agnes-05
29.01.12, 19:53
Ta piękna Kicia niestety od ok. 10 lat już za TM. Ale wśród wszystkich kotów, które przewinęły się przez mój dom, oraz dom moich rodziców, ten właśnie zajmuje najważniejsze miejsce.
Perełka trafiła do nas w 1986 roku jako ok. 6 -tygodniowe kocię. Jej poprzednia właścicielka z wielkim westchnieniem ulgi wetknęła ją w ręce mojej mamy, bo na jej podwórku w Zalesiu Górnym buszowało sporo kotów i kociaków i każdy wzięty przez dobrych ludzi oznaczał dla tej pani mniejsze kłopoty i mniejsze wydatki.
Ja - wówczas studentka, z początku nie byłam zachwycona, bo jeszcze opłakiwałam pingwinkę Anfisę i przyjęcie nowego kota traktowałam troszkę jak zdradę jej pamięci. Ale na żale nie było czasu, bo trzeba się było zając maleństwem, które przyniosło ze sobą świerzb w uszkach, pchły, przeziębienie ( kk na szczęście nie było). Leczenie trwało trochę i do dziś pamiętam, jak...ręcznie tłukłam pchły na koteczce, co nie było zbyt trudne, bo na białym futerku świetnie było widać czarne punkciki. wtedy też zrozumiałam, że pchła swój rozum ma, bo niedobitki uciekały do....czarnej plamki na kociej główce w nadziei, że wtopią się w tło..


Kicia prędko wydobrzala i stawała sie coraz piękniejsza: miała aksamitne, białe futerko z dłuższym włosem, przepiękny puszysty ogon w kolorze szaro-czarnym i taka samą plameczkę przy lewym uszku. Dziś juz wiem, że była podobna do tureckiego vana, wtedy nie slyszałam jeszcze o takiej rasie, sąsiad Kazio mówił o niej "angor". I faktycznie futerko miała iście angorskie.
Perełka miała liczne talenty: pięknie aportowała, najchętniej coś miękkiego: brukselkę, fasolkę szparagową, kulkę z folii. Najbardziej lubiła wysokie loty: siedziala wygodnie na skrzydle drzwi, na balustradzie balkonu, na parapecie, przyprawiając wszystkich o palpitację, wówczas nikt nie myślał o zabezpieczeniach, decyzję, czy spaść, czy nie pozostawiało sie kotu. Ale Perelka nigdy nie spadła. Kochaliśmy ją bardzo i decyzja o skróceniu jej cierpienia ( paskudny nowotwór) była jedną z najtrudniejszych w moim życiu. Została pochowana na działce moich rodziców i wyobraźcie sobie, ze na miejscu jej pochówku zaczęły przesiadywać działkowe koty. Po prostu się tam kładły i leżaly godzinami. Fakt, ze moja mama je dokarmiała, więc przychodziły, ale miały bardzo dużą przestrzeń do wyboru, a siadały wlaśnie TAM.
Teraz mamy dwóch budrysów: Omara i rudego Cipusia, są bardzo kochane, ale żaden z nich nie jest mi tak bliski jak Perełka..
Dzięki Barbie, Perełka nie tylko ożyła, ale i stała sie znana tu i tam.
