pi.asia
10.02.15, 17:57
Wy, kociarze od lat, na pewno mieliście smutną okazję obserwowania swoich zwierzaków, gdy umierał ich przyjaciel i towarzysz zabaw. Ja przeżyłam to teraz.
Jakże wczoraj w domu było cicho! Nikt nie biegał, nie rozrabiał, nie bawił się. Tylko Fraszka co jakiś czas domagała się wypuszczenia na dwór, ale w pewnym momencie i ona miała dość łażenia. I Amurka raz rozpędziła się do biegu, ale po kilku krokach stanęła, jakby przypomniała sobie, że nie ma już z kim się ganiać. Wskoczyła na parapet, na którym stoją miseczki i zdawała się czekać na tę, która zawsze przy miskach była pierwsza.
Wieczorem zrobiłam obchód mieszkania: Badyl na fotelu, Duszka na drapaku, Amurka na kaloryferze, Fraszka na szafce w łazience, Dymek na wersalce, Kłopot pod stołem. Przemek i ja przed swoimi laptopami. I cisza.
Przypomniał mi się tren Kochanowskiego: "pełno nas, a jakoby nikogo nie było, z jedną maluczką duszą tak wiele ubyło".
Nie mieliśmy wątpliwości - koty były w żałobie. Doskonale wiedziały, co się stało, i musiały swój smutek przetrawić.
Dzisiaj rano Amurka przegalopowała przez mieszkanie w towarzystwie Dymka, potem Dymek bawił się z Badylem. Powolutku mija największy smutek.