aankaa
16.07.14, 21:44
wtorkowe, leniwe popołudnie
o 18 jestem umówiona z synem na jazdę do weta - gojąca się "dziura" w kocie
siedzę na leżaku, plusk fontanny (a jakże ! kupiłam sobie takie balkonowe cudo), chłepczę wodę z cytryną, kocisko wyleguje się na swojej szafce (gwoli przypomnienia: balkon osiatkowany od nastu lat)
idę po kolejną porcję wody, słyszę jakiś rumor od ulicy (normalka, kilka linii autobusowych + osobówki)
po kilku minutach zaczynam rozglądać się za kotem - pora pakować do torby... wszystkie (ostatnie) miejscówki puste (nawet umywalka, wanna i hit: pod fotelem), łażę po domu, nawołuję - głucha cisza
<puk, puk> do drzwi (ki diabeł ? syn ? już ?) - otwieram i oczom nie wierzę: sąsiadka z moim kotem owiniętym w ręcznik, dyszącym, oczyska rozbiegane
kota to wora, syna zebrałam po drodze, badanie i RTG nie wykazało żadnych urazów (gumowa cholera ???). Dostałam wskazówki czego wypatrywać
po raz pierwszy cieszyłam się jak dziecko wlazłszy rano do łazienki - znalazłam na podłodze kałużę wielkości jez. Wigry

(podobno zdarza się pęknięcie pęcherza, a wtedy... kapota - zwłaszcza w tym wieku)
napisałam maila do firmy profesjonalnie siatkującej balkony, mam nadzieję, że szybko się odezwą
od wczorajszego wieczora mam nawyk - wchodzę do mieszkania = balkon zamykam
nawet na 2 minuty