agamama123
13.11.14, 22:08
Całe życie byłam psiarą. Psy u mnie w domu były zawsze i zajmowały zawsze ważne miejsce w rodzinie. Oprócz psów przez mieszkanie przewinęły się świnki morskie, chomiki, żółwie, rybki i jedna kota - znaleziona w kartonie zaklejonym taśmą... Kota jednak pojawiła się na wylocie mojego mieszkania z rodzicami, wyprowadziłam się do innego miasta i tak na prawdę kontakt z nią miałam taki nijaki.
Od samego początku swojego małżeństwa walczyłam o zwierzę w domu. Mąż nigdy nie miał w domu zwierząt i przekonanie go było wyzwaniem. Zgodził się na królika - jedyna opcja posiadania futrzaka w leżącej ciąży. Franek był super - latał luźno po mieszkaniu, wpierniczał nasze książki jeśli uznał, że za mało go głaszczemy

Niestety - gdy miał 3 lata musiałam znaleźć mu nowy dom bo pierworodny mógł mu zrobić krzywdę (brak poczucia siły w rączkach wynikający z problemów zdrowotnych). I potem 9 lat posuchy i zdecydowany sprzeciw małżonka odnośnie futrzanych przyjaciół. Po długich bojach zamieszkała z nami Milka - west. Wreszcie miałam to co chciałam

Bo pies jest taki kontaktowy, przyjacielski, wierny.... Nie to co kot... kot jest wredny, chodzi własnymi ścieżkami itp....utarte obiegowe opinie....
Dwa lata temu chyba, może trochę mniej prasowałam a w tv leciał jakiś serial. Leciał bo leciał. W ucho wpadł mi wątek poszukiwań domu dla kota bo właściciele wyjeżdżają za granicę. Spojrzałam.... I moje życie się zmieniło

Od tamtej chwili wiedziałam, że MUSZĘ mieć brytyjczyka. Niebieskiego! Cała rodzina pukała się w czoło. Kot???? Po co to komu???? Takie dzikie, psa przecież masz, kot nie daje żadnej radości...
Dziś patrząc na moje potwory uświadomiłam sobie coś zupełnie oczywistego.... jeśli kiedyś zabraknie Milki, nie zamieszka ze mną czarny spaniel wystawowy... bede miec drugiego kota

Mało mi