kaja-333
26.03.16, 16:43
Witam. Mam 42 lata, męża i dwoje dzieci. Mam też rodziców, którzy ciągle zachowują sie wobec mnie w sposób lekceważący i "olewatorski", wbijają mnie w poczucie winy, ciągle oskarżają o całe zło tego świata, o chorobę mojego syna (kompletnie bezpodstawnie, bo choroba ma podłoże genetyczne, a nie jest spowodowana błędami w wychowaniu). Zawsze na wsyztsko sie godzę, pierwsza wyciągam rękę do zgody, nawet jesli poziom ranienia z ich strony przekracza niebezpieczne granice. "Odpier... sie od nas", słysze kilkanascie razy na miesiąc, a już na pewno przy każdej sprzeczce.
Rodzice mają oprócz mnie, młodszego ode mnie o 6 lat syna, który jest ich oczkiem w głowie, bo "wybił się", przynosi dumę, jest w życiu KIMŚ.
Moje dzieci czują sie tak, jakby nie miały dziadków w ogóle, bo ci kompletnie sie nimi nie interesują, nie przyjeźdżają, nie odwiedzają, nie zabierają do siebie (w porównaniu, z dziećmi brata nawet na basen jeżdżą, zostawiają u siebie, gdy tylko jest taka możliwość). N o ale to oczywiście MOJA WINA. Moje dzieci nie lgną do dziadków, nawet jesli już sie widzą, nie ma rzucania sie na szyję, radości, spontaniczności itd. Po prostu niewiele znają dziadków.
Oczywiście ojciec wykrzyczał mi, ze to moja wina, bo ja nastawiam dzieci przeciwko nim (podczas, gdy minione 12 lat zycia straciłam na wpychanie dzieci na siłę dziadkom i na próby zblizenia ich do siebie. STRACIŁAM, bo efektu nie osiagnęłam).
Aktualnie zbliżają sie święta. W połowie marca mój mąż miał imieniny. Zaprosiliśmy w związku z tym moich rodziców i rodziców męża (stosunki, powiedzmy, poprawne) w poniedziałek wielkanocny na obiad. Moi rodzice z kolei zaprosili nas na śniadanie wielkanocne. Zaproszenie zostało przyjęte, przygotowania poczynione, pozamawiane, opłacone (ja jestem chora i nie wszystko daję radę zrobić sama, więc część zamówiliśmy z kateringu).
Wyobraźcie sobie, wczoraj popołudniu dzwoni mój ojciec i informuje mnie, ze jednak nie przyjadą w poniedziałek do ns, bo własnie zadzwonili teściowie mojego brata i chcą sie z nimi spotkac w poniedziałek (chcą do nich przyjechać). Osłupiałam. Przecież moi rodzice od 2 tygodni wiedzieli o naszym zaproszeniu i ... przyjęli je.
Niestety, twierdzili, ze już tak dawno sie zgadywali, że "kiedyś" sie odwiedzą, więc teraz akurat nastała okazja, no to głupio im było odmówić, nie potrafili, nie chcieli.... itd.
Do mnie , jak stwierdzili, przyjadą po świetach (wtedy, kiedy z zaplanowanych i zamówionych potraw nie będzie juz nic i będzie trzeba robic nowe - chociaz jedzenie jest tylko niewielkim procentem, dla którego odczuwam żal).
Jest mi bardzo przykro. Powiedziałam, ze jesli oni w ten lekceważący sposób potraktują moje zaproszenie, to ja podobnie potraktuję ich i niadanie wielkanocne przygotuję dla włanej rodziny we własnym domu.
Od wczoraj znów ciągle robią mi wyrzuty, mówią, ze ich nie szanuję, że nie są dla mnie ważni i każą przyjechać na wielkanoc jutro.
Dziś ojcie zadzwonił i stwierdził, ze zrobię, co mi będzie sumienie nakazywało, ale jutro śniadanie jest u nich o 10 (mam wziąć pod uwagę, ze mają prawie po 70 lat (mój przypisek 66 i 64). Zapytałam "u nas obiadd w poniedziałek jest o 14. Będziecie?". Odpowiedź była krótka "NIE".
Teraz siedze i zżerają mnie wyrzuty sumienia, w które oni sami mnie wrobili. Jutrzejszy dzień, jesli nie przyjedziemy, spędzą sami - jedynie z 92 letnia babcią. Z drugiej strony, jesli znów dam się poniżyć i przyjadę, to nigdy nie będą mnie szanować, a moje dzieci znów zobaczą, jaką jestem osobą bez ambicji i honoru. Zrobienie wielkanocnego śniadania, nie jest dla mnie problemem.
Podpowiedzcie, co zrobić w takiej sytuacji? Poniżyć się i jechać, czy wreszcie uszanować samą siebie i nie jechac?
PS. Dodam, zę wczoraj zadzwonili nawet do mojego męża , żeby okazał roządek i przemówił mi do rozumu i wytłumaczył, że nie mogli odmówić. Dodam też, ze z teściami brata nie łączą ich jakie specjalne więzi. Ot, znajomi. Jedyne co, to ogromnym zacunkiem darzą swoja synową i myslę, ze ze strachu przed jej reakcją woleli zlekceważyc mnie, niż powiedziec prawde jej rodzicom. Kiedy powiedziałam, ze powiem bratowej, jakie mieli plany rodzice na ten poniedziałek, to matka zagroziła, ze jeśli zrobię jakikolwiek krok w keirunku ich synowej lub teściów i cokolwiek pisne, to "z nami definitywny koniec".
Jestem już u kresu wytrzymałosci psychicznej. Corobic?