wiesia.and.company
03.06.10, 17:39
Moja ukochana kotka Burasia z Filtrowej zginęła w minioną sobotę 29. maja,
rozjechana kołami samochodu na swoim przydomowym parkingu. Jest mi bez niej
źle, brakuje mi jej cichej admiracji, jej pięknych oczu.
Trudno, tak się stało. Gdyby nie zginęła tak tragicznie i nieoczekiwanie,
odeszłaby na nowotwór sutek i macicy, bo choroba była już zaawansowana.
Zaczęłam już podawanie sterydu (pod kontrolą weterynarza, z którym byłam w
kontakcie w chorobie Burasi). Odeszłaby na tę samą chorobę, którą miała jej
mama, Kawka.
Chciałam po prostu oddać hołd mojej Burasi.
Znałam Burasię 11 lat. Dożyła 15 lat jako wolno żyjąca kotka. Jej domem był
trawnik, parking, tyły dwupiętrowego bloku przy Lekarskiej i Filtrowej,
kawałek ogrodu przy Tramwajach Warszawskich, zielony teren należący do
Szpitala Psychiatrycznego przy Nowowiejskiej, zielony „małpi gaj” przy
Instytucie Techniki Budowlanej (obecnie parking biurowca „Focus”

.
Kiedy ją poznałam wychowywała trójkę swoich dzieci w tymże „małpim gaju”. Przy
wychowywaniu i pilnowaniu dzieci pomagała jej mama Burasi, Kawka. Była
wspaniałą, opiekuńczą matką, pilnowała dzieci, chodziła z nimi i popychała
noskiem, musztrowała, lizała, nagradzała. Dzieci miały rok, kiedy Burasia je
pozostawiła by żyły samodzielnie i przeniosła się razem z mamą Kawką na swoje
podwórko przy Lekarskiej.
Tam ją odwiedzałam i dokarmiałam (chociaż na tym ogrodzonym podwórku, bardzo w
sumie bezpiecznym miała swoją karmicielkę, która skleciła domek obłożony
styropianem, ale to kobieta o twardym sercu, tylko karmiła, nawet nie
pogłaskała). A Burasi zależało na swoim człowieku. Po śmierci Kawki Burasia
była bardzo samotna. Zaczęłam z nią siedzieć na murku, wygłaskiwać, rozmawiać.
I Burasia niezależna, jedyna gospodyni na swoim terenie, bardzo ostrożna,
uciekająca od ludzi, kotka dzika choć przyblokowa – zaczęła oddawać mi moje
uwielbienie.
I tak się niesłychanie polubiłyśmy, byłyśmy od siebie poniekąd uzależnione.
Burasia zawsze czekała, ostatnio na schodach lub na murku, tam gdzie
przesiadywałaśmy razem. Podścielałam jej płytę styropianową, ręcznik,
okrywałam paltem, siedziałyśmy bok w bok przez 1,5 godziny. Czy zimą, czy
latem, czy w te ostatnie mrozy. Czasem dawała się podnieść na murek (to było
niesłychane zaufanie z jej strony), podawała mi brzuszek do miziania, wtulała
łebek w moją dłoń. Pozwalała mi się przytulać do swojego pyszczka, popatrywała
w oczy (na co nigdy sobie z innymi ludźmi nie pozwalała), pozwalała mi szeptać
czułe słówka w uszka. Miała do mnie niesłychane zaufanie. A ja ją wielbiłam.
Nie mogłam wziąć Burasi do domu, bo moje koty uczyniłyby z niej kotkę wycofaną
lub nieszczęśliwą, na obcym terenie, gdzie szefową jest Wikcia. Została na
swoim podwórku jako rządząca Królowa. Rządziła, ale też uczyła wszystkiego
podrzuconą przez kogoś koteczkę Koffi.
Burasia była cudowna, jedyna taka. Łagodna. Niesłychanie mądra. Myśląca.
Cudowna. Czuła i opiekuńcza matka. Nie narzucała się. Nie była agresywna. Nie
biegała po dalszych terenach w poszukiwaniu przygód, bójek z obcymi kotami.
Potrafiła oddać moje uczucie. To było wzajemne zaufanie i fascynacja.
Tu będzie zdjęcie Burasi, z tym jej łagodnym, myślącym, powłóczystym
spojrzeniem pięknych zielono-żółtych, cętkowanych oczu.
Biegałam do niej dwa razy, ostatnio trzy razy w tygodniu tylko by z nią być.
Nie ma już mojej Burasi. Ale przeżyła na wolności 15 lat, to bardzo dużo, i
umarła zanim zniszczył ją nowotwór. Tak wyszło. Wiem, gdzie jest jej grobek
na jej podwórku, bo miły pan ją tam pochował. Na terenie jej Królestwa. Śpij
spokojnie Burasiu.... Ja o Tobie nigdy nie zapomnę.
Chciałam tylko oddać jej hołd. I napisać pean na cześć tej pięknej, mądrej,
wrażliwej, skromnej, łagodnej, drobnej koteczki. Śpij moja kochana Burasiu...