek - serio.

                      Pewnie ta policja wezwana do matki zmieniajacej pieluche mnie zwiodla.
                      • asia.sthm Re: Milamalu 01.07.15, 10:02
                        I to ze kierowca kazal jej za kare wysiadac juz po fakcie - to taka niezakamuflowana forma ponizenia jej, tak odruchowo dokopac z premedytacja.
                        No, bardzo przyjazny kraj. Ale pani policjantka ladnie uratowala wizerunek miasta.
                        • gazeta_mi_placi Re: Milamalu 01.07.15, 10:19
                          W regulaminie MPK (w Krakowie, ale z reguły regulamin poszczególnych miast nie różni się od siebie drastycznie) jest punkt mówiący wyraźnie o tym, że osoba śmierdząca może zostać wyproszona z autobusu. Dotyczy to też matek, bo w sumie czemu nie? To jakiś gatunek nadczłowieka, że regulamin dotyczyć ma wszystkich, a jej nie? Inne osoby nie przestrzegające regulaminu też są wypraszane, sama byłam świadkiem. Z tyłu siedziały dwie osoby z psem na smyczy, spokojne. Autobus pustawy, w części "tylnej" praktycznie nikogo. Ale pies był bez kagańca, kierowca nakazał opuścić im autobus na najbliższym przystanku "chyba, że wolicie bym wezwał policję", podkreślam, że pasażerowie (i pies) w ogóle nie uciążliwi, cisi. Wysiedli, gdyby nie wysiedli pewnie wezwana by była policja. Być może tu było podobnie, ze względu na smród (to też jest w regulaminie) kierowca zaproponował jej wyjście na najbliższym przystanku "albo policja", Pani myślała, że z powodu bycia matką jest kimś lepszym i bezkarnym, cóż, przeliczyła się.
                      • matylda1001 Re: Milamalu 04.07.15, 11:25
                        milamala napisała

                        > Pewnie ta policja wezwana do matki zmieniajacej pieluche mnie zwiodla. <

                        Chyba tak. Nie pomyślałaś, że wygląd pieluchy i jej specyficzny zapach mógł być nieprzyjemny dla pozostałych pasażerów, którzy także za bilet zapłacili. To tylko matce zafajdana pieluszka własnej pociechy pachnie fiołkami.
                        • milamala Re: Milamalu 04.07.15, 12:44
                          matylda1001 napisała:

                          > Chyba tak. Nie pomyślałaś, że wygląd pieluchy i jej specyficzny zapach mógł być
                          > nieprzyjemny dla pozostałych pasażerów, którzy także za bilet zapłacili. To ty
                          > lko matce zafajdana pieluszka własnej pociechy pachnie fiołkami.

                          Zafajdana pieluszka na pupie dziecka pachnie rownie nieprzyjemnie jak poza pupa. Zas pieluszka poza pupa schowana w foliowa torebke nie wydaje juz zapachow.
                          Wybacz, ale nie bede dalej wdawac sie w dyskusje pt. dobrze, ze pan kierowca wezwal policje do matki, ktora przewinela dziecko w autobusie.
                          Dla mnie to smutny ale dosc trafny przyklad jak sie traktuje matke w Polsce.
                          • gazeta_mi_placi Re: Milamalu 04.07.15, 20:04
                            Jak wspomniałam wyżej kiedyś kierowca autobusu (autobus pustawy, pies spokojny, na smyczy) zagroził, że wezwie policję jeśli właściciele psa (dwie osoby z nim jechały, również spokojne i nieuciążliwe z zachowania) nie wysiądą na następnym przystanku - pies nie miał kagańca. Rozumiem, że na tym przykładzie mam uważać że źle traktuje się właścicieli psów w Polsce? Pani nie przestrzegała regulaminu MPK, nie ważne czy była matką czy kochanką, czynności które wykonywała były śmierdzące, a śmierdzących pasażerów, powodujących smrodem dyskomfort u reszty pasażerów kierowca ma prawo wyprosić (tak jak zrobił to w przypadku osób z psem bez kagańca) co też uczynił, Pani najwyraźniej (w odróżnieniu od właścicieli psa, którzy posłusznie wysiedli) nie chciała wysiąść więc została wezwana policja. Nikt nie powinien stać ponad prawem, kobieta która się rozmnożyła również nie, pozdrawiam.
                            • gazeta_mi_placi Re: Milamalu 04.07.15, 20:07
                              P.s. Na zaprzyjaźnionym forum pewna polska emigrantka mieszkająca od lat w Stanach opisywała jak raz jechała tamtejszym dalekobieżnym autobusem, w tym samym autobusie była matka z płaczącym niemowlęciem (żaden z pasażerów chyba się nie skarżył), kierowca zwrócił jej uwagę by uspokoiła dziecko, a gdy to jej się nie udało i dziecko dalej płakało kierowca zajechał na najbliższą stację i tam je wysadził. Tak się traktuje matki w Stanach (plus żadnych ochron w pracy z tytuły bycia w ciąży i posiadania dziecka, matka w Stanach ma po 6 tygodniach wrócić do pracy lub się żegnamy, nie ma rocznych czy kilkumiesięcznych płatnych macierzyńskich.
                            • milamala Re: Milamalu 04.07.15, 20:30
                              gazeta_mi_placi napisała:

                              "Pani najwyraźniej (w odróżnieniu od właścicieli
                              > psa, którzy posłusznie wysiedli) nie chciała wysiąść więc została wezwana polic
                              > ja. Nikt nie powinien stać ponad prawem, kobieta która się rozmnożyła również n
                              > ie"

                              Policja zostala wezwana niezgodnie z prawem. O braku zasadniosci jej wezwania powiedziala wyraznie przestawicielka policji, pracodawca pana kierowcy rowniez wyraznie powiedzial ,ze pan kierowca sie zagalopowal. Zreszta kazdy kto ma odrobine oleju w glowie to wie.

                                    • bene_gesserit Re: Milamalu 08.07.15, 19:57
                                      Znowu: 'argument' wygrzebany spod kamienia.

                                      Matki są słabe, więc w cięzkich czasach im właśnie się dostaje. W Polsce - w dwójnasób, bo u nas pokutuje wciąż przesąd, ze matka to powinno być skrzyżowanie Matki Boskiej, wielofunkcyjnego samonaprawiającego się robota mobilnego i szarej myszki, a jak jej czego do ideału brakuje, to sobie można po niej pojeździć, bezkarnie w końcu. A to ani mądre, ani sprawiedliwe. Nie mówiac już o normach dobrego wychowania.

                                      Słabszym się pomaga. Po tym poznać jakość człowieka.
                          • matylda1001 Re: Milamalu 05.07.15, 02:30
                            milamala napisała

                            >Zafajdana pieluszka na pupie dziecka pachnie rownie nieprzyjemnie jak poza pupa<

                            E, tam... W końcu skądś się wzięło powiedzenie 'nie ruszaj goowna bo śmierdzi' wink

                            >Wybacz, ale nie bede dalej wdawac sie w dyskusje pt. dobrze, ze pan kierowca wezwal policje do matki, ktora przewinela dziecko w autobusie.<

                            Nie musisz się wdawać, bo ja wcale tak nie twierdzę. Nie znam sprawy, polegam tylko na Twoich słowach, ale wydaje mi się, że było tam jakieś drugie dno. Może matka zachowała się niestosownie w stosunku do współpasażerów i kierowcy (poza tą pieluchą), może wszczęła awanturę? Za samo przewijanie dziecka w autobusie chyba by nie wezwał.

                            >Dla mnie to smutny ale dosc trafny przyklad jak sie traktuje matke w Polsce<

                            Matkom w Polsce nie dzieje się żadna krzywda, wręcz przeciwnie, ale im więcej przywilejów, tym więcej roszczeń i niezadowolenia. Cóż, skoro niektórym mamusiom wydaje się, że wszyscy powinni paść przed nimi na kolana za to, że urodziły 'ósmy cud świata'. Przykład z przewijaniem dziecka w autobusie bardzo dokładnie pokazuje, że te panie nie liczą się z nikim ani z niczym.
                            • gazeta_mi_placi Re: Milamalu 05.07.15, 08:46
                              >Matkom w Polsce nie dzieje się żadna krzywda, wręcz przeciwnie, ale im więcej przywilejów, tym więcej roszczeń i niezadowolenia.

                              Nie tylko się nie dzieje, ale mają także przywileje jakich nie mają matki w innych dużo zamożniejszych krajach - płatny roczny macierzyński, najdłuższy w Europie okres ochronny w pracy przed zwolnieniem, prawo do 7 godzinnego czasu pracy jeśli karmią piersią (nawet roczne dziecko lub dwuletnie) za tę samą pensję, pełnopłatne ciążowe L-4 (w innych krajach góra 80%) i jeszcze im źle. Plus co drugi lokal (mam wrażenie, że więcej) "rodzinny", hotele wszędzie są "rodzinne", przewijaki (jak nie ma Pani idzie na skargę do mediów) i jeszcze im źle. Rodzą najczęściej jedynaka i narzekają. Nasze matki bez połowy obecnych przywilejów i wygodnego życia rodziły więcej dzieci i nie kazały się traktować jak coś lepszego, bo faktycznie matką może zostać każda kobieta ze zdrowymi funkcjami rozrodczymi, chamka, menelka, złodziejka itp. też, macierzyństwo nie sprawia, że kobiety stają się lepszymi obywatelkami.
                              • bene_gesserit Re: Milamalu 05.07.15, 11:50
                                gazeta_mi_placi napisała:

                                Nasze matki bez połowy obecnych przywilejów i
                                > wygodnego życia rodziły więcej dzieci i nie kazały się traktować jak coś lepsz
                                > ego, bo faktycznie matką może zostać każda kobieta ze zdrowymi funkcjami rozrod
                                > czymi, chamka, menelka, złodziejka itp. też, macierzyństwo nie sprawia, że kobi
                                > ety stają się lepszymi obywatelkami.

                                Yhyyy. Słyszałam o tym, ze w PRLu były trzyletnie urlopy macierzyńskie, poza tym jest jedna, ale za to zasadnicza róznica - dzieci czy możliwość zaciążenia nie były przeszkodą na rynku pracy.
                                • matylda1001 Re: Milamalu 05.07.15, 12:44
                                  bene_gesserit napisała:

                                  >> Yhyyy. Słyszałam o tym, ze w PRLu były trzyletnie urlopy macierzyńskie<

                                  Nic podobnego. Płatny urlop macierzyński trwał trzy miesiące przy pierwszym dziecku, przy następnych cztery. Chyba dopiero w latach siedemdziesiątych wprowadzili bezpłatne, trzyletnie urlopy wychowawcze, które na początku lat osiemdziesiątych przekształcili w trzyletnie, płatne urlopy wychowawcze. Płatne raczej teoretycznie, bo płacili tylko wtedy, gdy dochód na osobę w rodzinie nie przekraczał jakiejś tam kwoty, a to było tak ustalone, że na ogół wszystkim przekraczało poza samotnymi matkami, które wcale nie miały dochodu, najwyżej alimenty. Zasiłek nie był wysoki, nie zależał od wysokości poborów (jak zasiłek macierzyński), ale był kwotą stałą.
                                  • bene_gesserit Re: Milamalu 05.07.15, 14:56
                                    Wybacz, jestem za młoda, żeby o tym wiedzieć.

                                    To zresztą i tak nie zmienia faktu, ze jeden z głównych lęków współczesnych Polaków - lęk przed utratą pracy - ma gigantyczny wpływ na decyzję o macierzyństwie. Opowiadanie więc o obecnych przywilejach matek to głodne kawałki.
                                    • matylda1001 Re: Milamalu 05.07.15, 15:36
                                      bene_gesserit napisała:

                                      > Wybacz, jestem za młoda, żeby o tym wiedzieć.<

                                      Ja też nie z własnego doświadczenia. Zresztą dzieci urodziłam będąc studentką, więc nie należał mi się urlop wychowawczy.

                                      > To zresztą i tak nie zmienia faktu, ze jeden z głównych lęków współczesnych Polaków - lęk przed utratą pracy - ma gigantyczny wpływ na decyzję o macierzyństwie. Opowiadanie więc o obecnych przywilejach matek to głodne kawałki.<

                                      To prawda, jednak w dzisiejszych czasach nikt nie ma pewności co do jutra, a przywileje są faktem i matki z nich korzystają.
                                      • bene_gesserit Re: Milamalu 05.07.15, 16:17
                                        A mają nie korzystać? o_O
                                        Fakt pozostaje faktem - młode kobiety, a także kobiety z małymi dziećmi mają o wiele większe problemy ze znalezieniem pracy niż inni, więc argument 'nikt nie ma pewności' jest raczej jak kulą w płot; nikt nie ma pewności, a niektórzy mają jej jeszcze mniej.
                                        Przewijaki w paru miejscach tego nie zmienią.
                                        • matylda1001 Re: Milamalu 05.07.15, 17:34
                                          bene_gesserit napisała:

                                          > A mają nie korzystać? o_O<

                                          Przeciwnie, maja korzystać skoro stworzono takie możliwości. Moje córki też korzystają. Chodzi o to, że nie ma co lekceważyć tego, co dobre. O ile przewijak nie jest przywilejem ale udogodnieniem, oczywistym w XXI wieku, w cywilizowanym kraju, to np. roczny, płatny urlop macierzyński jest dużym osiągnięciem, pomocą dla rodzin i potrzeba sporo złej woli, żeby tego faktu nie zauważyć.

                                          > Fakt pozostaje faktem - młode kobiety, a także kobiety z małymi dziećmi mają o wiele większe problemy ze znalezieniem pracy niż inni, więc argument 'nikt nie ma pewności' jest raczej jak kulą w płot; nikt nie ma pewności, a niektórzy mają jej jeszcze mniej.<

                                          Pracy ogólnie jest mało, to jest prawdziwa przyczyna, a nie to, że kobieta ma dziecko.
                                          • milamala Re: Milamalu 05.07.15, 17:55
                                            matylda1001 napisała:

                                            > Pracy ogólnie jest mało, to jest prawdziwa przyczyna, a nie to, że kobieta ma d
                                            > ziecko.

                                            Pamietam moja pierwsza rozmowe kwalifikacyjna. Wtedy jeszcze nie wstydzono sie zadawac niektorych dla pracodawcy istotnych pytan i zadano. Zapytala mnie pani, czy mam dzieci i czy planuje je w najblizszym czasie. Ciekawe czemu. Myslisz, ze jako posiadaczka dzieci lub je planujaca stalabym sie dla niej bardziej atrakcyjnym pracownikiem?
                                            Albo moze tak jej sie spodobalam, ze zechciala poznac mnie od strony prywatnej?

                                            • gazeta_mi_placi Re: Milamalu 06.07.15, 18:45
                                              Matki z dziećmi mają w Polsce przywileje w pracy, ale jest jeden problem, głównie są to przywileje kosztem pracodawcy, więc nie dziwię się, że pytają skoro potrzebują np. pracownika na cały etat, kobieta zajdzie w ciążę i w świetle prawa nawet w ciągu dwóch lat za tę samą pensję będzie przychodziła codziennie na 7 godzin z okazji posiadania mlecznych cysi (czasem faktycznie, często tylko w teorii bo kto sprawdzi czy faktycznie karmi).
                                              • bene_gesserit Re: Milamalu 08.07.15, 20:13
                                                Yhyyy.
                                                A niektórzy naukowcy mają 36 dni urlopu płatnego roczni. To samo dotyczy niektórych pracowników służby cywilnej.
                                                Nietkórzy mundurowi mogą sobie przejść w wieku 30-paru na emeryturę, w wysokości np 4 tysięcy.
                                                Niektórzy duchowni w randze generałów dostają 250 tysi jako odprawę, tylko po to, żeby potem skromnie żyć za 10 tysięcy emerytury.
                                                Są księża, którzy płacą, całkowicie legalnie, jakieś 250zł podatku rocznie.

                                                Itd itd itd.
                                                • kora3 Bene ... 12.07.15, 11:58
                                                  Tak mundurowi przechdzą na emeryturę w wieku lat 30 + z uposażeniem 4 tysiesmile, jak za PRL-u był trzyletni urlop macierzyński w dodatku płatny smile
                                                  Jak już wiesz był i owszem WYCHOWAWCZY i BEZPŁATNY i niespodzianka - chyba nadal taki jest smile
                                                  Ustawa mówi, że mundurowy podległy MSW np. (w MON jest inaczej) może przejść na emeryturę po 15 latach służby. Czyli owszem - jeśli służbę te zaczał w wieku lat 20 np. to mając 35 lat może przejść na emeryturę, ALE warto wiedzieć, że wówczas przysługuje mu uposażenie w wysokości 40 proc. wysokości świadczenia emerytalnego, które miałby wyliczone z tych zarobków z jakich mu je wyliczono po odsłużeniu lat potrzebnych do pełnej emerytury.
                                                  W praktyce na tego rodzaju emerytury idą osoby, które mają pomył na inne zarabianie kasy Bene. Jak łatwo sobie policzyć Bene osoba, która maiłaby takie uposażenie emerytalne w wysokości 40 proc. musiałaby zarabiać 10 tys. złotych "gołego" uposażenia netto - jako osoba zorientowana powiadam Tobie, że jest to raczej unikatowesmile w tych służbach, a gdy się zdarza dotyczy osób, które mają więcej niż 15 lat służby oraz nie wybierają się na emeryturęsmile

                                                  Żeby jasnośc była - można i trzeba mówić o przywilejach różnych, ale należy mieć chociaż z grubsza orientację w temacie
                                                  • bene_gesserit Re: Bene ... 12.07.15, 18:57
                                                    Bardzo mnie cieszy twoja znajmość tematu, ale po pierwsze - nie wyssałam sobie tego z palca, tylko oparłam na ogólnie dostępnych danych o faktach, które - acz, jak twierdzisz - unikatowe, jednak się zdarzają, a po drugie - kompletnie nie o to chodziło.
                                                  • kora3 Re: Bene ... 13.07.15, 11:46
                                                    Bene , z czystej mej ciekawości zapytam: możesz podać okoliczności tych ogólnie dostępnych danych o faktach?
                                                    Bo jak się to przelicza - napisałam. Nie ma opcji, by osoba 30 kilkuletnia po 15 latach służby piastowała funkcję, na której uposażenie jest takie, by po wyliczeniu 40 proc. emerytury wyszło 4 tysiące Bene.
                                                    To teoretycznie jest możliwe, gdyby komuś policzono lata pracy z cywila (jest taka rzadka możliwość), albo z innego resortu (np. MON), ale wówczas taka osoba nie miałaby 30 kilku lat ...

                                                    Piszesz, ze nie o to chodzi smile - no mnie tylko o to, by nie powtarzać mitów - w temacie dowolnym.

                                                    co natomiast do tematu rodzicow, mate, przywilejów...
                                                    właśnie gadam na temat z moją kolezanką, dawniejszą współpracownicą...Pracując w tym samym zawodzie co ja urodziła 2 dzieci (roznica 3 lata) i zrobiła podyplomówkę ...
                                                    Dla niej sprawa jest prosta smile :"Kto ma pszczoły, ten ma miód - kto ma dzieci, ten ma smrod" - nie, nie jest wyrodną matka, bynajmniej. Szaleńczo kocha swe dzieci, ale uważa, że nie ma co z macierzyństwa robić heroizmu. Człowiek chce mieć dzieci, to powinien liczyć się z konsekwencjami smile Nie tylko tymi fajnymi, ale także tymi niefajnymi- proste.
                                                    Jej jako matki i to matki pracującej i niemogącej liczyć specjalnie na pomoc przy dzieciach np. swych rodziców czy teściów, ale matki dzieci na szczęście zdrowych, bez jakichś problemów szczególnych, osoba, która uważa macierzyństwo za jakiś heroizm chyba ...nie chciała mieć dziecka/dzieci. Albo chciała, ale tzw. bezrefleksyjnie - czyli chce dzidziusia, a cły swiat ma mnie podziwiać smile
                                                  • gazeta_mi_placi Re: Bene ... 13.07.15, 11:54
                                                    Koru, Bene działa w organizacjach feministycznych, tam mogą mieć "swoje" dane pasujące pod daną tezę. Nie zdziwiłabym się gdyby ta jej DG o której wspomina byłaby portalem feministycznym lub czymś takim, gdyż ma niepokojąco sprany mózg. Tak sprany mózg może mieć tylko osoba będą od lat w strukturach tego rodzaju organizacji (dotyczy każdej fanatycznej, nie tylko feministycznej), szkoda bo jeszcze kilka lat temu dało się z nią czasem porozmawiać.
                                                  • kora3 Re: Bene ... 13.07.15, 13:23
                                                    Gazeto ...nie lubie, gdy się o kimkolwiek pisze, jak Ty o Bene. Odniosłam się do konkretnej sprawy - akurat w formacjach mundurowych służa także kobiety, więc emerytura po 15 latach służby przysługuje także im, jako funkcjonariuszkom.
                                                  • bene_gesserit Re: Bene ... 13.07.15, 19:28
                                                    Brak argumentów, wiec jedziesz personalnie po interlokutorce. To się zawsze kończy tak samo: chcesz obsmarować de komuś innemu, a tak naprawdę opowiadasz o sobie samej. Brzydka to historyjka.
                                                  • bene_gesserit Re: Bene ... 13.07.15, 19:26
                                                    kora3 napisała:

                                                    > Bene , z czystej mej ciekawości zapytam: możesz podać okoliczności tych ogólnie
                                                    > dostępnych danych o faktach?

                                                    Dobrych kilka lat temu prasa szeroko rozpisywała się o Tomaszu Kaczmarku, 34-latku, który dostawał 4 tysiące złotych emerytury.

                                                    [koleżanka-superwoman]

                                                    Obawiam się, ze to wyjątek.
                                                    Generalnie, moje dzieciate koleżanki dzielą się na te, które stać na nianię (plus ew inną służbę, która im ogrania dom), i te, które sie szarpią. To często jest okupione naprawdę dużym kosztem nerwów, czasu i wysiłku. Oczywiście - 'jakoś to jset', ale są pracodawcy, którzy patrzą na to wyjątkowo krzywym okiem.

                                                    Nie mówiąc już o tym, że tego typu uwagi:
                                                    > Albo chciała, ale tzw. b
                                                    > ezrefleksyjnie - czyli chce dzidziusia, a cły swiat ma mnie podziwiać smile

                                                    plus wściekle zajadły ton gazety i jej podobnych nie ułatwiają życia matkom. Nie ma przewijaków, kącików do karmienia, pracy, miejsc w przeszkolach, celebryta-filozof nazywa je publicznie pogardą 'wózkowymi' itd itd itd.A potem politycy i księża łkają, że nam przyrost spada, więc padnie nam ekonomia i co tylko.
                                                  • gazeta_mi_placi Re: Bene ... 14.07.15, 08:26
                                                    Kobiety nie decydują się na dzieci bo całkowicie obce im osoby uważają, że mają wystarczająco dużo przywilejów? Ciekawa sprawa. A myślałam, że dzietność (w krajach cywilizowanych, nie tylko w Polsce) zaczęła powoli siadać, gdy kobiety się wyemancypowały, doszła ogólnie dostępna, pewna, w miarę tania antykoncepcja. Zwróć uwagę, że dzietność kobiet z krajów cywilizowanych nie jest wcale drastycznie wyższa od polskiej, a w sąsiednich Niemczech nawet niższa. Najwyższa zaś jest w krajach bardzo przyjaznych każdemu człowiekowi jak Nigeria, Sudan czy Czad. Powiedz kto Ci tak wyprał mózg? Chodzisz na jakieś spotkania feministek? Pracujesz w organizacji feministycznej? Kobiety się nie rozmnażają bo (rzekomo) nie ma przewijaków? To za PRL-u powinna w ogóle dzietność paść. Każda restauracja ma albo menu dla dziecka, kącik lub specjalne krzesełka do karmienia. Nieliczne nie mają żadnych udogodnień (pomijam tanie bary). Nigdy kobiety mające małe dzieci nie miały tak dobrze jak teraz. Politycy biorą się od złej strony, zamiast zachęcać i rozpuszczać kolejnymi przywilejami (na które może "złapie" się co najwyżej jakaś patologia) powinni zostawić to w rękach kobiet. Jak kobieta chce zostać matką żadna siła (nawet wojna i prawdziwa bieda) jej nie powstrzyma. Wymyślacie, że kobiety współczesne nie chcą mieć dzieci bo niby problemy z pracą, niemili politycy i księża, niemiłe niektóre głosy odnośnie matek (jakby matki wyłącznie teraz były krytykowane, nigdy wcześniej), brak przewijaków. Prawda najczęściej bywa o wiele bardziej prosta - zwykła wygoda i obecnie wiele innych ciekawszych ofert życia dla kobiet niż tylko bycie matką oraz wygodna, pewna antykoncepcja. Dziwnym trafem najbogatsi najczęściej poprzestają na jedynaku i to często urodzonym dość późno, po 30-tce. Oni też tak słabo się rozmnażają bo nie ma przewijaka w dwóch na pięciu restauracjach?
                                                  • kora3 Re: Bene ... 14.07.15, 11:17
                                                    bene_gesserit napisała:
                                                    >
                                                    > Dobrych kilka lat temu prasa sz
                                                    > eroko rozpisywała się o Tomaszu Kaczmarku
                                                    , 34-latku, który dostawał 4 tys
                                                    > iące złotych emerytury.


                                                    Bene -no wolne żarty - smile - a ja czytałam o jakiejś 60 -latce (czy starszej babce), która urodzła dziecko z in vitrosmile - posługujesz się bardzo jednostkowym przypadkiem i ukazujesz go jako standard.
                                                    >
                                                    > [koleżanka-superwoman]

                                                    Alez nie - fajna, miła, zaradna - tyle.

                                                    >
                                                    > Obawiam się, ze to wyjątek.


                                                    Nie Bene - chyba już kiedyś o tym pisałyśmy

                                                    > Generalnie, moje dzieciate koleżanki dzielą się na te, które stać na nianię (pl
                                                    > us ew inną służbę, która im ogrania dom), i te, które sie szarpią. To często je
                                                    > st okupione naprawdę dużym kosztem nerwów, czasu i wysiłku. Oczywiście - 'jakoś
                                                    > to jset', ale są pracodawcy, którzy patrzą na to wyjątkowo krzywym okiem.


                                                    Bene - zacznijmy od tego, że ...nie przesadzajmysmile
                                                    Wiadomo, że sa sytuacje różne. Dziwnym zbiegiem okoliczność smile - znakomita większość pań, których praca jest rozwojowa, a uposażenie zależy od jej wyników wraca do pracy po macierzyńskim - choć przecież może przejść na wychowawczy (panowie tez mogą korzystać). Wspomniana moja kolezanka także wracala w obu przypadkach po macierzyńskim. Kazde z jej dzieci było złobkowiczem. Dodam, ze tu nie ma złobka prowadzonego przez miasto, ale są dwa inne, w opłatach na pewno od miejskiego droższe, ale o wyższym standardzie i bardziej elastycznych godzinach funkcjonowania.
                                                    Jasne, kolezanka wykonywała taki zawod, w którym pracuje się także popołudniami, w weekendy, ale to sobie mogła "dogadać" z innymi współpracownikami - po prostu tak, by nie musiała pracować w ww. Dośc łatwo się to dało zrobić z bardzo prostej przyczyny Bene - bo ludzie ci nie musieli pracy tej wykonywać za nią , bez wynagrodzenia dodatkowego, jak to często bywa w przypadku np. prac biurowych, gdy jedna osoba zastępuje drugą za friko w ramach swoich obowiązków.
                                                    No i moja kolezanka nie jest samotna matką i na takową także nigdy nie pozowala - wspólnie z mezem podjęli decyzje o kolejnych dzieciach i oczywiste było, że OBOJE będą zobowiązani do opieki nad nimi. Mąż owej koleżanki wszystkie poza karmieniem piersią czynności "wokół" dzieci wykonywal i wykonuje. Od początku w sumie kąpał, przewijał, przebierał, "usypiał", wstal w nocy - a nie "pomagał" Bene.
                                                    Ci znajomi wcale nie sa krezusami - mają mieszkanie w kredycie frankowym i niewielkie. Mieszkaja w nim w 4, nikt im nie sprząta i mają porządek. Bo tam Bene KAZDY ma dbac o porządek wokół siebie, na miare swych możliwości. A nie kobieta zadylac z "mietłą"smile
                                                    Jeśli kobieta sama na siebie bierze ciężar ogarniecia domu i dzieci to fakt, będzie mieć na pewno problem z poradzeniem sobie.
                                                    Oczywiście - sytuacje sa różne jak wspomniałam, czasem nie ma technicznej możliwości, by ojciec dzieci pracowal i jednocześnie mógł się zajmować domemi dziecmi. Ja to wiem z własnego domu rodzinnego Bene. Mój tato pracował dużo na kontraktach, więc najzwyczajniej w swiecie nie było go w domu. Moja mama pracowała - fakt, od do. Fakt, do pewnego momentu mogła liczyć na pomoc dziadków. Ale babcia zmarła, gdy ja miałam lat 10, a moja siostra mało co ponad 3. Po szkole szła do domu, wyprowadzałam psa, odrabiałam lekcje - sama, czasem zajrzał do mnie dziadek, jeśli akurat nie był w pracy albo nie spał (pracował na zmiany), czasem - zaprzyjaźniona niepracująca sąsiadka. Obiady miałam opłacone w szkole. Jestem z pokolenia "klucz na szyi"smile - wtedy kupa dzieciaków tak miała. Przedszkole mojej siostry było za płotem", czasem ja "wybierałam" nim mama wrócila z pracy (dziś nie do pomyślenia raczej) ...

                                                    > plus wściekle zajadły ton gazety i jej podobnych nie ułatwiają życia matkom. Ni
                                                    > e ma przewijaków, kącików do karmienia, pracy, miejsc w przeszkolach, celebryt
                                                    > a-filozof nazywa je publicznie pogardą 'wózkowymi' itd itd itd.A potem politycy
                                                    > i księża łkają, że nam przyrost spada, więc padnie nam ekonomia i co tylko.


                                                    Bene, nie odpowiadam za brak przewijaków i ton innych. Nie ma nijakiej awersji do matek, ani do dzieci mija droga. Po prostu nie uważam, by matkom i dzieciom wolno było wszystko. Uwazam natomiast, że nalezą się im sensowne przywileje. Przykład: dla mnie bezmyślne jest stanie i blokowanie chodnika bez względu na to, czy blokuje grupa "karkow", młodzieży szkolnej, czy mamy z wózkam, które stanęły sobie poplotkować.

                                                    Spadek przyrostu naturalnego Bene nie ma wcale tak bezpośredniego przełożenia na niestabilną sytuację materialno - zawodową polskich rodzin jak się niektórym zdaje Bene. To jest kolejny mit.
                                                    Jak już kiedyś pisałam ludzi, którzy wcale nie pragna mieć dzieci, w tym kobiet jest bardzo niewielki odsetek, także niewielki jest w sumie tych, którzy dzieci mieć zwyczajnie nie mogą. Znakomita większość ludzie CHCE i MOZE mieć ora MA, tylko nie tyle ze tak powiem sztuk, ile chciałyby władze i statystykismile W CZESCI wynika to z pewnoscia z ekonomii- w sytuacji, gdy nietrudno jest stracic pracę bez specjalnych perspektyw na inną, ma się kredyt długoterminowy itd. całkiem logiczne jest, że się nie ma gromady dzieci.
                                                    Tylko, że zwróc uwagę, że gromady dzieci nie maja tez ludzie o b. stabilnej sytuacji materialno zawodowej ...Ja mam wokół sporo takich par: np. konfiguracja strażnik graniczny + sędzia, strażak + lekarka, policjantka + farmaceuta. To tak na szybko ze znanych mi ludzie w wieku "rozpłodowym" co przyszli mi na myśl aktualnie. Nie są krezusami, ale zarabiają nieźle, wylot z pracy w zasadzie grozi im tylko dyscyplinarny (no może poza farmaceutą, ale ten znajdzie w lot inną prace), a mimo to mają po 1-3 dzieci, gdzie 3 jest absolutnym maksimum.
                                                    Dlaczego? Ano dlatego Bene, że kobiety w tych związkach poza byciem matkami chca także cos osiągnąć zawodowo, rozwjac się nie tylko w kierunku opieki nad dziecmi i prowadzenia domu itd. Tych ludzi ekonomicznie STAC na więcej dzieci, w sensie - na ich utrzymanie, zaspokojenie potrzeb, ale najzwyczajniej nie chcą rezygnować całkowicie z siebie.
                                                    Często mam do czynienia z rodzinami z problemami, także ekonomicznymi Bene. I fakt jest taki, że spory odsetek rodzin wielodzietnych to po prostu patologiasad Nie, nie wszystkie, le sporo - ano sa dzieci, to państwo coś tam da, ludzie pomogą itd.
                                                  • gazeta_mi_placi Re: Bene ... 14.07.15, 15:38
                                                    Dodam jeszcze, że pracodawca krzywym okiem nie patrzy na matkę bo jest matkom, ale dlatego, że często jest ona mniej dyspozycyjnym (często dużo mniej) pracownikiem w dodatku ze względu na liczne uprzywilejowania związane z jej prawami pracowniczymi może być pracownikiem uciążliwym, którego ciężej się pozbyć niż przykładowo podobnie bywającego w pracy (czyli w kratkę) imprezującego młodego mężczyznę, zawalającego pracę przez imprezy i życie towarzyskie, tyle tylko, że tego ostatniego łatwo się można z pracy pozbyć. Matki już nie. Wiadomo - dziecko to inny kaliber niż imprezy, ale efekt jest ten sam - pracownika nie ma w pracy, a robić nie ma komu. Albo dajemy matkom takie same prawa pracownicze jak każdemu innemu pracownikowi (przypominam, że w wielu cywilizowanych krajach wolne na dziecko przysługuje w ilości maksymalnie 3-5 dni rocznie, gdy dziecko choruje więcej rodzice biorą wolne z własnego urlopu wypoczynkowego, który staje się wtedy krótszy) i wtedy mamy pełne prawo się dziwić, czemu pracodawca patrzy "krzywym okiem" na młode matki lub pyta o plany rodzinne na rozmowie kwalifikacyjnej albo mamy takie przywileje dla matek w pracy jakie mamy, ale bądźmy chociaż minimalnie obiektywni i nie dziwmy się, że pracodawca patrzy "krzywym okiem".
                                            • matylda1001 Re: Milamalu 08.07.15, 20:43
                                              milamala napisała:

                                              > Pamietam moja pierwsza rozmowe kwalifikacyjna. Wtedy jeszcze nie wstydzono sie
                                              > zadawac niektorych dla pracodawcy istotnych pytan i zadano. Zapytala mnie pani,
                                              > czy mam dzieci i czy planuje je w najblizszym czasie. Ciekawe czemu. Myslisz,
                                              > ze jako posiadaczka dzieci lub je planujaca stalabym sie dla niej bardziej atra
                                              > kcyjnym pracownikiem?

                                              Sama zauważyłaś, że jest to pytanie istotne dla pracodawcy, i pewna jestem, że Ty, będąc pracodawcą też byś je zadała (lub starała się dowiedzieć w inny sposób). To oczywiste, że kobieta w wieku rozrodczym może (ale nie musi) być pracownicą kłopotliwą. Niemal regułą się stało, że kobieta idzie na zwolnienie lekarskie najdalej w piątym miesiącu ciąży, potem macierzyński, wychowawczy, a zanim ten się skończy zachodzi w kolejną ciążę, przerywa wychowawczy i idzie na zwolnienie lekarskie (bo płatne), potem macierzyński, wychowawczy, i jak się trzecie dziecko przytrafi, to i dziesięć lat wisi pracodawcy na liście płac. Jak trafi na dużą firmę, to pół biedy, ale jeśli na małą, to ja pracodawcy współczuję.
                                              • bene_gesserit Re: Milamalu 08.07.15, 21:34
                                                matylda1001 napisała:

                                                > icą kłopotliwą. Niemal regułą się stało, że kobieta idzie na zwolnienie lekarsk
                                                > ie najdalej w piątym miesiącu ciąży,

                                                Masz dostęp do jakiś statystyk na ten temat?
                                                I - przypomnę - od sześciu lat pracodawca ma prawo kontrolować pracownika, przebywającego na zwolnieniu lekarskim.
                                                • matylda1001 Re: Milamalu 11.07.15, 18:11
                                                  bene_gesserit napisała

                                                  >> Masz dostęp do jakiś statystyk na ten temat?<

                                                  A istnieją takie statystyki? Najlepszą wiedzę na ten temat daje obserwacja otaczającej rzeczywistości. Rozejrzyj się wokół siebie, to też zobaczysz. Kiedy ostatni raz widziałaś np. w jakimś urzędzie kobietę w zaawansowanej ciąży? Osobiście nie znam żadnej kobiety która w trakcie urlopu wychowawczego zaszła w kolejną ciążę i nie przeszła na zwolnienie lekarskie. Nie znam też ginekologa, który by nie poszedł na rękę ciężarnej i tego zwolnienia nie dał.

                                                  www.porady.egospodarka.pl/Prawo-pracy/17588-Ciaza-na-urlopie-wychowawczym-a-zwolnienie-lekarskie.html
                                                  www.egospodarka.pl/tematy/ciaza-na-urlopie-wychowawczym
                                                  > I - przypomnę - od sześciu lat pracodawca ma prawo kontrolować pracownika, przebywającego na zwolnieniu lekarskim<

                                                  Zawsze miał, tylko nigdy nie był w stanie z tego swojego prawa skorzystać. Żaden pracodawca nie jest kompetentny w kwestii stwierdzenia, czy zwolnienie jest zasadne, najwyżej może stwierdzić, że Kowalski ma napisane, że powinien leżeć, a nie było go w czasie kontroli w domu, i tyle. Może to robić ZUS, ale w przypadku ciąży i oni nie czują się pewnie, więc wolą tego tematu nie ruszać. Na razie tylko publicznie narzekają, że są wykorzystywani.