lampka_nocna5
06.09.15, 11:28
Kochani. Mam problem. Nie wiem, co robić, przychodzą mi głupie pomysły do głowy, ale może jak się podzielę, to co dwie głowy, to dwa głupie pomysły, wiadomo.
Parę lat temu pojechałam na urlop do Kuźnicy na płw. helski. Koło stacji kolejowej - koty, michy wszędzie upierdzielone, ale widać, że ktoś je karmi, pewnie trochę miejscowi, trochę turyści. W miejscowej smażalni kocica się do nas codziennie przysiadała, dawaliśmy jej puszkę, no, ale musieliśmy wyjechać.
Chyba dwa lata później znowu pojechaliśmy do Kuźnicy, pojawiły się nowe kociaki. Obszukaliśmy okolicę, znaleźliśmy ludzi, u których koty mieszkają, a na stację przychodzą na żebry. Chcieliśmy jakoś doraźnie pomóc, ale nie chcieli, pokazywali torbę z 15 kg karmy, że u nich są najedzone i bezpieczne. Ale jak bezpiecznie, jak oni mieszkają przy torach kolejowych, a zaraz ulica?
W tym roku znowu się tam wybraliśmy. Kocicy (wypytałam w smażalni) nikt nie widział od 2 lat. Pewnie coś ją przejechało... Na stacji znowu 3 młode (piękne! czarne w rude mazy) kociaki i czwarta, dorosła krówka kocina z wrzodem eozynofilowym na wargach. No i znowu myśl - tutaj kotów nikt nie pilnuje, nie sterylizuje, bo na potęgę pewnie giną pod pociągiem albo samochodami, ale przecież zaraz się narodzą nowe i będą.
UWAGA - teraz mam myśl.
Nie sądzę, że skuteczną pomocą byłoby dokarmianie tych kociaków (nawet zdalne, typu dogadać się z kimś na miejscu, że raz w miesiącu doślę worek karmy), bo po pierwsze, prawdopodobnie jedzą tylko w sezonie, jak się pojawiają turyści; po drugie, w zimie albo dobra dusza coś da, albo zamarzają, bo przecież nie mają domów.
Potrzebne rozwiązanie systemowe. Połapać co się da, posterylizować, połapać maleństwa i wyadoptować. Jeśli coś zostanie, to będzie tego mniej, łatwiej będzie miejscowym dokarmiać, nie będą się bez kontroli rozmnażać i ginąć pod kołami.
Uwaga - teraz chciałam się podzielić swoim pomysłem.
To nie jest sprawa na jedną/dwie osoby. Potrzebny zmasowany wysiłek. Dlatego zwracam się do Zakątka.
Trzeba:
1. Zebrać grupę, która miałaby możliwości (finansowe, urlopowe) aby przeczesać Kuźnicę, poustawiać klatki, połapać koty; Pewnie zajęłoby to parę dni, ale można się skrzyknąć, wynająć domki (tanio po sezonie);
2. Znaleźć w okolicy weterynarza, który by towarzystwo wysterylizował i był w stanie w razie czego przetrzymać na czas rekonwalescencji, zwłaszcza kotki - tu okoliczni Zakątkowicze się mogą zorientować; tutaj oczywiście, pojawia się kwestia finansowa (znowu) - gmina (okoliczni Zakątkowicze z gminy mogą wygarnąć kupony na darmówki, reszta zrzutka);
3. Wyadoptować/przygarnąć maleństwa, które się będą do tego nadawali.
Wiem, że takich miejsc w Polsce jest mnóstwo. Ale może od akcji helskiej byśmy, takim właśnie zorganizowanym wysiłkiem, naprawiać zaczęli tę kocią niedolę? Potem, jak byśmy nabrali wprawy, KocioZakątkowe Komando mogłoby latać po całej Polsce i przy okazji odwiedzić innych Zakątkowiczów i pozwiedzać.
Każdy mógłby się w ramach własnych możliwości zrzucić - ktoś wykona telefon, ktoś przeczesze internet, ktoś wrzuci złotówkę na cel.
Ja po prostu nie mogę patrzeć po raz kolejny na kocią niedolę. Wiem, głupio brzmi, ale my, ludzie, odebraliśmy im naturalne miejsca bytowania - więc jesteśmy im winni opiekę.