kkjp
26.12.14, 20:41
Od dwóch m-cy pod blokiem mieszka kot, którego dokarmiam. Dzisiaj zimno, a on po raz pierwszy dał się pogłaskać, mało tego, dał się wziąć na ręce. Skoro tak to myślę sobie, wezmę go na noc, a jutro najwyżej zawiozę do schroniska, gdzie mają przyzwoitą, ciepłą kociarnię. Chociaż tak w głębi duszy miałam nadzieję że zostanie. Tego co potem nastąpił się nie spodziewałam. Obcy był spokojny, tylko wystraszony, ale moje 3 jakby dostały szału, atakowały nie nowego, tylko siebie na wzajem, gryzły, biły się na oślep. Trzymałam rozwścieczonego Mańka na ręcach a Bonifacy jak nie podskoczył i mnie nie ugryzł! Krew trysnęła, syn krzyczał że przegryzł mi żyłę, stary się wściekł i nowego wyniósł na dwór. Krew nadal wartko płynęła, zachlapałam pokój syna, przedpokój i łazienkę. Koniec końców mąż zrobił mi opatrunek i pojechaliśmy na sor. Na szczęście nie przegryzł mi żyły, wystarczyły sztuczne szwy. Moje kocury już się uspokoiły, jednak najbardziej szkoda mi tego czarnego biedaka, który marznie na mrozie....