Związki kohabitacyjne czyli konkubinat...

25.02.19, 02:10
Ostatnio coraz bardziej popularne, lecz niestety polski Savoir Vivre nie nadąża z nowymi zasadami w tej kwestii.
Przeszukując net a propos, trafiłam na taki artykuł, imo dość rozsądny:
Konkubinat a SV/ dobrzewychowani
Rozrywkowo-wkur...zajaco nie zawiódł mnie tez pan Krajski big_grin

Jednak najczęstsze pytania dotyczyły jak zapraszać na ślub parę żyjącą w konkubinacie.
Najbardziej podobała mi sie odpowiedz - "jak małżeństwo o dwóch różnych nazwiskach". no proszę 👍

Minnie
    • aqua48 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 25.02.19, 08:46
      Krajski ma poglądy rodem z zaścianka, ale to jego prawo. Najczęściej jednak nie mają one nic wspólnego z s-v. Jego dociekanie np. kto kogo "rzucił" jest wyjątkowo niegrzeczne i bezsensowne.
      W Polsce konkubinaty Minnie są coraz bardziej powszechnie i traktuje się je w zdecydowanej większości przypadków normalnie. Właśnie jak zwykłe małżeństwa tyle, że bez podpisanych formalności. Zdarza się też że osoby żyjące w konkubinacie mówią o partnerach - mój mąż, moja żona - bo tak jest najprościej i odzwierciedla to codzienność, a język nie wykształcił jeszcze ładnego i miłego określenia konkubenta i konkubiny - te nazwy kojarzą się często ludziom ze słownictwem kryminalnym.
      Co i gdzie kto ma podpisane, lub nie to wyłącznie jego osobista sprawa.
      • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 03.03.19, 10:17
        Może warto to zmienić? Gdyby normalni ludzie częściej używali słów "konkubent/konkubina" na realne określenie swoich partnerów zamiast zakłamanego w tej sytuacji słowa "mąż/żona" z czasem słowo "konkubent" zyskałoby by inny profil konotacyjny niż kryminalny.
        Pamiętam rozbawienie gdy podczas jednej imprezy elegancka, wykształcona, atrakcyjna kobieta w ferworze jakiejś rozmowy użyła na określenie swojego partnera "mój konkubent".
    • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 25.02.19, 09:45
      Nie powiedziałabym Minnie, ze polski SV nie nadąża- a piszę z pozycji osoby kilkanaście lat już heh żyjącej w wolnym zwiazku.
      Pana Krajskiego nie będę komentować bo i po co, zgadzam się tu z Aquą. smile
      Co do tego zapraszania na śluby, komunie i inne uroczystości związane z wreczaniem pisemnych zaproszeń - nic nadzwyczajnego w tym artykule nie ma - w tym sensie, że - znów z doświadczenia - z reguły zapraszajacy własnie tak wypisują - do imienia i nazwiska goscia głownego dodaja imię i nazwisko partnera/rki. Prawdę powiedziawszy nie spotkałam sie jeszcze osobiscie z sytuacją, by ktoś uczynił inaczej.
      Inna sprawa, że niektórzy ludzie, jak widać choćby po wątkach na forach za partnerstwo uznają kilkutygodniową w miarę luźną znajomość, taką bez wspólnego mieszkania i zycia, a jedynie z bywaniem u siebie np. na weekendy i oczekiwaliby, żeby "reszta swiata" tak je traktowała. Tymczasem, no to sie jednak mocno rózni od wspólnego zycia ...

      Nie zgadzam sie z Aquą w tym względzie, że fajnie, gdy taka para mówi o drugiej połowie "mąż/żona" - żeby jasnośc była NIE przeszkadza mi to wcale, ale też nie uwazam tego za fajne, bo raz - technicznie no jest to wprowadzanie w błąd - co czasem nie ma znaczenia, a czasem ma, a dwa - dla mnie tchnie nieco "schizofrenią" - ludzie zyją bez ślubu, bo go nie chcą, ale nazywają się wzajemnie tak, jak ludzie po ślubie - dziwne i wg mnie pretensjonalne, ale jak wspomniałam - sama bym tak nie robila, u innych mi nie przeszkadza.

      Nie zgadzam sie też z tym, że - jak pisze Aqua - " język nie wykształcił jeszcze ładnego i miłego określenia konkubenta i konkubiny - te nazwy kojarzą się często ludziom ze słownictwem kryminalnym".
      Wyksztalcił własnie - partner i partnerka - w codziennym słownctwie ludzi kulturalnych - jak najbardziej występujące.
      Być moze jakiejś czesci społeczeńśtwa polskiego wyrazy konkubent i konkubina kojarzą się pejoratywnie, ale calkiem sporej bynajmniej, tyle ze po prostu sa to wyyrazy używane urzędowo i stad w języku potocznym mało używane. Tak jak np. zwykle określa się kobietę zamężną jako "męzatkę", a nie własnie zamęzną, choć prawidłowo w języku urzędowym to jest kobieta zamężna smile Podobnie o włąsnych dzieciach nie mówi sie na ogól, że sie ma potomstwo - a urzędowo no własnie ma się smile
      Stąd na co dzień nie używa się z reguły określenia konkuben/konkubina, czy kohabitant kohabitantka, a właśnie partner/partnerka.
      • verdana Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 25.02.19, 12:35
        Ludzie często mieszkają ze sobą bez ślubu nie dlatego, ze go nie chcą, tylko dlatego, ze go dopiero planują. Albo nie mogą go zawrzeć. Albo uwazają, ze małżeństwo nie potrzebuje potwierdzenia ze strony państwa. Natomiast druga polowa jest dla nich jak najbardziej mężem/źoną i to jedynie się liczy. Partner to nie to samo co konkubent, można mieć partnera, z którym spotykamy się na miłe randki w weekendy.
        Ludzi należy traktować tak, jak chcą być traktowani. O ile wiec Asia i Tomek mieszkają razem, mają trojaczki i uważają sie za stare małżeństwo, to dobrze wychowany człowiek będzie ich tak traktował. To samo dotyczy Marka i Zenka, którzy mieszkają razem i uznają sie za małżeństwo. Moi teściowie jakś nie mieli problemu, aby zwyczajnie zapraszać na wszystkie uroczystości siostrę teścia z partnerką.
        Co do pana Krajskiego. Pan Krajski jest skończonym sk... i jako taki nie może byc autorytetem w sprawie dobrego wychowania.
        • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 25.02.19, 13:01
          verdana napisała:

          > Ludzie często mieszkają ze sobą bez ślubu nie dlatego, ze go nie chcą, tylko dl
          > atego, ze go dopiero planują.


          Owszem Verdano, ale wówczas to jest ze tak powiem pewien stan przejściowy i sądzę, ze nie o taką sytuację pyta Minnie.

          Albo nie mogą go zawrzeć.


          No wiesz, w obecnych czasach to są sytuacje rzadkie. Kiedyś przy okazji dyskusji włąsnie nt. konkubinatów już to wyjaśniałam wskazując rónicę w naukowym podejsciu do konkubinatu, a kohabitacji. Kiedyś sluby mozna było miec tylko wyznaniowe, a np. wyjażd męza za granicę wiązał sie z olbrzymią trudnoscią namierzenia go, wiec pozostawionba kobieta była jego zoną, nawet gdy kilkanaście już lat nie dawał znaku życia. Z kolei zdeklarowani komuniści nie mogli sie w II RP pobrać, bo sluby były tylko wyznaniowe. Stąd zjawisko konkubitatu dotyczyło w zasadzie TYLKO ludzi, którzy ze względów formalnych lub swiatopoglądowych NIE MOGLI wziąć ślubu.
          W tej chwili nie mogą sie pobrać chyba tylko takie osoby, które mają problem z uzyskaniem rozwodu z trzech znanych przyczyn, z których zasadniczo tylko jeden jest powodem na serio trwałym.


          Albo uwazają, ze małżeń
          > stwo nie potrzebuje potwierdzenia ze strony państwa. Natomiast druga polowa jes
          > t dla nich jak najbardziej mężem/źoną i to jedynie się liczy. Partner to nie to
          > samo co konkubent, można mieć partnera, z którym spotykamy się na miłe randki
          > w weekendy.


          No wiesz, jak wspomniałam, jak sobie kto nazywa, to jego sprawa, niemniej mija sie to z rzeczywistością. Ja też mam przyjaciela, któty jest dla mnie jak brat - ale jednak przedstawiam go jako przyjaciela, a nie bratasmile
          Natomiast z własnego doświadczenia - nie, no dla mnie ktoś z kim się randkuje, to jest w młodszym wieku - chłopak/dziewczyna, w późniejszym - no bliski znajomy, ale nie partner. Partnerstwo to dla mnie wspólne mieszkanie, życie itd.
          ALE jak wspomniałam - nie moja sprawa jak ktoś nazywa swoje relacje, ja swojego partnera przedstazwiam "Mój partner X" i wymagam, by o ile ktoś chce go nazywać uzywając do tego naszej relacji, żeby tak nazywał, partner własnie, a nie mąż, albo te wymysły "twój osobisty", "Niemąż" itd.

          > Ludzi należy traktować tak, jak chcą być traktowani. O ile wiec Asia i Tomek mi
          > eszkają razem, mają trojaczki i uważają sie za stare małżeństwo, to dobrze wych
          > owany człowiek będzie ich tak traktował. To samo dotyczy Marka i Zenka, którzy
          > mieszkają razem i uznają sie za małżeństwo. Moi teściowie jakś nie mieli probl
          > emu, aby zwyczajnie zapraszać na wszystkie uroczystości siostrę teścia z partne
          > rką.


          A dlaczego Twoi rodzice mieliby mieć z tym problem? To co piszesz Verdano to oczywistosci.
          Oczywistym jest, ze jesli para bez ślubu mówi o drugiej powłoeie "mąz/żona", to nalwży yuzywac takiego samego słownictwa nie wnikając w brak slubu, czy fakt jego posiadania. Tak samo, jak ktoś mówi "narzeczony" to sie nie wnika czy i kiedy były zaręczyny, albo czy i kiedy planowany jest ślub smile
          Odradzałabym jednak SAMOWOLNE, z własnej inicjatywy nazywanie tak innych ludzi - no bo komuś sie wydaje, że sa jak małzeństwo, więc ...Nie, tak nazywamy, jak KTOŚ sam o swojej drugiej połowie mówi, zatem jesli mówi "mąż" to mąż, ale jesli "partner" to partner.

          > Co do pana Krajskiego. Pan Krajski jest skończonym sk... i jako taki nie może b
          > yc autorytetem w sprawie dobrego wychowania.

          Tu pełna zgoda smile
          • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 26.02.19, 01:38
            Osobiście uważam ze w przypadku wieloletnich związków które od tych formalnych różnią się jedynie nieposiadaniem oficjalnego dokumentu, przedstawianie sie jako "maż/żona jest jak najbardziej stosowna forma, szczególnie jeśli jest to związek stabilny, a jeszcze jak do tego ma dzieci.
            Bo on odzwierciedla wprawdzie nieformalny w świetle legalnego prawa, ale niemniej stan faktyczny czyli czym ten związek emocjonalnie, duchowo i fizycznie jest - małżeństwem.
            Oczywiście kto za co się uważa - to wolny wybór, i nikomu nic do tego. ale ludzie na ogol nie szafują określeniami pochopnie. jeśli wiec ktoś siebie tak określa, to zazwyczaj jest w wieloletnim związku.

            Inna sprawa - jak jest zgodnie z SV określać w takich długotrwałych związkach dalsze osoby rodzinne? jak się do nich zwracać? np teść, teściowa itp? w mojej opinii mozna bez przeszkód tak, jak zaproponują, łącznie z "mamo, tato", lub po imieniu.
            Podobnie z przedstawianiem: to moja teściowa, moj teść, to Ryszard Wiśniewski, ojciec mojego partnera, Irena Kowalska, babcia Amelki itd..

            Minnie
            • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 26.02.19, 10:02
              Minnie, noż przecież napisałam, że OTOCZENIE ma przyjmować do wiadomości to, jak ktoś przedstzwia drugą połowę i nie wnikać w stan formalny - obijętnie czy chodzi o długoletni związek, czy o zwyczajną znajomośc - tak jest kulturalnie.
              Natomiast, z całym szacunkiem, mogę sobie chyba wybrać, jak nazywam bliską mi osobę.
              Ludzie nie szafują określeniami pochopnie? Naprawdę? Przecież chyba na tym forum była mowa o przedstawianiu pani, która zna sie kilka tygodnie z panem i niektórzy uwazali ze powinno być "partnerka" smile Owszem Minnie, czasem szafują, tylko o ile dotyczy to tylko tych osób - to nikomu nic do tego.
              Nie wiem co jest trudnego w powiedzeniu "A to Helenka, mama mojego partnera" - np. oczywiście.

              Z tym "babcia + imie wnuka" owszem - spotykam sie , ale głownie w takich sytuacjach, gdy para która ma dziecko sie rozstała. Moja kolezanka ma włąsnie taką sytuację, ma dziecko z pierwszego małzeństwa oraz dwie pary teściów smile No bo formalnie po rozwodzie, czy śmierci współmałzonka jego rodzice nie przestają być teściami. Ale no dośc niezrecznie przedstawiać teściowie numer 1 i teściowie numer 2smile Stąd właśnie gdy kolezanka ma okazję pzredstawiać swoich teściów numer jeden komuś kto nie zna jej eksmeza to mówi "A to dziadkowie Asi, Katarzyna i Jan Wiśniewscy" , jak ktoś zna jej eksa to "A to Katarzyna i Jan Wiśniewscy, rodzice Przemka" - ot i tyle.
              Wydaje mi sie, że największy "problem" w tym przedstawianiu to widzą ludzie, którzy sami nie są w wolnym zwiazku i nie mają okazji tak przedstawiać, stąd wydaje sie im to jakoś bardzo skomplikowane. Ci, którzy są i mają okazję czynic to na bieżąoco, zwykle nie mają problemu smile
          • verdana Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 26.02.19, 14:56
            Moi teściowie. 90+. Zzwyczaj ludzie w tym wieku mają z tym problem, serio
            • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 27.02.19, 03:38
              to super Verdano. rzeczywiscie im starsze pokolenie tym zwykle bardziej konserwatywne, wiec tylko pozazdrościć 👍
              • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 27.02.19, 03:48
                A tak a propos tego co Aqua wcześniej zauważyła - ze w polskim nazewnictwie nie ma jeszcze ładnej formy zamiennej na "konkubent, konkubentka" wiec tak siedzę i myślę co było lepsze. ale jak na razie poza "połów, połowica" nic mi nie przyszło do głowy 😂😂😂
                • mim_maior Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 27.02.19, 07:53
                  Co prawda nie ma takiego słowa, ale jeśli już potrzebujesz takiego neologizmu, to zasady słowotwórstwa podpowiadałyby raczej formę "połowic".
                  • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 27.02.19, 14:51
                    smile słuszna uwaga Minsmile "Połów" mnie rozwalił smile
                    Ale tak na serio, to wszelkich hmmm neologizmów rzecz jasna mozna używac o ile zainteresowany nie ma nic przeciwko, ale w sytuacjach blizszej znajomosci i nieformalnych.
                  • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 28.02.19, 02:50
                    mim_maior napisała:
                    Co prawda nie ma takiego słowa, ale jeśli już potrzebujesz takiego neologizmu, to zasady słowotwórstwa podpowiadałyby raczej formę "połowic".

                    To moze połówin i połówina? smile
                    albo, ciepło i pieszczotliwie i z humorem - żabin i żabina. a czemu nie big_grin

                    Minnie
                    • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 28.02.19, 03:07
                      jeszcze moze być tak. w większości innych języków małżonek to jest "mari", żona to jest "kona" lub "esposa".
                      mozna z tego utworzyć formy "mój mariat", "moja eskona" lub "naspoza"..😄

                      Ten 'mariat' to nawet bardzo mi pasuje... ale nie tak jak połów. prawda Koro ze dobrze brzmi? hehehehe...

                      Minnie
                      • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 28.02.19, 10:23
                        No połów mnie rozwalił Minnie smile
                        A tak na serio, nie lubie takich neologizmów ...Uprzedzam, u INNYCH je toleruję, ale nie trawię, jak ktoś próbuje tak nazywać mnie czy mego partnera.
                        No i dodam do co pisałam w poście do Mim - takich neologizmów mozna używać, jesli ktoś lubi oczywiscie, ale tylko w gronie ludzi, z którymi ma sie bliskie relacje. Niepodobna tak przedstawić swego parttnera/rkę komuś z kim ma sie tylko formalne relacje.
                        • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 28.02.19, 23:19
                          tak, to były tylko żarty. na żarty to mozna mówić o sobie np "moja małżowina, mój małż" itp
                          ale na serio bardzo trudno coś utworzyć.
                          Co ty proponujesz? myślę ze komu jak komu ale tobie jako osobie obcykanej z językiem twórczym na co dzień znacznie łatwiej niż mnie smile
                          Ciekawam ogromnie twoich pomysłów 😊

                          Minnie
                          • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 01.03.19, 08:24
                            Minnie, rozczaruje Cię pewnie, ale nie mam potrzeby tworzyc czegos takiego to i nie tworzę. Jak wspomniałam - ja mego partnera przedstawiam w sytuacjach formalnych "Mój partner XY" i do każdego trafia w jakiej jesteśmy relacjismile
                            Nieformalnie przedstawiam go imieniem i tyle.
                            • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 01.03.19, 10:44
                              kora3 napisała:
                              Minnie, rozczaruje Cię pewnie, ale nie mam potrzeby tworzyc czegos takiego to i
                              nie tworzę.


                              ojejku, wiem przecież ze nie masz i ze formalnie używasz "partner, partnerka".
                              no ale chyba mogłabyś z raz nieco rozpuścić włosy i po prostu trochę pofantazjować. chociaz dla mnie smile

                              Minnie
                              • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 01.03.19, 11:17
                                Minnie, co do włosów to obecnie mam krótkie smile
                                Nie rozumiesz mnie chyba, moja postawa w tym zakresie nie wynika ze sztywniactwa, a z tego, że NIE LUBIE takich okresleń, źle mi sie kojarzą. A kojarzą mi się tak, bo z reguły takich określeń używają osoby bybajmniej nie będące w wolnych związkach mówiac o osobach, które w tych wolnych zwiazkach są, co przywodzi na myśl, ze nie potrafią przejśc nad taką sytuacją do porzadku dziennego i muszą jakoś udziwniać, eufemizować, infantylizować słowo "partner".
                                Przyznam Ci się Minnie, że ja osobiscie nie znam nikogo będącego w wolnym związku, kto uzywałby takiego słownictwa w odniesieniu do siebie i swego partnera. Serio. Zwykle ludzie formalnie przedstawiają włąsnie "partner/ka", a mówiąc w luźnej rozmowie: "mój Antek", "moja Ania" ewentualnie "?mój facet/moja kobieta" - przy czym określenia "mój/moja X" słyszę nierzadko z ust osób w zwiazkach formalnych. Np. przed chwilą kolezanka mówiła o swoim meżu smile - "A mój Rafał coś tam coś" ...
                                • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 01.03.19, 22:33
                                  eeee, wykręcasz się smile
                                  oczywiście ze nie chodzi o żadne 'skojarzenia' a zwyczajnie o niezależną - i kompetytywna!- probe lingwistyczna.
                                  To nie ma nic wspolnego z nastawieniem i byciem w związku. jest to tylko zadanie do wykonania.
                                  no ale jak nie chcesz to nie. cóż. nie mogę i nie będę cie przecież zmuszać : ) sprawy nie ma smile

                                  Minnie
                                  • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 02.03.19, 09:00
                                    Cieszę się Minnie, ze okazałaś mi zrozumienie smile
                      • jadwiga1350 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 03.03.19, 12:00
                        minniemouse napisała:

                        > jeszcze moze być tak. w większości innych języków małżonek to jest "mari", żon
                        > a to jest "kona" lub "esposa".
                        > mozna z tego utworzyć formy "mój mariat", "moja eskona" lub "naspoza"..😄
                        >
                        > Ten 'mariat' to nawet bardzo mi pasuje... ale nie tak jak połów. prawda Koro ze
                        > dobrze brzmi? hehehehe...


                        Cóż, wg mnie za tymi językowymi wygibasami kryją się wielkie kompleksy niższości, że jednak tym małżeństwem się nie jest.
                        Pewnych rzeczy człowiek nie przeskoczy.
                        • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 03.03.19, 23:14
                          jadwiga1350 napisała:
                          > Cóż, wg mnie za tymi językowymi wygibasami kryją się wielkie kompleksy niższośc
                          > i, że jednak tym małżeństwem się nie jest.
                          > Pewnych rzeczy człowiek nie przeskoczy.


                          masz zaściankowe i przestarzale poglądy.

                          Minnie
                          • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 10:22
                            A jakie poglądy ma osoba, która na konkubenta przedstawia jako męża co jest niezgodne z prawdą?
                            • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 10:58
                              Wiesz, między Bogiem a prawdą, to ja znam z kolei małoznków, którzy przedstawiają żonę/męza "mój małz, moja lepsza połowa " itd. Oczywiscie w sytuacjach nieformalnych. Też nie mam pojęcia w jakim celu i po co, ale w zasadzie we wspomnianych sytuacjach nieformalnych nie powinno to nikomu przeszkazdać. A ze moze razić, no może - mnie razi, acz w takich sytuacjach in real zachowuję to dla siebie.

                              Szczerze powiedziawszy to znacznie czesciej niż z przedstawianiem się nieformalnej pary "maż./zona" spotykam się z nazywaniem jej jakoś "po swojemu" przez osoby trzecie, najczesciej takie, które same w zwiazkach wolnych nie są smile
                              Na forum np. mojego partnera chciano "przechrzcić" na "Twój osobisty" smile, a syna jego na mego pasierba. Tymczasem ja o nich mówię i piszę normalnie "mój partner" i "syn mego partnera". Skoro tak piszę i przedstawiam to naprawde nie rozumiem po jakie licho to jakoś ubarwiać i udziwniać ze strony osob trzecich. Najwyraźniej to one mają jakiś problem z normalnym nazewnictwem, skoro używają neologizmów oraz słow oznaczających formalnie co innego.
                            • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 11:09
                              katja.katja napisała:
                              A jakie poglądy ma osoba, która na konkubenta przedstawia jako męża co jest niezgodne z prawdą?

                              nie jest niezgodne z prawda. maz/zona to sa po prostu partnerzy życiowi.
                              zupelnie nie rozumiem czym sie roznia ci bez papierka od tych z papierkami? ach, papierkiem. a poza tym? achhhh, no to rzeczywscie ogrrrrromna różnica 🙄

                              Jak bardzo tytuly sa malo istotne dowod w tym iz mozesz latami znac pare o ktorej nie masz pojecia ze sa w istocie konkubentami. jesli sami ci nie powiedza to po czym to poznasz?
                              przecież to niepoważne, tak sie podniecać nazwami.

                              Minnie
                              • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 11:19
                                Minnie- tu nie chodzi o podniecanie się - bynajmniej. Zwyczajnie i po prostu, są ludzie nauczeni tak, że podaje się informacje zgodne z prawdą, a nieprawdziwe o sobie, wynikające z pomyłki, prostuje. Nie ma w tym krzty podniety, jest zdrowy rozsądek. smile

                                Pozwolę sobie na przykładzie: mam kolezankę, która ongiś była do mnie podobna. Była, bo teraz mamy rózne kolory włosów i fryzury, ale wówczas dosc podobne, a do tego mamy podobny owal twarzy, kolor oczu, nosy itd. Bardzo wiele osób brało nas za siostry. Żadnej z nas takie coś bynajmniej nie uwłaczało, ale NATURALNIE prostowałyśmy takie domysły. No bo to nieprawda, nie jesteśmy siostrami.
                                Podobnie - ludzie dośc czesto - nieznajomi rzecz jasna - biorą mnie z moim eksem za parę albo rodzeństwo. "Fajnego masz męza/faceta, miła ta Twoja siostra" - tez prostujemy, bo to nieprawda i jest to całkiem naturalne.
                                Dla takich ludzi nie jest zrozumiałe po co ludzie podają nieprawdziwe informacje o sobie - w sensie nie mają w tym interesu - jak w sytuacji, że wszyscy wiedzą, iż para nie ma ślubu, a tak sie przedstawia. Oczywiscie - kulturalna osoba nie będzie tego komentować, a mówiac o tych osobach będzie uzywać takiego nazewnictwa, jakie one stosują same, ale pomysleć sobie, ze to no dziwaczne, chyba może?smile
                              • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 07:41
                                Jest to niezgodne z prawdą. Mąż i żona to osoby, które wzięły ze sobą ślub. Konkubenci to osoby, które ślubu nie wzięły. Nie wiem o czym tu dywagować, najwyżej o bajkopisarstwie konkubentów, którzy przedstawiają się jako małżonkowie.
                                • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 11:53
                                  Widzisz Katjo, najzabawniejsze w tej dyskusji jest to, że osoby pozostające w wolnych związkach RACZEJ się tak NIE PRZESTAWIAJĄ. smile Jak już pisałam - znam wiele takich par i ŻADNEJ tak sie przedstawiającej.
                                  Na "męza/żonę" usiłują "przechczcić" takie pary ludzie, którzy albo mylnie zakładają, ze to małzeństwo, choć nikt im bynajmniej tak nie mówił, albo - co bardziej denerwujące - POMIMO przedstawienia "mój/oja partner/ka XY" samowolnie "tytułują" tyakie osoby "męzem/żoną" ewentualnie jakimiś neologizmami typu "twoj niemąż, twoja osobista".
                                  A potem się własnie kuje taki mit, ze to osoby w nieformalnych związkach same sie tak nazywają/chcą by je tak nazywać. Z reguły właśnie - nie!

                                  Mnie rozwala nazywanie - czeste - znów u osób zupełnie postronnych - partnera "przyjacielem". Dla mnie nie do przyjęcia. Ktoś chciałby swego tak nazywać, ok - przyjmuję do wiadomosci, ale CUDZEGO???
                                  Kompletnie nie rozumiem takich ludzi i przyznam, ze irytuje mnie ich zachowanie.
                        • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 09:20
                          Najzabawniejsze Jadwigo jest to, że owych neologizmów zwykły używac osoby, które ... nie są w wolnych związkach. Wiec tu bardziej niż na kompleksy (???) stawialabym na jakąś zaściankowoścsmile
                • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 07:38
                  Przecież to bardzo ładna forma, dźwięczna, dostojna. Nie wiem czemu ludzie się jej tak wstydzą.
            • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 27.02.19, 09:39
              Czy Ja wiem Verdano, prawdopodobnie zależy od ludzi. I też niejako od że tak powiem zaskoczenia sytuacją. Przepraszam, źle zrozumialam, nie rodzice a teściowie, ale chyba potem juz dobrze doczytałam, że chodziło o siostrę teścia z partnerką? Czyli o osobę teściowi bliską, bardzo niewykluczone, ze teściowej też i sytuacje znaną im z pierwszej ręki, najpewniej od dawna.
        • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 27.02.19, 15:41
          o! brawo
        • jadwiga1350 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 03.03.19, 12:05
          > Ludzi należy traktować tak, jak chcą być traktowani. (...)
          > Co do pana Krajskiego. Pan Krajski jest skończonym sk... i jako taki nie może b
          > yc autorytetem w sprawie dobrego wychowania.

          Więc jeśli ktoś chce być traktowany jak autorytet w sprawie dobrego wychowania to powinien być tak traktowany.
          • verdana Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 03.03.19, 13:43
            Nie. Czym innym jest uznanie kogoś za autorytet, bo to pociąga za sobą m.in . akceptację tego, co mówi, przyjęciem, ze się z tym zgadzamy i robimy tak, jak on nam wskażę, a czym innym jest uznanie, że nasza ocena cudzego związku jest ważniejsza, od jego oceny.
      • jadwiga1350 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 03.03.19, 11:56
        kora3 napisała:

        > Nie zgadzam sie z Aquą w tym względzie, że fajnie, gdy taka para mówi o drugiej
        > połowie "mąż/żona" - żeby jasnośc była NIE przeszkadza mi to wcale, ale też ni
        > e uwazam tego za fajne, bo raz - technicznie no jest to wprowadzanie w błąd - c
        > o czasem nie ma znaczenia, a czasem ma, a dwa - dla mnie tchnie nieco "schizofr
        > enią" - ludzie zyją bez ślubu, bo go nie chcą, ale nazywają się wzajemnie tak,
        > jak ludzie po ślubie - dziwne i wg mnie pretensjonalne, ale jak wspomniałam - s
        > ama bym tak nie robila, u innych mi nie przeszkadza.


        Też tak uważam, Koro.
        Dla mnie to jest wręcz komiczne. Małżeństwo mi nie pasuje, ale formy mąż i żona już są w
        porządku? Tylko śmiechem parsknąć.
        • aqua48 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 03.03.19, 13:33
          jadwiga1350 napisała:

          > Dla mnie to jest wręcz komiczne. Małżeństwo mi nie pasuje, ale formy mąż i żona
          > już są w porządku? Tylko śmiechem parsknąć.

          Małżeństwo jak najbardziej może pasować takim ludziom, ale z rozmaitych względów mogą nie być w stanie go zawrzeć. Tak, że ja bym nie parskała śmiechem.
          • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 10:02
            Aquo, tak technicznie mnie interesuje - z jakich to rozmaitych wzgledów osoby takie nie mogą zawrzeć zw. małżeńskiego, a chcą? Pytam z czystej ciekawości, bo owszem, przed wojna, kedy w ogóle ukuło się pojęcie konkubinatu, dotyczyło ono własnie takich ludzi. A dotyczyło, bo poza zdeklarowanymi komunistami, którzy z załozenia odrzucali ś.ub wyznaniowy, a tylko takie były w PL możliwe do zawarcia, ślubu nie mogły brać pary, w których jedno, albo oboje pozostawało w formalnym związku z kimś innym.
            Rozwieść się było mozna, a jak, tylko czasem trudno było zwyczajnie namierzyc małzonka, który wyjechał za granicę np. za chlebem i ślad po nim zaginał.

            Dziś takich problemów nie ma, sluby wyznaniowe państwa nie interesują, a rozwód z kims kto porzucił rodzine można uzyskać także bez udziału tej osoby.
            Owszem, polskie prawo zna 3 przypadki, w których sąd z urzędu moze odmówić rozwiązania małzeństwa przez rozwód. Na pewno je znasz ale przypomnijmy: a) gdy rozwodu żąda strona wyłącznie winna rozpadowi małzeństwa, b) gdy rozwód rodziców ma niekorzystny wpływ na małoletnie dzieci, c) gdy rozwód jest niezgodny z normą społeczną - np. gdy ktoś chce sie rozwieśc z osobą niezdolną do samodzielnej egzystencji.
            W praktyce -w obecnych czasach - wszystkie te przesłanki mogą mniej lub bardziej przedłużać uzyskanie rozwodu, ale nie uniemożliwiać.

            Niegatywny wpływ rozwodu rodziców na dzieci to prawniczy potworek, fikcja. Bo przecież nie ma znaczenia, czy rodzice są małzeństwem, a to, czt s razem. Rozwodu mozna nie udzielić, ale zmusić tego, kto nie chce by mieszkał, czy żył ze współmałzonkiem jest nierealne i nieetyczne. Zatem nie rozwód rodziców, a rozstanie może mieć negatywny wpływ na dzieci, tylko, ze na rozstanie jako takie sąd wpływu nie ma. No i dzieci w końcu stają się starsze i potem już pełnoletnie, a wobec pełnoletniej osoby ta przesłanka nie podziała.

            No i w końcu żadanie rozwodu z osobą niezdolną do samodzielnej egzystencji- tu mowa o normie społecznej, a porzucenie kogoś w takiej sytuacji jest z nią sprzeczne. Tylko, ze znów - nie zmusimy kogośdo bycia i życia, ba nawet mieszkania z kims, z kim juz być nie chce. Tu sprawa dotyczy przede wszystkim zapewnienia utrzymania i opieki nad taką osobą po rozstaniu, a do tego współmałżonek jest zobowiązany, zas rozwiedziony współmałżonek zostaje zobowiązany przez sąd. Na ogół więc do rozwodu dochodzi, jesli tylko wmoszacy o niego nie uchyla sie od takiej odpowiedzialności.

            Tak wynika z mej skromnej wiedzy na temat i praktyki sądowej dlatego pytam Ciebie o takie przypadki o jakich wspomniasz, konkretne, bo jak widzę w praktyce - jak ktoś chce w PL się rozwiesć - realizuje to.
            Jasne, znam ludzi, którzy latami z sobą nie będąc nie wnosza o rozwód - zadna ze stron. Dlaczego tak czynią - nie wnikam, choć generalnie nie jest to bezpieczna praktyka- ale ich sprawa. Jednak nie wnosza, a nie nie mogą uzyskać - tu jest spora róznica.
            Przy braku zgody na rozwód upierają się najczesciej osoby zorientowane religijnie (nie, to nie jest przygana nijaka, po prostu w KRK jest frakcja, która za wielki grzech uwaza nie tylko doprowadzenie do rozwodu ze swej strony, ale także wyrazenie zgody nań, gdy wnosi druga strona). Mogą sobie nie wyrazać tej zgody, ale gdy sąd uzna całkowity rozpad pożycia, to z reguły po krótszym lub dłuższym czasie rozwód zostaje orzeczony, szczególnie zaś wowczas, gdy wnoszacy o niego załozy juz nieformalnie nowa rodzinę, a już w szczególnosci, gdy z takiego związku pojawi się dziecko/dzieci.
            • aqua48 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 22:05
              kora3 napisała:

              > Aquo, tak technicznie mnie interesuje - z jakich to rozmaitych wzgledów osoby t
              > akie nie mogą zawrzeć zw. małżeńskiego, a chcą? Pytam z czystej ciekawości,

              A na przykład z takiej, że któreś nie może się rozwieść z powodu ciężkiej choroby współmałżonka, niepełnoletnich dzieci, kredytów, majątków, firm, przemocy itp, mimo iż związek w praktyce nie istnieje. Takich sytuacji jest wiele. Sama znam kilka różnych i trudnych do wyobrażenia. Praktycznie w każdej z nich rozwód byłby formalnością, ale przeważają względy moralne, finansowe, zobowiązania wobec dorastających dzieci, niechęć do spotykania się w sądzie i podawania powodów lub wręcz paniczny lęk przed osobą przemocową i jej w tym sądzie zachowaniem.
              Dla mnie osobiście to raczej komplikacja zamiast rozwiązania, ale tak ludzie postrzegają rzeczywistość niekiedy bardzo trudną i zawikłaną i zdarza się, że ona uniemożliwia im zalegalizowanie nowego związku..



              • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 05.03.19, 08:05
                Aquo, czyli sama przyznajesz, ze niema przeszkód tak na serio, są lęki itp. Jesli związek nie istnieje, a przynajmniej jedno z rodziców jest w nieformalbym zwiazku z kimś innym, bo otakiej sytuacji rozmawiamy w tym wątku, to nie bardzo pojmuje o co biega z tymi dziećmi...Nie wiedzą o tym, że ojciec czy matka mieszkają z kimś innym niż ich drugi rodzic?
                • aqua48 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 05.03.19, 15:14
                  kora3 napisała:

                  > Aquo, czyli sama przyznajesz, ze niema przeszkód tak na serio, są lęki itp. Je
                  > sli związek nie istnieje, a przynajmniej jedno z rodziców jest w nieformalbym
                  > zwiazku z kimś innym, bo otakiej sytuacji rozmawiamy w tym wątku, to nie bardzo
                  > pojmuje o co biega z tymi dziećmi...Nie wiedzą o tym, że ojciec czy matka mies
                  > zkają z kimś innym niż ich drugi rodzic?

                  Nie Koro, to nie tylko lęki, to również zobowiązania. Ludzie czasami czują się w obowiązku doglądać ciężko chorego fizycznie czy psychicznie małżonka, choć teoretycznie mogliby powiedzieć "żegnaj Lola" i wystąpić o rozwód. Jak wiadomo łatwiej jest uzyskać dostęp do informacji o chorym i podejmować decyzje będąc bliską rodziną niż eks. To akurat nie ulega wątpliwości.
                  Z dziećmi chodzi o to że mieszkają z dwojgiem rodziców, mimo iż jedno z nich jest w nieformalnym związku z kimś innym..
                  • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 05.03.19, 16:42
                    Aquo, coś mi tu nie pasuje - nie, nie irytuj się, ale ...
                    Zobowiazania wobec cięzko chorego współmałżonka pozostają na ogół takę po rozwodzie z nim. Innymi słowem - gdy uzyska sie rozwód z taką osobą to z reguły z klauzulą dotyczacą opieki nbad nim i utrzymania go. Nie ma jednak sposobu, by zmusić kogoś, aby technicznie samodzielnie opiekował się chorym byłym współmałzonkiem, ba - nierzadko nie jest to nawet możliwe z czysto praktycznych przyczyn - bo jesli ktoś wymaga całodobowej opieki, to druga osoba musiałaby nie pracowac, by sie sama nią zajmować. Poza wyjątkami - nie można sobie na to pozwolić ze względów finansowych. Zatem czy współmałzonek aktualny, czy były jesli jest zobowiazany do opieki, to najczesciej kogoś do niej wynajmuje, albo opłaca pobyt w placówce, która taką opiekę zapewnia.

                    Nie, nie wiadomo wcale, żeby łatwej było uzyskać informacje o chorym będąc bliską rodziną a nie eks. Chory moze upoważnić do otrzymywania takich informacji KAZDĄ osobę, w tym CAŁKOWICIE obcą osobę, a także wyłączyć każdego z rodziny z otrzymywania takich informacji. Wyjątek od tego stanowi sytuacja, gdy chory jest ubezwłasnowolniony, wówczas w pierwszej kolejnosci do otrzymywania takich informacji upoważniony jest jego opiekun prawny. Wcale nie ejst powiedziane, ze musi być nim współmałżonek jesli takowego posiada, ani, ze nie może nim być były współmałżonek o ile takiego posiada.
                    Tak swoją drogą - fajnie sie musi czuć taki chory współmałzonek wiedzac, ze druga strona jest w nieformalnym hmmm związku z kim innym. Bo zdaje się wyjściowo to Minnie chodziło o konkubinaty/kohabitację, a to oznacza z formalnego punktu widzenia Aquo WSPÓLNE ŻYCIE - zatem wspólne mieszkanie - to jak? mieszkają w trójkącie? To samo z dziećmi ...
                    I ie pisz mi proszę, ze nie mieszkają, bo jak nie mieszkają, to nie jest konkubinat/kohabitacja.
                    I bardzo też wątpliwe, by fakt takiego zwiazku na boku, o którym wszyscy wiedzą wszak, bo skoro mają wspólnie na ślub zapraszać smile tylko ze para nie mieszka razem uchodzi wiedzy współmałzonka i dzieci smile
                    • aqua48 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 05.03.19, 17:28
                      kora3 napisała:

                      > Aquo, coś mi tu nie pasuje - nie, nie irytuj się,
                      > Zobowiazania wobec cięzko chorego współmałżonka pozostają na ogół takę po rozwo
                      > dzie z nim.

                      koro nie irytuję się opisałam sytuacje które sama znam z życia. Tobie mogą nie pasować, ludziom zaangażowanym pasują.

                      Po rozwodzie z chorą osobą "opiekę" nad nią może przejąć dalsza rodzina odsuwając eksa od wszelkich z nim kontaktów, pod pretekstem porzucenia i rozwodu, bierzesz w ogóle taką sytuację pod uwagę?

                      > Tak swoją drogą - fajnie sie musi czuć taki chory współmałzonek wiedzac, ze dru
                      > ga strona jest w nieformalnym hmmm związku z kim innym.

                      Pewnie niefajnie, pewnie też czasami jest mu to obojętne, zależy od układów, a te są różne, ale nie o tym tu mówimy.

                      > WSPÓLNE ŻYCIE - zatem wspólne mieszkanie

                      Związek z kimś to niekoniecznie wspólne mieszkanie Koro. Czasem to pomieszkiwanie, ale też czasem zdarza się, że małżeństwo od lat mieszka osobno, niekiedy w dwóch różnych miejscowościach - każde ze swoimi rodzicami którymi się opiekują na przykład. Takie pary też znam.

                      > I bardzo też wątpliwe, by fakt takiego zwiazku na boku, o którym wszyscy wiedz
                      > ą wszak, bo skoro mają wspólnie na ślub zapraszać smile tylko ze para nie mieszka
                      > razem uchodzi wiedzy współmałzonka i dzieci smile

                      No a jeśli nie uchodzi wiedzy, wręcz przeciwnie - dzieje się to za cichym przyzwoleniem, bo zachowanie status quo jest mu na rękę bardziej niż rozwód?
                      Są i takie sytuacje, jakkolwiek nieprawdopodobne Ci się wydawały. Życie Koro pisze zaskakujące scenariusze.
                      Dla wielu osób rozwód w podobnych sytuacjach jest oczywistością, dla innych do tego kroku istnieją bardzo poważne przeszkody. I moim zdaniem należy to przyjąć.

                      • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 08:53
                        aqua48 napisała:
                        >
                        > koro nie irytuję się opisałam sytuacje które sama znam z życia. Tobie mogą nie
                        > pasować, ludziom zaangażowanym pasują.


                        Aquo, co mnie moze nie pasować, czy pasować czyjeś życie, które w dodatku nie ma wpływu na moje. Rozmawiamy nie o tym co komu pasuje, tylko o konkretach - tak naprawdę w PL (bojak gdzie indziej - nie wiem) nie ma w zasadzie sytuacji, gdy ktoś NIE MOZE uzyskać rozwodu, gdy chce - choć jak wspomniałam - kodeksowo są 3 takie przypadki opisane. Z zastosowaniem tych kodeksowych przypadków rozwód moze się mniej lub bardziej PRZEDŁUZAĆ - owszem - ale nie jest tak, ze jest niemożliwy, a o ile to naprawdę w jakiejś wyjątkowo skrajnej sytuacji.
                        I owszem Aquo, znam dwie pary, w których w jednej pan, w drugiej pani pozostają formalnie w zw. małżeńskich z kimś innym. Tylko, ze tre osoby nie twierdzą, ze NIE MOGĄ się rozwieść, po prostu tego nie robią, bo wg nich szkoda zachodu. Choć osobiscie uwazam taką sytuację za no niebezpieczną z punktu widzenia czysto prawnego, to skoro one same sie tego nie obawiają, a ich drugim aktualnym połowom nie przeszkadza ów fakt, to wszystko ok.
                        >
                        > Po rozwodzie z chorą osobą "opiekę" nad nią może przejąć dalsza rodzina odsuwaj
                        > ąc eksa od wszelkich z nim kontaktów, pod pretekstem porzucenia i rozwodu, bier
                        > zesz w ogóle taką sytuację pod uwagę?
                        >


                        Owszem Aquo, tylko, że jesli mowa o osobie mającej prawa do decydowania o sobie w sensie prawnym, to ta osoba ma prawo wyrazić zgodę na rozwód i dalszej czy nawet bliśzej rodzinie - nic do tego. Podobnie ma prawo wybrać kto ma sie nią opiekowac, a jesli wybierze eskmałzonka, to tak zostanie zapisane w orzeczeniu rozwodu i żadni krewni nie mają nic do tego.
                        >
                        > Pewnie niefajnie, pewnie też czasami jest mu to obojętne, zależy od układów, a
                        > te są różne, ale nie o tym tu mówimy.


                        No wiesz, jasne, ze zależy od układów, ale niemniej, to jest sytuacja dosc mocno odbiegająca od normy społecznej

                        >
                        > Związek z kimś to niekoniecznie wspólne mieszkanie Koro. Czasem to pomieszkiwan
                        > ie, ale też czasem zdarza się, że małżeństwo od lat mieszka osobno, niekiedy w
                        > dwóch różnych miejscowościach - każde ze swoimi rodzicami którymi się opiekują
                        > na przykład. Takie pary też znam.


                        Aquo, albo rozmawiamy o konkubinacie/kohabitacji, jak "zadała" Minnie w tym watku, albo o jakichś różnych innych ukladach. Postuluję - rozgraniczać.
                        Konkubinat/kohabitacja to jest związek nieformalny, w którym para (zawęźmy na potrzeby wątku do par hetero) żyje jak małzeństwo, tylko bez formalizacji. Zatem - mieszka razem, prowadzi wspólne gospodarstwo domowe i współżyje seksualnie (znów dla uproszczenia).
                        Tak jest z definicji Aquo. Wszelkie inne "układy" typu "chodzenie z sobą" młodych ludzi (no bo o tych starszych nie mówi sie już raczej, że z sobą chodzą), spotykanie sie, pomieszkiwanie, wspólne spędzanie czasu itd. połączone ze współżyciem intymnym lub nie nie są konkubinatem/kohabitacją.

                        I również takich układów nie widzi jako konkubinat/kohabitację prawo. Dla zobrazowania posłuże się przykładem: jako studentka czas jakiś mieszkałam w moim mieszkaniu wspólnie z moim przyjacielem jeszcze ze średniej szkoły. Tak się złożyło, że akurat wtedy był on stroną w pewnej cywilnej sprawie i zostałam w niej powołana na świadka. Sąd pyta czy jestem osobą bliską powodowi. Powiedziałam, że tak, przyjaźnimy sie od 8 lat i obecnie wspólnie mieszkamy. Na co sąd zwyczajnie zapytał, czy jesteśmy parą. Odpowiedziałam, że nie, po prostu przyjaciółmi. - Zatem nie może pani odmówić składania zeznań - wygłosił sądsmile Nie zamierzałam odmawiać, nawet mając taką mozliwosc, ale nie w tym rzecz. W oczach wymiaru sprawiedliwości bliskość to jest więź intymna i gospodarcza, o ile nie zachodzi sytuacja małzeństwa, pokrewieństwa, albo powinowactwa.
                        Oczywiście mozesz powiedzieć, ze nie interesują Cię spojrzenie z punktu widzenia prawa, ani też definicja konkubinatu/kohabitacji, ale w takim razie dyskusja nie ma sensu, w kazdym razie o tym co "zadała" Minnie. Uściślijmy zatem o czym mamy rozmawiać, bo naprawdę nie ma sensu dyskutować, jesli "rozciągniemy" konkubinat/kohabitację na wszystkich ludzi, którzy się spotykają i przespali z sobą kolokwialnie mówiąc.

                        >
                        >
                        > No a jeśli nie uchodzi wiedzy, wręcz przeciwnie - dzieje się to za cichym przyz
                        > woleniem, bo zachowanie status quo jest mu na rękę bardziej niż rozwód?
                        > Są i takie sytuacje, jakkolwiek nieprawdopodobne Ci się wydawały. Życie Koro pi
                        > sze zaskakujące scenariusze.
                        > Dla wielu osób rozwód w podobnych sytuacjach jest oczywistością, dla innych do
                        > tego kroku istnieją bardzo poważne przeszkody. I moim zdaniem należy to przyjąć


                        Aquo, ja nie OCENIAM cudzych decyzji w tym zakresie, jesli mnie nie dotyczą - oczywiste. Mogę jedynie powiedzieć czy JA bym się na taki układ zdecydowała, albo zapytana czy w dyskusji jak tu wyrazić pogląd, że przeważnie taka sytuacja może być niekomfortowa w konsekwencjach dla kogoś pozostającego w takim układzie, w zasadzie każdej strony. Jednak, jesli takie coś komuś pasuje i konsekwencji sie nie obawia, to jest całkowicie jego sprawa. Odniosłam się TYLKO do tego stwierdzenia, jakoby w konkubinacie (o kohabitacji z definicji nie mozna w takiej sytuacji mówić) pozostawały osoby, które NIE mogą pobrac się. Nie mówimy o tych, dla których z dowolnej przyczyny nierozwiązywanie formalnego związku jest korzystniejsze, bardziej komfortowe itd. To jest ICH wybór, do którego mają prawo - uprzedzam. Ale nie mówmy, że NIE MOGĄ się rozwieść- zwyczajnie - z dowolnej przyczyny - nie chcą.
                        NIE MOGĄ u nas formalizować związków pary homoseksualne - mam nadzieję szczerą, ze na razie. Tu zachodzi na serio sytuacja, kiedy ludzie CHCĄ formalizacji, a nie mogą jej zrealizowac. Podciąganie pod to sytuacji, kiedy mogliby, ale nie chcą jest nie fair nawet wobec tych par, które na serio nie mogą sad
                        • aqua48 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 12:37
                          kora3 napisała:

                          >Z zastosowaniem tych kodeksowych przypadków rozw
                          > ód moze się mniej lub bardziej PRZEDŁUZAĆ - owszem - ale nie jest tak, ze jest
                          > niemożliwy

                          Toż napisałam, że jest niemożliwy dla ludzi z rozmaitych powodów. A nie że generalnie niemożliwy. Nikt nikogo małżeństwem nie spawa ze sobą na całe życie Koro.

                          > No wiesz, jasne, ze zależy od układów, ale niemniej, to jest sytuacja dosc mocn
                          > o odbiegająca od normy społecznej

                          Właśnie takie sytuacje miałam na myśli. Mogą Ci się wydawać dziwaczne, niedorzeczne itp, ale nie zaprzeczysz, że się zdarzają?

                          >Ale nie mówmy, że NIE MOGĄ się rozwieść- zwyczajnie - z dowol
                          > nej przyczyny - nie chcą.

                          Wobec tego patrząc z Twego punktu widzenie nie ma sytuacji w których ludzie nie mogą się rozwieść, jednak patrząc z punktu widzenia ludzi takie sytuacje się zdarzają.
                          • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 13:28
                            aqua48 napisała:
                            >
                            > Toż napisałam, że jest niemożliwy dla ludzi z rozmaitych powodów. A nie że gene
                            > ralnie niemożliwy. Nikt nikogo małżeństwem nie spawa ze sobą na całe życie Koro


                            Nie jest niemożliwy, a jest w danym momencie dla tych ludzi niekomfortowy w szerokim tego słowa znaczeniu.

                            >
                            > Właśnie takie sytuacje miałam na myśli. Mogą Ci się wydawać dziwaczne, niedorze
                            > czne itp, ale nie zaprzeczysz, że się zdarzają?


                            Oczywiscie, że się zdarzają tylko dziwaczne dla mnie jest, że dzieci tak bardzo przeżyłyby rozwód rodziców, natomiast zupełnie im nie wadzi, że każde lub jedno z tych rodziców zyje i np. mieszka z kimś innym.
                            >
                            > Wobec tego patrząc z Twego punktu widzenie nie ma sytuacji w których ludzie nie
                            > mogą się rozwieść, jednak patrząc z punktu widzenia ludzi takie sytuacje się z
                            > darzają.


                            Aquo, rozgraniczmy dwie sprawy: techniczną i psychiczną. Technicznie sytuacja, kiedy człowiek nie chce z kimś być, a jest z tym kimś w formalnym zwiazku i NIE MOZE uzyskać rozwodu jest sytuacją w praktyce ekstremalnie rzadką. Nawet jesli występuje która z 3 [podanych już przesłanek do odmowy orzeczenia rozwodu, na ogół wcześniej albo później zostaje on orzeczony.
                            Zatem technicznie to prawie zawsze wykonalne, ALE czesc takich ludzi z powodów osobistych uwaza, że nie powinna w danym momencie wnosić o rozwód. Takie osoby mają do swej postawy jak najbardziej prawo, uprzedzam, ale nie mówmy o niemozności, tylko o niechęci z waznych osobistych powodów.
          • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 10:38
            Ja bardzo chciałam zostać magistrem, niestety mi się nie udało, rozumiem, że mogę się tak tytułować?
            • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 12:14
              No teoretycznie Katjo, możesz...Ba nawet praktycznie możesz smile o ile tylko nie będziesz wprowadzać w tej kwestii w błąd tam, gdzie ma to formalne znaczenie np. poszukując pracy (mało prawdopodobne, zwykle pracodawca oczekuje, ze przedstawisz mu stosowne dokumenty), to możesz mówić sobie nt. swego wykształcenia co zechcesz - kwestia jak to odbierze otoczenie. Na ogół, co miałam okazję obserwować, reaguje pobłażlwym uśmiechemsmile
        • verdana Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 03.03.19, 13:45
          Masz rację. Zatem osoby, które adoptowały dzieci nie powinny używać terminów matka i ojciec, tylko każdemu mówić "To jest mój wychowanek, którego adoptowałem". Bo inaczej wprowadzają ludi w błąd. Tylko się śmiać z takiego macierzyństwa czy ojcostwa.
          • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 03.03.19, 16:33
            smile) dokładnie tak.
          • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 09:31
            Nie Verdano, no nie mieszaj. Adopcja pod względem cywilno - prawnym jest dokładnie takim samym stanem jak posiadanie własnego dziecka, czy przysposobieniem. Ale już rodzicielstwo zastępcze - nie. I owszem, w przypadku rodzin zastępczych dzieci dośc rzadko mówią do opiekunów "mamo/tato", przeważnie jednak "ciociu/wujku" - mówię oczywiście teraz o rodzinach zastępczych niespokrewnionych. Tej formy dzieci, szczególnie małe używają też często do opiekunów w DD.
            A jest tak z przyczyn czysto przyziemnych - dziecko w rodzinie zastępczej/DD najczejsciej ma przynajmniej jednego rodzica i najczesciej , nawet gdy nie ma z nim kontaktów wie o jego istnieniu.
            • verdana Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 09:35
              Ok. W takim razie bez adopcji. Dziecko nie moze do drugiego męża matki mówić "wujku", aani już w żadnym wypadku "tato" , ma zwracać sie do niego "ojczymie". Ojczym zaś winien do niego mowić "pasierbie", a nie "synu", nawet jeśli chłopak uwąza ojczyma za ojca, a ojczym dziecko za swojego syna. Nie mają prawa i już, bo przeciez oszukują ludzi.
              • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 10:11
                Verdano, ja jestem dzieckiem wychowanym przez mego śp. ojczyma, do którego mówiłam "tato" i którego jak ojca traktowałam. Dodam, ze mój biologiczny tato zmarł, gdy byłam bardzo mała, w sumie go nie pamiętam.
                Nie, nikt nie miał do mnie nijakich pretensji, że mówiłam do taty "tato", ale już np. do tego, bym mogła z nim bez matki podrózowac za granicę jako dziecko, konieczne było przysposobienie mnie przez mego ojczyma. Bo dopóki sie tak nie stało Verdano nie miał do mnie żadnych praw, ani żadnej władzy rodzicielskiej nie mógł sprawować. Sytuacja była taka, że mój tato pracował za granicą czesto, a mama nie zawsze mogła doń wyjechać. Ja natomiast zwykle mogłam i chciałam, ale gdyby nie uznał mnie za niejako swe dziecko, to miałabym z tym problem wynikający z przepisów prawa.

                Nic nie pisałam poniekąd o żadnym oszustwie, a tylko o MOZLIWOSCI wprowadzenia w błąd tak przedstawiającej sie pary nieformalnej. W sytuacjach prywatnych, nieformalnych, luźnych nie ma to najpewniej znaczenia. W sądzie czy urzędzie już tak o sobie nie będą mówić/pisać, bo to podawanie fałszywych informacji urzędowych, a to jest zagrożone nawet karą, zresztą działaliby na swoją szkodęsmile
                • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 10:26
                  kora3 napisała:
                  W sądzie czy urzędzie już tak o sobie nie będą mówić/pisać, bo to podawanie fałszywych informacji urzędowych, a to jest zagrożone nawet karą, zresztą działaliby na swoją szkodęsmile

                  alez skad, dlaczegoby nie - oczywiście ze mowic moga i beda,
                  zawsze mozna tak o sobie powiedziec - "to moj maz, moja zona z tym ze slubu nie mamy". bo prawo wcale nie zabrania uzywania tych nazw nieformalnie, gdyz ani rzad ani kosciol (zreszta nikt) nie ma na to patentu.
                  Co prawda w wypelnianiu dokumentow, poniewaz Polska ma inne nazewnictwo, uzyc maz/zona juz sie nie da,
                  ale np tutaj sie da doskonale bo stosuje sie forme common-law wife/ common-law husband.
                  przy okazji pozwole sobie zauwazyc jak o wiele eleganciej i taktowniej te sprawe tu rozwiazali bo przez po prostu dodanie 'common-law' przedrostka. i wilk syty i owca cala.

                  Minnie
                  • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 10:52
                    Minnie- powtarzam Ci raz jeszcze, w PL słowa "partner/rka" są przyjęte, w ludziach nie wzbudzają sensacji, ani zdumienia. Nie ma sensu wg mnie tworzyć jakichś nowych form skoro jest forma, która sie sprawdza i jest zrozumiała.
                    PS. Kochana, "eleganciej"? Wiem, to nie forum językowe, a Ty wiele lat mieszkasz poza Polską - ale ...nie od wszystkich przymiotników czy przysłówków w polskim tworzy sie stopień wyższy w taki sposób. Klasyczny przyjład przymiotnik "chory" - nie "chorszy" tylko bardziej chory, podobnie tu z przysłowkiem "elegancko" - bardziej elegancko, a nie eleganciej
                    • daria275 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 11:08
                      To prawda Koro, nie jest to forum polonistyczne, ale osoba z takim zacięciem walcząca tu o poprawność (a nawet hiperpoprawność) językową powinna wiedzieć, że sformułowanie "między Bogiem a prawdą" jest błędem - zawsze i w każdej sytuacji.
                      • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 11:21
                        masz fację Dario i dziękuję za przypomnienie tego. Moim zdaniem nikomu nie uwłącza, że się pomyli, a obrażać się gdy ktoś poprawi się nie powinno smile
                        Pozdrawiam
                    • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 11:20
                      Koro - niech sobie będą przyjęte. nie odmawiam ich nikomu, tobie to wystarczy ale mnie nie i nie narzucaj mi proszę tylko dlatego ze tobie się tak podoba smile
                      ja wole formę maz /zona, bo uważam iż pełnimy dokładnie takie same role i bez papierka, a nieraz lepiej niż ci z papierkiem, wiec nikomu nic do tego.

                      Minnie
                      • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 11:24
                        Zatem jesteś konkubiną przedstawiającą się jako żona. Śmieszne, ale w sumie niegroźne dziwactwo.
                        • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 11:26
                          Nie, no Minnie, to z tego co wiem jest męzatką - formalnie kobietą zamężną smile
                          Przecież pisałam, ze największy problem heh z nazewnictwem mają osoby, których sprawa wcale bezpośrednio nie dotyczy.
                          • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 11:46
                            nawet jakbym była konkubina, przedstawiając sie jako zona i męża jako męża - to mam prawo, a nazywanie tego dziwactwem jest super niegrzeczne i świadczy tylko o zaściankowości i braku tolerancji.
                            tak samo jak awantura o nazywanie małżeństwem formalnie zawartego w kościele związku homoseksualnego.
                            dla tych ludzi ich związek to jest rzecz święta, doniosła, a tu poniektórzy wykłócają sie o nieistotne w gruncie rzeczy szczegóły - nazewnictwo. na co, po co ?
                            • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 11:53
                              Minnie, o ile się nie mylę TY zaczełaś wątek o tym - zatem posadzanie potem o wykłocanie sie jest no dziwne.
                              Sprawa dla mnie z punktu widzenia SV jest bardzo prosta - tak kogoś się powinno nazywać, jak sie przedstawił/przedstawił inną osobe.
                              Nieprawdą jest natomiast, ze w PL nie wykształciło się zadne słowo opisujące taki związek poza urzędowymi "konkubent/konkubina" - bo się przyjęło "partner/partnerka". Czy ktoś chce wobec swego zwiazku tego ogólnie przyjętego słowa używac, czy też innego, to jego sprawa. Ja jedynie zaprostowałąbym i czyniłam to na forum też, gdy ktoś mój związek, mnie czy mego partnera nazywałby niezgodnie z prawda oraz jakimiś idiotycznymi neologizmami. Mam nadzieję Minnie, ze nie chciałabyś mi odbierać prawa do nazywania ww. prawidłowo, jak nie odbierasz go tym, którzy nazywają po swojemu?
                              • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 23:10
                                kora3 napisała:
                                > Minnie, o ile się nie mylę TY zaczełaś wątek o tym - zatem posadzanie potem o wykłocanie sie jest no dziwne.

                                nie, mimo iż ja założyłam watek to własnie nie ja sie wykłócam - wykłócają sie ci co odbierają prawa homoseksualistom do nazywania ich związku legalnie zawartego, nawet w kościele, małżeństwem - bo do tego się w ostatniej wypowiedzi odnioslam.
                                wykłócają się ci co odbierają konkubentom prawo do nazywania sie mężem, zona.

                                Ja nikomu nie odbieram prawa do nazywania się jakkolwiek mu pasuje.

                                Minnie
                                • ola5488 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 23:19
                                  minniemouse napisała:

                                  > nie, mimo iż ja założyłam watek to własnie nie ja sie wykłócam - wykłócają sie
                                  > ci co odbierają prawa homoseksualistom do nazywania ich związku legalnie zawar
                                  > tego, nawet w kościele, małżeństwem - bo do tego się w ostatniej wypowiedzi od
                                  > nioslam.

                                  Osoby o orientacji homoseksualnej nie mogą zawrzeć ślubu kościelnego.
                                  • bo_ob Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 23:25
                                    ola5488 napisała:

                                    > Osoby o orientacji homoseksualnej nie mogą zawrzeć ślubu kościelnego.

                                    "Od 2012 roku, kiedy to Duński Kościół Narodowy zgodził się na udzielanie ślubów homoseksualistom przez duchownych, homoseksualistom udzielono 416 ślubów kościelnych. Z roku na rok liczba osób tej samej płci, które biorą ślub, rośnie."
                                    www.rp.pl/Spoleczenstwo/170619300-Dania-Coraz-wiecej-malzenstw-homoseksualnych-zawieranych-jest-w-kosciolach.html
                                    • bo_ob Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 23:27
                                      "Szkocki Kościół uznał małżeństwa homoseksualne"
                                      www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/malzenstwa-homoseksualne-uznane-przez-szkocki-kosciol-episkopalny,747372.html
                                    • ola5488 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 05.03.19, 11:04
                                      bo_ob napisała:

                                      > ola5488 napisała:
                                      >
                                      > > Osoby o orientacji homoseksualnej nie mogą zawrzeć ślubu kościelnego.
                                      >
                                      > "Od 2012 roku, kiedy to Duński Kościół Narodowy zgodził się na udzielanie ślubó
                                      > w homoseksualistom przez duchownych, homoseksualistom udzielono 416 ślubów kośc
                                      > ielnych. Z roku na rok liczba osób tej samej płci, które biorą ślub, rośnie."
                                      > www.rp.pl/Spoleczenstwo/170619300-Dania-Coraz-wiecej-malzenstw-homoseksualnych-zawieranych-jest-w-kosciolach.html

                                      Nie sprecyzowałam - chodzi mi o wyznanie katolickie.
                                • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 05.03.19, 08:08
                                  Minnie, JA się wykłocam? no proszę Ci...Nigdzie nie pisałam niczego o zw. homoseksualnych, weź mi nie wpieraj smile Jesli homoseksualna para zawarła formalny zwiazek, to niby dlaczego nie mieliby być nazywani zgodnie z przyjętym nazewnictwem?
                      • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 11:25
                        Minnuś, kochana, że tak spbie pozwolę. Chyba już n-ty raz piszę, że w sytuacjach nieformalnych, prywatnych niechze sobie każdy nazywa jak chce. Nie akceptuję tylko takiej sytuacji, gdy w odniesieniu DO MNIE i mego partnera, ktoś usiłuje uzywać nazewnictwa niezgodnego z prawdą np. "twój mąż", albo infantylnego typu "twój osobisty, twój niemaż" - wszelkie inne sytuacje mam daleko, jesli ktoś i kogoś przedstawia, ze mąz, a wiem poniekąd, ze ślubu nie było, to nie staram się sprostowac, nazwać inaczej, ani nawet dowiedzieć siew dlaczego tak przedstawia. JA bym tego nie robiła, uwazam to za dziecinadę - na swoje potrzeby smile - ale nie wnikam.
                        • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 11:48
                          Ok, Madame - wreszcie poniałam (i saluta) smile

                          Minnie
                          • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 11:57
                            smile Fajnie smile
                            A teraz mam pytanie Minnie: czy Ty uważasz za kulturalne nazywanie partnera "męzem", albo jakimiś neologizmami w stylu "Twój niemąż, osobisty" owego partnera do kogoś, kto sam go przedstawił/pisze o nim "partner"?
                            Ja uwazam za niekulturalne i głupie i nie przemawiają do mnie wyjaśnienia "bo tak jest fajnie, bo tak jest lepiej" - ja chyba sama lepiej nomen omen wiem w temacie, który MNIE dotyczy?
                            • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 23:27
                              kora3 napisała:
                              : czy Ty uważasz za kulturalne nazywanie partnera "męzem", albo jakimiś neologizmami w stylu "Twój niemąż, osobisty" owego partnera do kogoś, kto sam go przedstawił/pisze o nim "partner"?

                              zależy od sytuacji, od intencji. od stopnia zażyłości. w sytuacjach oficjalnych, gdy nowo poznani dopiero są sobie przedstawiani to nie jest to kulturalne. ale miedzy psiapsiółkami jak najbardziej dopuszczalne. w celu dokuczenia i upokorzenia niedopuszczalne i w jednym i drugim przypadku.
                              ale uważam także, iz nadmiernie skrupulatne przestrzeganie poprawnych form jest niezwykle meczące tak dla otoczenia jak dla samej osoby zainteresowanej.
                              mój maż nie-maż jest moja duma pod każdą nazwa, wiec przytyki mające na celu być złośliwe spływają po mnie jak woda po kaczce. nade wszystko dlatego ze nie widzę nic niepoprawnego w konkubinacie.

                              Minnie
                              • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 05.03.19, 08:34
                                Minnie, nie chodzi o nijakie przytyki. Moze spróbuję Ci to jednak wyjaśnić ...
                                Jestem, jak być moze pamiętasz, w nieformalnym związku od prawie 12 lat. Kiedy weń weszłam mieliśmy już tyle lat, że nie pasowałoby NAM nazywać się "mój chłopak/moja dziewczyna". Zatem całkiem naturalne było dla nas "partner/ka". Nigdy nie spotkałam sie z sytuacją, by ktoś NIE ZROZUMIAŁ jaka nas łączy relacja po takim przedstawieniu któregokolwiek z nas - komuś.

                                Z osobistego doświadczenia, ale i z obserwacji wiem, ze największy "problem" z nazewnictwem związków nieformalnych mają nie ludzie w nich będący Minnie, tylko inni, z reguły ci, którzy uważaja te związki za coś dziwnego, egzotycznego, czy wstydliwego. Ponieważ je za takie uważają, dośpiewują sobie nierzadko całą ideę, jak to kobieta w takim zwiazku chce być żoną, tylko facet nie chce się żenić, więc głupio tak nazywać jak jest i jak przedstawia, lepiej nazywać "męzem" choć nie jest, albo jakimś dziwacznym neologizmem.

                                Znam wielu ludzi w wolnych związkach, także w takich długoletnich, jak nasz i powiem Ci Minnie z ręką na sercu: NIE ZNAM NIKOGO, kto nazywałby "mąż/żona" swego partnera/swoją partnerkę.

                                Nie miewam, "psiapsoółek", nawet nie wiem kto to taki, domyslam się, ze jakieś kolezanki. I nie widzę kompletnie powodu, dla którego ktos kto mego partnera ZNA, a moje kolezanki go znaja, miałby nazywać go jakoś w rozmowie ze mną inaczej niż imieniem.
                                Nie wiem jak w CAN Minnie, ale w PL nie ma zwyczaju "tytułowania" ludzi z użyciem relacji, jeśli się tę osobę o której mowa zna i jest z nią na ty. Mojej zamęznej kolezanki z pracy też nie pytam, czy będzie gdzies tam z męzem, tylko czy będzie z Rafalem - oczywiste. Mego eksa nie pytam, czy przyjedzie do mnie z partnerką, tylko czy będzie z Basią - też oczywiste. Mojej przyjaciółki nie pytam czy rozmawiała z byłym męzem tylko czy rozmawiała z Markiem - znów - oczywiste.
                                Zatem no szczerze, to nie bardzo widzę zastosowanie w rozmowie między znajomymi tych neologizmów, bo zwyczajnie nie ma takiej potrzeby. Gdy mowa o kimś z kogo drugą połową się nie znamy, to jasne "Proszę pozdrowić żonę", ale tak samo "Proszę pozdrowić partnerkę" - kolejna oczywistość.

                                Moja postawa wobec tych neologizmów Minnie nie ma nic wspólnego z tym, że widzę coś nieporawnego w konkubinacie. Gdybym widziała, to bym w nim nie była - kolejna oczywistośc. Natomiast, jak wspomniałam, mam wrazenie, ze to twórcy tych neologizmów coś w nim niepoprawnego widzą i DLATEGo tworzą te głupactwa. Wnoszę z tego, że tworzenie tego dotyczy własnie na ogól nie ludzi będacych w wolnych zwiazkach, tylko ludzi - niektótych na szczescie- z ich otoczenia.

                                Nie znajduję nic męczacego w przedstawieniu mego partnera NORMALNIE w sensie "Mój partner XY" - serio, z doświadczenia Minnie smile Męczące to jest raczej poprawianie ludzi, do których nie dociera, że nie ejst to mój mąż i NIE CHCE by go tak nazywano. Na szczecie takich dziwolągów nie jest wielu i nie w moim najbliższym otoczeniu, ale owszem - zdarzają się.
                                Trzeba pojąć Minnie, że ludzie w wolnych związkach przeważnie NIE POTRZEBUJĄ jakichś udziwnień w zakresie nazewnictwa. JEŚLI potrzebują, to ...sami ich uzywają i wówczas jak najbardziej wypada takze ich używac w odniesieniu do ich związku, czy partnera.
                • verdana Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 21:50
                  Czym różni sie wprowadzanie w błąd przez nieformalną parę, od wprowadzania w błd przez Ciebie, gdy o człowieka, który formalnie nie był Twoim ojcem zwracałaś sie "tato"?
                  Nie mówimy o przepisach prawa, tylko o przedstawianiu sie znajomym.
                  • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 05.03.19, 08:42
                    Mój tato mnie przysposobił zatem formalnie był moim ojcem, nie był nim biologicznie, ale nie ma to nic do rzeczy w tym momencie.
                    Czym sie rózni? Niczym Verdano - przecież napisałam, że JA bym tak nie nazywała partnera, a nie że żądam, by nikt nie nazywał. Tak samo męża,gdy byłam męzatką nie nazywałam "małz" tylko o ile była okazja do przedstawienia "mój mąż" i tyle. Gdy przestał być mezem to mówiłam o nim "były mąż", "eksmąż" - gdy zachodziła potrzeba - w sensie, gdy mówiłam o nim z kimś, kto go nie znał, bo tak to normalnie mówiłam i mówię po imieniu.

                    Czy takie nazewnictwo niezgodne z prawdą może wprowadzać w błąd? No pewnie może, choć w sytuacjach luźnych, prywatnych, nie ma to znaczenia.

                    Zrozum mnie dobrze, mnie NIE przeszkadzałoby, gdyby nieformalna para tak sie nazywała, przedstawiała. Znam sporo takich par, nikt tak nie robi, ale zakładam, ze są osoby, które tak sie wzajemnie nazywają, przedstawiają. Ich sprawa. Nie robiłabym tak i nie widzę sensu tego, ale wszak mnie to nie dotyczyłoby, więc co mnie w sumie to?
                    Nie życzyłabym sobie natomiast stanowczo, zeby ktoś wobec MNIE i mojego partnera stosował takie słownictwo, bo mu sie wydaje, ze tak jest fajniej, czy lepiej ...Czy teraz jasne?
        • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 04.03.19, 09:22
          Wiesz, parskanie śmiechem wydaje mi sie niezbyt grzeczne. Natomiast no takie mam zdanie, prywatnie, dla siebie, osobiste, że takie nazewnictwo jest niezbyt ...I piszę to z pozycji osoby w długoletnim wolnym związku - żeby jasnośc była
    • kociaczek456 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 05.03.19, 09:06
      Teraz konkubinat jest bardzo popularny, coraz więcej par tak żyje. Do tego stopnia, że jest to norma społeczna.
      • mim_maior Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 05.03.19, 17:45
        W Polsce to niecałe 7% par, więc do "normy społecznej" jeszcze daleko.
        • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 05.03.19, 18:26
          Nawet jeśli by to była jedna para na milion, czyli promile promil, to byłaby to już norma społeczna. Występuje w społeczeństwie, a przede wszystkim nie narusza porządku życia innych. W oogóle nie z modelami życia ludzi dookoła nic wspólnego, bo nie nikt nie musi realizować się w cudzych oczach.
          • mim_maior Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 05.03.19, 20:17
            Wychodzi na to, że mój sąsiad kolekcjoner śmieci to też norma społeczna... Czy raczej przyjmujemy definicję, że "norma" to jest to, co mi najbardziej pasuje? Bo wtedy znowu czytanie stu książek rocznie to w Polsce norma (cudowny kraj!).
            • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 05.03.19, 20:43
              Nie, norma to zasada ogólnie przyjęta. Ogólnie przyjęta norma zachowania to pozwolić żyć innym, jak chcą ,nie zaglądać, nie dopytywać. O ile nam to nie przeszkadza. Sąsiad, o ile nie ma karaluchów ani szczurów, jest normą. I zdziwiłabyś się, ile rzeczy niepotrzebnych, nieużywanch, przeterminowanych itepe mąją inni.
              Konkubinat sąsiada nie ma na mnie żasnego wpływu więc to chyba proste.
              Czytanie stu ksążek to piękna sprawa. Sto romansideł, nie powiedzmy 30 romansów, 30 kryminałów (tego teraz masa), 20 powieści o wampirach, 10 książek kucharskich... Resztę można uzupełnić
              • aqua48 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 06:49
                znana.jako.ggigus napisała:

                > Nie, norma to zasada ogólnie przyjęta.

                Czyli jeśli hołduje jej niewiele osób nie jest norma bo NIE jest ogólnie przyjęta.

                >Ogólnie przyjęta norma zachowania to poz
                > wolić żyć innym, jak chcą ,nie zaglądać, nie dopytywać. O ile nam to nie przes
                > zkadza. Sąsiad, o ile nie ma karaluchów ani szczurów, jest normą.

                Jeśli jego zwyczaje stanowią dla innych zagrożenie pożarowe, lub grozi np zawaleniem stropu, to nie jest normą. Nie jest też normą zachowanie które stanowi zagrożenie tylko i wyłącznie dla niego.
                Ogólnie przyjętą normą jest właśnie kontrola społeczna która pozwala na sygnalizowanie niepokojących i przez to potępianie złych, krzywdzących innych zachowań.
                Zamykanie oczu na postępowanie innych które opisujesz to zwykła znieczulica, tumiwisizm i wygodnictwo.



                • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 09:14
                  aqua48 napisała:
                  >
                  > Czyli jeśli hołduje jej niewiele osób nie jest norma bo NIE jest ogólnie przyję
                  > ta.


                  No nie do końca tak Aquo. Normą społeczną jest nie tylko to, co robi większość społeczeństwa, ale także to, co jest prze większość akceptowane - upraszczając.

                  dla zobrazowania: statystycznie większość polskiego społeczeństwa bierze śluby wyznaniowe, z reguły w obrządku katolickim. Zatem można by powiedzieć, ze taka jest norma społeczna, tak? No tak, ALE jednocześnie wzięcie ślubu jedynie cywilnego, albo także w innym niż katolicki obrządku (np. protestanckiego, prawosławnego) jest społecznie akceptowane przez większość.
                  Zatem pomimo, ze jest to mniejszościowe statystycznie mieści się w normie społecznej - czyli nie jest odrzucane przez społeczeństwo, czy piętnowane.

                  Podobnie jest z wieloma mniejszościowymi społecznie zjawiskami. Np. większosc dzieci rodzi się jednak z formalnych związków, ale obecnie posiadanie dziecka ze związku nieformalnego nie jest społecznie piętnowane. Kiedyś, co pewnie masz szansę pamiętać, było inaczej.
                  Podobnie jest z konkubinatem/kohabitacją. Wiekszosc ludzi formalizuje związki, ALE brak formalizacji, poza bardzo określonymi środowiskami, zwykle ultrareligijnymi, ta sama większosc akceptuje nieformalne związki innych.


                  • aqua48 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 12:39
                    kora3 napisała:

                    > Normą społeczną jest nie tylko to, co robi większość
                    > społeczeństwa, ale także to, co jest prze większość akceptowane - upraszczając.

                    Koro, wyważasz otwarte drzwi.
                    • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 13:16
                      No najwyraźniej nie, skoro cześc uwaza ze normą społeczną jest TYLKO to, co dominuje w danym społeczeństwie smile
                • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 19:36
                  Napisałaś:
                  Czyli jeśli hołduje jej niewiele osób nie jest norma bo NIE jest ogólnie przyjęta.

                  Odpowiadam - nie.
                  Np weganizm - niewielu ludzi tak je, a jednak jest to ogólni przyjęte jako sposób na życie/dieta/filozofia. Nie jest karane.
                  Słowa klucz to tolerancja, większość, mniejszość i przeszkadzać.
                  • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 19:53
                    Pozwolę się sobie z Tobą nie zgodzić Giggus. to, że coś nie jest karalne wcale nie oznacza, że jest w normie społecznej. Np. prostytucja nie jest karalna bynajmniej, a jednak trudno byłoby dowodzić, ze jest to norma społeczna, prawda?

                    Wg mnie nieporozumienie w tym wątku dot. normy społecznej polega na tym, że część dyskutantek za normę społeczną uważa to co większość społeczeństwa praktykuje. Tymczasem w normie społecznej są także takie zachowania, które dotyczą mniejszości, ale większość je akceptuje. I tak właśnie jest w przypadku wolnych związków. Poza wyjątkowymi środowiskami/osobami oczywiscie. Z mojej obserwacji wynika jednak, że o ile wolny związek dwojga wolnych ludzi naukowo własnie kohabitacją nazywany jest akceptowany społecznie, to takowy gdzie jedno lub oboje są z kimś formalnie związani już cieszy się mniejszą akceptacją.
          • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 07:39
            Źle definiujesz normę społeczną moja Droga. Nie będę rozwijać, koleżanki wyżej już wyjaśniły.
            Według Ciebie normą jest też urodzenie pięcioraczków bo też wszak się zdarza.
            • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 11:43
              Katjo, pozwolę sobie nie zgodzić z Tobą. Normą społeczną nie jest jedynie to, co kolokwialnie mówiąc robi większość społeczeństwa, ale także to, co ta większość akceptuje.
              Np. zdecydowana większość ludzi ma swoje biologiczne dzieci, adoptowane - zdecydowana mniejszość. Mimo to większość społeczeństwa AKCEPTUJE adopcję, choć jej ona nie dotyczy. Innymi słowy - ludzie, którzy mają adoptowane dzieci, pomimo, ze są w mniejszości nie spotykają się z jakimiś piętnowaniem, ostracyzmem itp. społecznie. Zatem adopcja jest akceptowana społecznie, nie jest poza normą społeczną.
              Tak samo jest z konkubinatem/kohabitacją. W zasadzie poza wyjątkowymi środowiskami/osobami nie jest potępiana, czy nie spotyka się z jakimś piętnowaniem. Większośc społęczenstwa traktuje takie związki normalnie, neutralnie i z akceptacją.
              • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 12:58
                To czemu niektóre pary żyjące w konkubinacie przedstawiają się "mąż/żona"?
                P.s. Przepraszam na chwilę, gdyż idę spożyć obiad.
                • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 13:15
                  katja.katja napisała:

                  > To czemu niektóre pary żyjące w konkubinacie przedstawiają się "mąż/żona"?


                  Sądzę, że kierujesz pytanie do niewlasciwej osoby Katjo, bo ja owszem żyję w konkubinacie/wolnym związku, ale nie przyszłoby mi do głowy tak się przedstawiać i nie mam pojęcia co kieruje osobami, które tak sie przedstawiają - o czym zresztą wspomniałam smile
                  • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 15:53
                    Może jednak się dowiemy.
                    • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 16:11
                      No może, ale najpewniej nie ode mnie sie dowiemy smile
                      Sugeruję zapytać te osoby, które uwazają, że takie przedstawianie się jest fajne. Problem jednak w tym, że z tego co pamiętam, to tak wypowiedziały sie tu osoby nie będące w wolnych związkach, więc...
                • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 19:39
                  katja.katja napisała:

                  > To czemu niektóre pary żyjące w konkubinacie przedstawiają się "mąż/żona"?

                  Bo lubią to słowo. Bo im ziws, że nie są formalnie małż. Bo jedno che być, a nie może. Bo tak jest wygodniej. Ja też np. nie jem od ponad 15 lat masła i nadal używam tego słowa. Jem i kupuję margarynę, piekę, ale mówię masło. Powody - przyzwyczajenie, chęć uniknięcia dyskusji, jaki tłuszcz np. Skrót myślowy>
                  • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 20:01
                    Czyli wprowadzasz w błąd.
                    • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 20:32
                      Katjo, no tak niby wprowadza w błąd. Tylko zastanówmy się jakie i kiedy to ma znaczenie. Jesli Giggus np. byłaby kelnerką i podawała informację, ze coś jest zrobione z uzyciem masła, a tak naprawdę byłoby "na margarynie" to popełniałaby istotne "wykroczenie" - gośc ma prawo wiedzieć jakich składników użyto. gdyby podawała komuś przepis na daną potrawę i mówiła, ze tyle a tyle masła, a tak naprawdę miałaby tam być margaryna - też, bo istnieje spore prawdopodobieństwo, ze potrawa wyszłaby jednak inaczej, niż ta jej. Ale gdyby np, opowiadała komuś, że była w skpeie i nic takiego nie kupiła, warzywa, owoce, chleb i masło, a wydała stówkę - przykładowo, to w sumie nie ma to zadnego znaczenia, ze nie tak masło, jak margarynę smile

                      Podobnie dość jest z tym nazywaniem "mężem/zoną" partnera/rki. I nie piszę tego jakoś na swoją heh obronę, bo jak już pisałam, ja tak nie mówię i też nawet by mi do głowy nie przyszło - mówić, bo i w jakiż celu.
                      Jednocześnie - nie tylko wobec mego partnera, ale wobec mego eksa, a także przyjaciela zdarzały sie takie sytuacje, że nazywano ich "moim mężem". I choć zwykle takie coś prostuje, niemal machinalnie, to czasem ...nie prostuję, zwykle gdy nie ma to ani sensu, ani żadnego znaczenia. Np. pan kiedyś w naszym małym osiedlowym sklepiku powstrzymał mnie od zakupu chleba "Pani mąż już kupił, z pół godziny temu był" - pan nas razem z partnerem widywał wcześniej, pewnie podejrzewał, ze jesteśmy małżeństwem. Nie prostowałam, podziękowałam i tyle. Inna sytuacja: my na wyjeździe, dodomu przyszedł eks podlać kwiatki i koty nakarmić, akurat pan listonosz się "przypałętał" - mnie znał, mego partnera nie, bo on wówczas w domu nie bywał, gdy mógł się pojawić listonosz. Listu poleconego nie da, bo jest adnotacja, ze do rąk własnych. Mój eks do mnie dzwoni i "daje" mi listonosza "Bardzo mi przykro, nie mogę męzowi wydać, bo to z sądu i jest ze do rąk własnych" - nie wdaję sie z panem w wyjaśnianie, że to mój ekspartner, a nie mąż - tylko prosze, żeby przyniósł list (a nie awizował) za 3 dni, to już będe.
                      Skądinąd, co wielokrotnie pisałam na forum - takie "dośpiewywanie sobie" kto kim jest dla kogo nie jest grzeczne, a do tego jest ze tak powiem gafogenne.
                      W tym watku dośc mnie zaskakuje, że osoby, które wcześniej w innych wątkach uwazały, że bardzo ważne jest przedstawienie kogoś z podaniem relacji z nim, bo inaczej katastrofa może być w tym dziwnie uważają, że można przedstawiać z podaniem relacji nieprawdziwej smile
                      Pamiętam jak w jakims dawnym wątku "dostalo mi się" za to, że będąc na luźnym i dośc licznym spotkaniu w kawiarni, na którym pojawiłam sie z synem mego partnera nie przedstawiłam go jako mego pasierba (!), albo syna partnera, bo dawało to rzekomo uzasadnione pole do domysłow kto zacz. Tymczasem ja nie widziałam sensu by informować ludzi, którzy nie znali mego partnera niektórzy, a niektórzy nawet o jego istnieniu nie wiedzieli, że oto jego syn smile - imię i tyle. Stąd ciekawi mnie, że teraz tym samym osobom kompletna dezinformacja nie przeszkadzasmile
                      Jednak jak wspomniałam - tak na serio takie nazywanie się wzajemnie w zwiazku noeformalnym to wprowadzanie w błąd, ale bląd zupełnie niegroźny, poza wyjątkami - w skutkach. Pewnie mogą się jednak zdarzyć sytuacje, gdy takie wprowadzenie w bład zaowocować moze np. jakś gafą, jednak poważniejszej "katastrofy" bym nie wrózyła. MIMO TO osobiscie bym tak nie przedstawiała. Tak samo jak nie mówię na margarynę masłosmile
                    • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 20:58
                      Nie. Podałam powody, dla jakich używam słowa masło. Wprowadzać w bląd to celowe zachowanie, aby kogoś zmylić/oszukać/okłamać. Problem w tym, że nikogo poza mną nie interesuje/nie powinno, co jem.
                      • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 21:08
                        No owszem Giggus, ale jesli kogoś nie interesuje, to po pierwsze po jakie licho go informować co jesz?
                        A po drugie - ktoś przyznasz może się poczuć mocno zdezorientowany gdy mówisz mu jednocześnie, ze jesz masło, a np. za chwilę, ze jesteś weganką? Ja bym się poczuła dośc zaskoczona takimi informacjami, nawet gdyby obie nie były w kręgu moich zainteresowań.
                        • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 21:13
                          Po prostu czasem mświę np że jak dżem bez masła, to nie dam rady. Przyzwyczajenie.
                          I nie walę co chwila każdemu po uszach tym, co jem. Przyzwyczajenie, jak już napisałam i już. Jak ktoś się dziwi, to wyjaśniam.
                          BTW spora część margaryn ma mleko w składzie.
                          • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 21:26
                            dzięki za info, ale ja nie jadam ani tego, ani tego więc całkiem mi obojętne co tam margaryna ma w składzie smile
                            Natomiast nigdzie nie twierdziłam, że "walisz" po uszach informacjami co jesz, raczej uznałam, ze możesz takiej informacji udzielić zupełnie ze tak powiem bezwiednie. Np. mówiąc - ale wszystko drożeje, byłam w sklepie, kupiłam chleb, warzywa i owoce, no jeszcze masło i wodę i nie ma stówki. No, ale jesc muszę - na przyklad oczywiscie.
                            I za chwilę rozmówca proponuje Ci pójście np. na kebab na co odpowiadasz, że nie dzięki, ale jesteś weganką. Sądzę, ze większosc ludzi te dwie informacje, podane pierwsza bezwiednie i błednie, a druga w celu wyjaśniaia odmowy zbiłyby z tropu - bo przecież weganie z zasady nie jadają masła.
                            I nie, nie twierdzę, ze to jakaś heh straszna rzecz, ale ogólnie no nie jest miło być postawionym w niezrecznej sytuacji, a zdezorientowanie kogoś jest zawsze postawieniem w niezręcznej sytuacji, po prostu.
                            • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 21:49
                              No widzisz, są kebaby wegańskie i to od dawna. Poza tym jeóli ktoś mówi - chodć na pizzę, to ja idę (jak chcę). I zamawiam np. pizzę bez sera. Popza tym ktoó może zamówić kebab, a ja falafela. I słowo weganka się nie pojawi.
                              • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 22:40
                                Giggus, ale MOŻE się pojawić i wówczas taka osoba ma prawo być zdezorientowana, bo otrzymuje dwie sprzeczne z sobą informacje.

                                Jak juz wspominałam - choć sama jestem w wolnym zwiazku i znam wiele taki par nie znam osobiscie żadnej, w której przedstawiano by czy mówiono o swoim partnerze/swojej partnerce mąż/zona. No moze tak sie zwyczajnie sklada smile
                                Ale za to nierzadko spotykam sie z tym, że osoby spoza tych związków "dopowiadają sobie" że pewnie jak razem mieszkają i żyją to małżeństwo. No i razu pewnego mielismy okazję poznać taką parę. Przedstawiliśmy się im imionami i nazwiskami. Oni nam też smile Ich nazwiska czy nazwisk nie zapamiętalam, co nie było dziwne jakoś, bo wówczas poznaliśmy wielu ludzi ... Natomiast z racji faktu, ze panią zainteresowała moja profesja, dałam jej wizytówkę - na której a jakże moje nazwisko widniało. Tymczasem pana z tej pary zainteresowała rozmowa z moim partnerem, który też nie ukrywał gdzie pracuje. Ale wizytówki panu nie dał, najpewniej nie mial przy sobie, w odróznieniu ode mnie nie mial zawodowej potrzeby noszenia. No i czas jakiś potem dzwoni do mnie ta pani i mówi, że jej maaż chciał sie pilnie skontaktować z moim, ale nie ma takiego u nich w pracy. Zbaranialam smile numer stacjonarny do miejsca gdzie mój partner pracował wówczas był i nawet nadal jest ogólnodostępny. Pan, jak sie potem dowiedzieliśmy, zadzwonił pod ów numer i poporosił z panem no podał moje nazwiwsko z końcowką ski smile To i całkiem prawoidłwoo poinformowano go, ze to pomyłka, bo taki tu nie pracuje. Tu pan sam sobie winien, sam sobie dośpiewał ze jesteśmy małzeństwem smile ale gdybyśmy o sobie mówili "mąż/zona" to byłaby nasza wina smile
                                • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 22:47
                                  jak już napisałam, jeśli pojawi się slowo weganka i ktoś bęDzie miał wątpliwości, to wyjaśnię. Robiłam to wiele razy i nic strasznego się nie działo. Nieporozumienia to efekt uboczny komunikacji międzyludzkiej i skrótów myślowych.
                                  • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 23:09
                                    Giggus, rozumiem, ze wyjaśnisz, ale liczyć musisz sie także z inna ewentualnoscią - np. taką, że ktoś NIE zapyta tylko uzna Cie za kłamczuchę, albo taką hehe wegankę co to masełko je, a moze i miesko. Jasne, może ci kompletnie zwisać opinia tej osoby na Twój temat, ale może być i tak, że niekoniecznie.
                                    • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 06:52
                                      No to trudno. Normalnie ja nie opowiadam każdemu, że jestem weganką. Nawet jak ktoś proponuje pizzerię, to też idę. Więc nie ma co się zastanawiać.
                                      Ludzie dopytują, bo jest wiele form wegetarianizmu, weganizmu, teraz wszyscy mają coś z odżywianiem, więc temat się z reguły rozwija. A jak dla kogoś będę niezbyt przekonująca, to jakoś to przeżyję. No bo wystarczy dopytać. Ja też dopytuję.
                                      • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 11:39
                                        Giggus, z weganizmem to był tylko PRZYKŁAD.
                                        Spróbuje inaczej - ja uwazam, ze w temacie swoich spraw - o ile nie dotyczą rozmówcy - człowiek ma prawo mówić wszystko, takze kłamstwa, byle nikogo nie oczerniały, ale jak to w życiu bywa - musi sie liczyć z konsekwencjami.
                                        Zatem zarówno para bez ślubu ma prawo mówic o sobie, "mąż/żona", jak i ja mam prawo przedstawiać np. mego młodziutkiego fotografa jako mego syna, o ile tylko on sie na to godzi. Mogę też przedstawiać kolezankę, jako siostrę, szwagra jako brata, przyjaciela jako partnera, a szefa jako podwładnego. Jesli tylko te osoby nie mają nic przeciwko temu, to jest jakby nasza sprawa. Jednak "jakby" robi tu róznicę, bo robiąc tak jednak wprowadzany chaos i zamieszanie a pozostałych w błąd. I czasem bywa tak, że takie coś jest nam potrzebne w naszym realnym interesie, co nie zmienia faktu, że musimy liczyć sie z tym, że po pierwsze prawda pewnie wyjdzie na jaw, a po drugie owo wyjście jej na jaw moze mieć dla nas rózne konsekwencje, w tym przykre.

                                        Przykład z życia wziętysmile Jeden mój kumpel z klasy w średniej szkole był no nazwijmy to nałogowym podrywaczem. Na jednej z wycieczek zbajerował jakąś pannę z równoległej wycieczki, ale zaraz mu sie odechciało. Niestety panna bajer wzięła na powaznie - no taki wiek smile
                                        Chłopczyna chciał żeby sie odeń odczepiła, ale była bardzo namolna. Ubłagał mnie więc, bym udawała jego dziewczyne - inne j takiej osoby do ubłagania nie miałsmile Ja się zgodziłam i przez pół dnia "robiłam" za jego pannę. W sumie - no nasza sprawa, nie? Kolegów naszych z kalsy to w błąd nie w prowadzaliśmy, bo przecież wiedzieli, ze to sciema. Ale panne i jej kolezanki - owszem, skutecznie. Tylko efekt był nieco inny niż oczekiwał kolega. Panna najpierw mi opowiadała szczegóły ich spotkania zeszłego wieczoru, któtych to sie zresztą domyślałam i nie robiły na mnie wrażenia. Ale ponieważ ałasnie nie robiły wrazenia i nie "zerwałam" z kolegą czego spodziewała sie panna, to postanowiła sprawę załatwić inaczej i wraz z grupą kolezanek chciały mnie pobićsmile Nie było to miłe, jak się mozesz domyślać, doświadczenie. I mogło sie dla mnie gorzej skończyć, gdyby mnie dopadły solo, bo wiadomo, ze w ewentualnym "starciu" z moimi kolegami szanse miały żadnesmile

                                        Iny przykład: noszę po byłym mezu dośc pospolite nazwisko, które czesto występuje w PL u ludzi kompletnie z sobą niespokrewnionych/niespowinowaconych. Swego czasu tak nazywał sie pewnen wysoko postawiony w służbach mundurowych pan (już emeryt obecnie). Mój kolega dla hecy "postraszył" kiedyś innego niesympatycznego pana, który czynił mi awanse, że to jest mój mąż, czy brat. Efekt był taki, że pan się ode mnie odwalił, ale rozpuścił info, że to moja rodzina. Było to info bardzo dla mnie niekorzystne, bo zdarzało mi sie o panu mundurowym siłą rzeczy pisać. No i wychodziło na to, że "promuję" meza czy brata, a to w moim zawodzie niedopuszczalne. Gdyby to na serio była moja rodzina, to wcale nie powinnam o nim pisać. Niewinny z pozoru zarcik mający na celu zakpienie z chłopa sprawił mi sporo kłopotu.
                                        Stąd Giggus - generalnie nie jestem za takim nawet nieświadomym, niezamierzonym, czy własnie niewinnym wprowadzaniem w błąd.
                                        ALE jesli ktoś chce tak robić, to może, tylko własnie te konsekwencje.
                                        • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 11:50
                                          domyslam sie, ze to przyklad, a mozna te przyklady, jak widac powyzej, mnozyc. Jak bakterie w lodowce.
                                          • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 12:01
                                            Owszem, ale GENERALNIE: lepiej jest nie przysparzać sobie klopotów niz przysparzac, nie?smile
                                            • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:00
                                              a jaki to ma zwiazek z mnozeniem przykladow?
                                              • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:05
                                                Przykłady pokazują, ze moze sie jednak zdarzyć, iż wporowadzenie kogoś w błąd moze mieć przykre konsekwencje dla wprowadzającego, zatem rozsądek nakazywałby unikania tego smile
                                                • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:13
                                                  Wszystko sie moze zdarzyc. Przyklad wprowadzajacy w blad mozevbyc dla kogos pierwszym krokiem do oswiecenia, zycia w prawdzie, nawrocenia czy czego tam jeszcze.
                                          • kora3 Giggus - mogę miec pytanie? 07.03.19, 12:10
                                            Nie odbieraj tego jako jakieś niezdrowe zainteresowanie - chciałabym zapytać w kontekście naszej dyskusji. Jesli nie odpowiesz - zrozumiem.
                                            Czy Ty byłaś kiedyś/jesteś w konkubinacie/kohabitacji?
                                            Pytanie pada dlatego, że podobnie jak Minnie (która o ile wiem o niej od niej jest w wieloletnim zw. małżeńskim), zaciekle "bronisz" tego przedstawiania się par nieformalnych jako "maż/żona", a tymczasem osoby będące w takich zwiakzach z reguły nie mają potrzeby nijakiej tak sie przedstawiać i tego Giggus nie czynią. Powyższe napisałam z osobistego doświadczenia, ale i też z obserwacji - znam i znałam wiele takich par.
                                            Rozumiem, że bronisz prawa INNYCH do wolnosci a i ja bym nie była za zabranianiem tego takim parom - uprzedzam, ale to po prostu rzadko bardzo występuje. To jest jakiś MIT, ze takie pary tak nagminnie czynią, czy chciałyby czynić. I to MIT ukuty przez ludzi, którzy z reguły nie mają takiego doswiadczenia. Takim ludziom WYDAJE sie, ze para w wolnym zwiazku CHCE by ją tak nazywano, a to jest przewaznie - nieprawda.
                                            Tak samo jak taka para nie chce tez jakichś udziwnień typu "twój osobisty/niemąż" czy przyjaciel. Większośc takich par przedstawia sie/mówi "partner/rka" i tyle.
                                            I jak zauwazam problem z tym zwyczajnym nazewnictwem mają nie ci, których ono dotyczy, ale zupełnie postronne osoby smile
                                            • znana.jako.ggigus Re: Giggus - mogę miec pytanie? 07.03.19, 12:51
                                              Napisalas:
                                              zaciekle "bronisz" tego przedstawiania się par nieformalnych jako "maż/żona",

                                              Ty naprawde nie czytasz tego, co ja pisze...?
                                              No no ale zeby az tak nie czytac, to ja nie wiem. Po co dyskutuejsz, skoro nie wiesz, jakie druga strona ma poglady.
                                              • kora3 Re: Giggus - mogę miec pytanie? 07.03.19, 13:15
                                                No o ile dobrze zrozumiałam, to poglądy masz takie, że mogą sobie takie pary mówić/przedstawiać mąż/zona i nikomu nic do tego - czyż nie?

                                                Ano móc to mogą, tylko rodzi sie pytanie skąd pomysł, ze CHCĄ? Z mego osobistego doświadczenia, ale także obserwacji widzę, ze wcale nie chcą i nie czynią tego bynajmniej. Tak, wiem, każdy może teraz napisac, ze jak nie, skoro on/ona znają taką parę ...Możliwe, ale o ile, to nie są to przypadki nagminne/powszechne, a raczej bardzo rzadkie.

                                                Jak wspomniałam - tego rodzaju mity, podobnie jak te neologizmy na partnera/rkę zamiast zwyczanie mówić "partner/rka" tworza o dziwo ludzie, którzy nie są/nie byli nigdfy w wolnym związku, którym WYDAJE SIE, że wąłsnie tak chcą partnerzy sie nazywać wzajemnie/byc nazywani przez innych. Być moze WYDAJE im sie tak, bo uwazają, ze GDYBY oni byli na ich miejscu, to tak chcieliby. Mozliwe, ze tak byłoby, ale NIE SĄ, więc tylko im sie tak zdaje w stosunku do innych - proste smile
                                                • znana.jako.ggigus Re: Giggus - mogę miec pytanie? 07.03.19, 13:47
                                                  naprawde chcesz dyskusji o tym ,czego chca pary zyjace w konkubinacie i przedstawiajace sie jako maz i zona? czego chca tacy ludzie?
                                                  No rece mi opadly.
                                                  A czemu pytasz, czy ja zylam w konkubinacie? Nie wiesz, jaki jest moj aktualny status i szczerze piszac, nie gra to roli. Zadnej.
                                                  • kora3 Re: Giggus - mogę miec pytanie? 07.03.19, 14:09
                                                    Owszem Giggus, moim zdaniem ma znaczenie nie tyle Twój aktualny status zwiazkowy, tylko to czy masz dościwdczenie w wolnym zwiazku w rodzaju konkubinatu/kohabitacji. Bo to zwykle osoby, które NIE MAJĄ takiego doswiadczenia dostrzegają jakieś problemy z nazewnictwem smile Ludzie w takich zwiazkach przewanzie mówią "mój partner/moja partnberka" nie wzbudzając zadnej sensaci oraz będąc dobrze rozumianymi smile

                                                    Nie chcę dyskusjio tym czego takie pary chcą- pytam skąd masz przekonanie, że chcą sie wzajemnie przedstawiać "maż/żona". A pytam - bo z doświadczenia i obserwacji - nie widzę, by taką chęć przejawiali, po prostu.
                                                  • znana.jako.ggigus Re: Giggus - mogę miec pytanie? 07.03.19, 14:17
                                                    zwykle? czyli 90%? ja nie wiem, szczerze piszac. Az tak nie roztrzasam, jak i nie roztrzasam wielu innyxch rzeczy. A wiele osob mowi, ze za duzo mysle
                                                • znana.jako.ggigus Re: Giggus - mogę miec pytanie? 07.03.19, 13:48
                                                  Cudo.

                                                  kora3 napisała:

                                                  Być moze WYDAJE im sie tak, bo uwazają, ze GDYBY oni byli na ich miejscu, to tak chcieliby.
                                                  • kora3 Re: Giggus - mogę miec pytanie? 07.03.19, 14:12
                                                    Nie cudo, tylko FAKT Giggus. Nie gdzie indziej, a na tym forum własnie zdarzało mi sie parokrotnie PROSIĆ dyskutantki, by nie nazywały mego partnera "Twój osobisty/niemąż" czy też "mąż", bo POMIMO, iż pisałam o nim normalnie "partner" tak nazywały. Na pytanie w jakim celu, po co, dlaczego padały odpowiedzi "Bo tak fajniej, bo tak lepiej, bo tak miło" - wnoszę z tego, że tyum osobom WYDAWAŁO SIE, że tak jest fajniej, lepiej i miło, ale były w błędzie smile Dodam, że ZAWSZE były to osoby nie pozostające w wolnym zwiazku, ani nie mające w tym zadego doświadczenia smile
                                                  • znana.jako.ggigus Re: Giggus - mogę miec pytanie? 07.03.19, 14:15

                                                    ja wysiadam
                                                  • kora3 Re: Giggus - mogę miec pytanie? 07.03.19, 14:16
                                                    Szczęśliwej podróży smile
                                                  • znana.jako.ggigus Re: Giggus - mogę miec pytanie? 07.03.19, 14:18
                                                    ??
                                                  • kora3 Re: Giggus - mogę miec pytanie? 07.03.19, 14:19
                                                    Dalszej smile po wysiadce smile
                                                  • znana.jako.ggigus Re: Giggus - mogę miec pytanie? 07.03.19, 14:27
                                                    To ze ktos wysiada, nie onqacza podrozy automatycznie. Moze to tez oznaczac stop
                                                    W kazdym razie milo z twojej strony
                                        • minniemouse Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 08.03.19, 03:47
                                          kora3 napisała:
                                          Zatem zarówno para bez ślubu ma prawo mówic o sobie, "mąż/żona", jak i ja mam prawo przedstawiać np. mego młodziutkiego fotografa jako mego syna, o ile tylko on sie na to godzi. Mogę też przedstawiać kolezankę, jako siostrę, szwagra jako brata, przyjaciela jako partnera, a szefa jako podwładnego. Jesli tylko te osoby nie mają nic przeciwko temu, to jest jakby nasza sprawa. Jednak "jakby" robi tu róznicę, bo robiąc tak jednak wprowadzany chaos i zamieszanie a pozostałych w błąd. I czasem bywa tak, że takie coś jest nam potrzebne w naszym realnym interesie, co nie zmienia faktu, że musimy liczyć sie z tym, że po pierwsze prawda pewnie wyjdzie na jaw, a po drugie owo wyjście jej na jaw moze mieć dla nas rózne konsekwencje, w tym przykre.

                                          Koro, hola hola, wolnego. za bardzo sie rozpędzasz. od pary będącej w długoletnim, równorzędnym do oficjalnego (czyli po prostu z papierkiem) małżeńskiego związku do nazwania koleżanki siostra daleka droga. bardzo daleka, tak daleka ze niemożliwa.
                                          to zupełnie ale zupełnie inne relacje o czym sama najlepiej powinnaś wiedzieć.
                                          Przedstawiając konkubenta jako 'męża' z wyjątkiem oficjalnych sytuacji czyli np w urzędzie nikogo nie wprowadzamy w błąd. bo konkubent to JEST maz, tyle ze bez oficjalnego dokumentu. niczym sie nie różni od tego z papierkiem poza własnie lol papierkiem, a bywa lepszym od tego co ów dokument - tutejsze jabłko niezgody - oficjalnie posiada.
                                          I to akurat tylko specyfika języka polskiego wyróżnia męża bez papierka od tegoż papierkiem, bo już język angielski nie - jak wspominałam wcześniej po angielsku jest się dalej common-law HUSBAND albo common-law WIFE. i tu i tu jest sie husband and wife. to samo widzę jest w Holandii, jak podaje Milamala.
                                          Wiec to akurat język polski -JESZCZE - jest wrogi nieformalnym związkom i nie zaakceptował powszechnej, bardziej przyjaznej formy 'maż, zona' w odniesieniu do konkubinatu. co mozna tłumaczyć a/stosunkowo młodym tego zjawiskiem w otwarciu, b/silna niechęcią kościoła do nieformalnych związków, c/nieprzyzwyczajeniu społeczeństwa do "nowości".
                                          Ale to sie moze zmienić, jak np stopniowo zmieniał się stosunek do homoseksualizmu, do chorych z AIDSEm itp. nie jest powiedziane ze tak będzie zawsze. wiec nie jest tez powiedziane ze to jest na pewno nieprawidłowe. nieprawidłowy moze okazać się język.
                                          ale wracając do tematu - związek dwojga ludzi to związek, rzecz konkretna, uznana i zrozumiała w społeczeństwie.
                                          Natomiast aby przedstawić koleżankę jako siostrę musiałyby zaistnieć bardzo szczególne i wyjątkowe warunki np wzięta do rodziny bo straciła swoja i i odtąd wychowywana razem przez nowych rodziców. lub zwyczajnie adoptowana.
                                          ale nie ma czegoś takiego jak mieszkanie razem z koleżanka kilka lat po czym nazywanie jej siostra. porównujesz dwa kompletnie inne przypadki, Koro.
                                          Tudzież z młodym znajomym fotografikiem. natomiast możesz, jak najbardziej, nazwać pasierba synem. to już jedynie zależny od bliskości jaka miedzy wami panuje. jeśli uwazasz go za syna a on ciebie za matkę to nie ma znaczenia co naprawdę jest w papierach. bo, ponownie, postronnym ludziom jest to bez różnicy czy on jest twój biologiczny syn czy adoptowany legalnie czy tylko z nazwy - jedynie w urzędzie podajesz jak trzeba. najważniejsze to to, ze jeśli jesteście blisko i uwazasz go za syna to jest twój syn.

                                          Oczywiście powyższe w niczym nie przeszkadza abyś ty nazywała swój związek jak tylko sobie życzysz i aby do was zwracali się jak tylko wy sobie życzycie, amen.

                                          Resztę co napisałaś pominę, bo nie ma kompletnie związku z nazwami a jedynie są świetnymi przykładami jak ludzie własnymi kłamstwami i na własne życzenie ściągają sobie na własny łeb kłopoty smile
                                          (z tematem nie ma to nic wspolnego.)


                                          Minnie
                                          • kora3 Minnie :) 08.03.19, 09:50
                                            minniemouse napisała:

                                            >
                                            > Koro, hola hola, wolnego. za bardzo sie rozpędzasz. od pary będącej w długolet
                                            > nim, równorzędnym do oficjalnego (czyli po prostu z papierkiem) małżeńskiego zw
                                            > iązku do nazwania koleżanki siostra daleka droga. bardzo daleka, tak daleka ze
                                            > niemożliwa.


                                            A niby dlaczego Minnie? Dlaczego? Moja przyjaciółka K. jest mi bliska jak siostra, serio. Mój przyjaciel S. jest dla mnie jak brat, którego nie mam. Mój wcześniejszy fotograf też był znacznie młodszy ode mnie i nasza relacja była kolezeńska, ale także taka trochę matczyno-synowska - chłopak wczesnie stracił mamę, wychował go tato, nie miał babć ,ani cioć i dośc czesto zwracał sie do mnie z problemami całkiem osobistymi. Nawet na swoim weselu "usadził" mnie blisko siebiesmile
                                            Bardzo czesto mamy do czynienia z takimi sytuacjami, gdzie ludzie są sobie nominalnie obcy, a łączy ich głeboka więź, czesto wieloletnia, czesto silniejsza niż z prawdziwym rodzeństwem. MIMO to - jak sama zauważasz nie jest naturalne przedstawiać tak MIMO, ze de facto tę więź z nimi sie czuje.


                                            > to zupełnie ale zupełnie inne relacje o czym sama najlepiej powinnaś wiedzieć.
                                            > Przedstawiając konkubenta jako 'męża' z wyjątkiem oficjalnych sytuacji czyli np
                                            > w urzędzie nikogo nie wprowadzamy w błąd. bo konkubent to JEST maz, tyle ze b
                                            > ez oficjalnego dokumentu. niczym sie nie różni od tego z papierkiem poza własni
                                            > e lol papierkiem, a bywa lepszym od tego co ów dokument - tutejsze jabłko niez
                                            > gody - oficjalnie posiada.


                                            Minie, ale nie rozmawiamy tu o tym, czy lepszy taki zwiazek i partner niż formalny, tylko o zasadach. Nie wiem - uprzedzę - jak w CAN, ale w PL Minnie NIE mówi sie urzędowo o partnerze/konkubencie mąż. Bo mąż to jest człowiek, z którym ma się slub - urzędów nie interesuje ze tak powiem pożycie i czy dobrze takiej parze, czy nie - urzedy interesuje włąsnie strona formalno prawna.
                                            Posłużę sie przykładem: ja do swego ojczyma nominalnego mówiłam "tato" jeszcze przed ślubem moich rodziców. Mogłam mówic? Ano mogłam - mogłabym też "wujku", "proszę pana" i po imieniu - jak by nam było wygodnie i jak chcielibyśmy. Ale urzędowo mój tato nie miał do mnie zadnych praw do czasu, aż mnie przysposobił. Bo także ślub z moją matką i także fakt, że nie miałąm przecież ojca, bo wszak nie żył, NIE sprawiał Minnie, by tych praw nabył. Więc mówic sobie mogłam jak mi się chciało, ale w oczach prawa ów człowiek był jedynie męzem mojej matki, do mnie NIC nie miał do czasu, aż mnie przysposobił.
                                            Z konkubinatem w PL jest nieco inaczej, ale urzędowo to nie ejst para taka sama, jak małzeńska, zatem mówić sobie moze jak chce, ale już wypełniając dokumenty musi zaznaczac, że NIE są małżeńswem, bo zaznaczając ze są zwyczajnie udzielaliby urzedowi nieprawdziwej informacji, a to jst w PL karalne Minnie.

                                            > Wiec to akurat język polski -JESZCZE - jest wrogi nieformalnym związkom i n
                                            > ie zaakceptował powszechnej, bardziej przyjaznej formy 'maż, zona' w odniesie
                                            > niu do konkubinatu. co mozna tłumaczyć a/stosunkowo młodym tego zjawiskiem w o
                                            > twarciu, b/silna niechęcią kościoła do nieformalnych związków, c/nieprzyzwycza
                                            > jeniu społeczeństwa do "nowości".


                                            Minnie, a możesz mi podać źródło tych hmmm rewelacji? Skąd pomysł, ze języki polski jest wrogi?smile
                                            Powiem Ci, że cała atmosfera tego wątku - nie pogniewaj sie, ale mnie śmieszy. Z kilku powodów...Po pierwsze, jak już pisałam- w PL od dana i normalnie funkcjonują słowa "partner/partnerka" zarówno podczas przedstawiania się, jak i w oficjalnym słownictwie np. sądowym, czy urzędowym.
                                            Ot ostatnio na porezeby materiału czytałam opinię biegłej nt. pewnego dziecka :"Chłopiec ma silną więź z partnerem matki, lubi z nim przebywać, czuje się bezpieczny w jego obecności" - nie jest to bynajmniej jakiś unikat. smile I wbrew temu, co usiłują tu wpierać niektórzy - dla kazdego w PL przedstawienie kogoś jako partnera jest oczywiste i nie budzi watpliwości.

                                            Kolejna sprawa to taka Minnie, że tak bardzo upierasz się przy tej mozliwości mówienia "mąż/żona", ale zupełnie ignorujesz fakt, że w PL po prostu pary w wolnych zwiakzach wcale nie przejawiają chęci by tak mówić, a o ile, to są jakieś jednostkowe przykładysmile
                                            Jestem kilkanascie lat w takim związku Minnie, znam wiele takich par i NIKOGO, kto tak się przedstawiałby, czy mówił tak o drugiej połowie. Jasne, mze ktoś inny zna takie pary, ale sadzę, ze nie ejst ich wiele. Po prostu ludzie w wolnych zwiazkach zwykle nie czują takiej potrzeby Minnie - to z osobostego doswiadczenia a i z obserwacji. smile

                                            > ale wracając do tematu - związek dwojga ludzi to związek, rzecz konkretna, uzna
                                            > na i zrozumiała w społeczeństwie.


                                            No i jest uznana Minnie, skąd pomysł ze nie? Poza bardzo specyficznymi srodowiskami pozostawanie w olnym związku nie budzi żadnych kontrowersji w PL smile

                                            > Natomiast aby przedstawić koleżankę jako siostrę musiałyby zaistnieć bardzo s
                                            > zczególne i wyjątkowe warunki np wzięta do rodziny bo straciła swoja i i odtąd
                                            > wychowywana razem przez nowych rodziców. lub zwyczajnie adoptowana.
                                            > ale nie ma czegoś takiego jak mieszkanie razem z koleżanka kilka lat po czym n
                                            > azywanie jej siostra. porównujesz dwa kompletnie inne przypadki, Koro.


                                            Minnie, ja NICZEGO nie porównywałam. Ja Ci tylko chciałam uświadomić, ze jakkolwiek mozemy w sumie nazywać sobie jak chcemy, kogo chcemy, a już szczególnie w kontaktach prywatnych, to takowe nazewnictwo - niezgodne ze stanem faktycznym moze wzbudzać zdziwienie i wprowadzac w błąd - tyle.

                                            > Tudzież z młodym znajomym fotografikiem. natomiast możesz, jak najbardziej, na
                                            > zwać pasierba synem.


                                            Naprawdę Minnie? Zważywszy, ze NIE MAM pasierba - bo pasierb to syn męza, a ja nie mam męza - dośc ekwilibrystyczne podejscie smile Do tego zważywszy, iz syn mego partnera jeden jest ode mnie młodszy 7 lat, a drugi 9 - wielce byłoby to zabawne, gdybym ich przedstawiała jako moich synów smile
                                            Natomiast mój fotoreporter jest ode mnie młodszy lat ponad 20 Minnie i jak raz bardziej wiekowo pasowałby na me dziecko smile - no i często zdarza się, ze mówię w branzowych gronie "Mój synalek już jest?" i czasem słyszę z drugiego końca sali "Jestem matka, za kogo ty mnie masz?" smile Oczywiscie - wszyscy wiedzą, ze to nie jest mój prawdziwy syn, tylko takie żarty.

                                            to już jedynie zależny od bliskości jaka miedzy wami panu
                                            > je. jeśli uwazasz go za syna a on ciebie za matkę to nie ma znaczenia co napraw
                                            > dę jest w papierach. bo, ponownie, postronnym ludziom jest to bez różnicy czy
                                            > on jest twój biologiczny syn czy adoptowany legalnie czy tylko z nazwy - jedyn
                                            > ie w urzędzie podajesz jak trzeba. najważniejsze to to, ze jeśli jesteście blis
                                            > ko i uwazasz go za syna to jest twój syn.


                                            Minnie, powiem Ci tak - byłabym szczere, na seroo bardzo szczerze zdumiona, gdyby dwaj DOROSLI faceci, w wieku takim, ze absolutnie nie mogłabym być ich matką, których poznałam w wieku już ich dorosłym i którzy mają swoją mamę i dobre kontakty z nią uważaliby mnie za swoją matkę, albo też traktowali jak matkę. Wg mnie świadczyłoby to u ich o jakiejś dysfunkcji, ale na szczęście nie ma takiego problemu smile Nie , nie przedstawiałąbym dzieci mego partnera jako moich synów, NAWET gdyby byli w wieku takim, że moimi synami mogliby być. Bo to nie są moi synowie. Inaczej by sie sprawa przedstawiała, gdybym poznała ich jako dzieci i WYCHOWALA i naprawdę traktowałabym ich jak swoje dzieci. W moim przypadku to wyklucone - nie związałabym sie z mężczyzną mającym małoletnie dzieci.
                                            CDN. smile
                                            • kora3 Minnie :) cd 08.03.19, 10:14
                                              Minnie napisała:
                                              > Oczywiście powyższe w niczym nie przeszkadza abyś ty nazywała swój związek jak
                                              > tylko sobie życzysz i aby do was zwracali się jak tylko wy sobie życzycie, am
                                              > en.


                                              Oczywiscie, ze tak - od poczatku wszak piszę, że JESLI dowolna para mówi o sobie "mąż/żona" "narzeczony/narzeczona" to tak nalezy przyjąć do wiadomości i tak ewentualnie o nich mówić, ewentualnie bo jak sie jest na ty, to zwykle o dowolnych parach mówi się po imieniu, bez "tytułowania" , że "Basia przyjdzie z męzem" np. a raczej "Basia przyjdzie z Rafałem" - jesli osoba, do której mówimy zarówno Basię, jak i jej męza - zna.

                                              Reasumując Minnie - mnie na serio nie przeszkadzałoby, gdyby osoby w wolnym związku nazywały się "mezem i żoną"smile bo i wczym miałoby mi to przeszkadzać, ich sprawa.
                                              Tyle tylko, że NIE OBSERWUJE takiego zjawiska, a doświadczenie mam smile

                                              Z tego doświadczenia i obserwacji widzę, ze NAJWIĘKSZY jakiś "problem" z nazewnictwem w tym temacie mają NIE pary w wolnych zwiazkach, tylko osoby całkowicie postronne, które w dodatku nie mają osobistego doświadczenia w takim zwiazku.
                                              Przyznam, że mnie to zwyczajnie śmieszy. smile
                                              A ze tak jest wida na tym chocby forum, nie TYLKO w tym wątku.
                                              Wiele razy zdarzało mi sie PROSIC tutejszych forumowiczów, by nie nazywały jakoś "fikuśnie" mego partnera (niemąż, twój osobisty), bo raz nie lubię tego, dwa nie ma takiej potrzeby, trzy to jest bardzo niegrzeczne - nie samo takie nazywanie np. swego partnera, tylko czyjegoś podczas gdy ten ktoś mówi/pisze normalnie "partner" smile Dowiadywałam się, ze tak jest lepiej, ładniej, fajniej, weselej - od osób, które o ile wiem od nich samych, NIE SĄ w wolnych związkachsmile
                                              Podobnie także na tym forum "dowiedziałam" sie, ze piszę o synu mego partnera "syn patrnera" a powinna,m "pasierb" bo mam z tym jakiś problem, ze nie jest moim pasierbem smile
                                              Wiekszą bzdurę trudno sobie wyobrazić - ale to własnie pokazuje, jak osoby postronne, nie mające zadbego pojęcia widzą taką sytuację i jak starają się ją jakoś "naprawiać" podczas, gdy wcale nie jest to potrzebne Minnie.

                                              W Polsce kazdy komu przedstawisz swego partnera jako partnera ROZUMIE, ze to jest partner zyciowy, a nie do tańca, tenisa, różańca czy czego tam jeszcze smile Taka nazwa funkcjonuje z powodzeniem, nie budzi ani kontrowersji, ani negatywnych konotacji i wg mnie "problem" jesli ktoś tu ma to własnie osoby postronne. Bo te, które świadomie, albo nie nie akceptują wolnych zwiazków mają problem z akceptacją normalnego w nich nazewnictwa. Wszyscy inni ludzie takiego problemu nie mają smile
                                          • bo_ob Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 08.03.19, 10:37
                                            minniemouse napisała:


                                            > I to akurat tylko specyfika języka polskiego wyróżnia męża bez papierka od teg
                                            > oż papierkiem, bo już język angielski nie - jak wspominałam wcześniej po angiel
                                            > sku jest się dalej common-law HUSBAND albo common-law WIFE. i tu i tu jest sie
                                            > husband and wife. to samo widzę jest w Holandii, jak podaje Milamala.
                                            > Wiec to akurat język polski -JESZCZE - jest wrogi nieformalnym związkom i n
                                            > ie zaakceptował powszechnej, bardziej przyjaznej formy 'maż, zona' w odniesie
                                            > niu do konkubinatu. co mozna tłumaczyć a/stosunkowo młodym tego zjawiskiem w o
                                            > twarciu, b/silna niechęcią kościoła do nieformalnych związków, c/nieprzyzwycza
                                            > jeniu społeczeństwa do "nowości".
                                            > Ale to sie moze zmienić, jak np stopniowo zmieniał się stosunek do homoseksua
                                            > lizmu, do chorych z AIDSEm itp. nie jest powiedziane ze tak będzie zawsze. wiec
                                            > nie jest tez powiedziane ze to jest na pewno nieprawidłowe. nieprawidłowy moze
                                            > okazać się język.


                                            Zgoda, Minnie. Myślę bardzo podobnie. Język długo szuka określenia na związki nieformalne. Mieliśmy już "życie na kocią łapę", na "kwit od węgla", dziś mamy "związki partnerskie" (choć wcale nie muszą one być partnerskie). Czasy, gdy uważano życie z kimś bez ślubu za gorszące powoli mijają, ale w świadomości często pokutuje pogląd, że męża / żonę czyni tak zwany "kwit" a nie rzeczywista relacja.

                                            Tu przypomina mi się znajoma para starych ludzi, którzy mieszkali z sobą wiele lat, doczekali trójki dorosłych dzieci i gromadki wnuków a ślub wzięli niedługo przed śmiercią. Wszyscy, którzy ich znali byli przekonani, że są małżeństwem a okazało się, że tak nie było. Dla siebie wzajemnie i dla reszty świata byli mężem i żoną i bardzo by się oburzyli (bo byli bardzo konserwatywnych poglądów), gdyby nazwać ich partnerem / partnerką smile

                                            Ja ufam, że w końcu język - wraz ze zmianą obyczaju sobie poradzi.

                      • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 07:47
                        Nie, wprowadzać w błąd można też nieświadomie, z niewiedzy lub zwykłej głupoty nie mając na celu kogoś oszukiwać.
                        • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 13:53
                          Slownik jezyka polskiego - mylic to:
                          popełniać błędy w czymś, źle coś rozumieć»
                          2. «brać jedną rzecz za drugą, jedną osobę za drugą»
                          3. «wprowadzać w błąd»
                          4. «powodować, że ktoś popełnia błąd w tym, co robi»
                          • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 15:07
                            Życie to język słownika polskiego moja Droga.
                            • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 15:07
                              Nie język.
                              • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 15:41
                                okay, to rozumiem, ze czuejsz sie czesto wprowadzona w blad.
            • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 19:37
              Urodzenie pewnej ilości dzieci za jednym razem jest drogą naturalną do pewnego stopnia normą. Pięcioraczki np. Natomiast myliszt normę i statystykę, prawdopodobieństwo zdarzenia się czegoś.
              • aqua48 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 20:54
                znana.jako.ggigus napisała:

                > Urodzenie pewnej ilości dzieci za jednym razem jest drogą naturalną do pewnego
                > stopnia normą. Pięcioraczki np.

                Ale mowa o normach społecznych a nie o narodzinach pięcioraczków, które co by nie powiedzieć ani powszechne nie są, ani do norm społecznych się nie zaliczają.
                Norma społeczna to przyjęty i uznany za obowiązujący oraz właściwy sposób zachowania w grupie.
                • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 20:57
                  jak już napisałam - ja nie rozpatruję wydarzeń biologicznych w kwestii normy społecznej. To wydarzenie z pogranicza statystki i biologii.
                  Nie, uznane za obowiązujące jest niewiele rzeczy. Cała reszta to tylko mniej lub więcej własne preferencje.
                  Norma nie jest właściwym zachowaniem, jest jednym z WIELU właściwych zachowań.
                  • aqua48 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 21:38
                    znana.jako.ggigus napisała:

                    > jak już napisałam - ja nie rozpatruję wydarzeń biologicznych w kwestii normy s
                    > połecznej.

                    To po co w ogóle wspominasz o nich skoro nie jest to w żaden sposób tematem dyskusji?
                    • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 21:46
                      poczytaj dyskusję, a także przypomnij sobie zasady dobrego wychowania (słowo klucz: ton)
                      • katja.katja Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 07:51
                        Aqua znowu Cię punktuje, a Ty znowu wijesz jak piskorz, gdyż Twoja duma nie pozwala przyznać Ci jej racji.
                        • aqua48 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 08:16
                          katja.katja napisała:

                          > Aqua znowu Cię punktuje, a Ty znowu wijesz jak piskorz, gdyż Twoja duma nie poz
                          > wala przyznać Ci jej racji.

                          Nie punktuję, zadałam normalne, grzeczne pytanie, na które jak zwykle odpowiedzią jest obraza.

                        • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:00
                          do kogo piszesz? W koncu to ty wzielas te piecioraczki za przyklad, wiec ...
                • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 21:04
                  No właśnie Aquo nie tylko - norma społeczna to akceptowany w społeczeństwie sposób zachowania, nie tylko większościowy.
                  Kolejny już przykład: w obecnych czasach zdecydowana większość ludzi wchodzi w związki z osobami w okolicach swojego wieku +/- do 5 lat róznicy. Ale zdarzają się pary o większej róznicy wieku, w tym nawet róznicy pokolenia i NIE są poza norma społeczną, chociaz większosc tak nie robi.
                  • aqua48 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 21:36
                    kora3 napisała:

                    > Ale zdarzają
                    > się pary o większej róznicy wieku, w tym nawet róznicy pokolenia i NIE są poz
                    > a norma społeczną, chociaz większosc tak nie robi.

                    Ależ właśnie są poza normą społeczną, choć nie poza prawem Koro - i dlatego budzą tak wiele szumu i zainteresowania - wspomnij choćby u małżeństwa słynnych aktorów Łapickiego i Kondrata - dla wielu nieakceptowalne i wręcz godne potępienia, choć nikomu nie szkodzące.
                    • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 21:47
                      tu mowa o b dużej różnicy wieku. Która to różnica nie powinna obchodzić nikogo poza zainteresowanymi, bo co komu do tego.
                    • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 22:22
                      Aquo, jesli mamy rozmawiać o społeczeństwie i jego normach, to musimy z tej dyskusji wyłączyć wszelkiej masci celebrytów. A to dlatego, ze w takich środowiskach ludzie czesto sami wokół siebie robią sztuczne "skandale" zeby zyskać na popularności. Bo czy mówią o nich dobrze, czy źle nie jest wazne, wazne ze mówią, a jak mówią, to czysty zysk, bo się jest na topie.

                      W świecie zwyczajnych ludzi zdarzają sie takie zwiazki, np. moja dośc bliska kolezanka ma meza starszego od siebie 25 lat, który w dodatku heh był jej nauczycielem w szkole średniej. Związali sie z sobą znacznie później, gdy ona już kończyła studia. I wiesz kto najwięcej się tym tematem zajmował krytykując jej decyzję? Nie sąsiadka, nie kolezanka, nie ktoś tam ze znajomych, tylko jej własna matka. To ONA żaliła sie do swoich koleżanek ze córka tak wybrała, że wychodzi za "starego chłopa" i będzie mieć 40 lat lat jak zostanie wdową, a ewentualne dzieci - zostaną półsierotami. Mamie kolezanki trudno sie dziwić, troszczyła się o córkę. Ale własnie zupełnie obce osoby ją przekonywały, że młodą wdową mozna zostać mając "chłopa" w swoim wieku, albo i młodszego - mało to takich przypadków? A dawniej to w sumie takie małżeństwa były powszechne i jakoś ludzie zyli i dzieci mieli. A najważniejsze, ze kocha, jest kochana i szczęśliwa - na serio w nikim to nie wzbudzało jakiejś sensacji. A mowa o sytuacji sprzed ponad 15 lat i środowisku ludzi dośc prostych Aquo. Teraz też w ludziach nowo poznanych kolezanka i jej maz jakiejś sensacji nie wzbudzają. Ot nieczesta różnica wieku, ale zdarza się.

                      Inny przykład z zycia - mój partner bardzo młodo jak na mężczyznę został ojcem. Pierwszy syn urodził się gdy miał on 18 lat, drugi gdy 20. W jego rocznikach owszem zdarzali się młodzi rodzice, ale zwykle TAK młode to były mamy, a nie ojcowie dzieci, gdy te przychodziły na swiat. No i co? No i nicsmile Jak się poznaliśmy to z aparycji dawałam mu tak z 5 lat mniej, niż miał w rzeczywistosci, więc jak usłyszałam, że ma synów w wieku 28 26 lat, to sądziłam, ze się przesłyszałam smile No bo jednak 14 i 16 lat to wg naszej normy społecznej znacznie za wczesnie na dzieci smile Ale mi wyjawił ile ma lat i cóż no stwierdziłam, ze młodo zostal tatą i tyle. W nikim też nie budzi to teraz też jakiejś sensacji, choć na pewno nie jest to sytuacja większościowa.

                      Inny przykład- większość ludzi mających dzieci ma je biologiczne, a nie adoptowane, ale fakt posiadania dziecka adopcyjnego nie kojarzy się pejoratywnie i nie spotyka się taka osoba z potępieniem społecznym. Takich przykładów jest wiele.
                      Weźmy nawet bliższe coś tematowi wątku. Otóż kiedy np. za czasów mlodosci mojej mamy nie do pomyślenia było, by para młodych ludzi planująca w przyszłości ślub mieszkała przed tymze slubem razem. Moja mama opowiadala mi, że jakiś krótki czas przed swoim ślubem z moim biologicznym tatą - trzy tygodnie, czy miesiac była wraz z nim i swoimi rodzicami na weselu gdzieś wyjazdowym. I ponieważ było mało miejsca, to mój tato spał w jednym łozku z moim dziadkiem, przyszłym teściem, a mama z siostrą i babcią w innym POKOJU. Rok starsza siostra mej mamy byla już wóczas meżatką i oczywiscie spała ze swoim mezemsmile Najzabawniejsze było to, że moja mama jako studentka wyjezdzała z grupą znajomych na rajdy w góry i w tej grupie był także mój ojciec. Uprzedzam, ze nie znam szczegółów z tych wyjazdów, natomiast faktem jest ze owocem takiego wyjazdu jest pewnien mój dobry kolega - syn kolegi mojej mamy smile Słowem - mogla corka studentka jechać na rajd z GRUPĄ znajomych, ale pod zadnym pozorem sama z chłopakiem. Nawet z gosciem za którego wychodziła za chwilę nie mogła spać w jednym łozku i to jeszcze nie sami w pokoku, bo ...nie smile A już o wspólnym miwszkaniu to zapomnijj, choc domyslam się, ze mogły zadzrać sie takie przypadki, ale zdecydowanie były poza normą spoleczną.
                      W moim pokoleniu RACZEJ też się nie zdarzało oficjalne mieszkanie par "chodzacych z sobą" razem. A o ile to już takich własnie tuż przed slubem. Oczywiscie - znow - pewnie były takie przypaki, ale nadal poza normą społeczną. Dziś takie mieszkanie wspólne jest w normie spolecznej. Nie wszyscy tak robią, ale w nikim nie budzi to sensacji, czy zdumienia, dziewczyna nie jest postrzegana jako jakaś "puszczalska" takie wspólne mieszkanie młodych na dłuuugo prze ślubem akceptują ich rodzice, dziadkowie. Czyli coś co kiedyś było nie do pomyślenia, dziś jest normą społeczną, choć wcale nie miusi dotyczyć zaraz większosci smile
                      • aqua48 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 08:21
                        kora3 napisała:

                        > Aquo, jesli mamy rozmawiać o społeczeństwie i jego normach, to musimy z tej dys
                        > kusji wyłączyć wszelkiej masci celebrytów. A to dlatego, ze w takich środowisk
                        > ach ludzie czesto sami wokół siebie robią sztuczne "skandale" zeby zyskać na po
                        > pularności.

                        Koro, wręcz przeciwnie, celebryci są (i zawsze byli - obojętne czy występowali jako magnaci, czy jako czarownicy) częścią społeczeństwa i często właśnie "nadają ton", zmieniają normy. Poza tym chyba nie przypuszczasz, żeby któraś z podanych przeze mnie osób zawarła małżeństwo po to jedynie by się o nim mówiło? Choć nie przeczę że jest i to możliwe.



                        > W świecie zwyczajnych ludzi zdarzają sie takie zwiazki,

                        Wiem Koro, mam i w rodzinie i wśród bliskich podobne związki. Co nie oznacza, że są one normą, bo nie są i zawsze wzbudzają emocje i komentarze. Dopiero po jakimś czasie ludzie się przyzwyczajają do tak dużej różnicy wieku.



                        • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 10:51
                          Aquo, co do pierwszego akapitu - nie mogę się zgodzićsad Celebryci bardzo czesto KREUJĄ skandale i sensację wokół siebie, żeby być na topie. Pamiętam jak dawno temu już C. Pazura w kółko wałkował w swoj proces o stw. niewaznosci małzeństwa z pierwsza zoną. Noż ludzie, co to za sensacja w dzisiejszych czasach smile
                          Sama byłam uczestnikiem takiego procesu, nie przypominam sobie, by budziło to sensację - serio. Raczej ludzie o ile pytali - co co wiedzieli - to o praktyczną stronę, bo wiele jest mitów na ten temat, jak sama pewnie wiesz.

                          Co do zwiazków celebrytów z dużą róznicą wieku - ja bym powiedfziała, że W TYM środowisku to czestsze niż u przecietniakówsmile wiec tym bardziej jak dla mnie - żadna sensacja. Tak samo jak 5 rozwodów i 6 slubów np. smile

                          Ad vicem drugiego akapitu Aquo. Postuluję, zeby rozgraniczyć pewne rzeczy. Otóż tak - normę tworzy - czy nam sie podoba czy nie - większość. Ale pojecie normy społecznej nie ejst pojęciem statystycznym w takim ujęciu, że to co większościowe jest w tej normie, a WSZYSTKO co mniejszościowe poza nią.
                          Normą społeczną jest to, co jest większosciowo akceptowane. Podałam Ci liczne na to przykłady: adopcja, czy brak slubu kościelnego itd.
                          • kora3 Przykład, chyba dory Aquo 07.03.19, 11:02
                            Moze ten C zobrazuje o co mi chodzi z normą społeczną. Otóż - statystycznie śluby kościelne biorą w Pl najczęściej panny i kawalerowie. Nie tylko kanoniczni, ale też cywilno-prawni. Tak? No taksmile
                            Ale takie śluby mogą brać także osoby, które są wdowami/wdowcami. I czasem - biorą. Statystycznie o wiele rzadziej niż kawalerowie i panny. Zatem wg Twojej oceny sytuacji - małzeństwa sakramentalne panen i kawalerów są w normie społecznej , a wdów i wdowców poza nia, choć sa mozliwe. Tymczasem - wcale nie - w obu przypadkach takie małżeństwa są akceptowane społecznie.
                            I uprzedzę, nie mówimy o braku akceptacji teraz konkretnego zwiazku wdowy czy wdowca z dowolnej przyczyny, tylko OGÓLNIE. Ogólnie to na pytanie: czy uważasz, ze ponowny zwiazek sakramentalny wdowca/wdowy to normalne - większość odpowiedziałaby TAK.
                            Bo niby - na logikę - dlaczego nie?
                            Wg Twego toku argumentacji - to poza normą społeczną, bo zdarza się bez porównania rzadziej niż małzeństwo sakramentalne panny i kawalera smile
        • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 08:06
          Wiesz Mom, ja myślę, ze Kociaczek miała na mysli nie liczbę par żyjących w wolnych związkach jako normę, a akceptację takich związków w społeczeństwie. I tu ma bezspornie rację - naprawdę bardzo niewielki odsetek ludzi, no nazwijmy to ładnie, ze specyficznych środowisk, ma problem z akceptacją wolnego zwiazku w swej rodzinie, czy dalszym otoczeniu
    • milamala Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 16:31
      W Holandii potocznie uzywa sie slowa "mijn man" "mijn vrouw", i to oznacza zarowno meza i zone jak i zyciowego partnera. Jest tez oficjalna nazwa wskazujaca konkretnie na meza, zone a nie partnera, ale potocznie sie jej raczej nie uzywa, brzmi zbyt oficjalnie wrecz dostojnie.
      To jakis pomysl na wyksztalcenie nowej formy jezykowej opisujacej zone/meza, ktorzy nimi nie sa oficjalnie, a w rzeczywistosci sa.
      • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 06.03.19, 16:51
        No ok Milamalu, rzecz cała jednak w tym, że w Polsce co prawda są bardzo urzędowe określania meza i zony - małżonek i małżonka, których poza sytuacjami urzędowymi i bardzo formalnymi się nie używa w odniesieniu do swego meza/zony, ale określenia mąż i zona funkcjonują też i ozaczają jednak osoby, z którymi sie jest w formalnym zwiazku.
        Powyzsze nie oznacza, że nie wolno ich użyć określając partnera zyciowego, bo nikt przecież głowy nie urywa najpewniej, ale jednak w Pl nie jest przyjęte takie nazwnictwo, o czym przekonac się możesz choćby w tym watku. I uprzedzając, nie, mnie zupełnie nie przeszkadza, że ktoś tak uzywa, choć ja tego nie czynię i też sensu nie widzę, ale po prosu nie sądzę, by dało się stworzyć taką sytuację jak w NL
    • bo_ob Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 12:53
      minniemouse napisała:

      > Ostatnio coraz bardziej popularne, lecz niestety polski Savoir Vivre nie nadąża
      > z nowymi zasadami w tej kwestii.

      To raczej język nie nadąża. O ile mąż / żona jest jednoznaczne, to już partner / partnerka, przyjaciel / przyjaciółka jednoznaczne nie są. Konkubent / konkubentka brzmią jak z kroniki policyjnej a kochanek / kochanka nie muszą oznaczać bliskiego związku.
      Ale trzeba ufać, że język z czasem sobie poradzi.

      > Jednak najczęstsze pytania dotyczyły jak zapraszać na ślub parę żyjącą w konk
      > ubinacie.

      Zapraszać Jana Nowaka z Marią Kowalską.

      • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 13:26
        Mam pytanie Bo - czy Ty napisałaś to z dzoświadczenia, czy tak Ci sie zdaje? Pytanie nie jest napastliwe bynajmniej...
        A zrodziło mi się, bo od prawie 12 lat jestem w wolnym związku naukowo zwanym kohabitacją. Od początku przedstawiamy "mój partner/moja partnerka" - jako i zresztą pozostałe pary w takich związkach, które znam i nie spotkałam w swoim życiu NIKOGO, kto jakoś opacznie, czy niewłaściwie zrozumiałby o jaką relację chodzi. Dodam, ze nie spotkałam się z taką sytuacją zarówno w stosunku to pary hetero, jak i homo. Słowa "partner/ka" są odbierane jednoznacznie i powszechnie używane, wbrew temu co w tym wątku, zdaje sie pokutowac jako mit smile

        Natomiast - owszem - "przyjaciel/przyjaciółka" wyjątkowo nietrafne, bo zwyczajnie jest to określenie innej relacji między ludźmi - relacji pozbawionej aspektu erotycznego. Słyszałam tudzież nie wwykonaniu partnerów, tylko osób postronnych, z reguły w starszym mocno wieku i prostych, które chyba uwazają przyjaxń damsko-mesko za coś co nie istnieje, więc dla nich być moze "partner" i "przyjaciel" to synonimy.
        • bo_ob Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 13:38
          kora3 napisała:

          > Słowa "partner/ka" są odbierane jednoznacznie

          Nie. Słowo "partner" aby było jednoznaczne wymaga przymiotnika - partner biznesowy, partner do tenisa, partner do bridża, partner życiowy itd.

          PS. Do reszty się nie odniosę, bo Twój wywód nie ma nic wspólnego z postem założycielskim Minnie.
          • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:03
            Bo - zapytam raz jeszcze - czy Ty piszesz z doświadczenia czy z obserwacji, czy tak Ci zie po prosu zdaje?

            Bo ja pisze z długoletniego swojego doświadczenia tudzież z długoletniej obserwacji. I jak już pisałam, NIE spotkałam sie nigdy z sytuacją, by ktoś opacznie zrozumiał przedstawienie kogoś jako "partnera" bez dookreslania, ze chodzi o życiowego w sytuacji zwyczajnej. Nikt nigdy nie pomyslał np. ze mój partner to partner w interesach, a ja moze partnerka do tańca, czy tenisa. Nie ma co tworzyć mitów Bo i sztucznych problemów. Taka sytuacja mogłaby zaistnieć - wymagająca dookreślenia, gdyby własnie szło o partnerstwo innego niż zyciowe rodzaju - bo własnie przedstawienie "mój partner" bez dodania, że taneczny u tancerzy w sytuacji, która o tym ewidentnie nie świadczy mogłaby zaowocować tym, że ktoś wziąłby takiego partnera tanecznego za życiowego. W innych sytuacjach NIE ZDARZA się, by ktoś komu przedstaia sie "mój partner" uwazał, że to ktoś inny, niż partner życiowy. Tak, wiem, zaraz mozesz napisać, że Ty sie z tym spotkałaśsmile - zatem o ile to trafiłaś na naprawdę wyjątkową osobe/sytuację - tyle.
            • bo_ob Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:10
              kora3 napisała:

              > Bo - zapytam raz jeszcze - czy Ty piszesz z doświadczenia czy z obserwacji, czy
              > tak Ci zie po prosu zdaje?

              Nie ma znaczenia - no i nie Twoja sprawa.

              > Bo ja pisze z długoletniego swojego doświadczenia tudzież z długoletniej obserw
              > acji. I jak już pisałam, NIE spotkałam sie nigdy z sytuacją, by ktoś opacznie
              > zrozumiał przedstawienie kogoś jako "partnera" bez dookreslania, ze chodzi o ży
              > ciowego w sytuacji zwyczajnej. Nikt nigdy nie pomyslał np. ze mój partner to p
              > artner w interesach, a ja moze partnerka do tańca, czy tenisa. Nie ma co tworzy
              > ć mitów Bo i sztucznych problemów. Taka sytuacja mogłaby zaistnieć - wymagająca
              > dookreślenia, gdyby własnie szło o partnerstwo innego niż zyciowe rodzaju - b
              > o własnie przedstawienie "mój partner" bez dodania, że taneczny u tancerzy w sy
              > tuacji, która o tym ewidentnie nie świadczy mogłaby zaowocować tym, że ktoś wzi
              > ąłby takiego partnera tanecznego za życiowego. W innych sytuacjach NIE ZDARZA s
              > ię, by ktoś komu przedstaia sie "mój partner" uwazał, że to ktoś inny, niż part
              > ner życiowy. Tak, wiem, zaraz mozesz napisać, że Ty sie z tym spotkałaśsmile - za
              > tem o ile to trafiłaś na naprawdę wyjątkową osobe/sytuację - tyle.


              Koro, ale co mnie to obchodzi? Może pisz jakiś blog alboco.


              • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:11
                to jest lepsze
                ora3 napisała:

                Być moze WYDAJE im sie tak, bo uwazają, ze GDYBY oni byli na ich miejscu, to tak chcieliby.


                wzielabym sobie na sygnaturke, pomysle, czy chce
                • bo_ob Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:14
                  > wzielabym sobie na sygnaturke, pomysle, czy chce

                  Znajdź lepiej coś fajnego, po co Ci głupia sygnaturka smile
                  • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:18
                    masz racje
                    • bo_ob Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:31
                      Minnie założyła wątek o słowach oraz o tym, jak zapraszać ludzi będących w związku ale nie będących małżeństwem. W tym kontekście elukubracje Kory na temat jej życia prywatnego, jej wyobrażeń o zachowaniach innych ludzi oraz wypytywanie rozmówców o ich życie prywatne to jakieś horrendum smile
                      • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:37
                        Najgorsze jest to, ze sama w tym horrendum bralam czynny udzial.
                        Koniec!
                        • bo_ob Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:39
                          znana.jako.ggigus napisała:

                          > Najgorsze jest to, ze sama w tym horrendum bralam czynny udzial.
                          > Koniec!


                          Żeby mi to było ostatni raz! smile
                          • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 15:42
                            Bede sie starac, serio
                            • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 15:42
                              PS ola5488 moim wzorem. Ona ucina pogadanki jak fryzjer wlosy
                • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:15
                  A co jest zabawnego w tym zdaniu Giggus? Ludzie często tak mają, że nie mając z czymś doświadczenia starają się wczuć w daną sytuację i widzą ją przez swój pryzmat. I często widzą zupełnie opacznie. Bo własnie NIE byli w danej sytuacji, a to co sobie wyobrazają, to tylko ich przekonanie, że tak się czuliby, tego chcieliby na miejscu tych, co w danej sytuacji sąsmile
                  • znana.jako.ggigus Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:19
                    w tym zdaniu jest wiele zabawnych rzeczy
                • basia_styk Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 19:23
                  > kora3 napisała:
                  >
                  > Być moze WYDAJE im sie tak, bo uwazają, ze GDYBY oni byli na ich miejscu, to ta
                  > k chcieliby.

                  Dobre zdanie dla kogoś, kto studiuje polonistykę na przykład smile
              • kora3 Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:13
                Aha, czyli TY osoba spoza wolnego zwiazku uwazasz, że nie ma dobrego określenia, bo tak Ci sie zdaje, ale zdanie ludzi majacych doświadczenie w takim zwiazku sie nie liczy, bo nie, bo tobie się zdaj - cudne smile Faktycznie nie ma o czym i z kim w tym przypadku rozmawiać smile
                • bo_ob Re: Związki kohabitacyjne czyli konkubinat... 07.03.19, 14:15
                  kora3 napisała:

                  > Aha, czyli TY osoba spoza wolnego zwiazku uwazasz, że nie ma dobrego określenia
                  > , bo tak Ci sie zdaje, ale zdanie ludzi majacych doświadczenie w takim zwiazku
                  > sie nie liczy, bo nie, bo tobie się zdaj - cudne smile Faktycznie nie ma o czym i
                  > z kim w tym przypadku rozmawiać smile
                  >

                  Klituś bajduś módl się za nami smile


Pełna wersja