pi.asia
14.11.14, 21:26
Ta złota myśl MacArthura wciąż pozostaje aktualna. Dzisiaj ja zostałam wyczuta. Jako frajer. Konkretnie dzisiaj na giełdzie warzywnej o szóstej rano w mojej czasoprzestrzeni pojawiło się kocię. Bez namysłu złapałam na ręce i zaniosłam do samochodu. Chop westchnął, popatrzył na mnie z lekką naganą i równie lekkim politowaniem, po czym zabrał się za szykowanie kartonu dla znaleziska, coby znalezisko nie uciekło.
W sklepie znalezisko nakarmiliśmy i strzeliliśmy pierwszą fotkę.
Znalezisko zawiezione na przegląd do weta okazało się dwumiesięczną dziewczynką, z pchłami, kleszczami i świerzbowcem, ale generalnie w nienajgorszej kondycji. W dodatku było ufne, łagodne i spokojne.
W domu oczywiście zwierzaki rzuciły się do oglądania znaleziska. Obyło się bez jakichkolwiek zatargów i łapoczynów. Badyl tylko oprychał małą, żeby nie czuła się zbyt pewnie. Ale jak przystało na opiekuna, stąpał za nią krok w krok, gdy zwiedzała mieszkanie. Fraszka i Amurka pomogły jej się umyć. Duszka zachowywała dystans, ale ona w ogóle jest człowiekolubna, a przedstawiciele własnego gatunku średnio ją interesują.
Oto kilka fotek z domu.
Z Amurką:
Z Fraszką:
Z Chopem:
I oczywiście z Badylgłardem
Imienia maleństwo jeszcze nie ma, czekamy aż coś się samo nasunie. Na razie jest to sama słodycz
Chop mnie szalenie wzruszył, bo przytulił i powiedział "dobrze zrobiłaś".