mefju180
17.01.17, 02:31
Witam,
Wraz z żoną spodziewamy się dziecka i postanowiliśmy się wybrać wspólnie na wizytę do ginekologa (miałem kilka pytań, miałem po raz pierwszy zobaczyć na USG potomka etc.

. Weszliśmy do gabinetu po innej parze. Żona usiadła na krześle, dla osoby towarzyszącej krzesła nie było (mimo, że były w gabinecie porozmieszczane taborety, tyle, że nie przy biurku). Lekarz skrobał już coś w karcie więc uznałem, że mnie nie zauważył i spytałem czy mogę wziąć sobie taboret. W odpowiedzi usłyszałem, że nie. Powiedział to w humorystycznym tonie więc stwierdziłem "ok, taki żart" i postanowiłem stać. Lekarz mimo to nie zaproponował mi nic do siedzenia przez całą "pogadankę". Przeleciało mi przez myśl, że było to niezbyt grzeczne ale nie zareagowałem na to werbalnie bądź niewerbalnie.
Dziś - po paru tygodniach - żona wybucha mi płaczem, że wstydzi się ze mną iść do lekarza bo zachowałem się jak "co to nie ja i cham" (sic!). Dla mnie sytuacja jest absurdalna, bo zmuszanie osoby towarzyszącej pacjentce do stania przez całą wizytę świadczy (wg. mnie, no ale może jestem prostak) o gafie lekarza, zaś pytanie o możliwość przysunięcia sobie taboretu mieści się w granicach kultury panującej w tego typu miejscach (brak recepcji, poczekalnia na głównym korytarzu piętra, lekarz przyjmuje sam, brak osoby zapraszającej następną pacjentkę itd.).
Rozumiem, że niektórzy traktują mężczyznę jako intruza w gabinecie ginekologicznym ale przecież żyjemy w czasach w których pary chodzą wspólnie na tego typu badania. Według mnie choćby do Prezydenta Polski przyszedł minister z "menelem" kulturalnym zachowaniem ze strony Prezydenta byłoby zapewnienie "menelowi" miejsca siedzącego?
Oszalałem?