Dodaj do ulubionych

jak opiekowac sie kotem po usunieciu oka?

05.02.08, 21:59
moj kot rysiek, ktorego moze kilka osob pamieta, bedzie mial z pewnych
wzgledow usuwana galke oczna; wiem, ze lekarz powie mi wszystko na temat
saczka, procesu gojenia itd, ale to jednak tylko lekarz; chcialabym uslyszec
od was, jesli macie z tym jakies doswiadczenie, jak zaopiekowac sie kotem w
domu tak naprawde; czy powinien nosci kolnierz, czy ten saczek moze wypasc,
jak dlugo to sie goi i czy kot bardzo jest nieswoj i czy probuje to wyciagac;
czy odseparowac go w lazience od innych zwierzat na jakis czas; co podawac do
jedzenia
bardzo sie martwie o ryszarda; bede wdzieczna za wszystkie rady;
wrex.
Obserwuj wątek
      • wiesia.and.company Re: Mam taką koteczkę Frygę, obecnie bez oka 06.02.08, 00:56
        Przeszła koci katar i jedno oko jeszcze jakoś funkcjonuje mimo trwałych
        uszkodzeń rogówki, drugie oko właściwie wypłynęło a jego miejsce zajęła
        zrogowaciała masa, która cały czas się sączyła. Z uwagi na bliskość mózgu i
        możliwość zakażenia oraz gangreny operacja stała się konieczna. Fryga zniosła
        operację bardzo dobrze, także po operacji w ogóle nie czuła niedogodności. Oko
        zostało po prostu wyczyszczone i zaszyte (bo tak lepiej, żeby się nic do
        oczodołu nie dostawało), bez sączków, powieka z powieką zostały właściwie jakby
        zdrutowane, sterczały takie cieniuteńkie druciki, które wyglądały jak długie
        rzęsy. Potem tylko trzeba było rozkręcić te "druciki" i je zdjąć, nawet nie
        kręciła głową, w ogóle nie zwróciła na zabieg uwagi, gdyby nie to, że trzeba ją
        było na moment przyrzymać, a że Fryga jest godna tego swojego imienia to jednak
        się kręciła. Po operacji Fryga w ogóle nie czuje dyskomfortu, bo do
        "nieczynnego" oka była przyzwyczajona od czasu kataru kociego. Koty ją długo
        obserwowały, bo czegoś im w "fizys" dziewczęcym brakowało. Ale się
        przyzwyczaiły, a Fryga, jak to fryga, - śmiga w tej chwili po mieszkaniu z
        futrzaną myszką, nie pozwala się dogonić i odebrać ukochanej zabaweczki.
        Nie martw się wrex, jeśli będzie sączek, to prawdopodobnie i tak nie będzie on
        przeznaczony dla Twojej interwencji, na pewno niczego nie trzeba będzie przy nim
        robić.
        A zdjęcie Frygi (i moich pozostałych sześciu kotów, bez ósmej Leosi)
        można zobaczyć na odilandzie, na wątku koty domowe w temacie np. Rudy tymczas ma
        grzyba.... Pozdrowionka. Wiesia + 8
        • misia007 Re: Mam taką koteczkę Frygę, obecnie bez oka 06.02.08, 09:52
          Wrex, Wiesia wszystko wyczerpujaco wyjasnila jak to ona, coz ja tylko moge
          potwierdzic, ze Frydze brak oka nie odbiora radosci zycia , i, smiga dalej jak
          prawdziwa Fryga.I tak sobie mysle, ze jak to oczko sie tak ostatnio paprało to
          Rysiek pewnie nawet ulgę po operacji odczuje.Napisz kiedy kciuki
          trzymac.Pozdrawiam cala szajkę.
          • barba50 Re: Mam taką koteczkę Frygę, obecnie bez oka 06.02.08, 11:56
            Wiesiu - zamiast odsyłać na odiland do wątku mojego Rudego /a czemu właśnie tam???/ trzeba po prostu pokazać Frygutkę
            img477.imageshack.us/img477/8493/buziakfrygisl2.jpg
            alebo wątek Twoich kotów na gazetowym fotoforum /zaczyna się właśnie Frygą przed operacją, jeszcze w lecznicy/
            fotoforum.gazeta.pl/72,2,631,44778141,44791686.html?v=2&wv.x=1
      • wrexham Re: jak opiekowac sie kotem po usunieciu oka? 06.02.08, 12:22
        swinko morska, przeciez ja bym bez konsultacji u okulisty oka nie usuwala;
        bylismy u doktor lobaczewskiej (byla uczennica dra garncarza) kilkakrotnie,
        robilismy usg oka u dra marcinskiego; wyszedl najprawdopodobniej czerniak galki
        ocznej; wszyscy jestesmy w strachu; nawet kulawy frodek delikatnie rysiowe oczko
        obwachal i odszedl, a zwykle go gania po calym mieszkaniu; rysio roznicy w
        widzeniu nie bedzie mial zadnej bo i tak to oczko bylo niewidzace;
        pytalam pania doktor o ten saczek; podobno musi byc bo to gwarantuje prawidlowe
        zasklepienie oczodolu; podobno wszystkich tych najmniejszych naczyn krwionosnych
        nie mozna zamnknac i bez saczka zrobilby sie w oczodole skrzep; do tego te
        wszystkie nowotworowe komorki ktore ew. pozostana, beda mialy szanse razem z
        krwia splynac po saczku; tak mi tlumaczyla pani doktor; wiesiu, jesli twoja
        fryga nie miala saczka to pewnie nie bylo problemu; ja sie tylko zastanawiam, na
        ile ten saczek bedzie wystawal z oka, czy kot go nie bedzie chcial wyciagnac?
        chyba bez kolnierza sie nie obedzie; pani doktor powiedziala, ze ona bedzie ten
        saczek co pare dni delikatnie wyciagac z oczodolu, powoli i systematycznie, az
        sie wszystko zagoi;
        misiu kochana, kciuki prosze trzymac juz od piatku rano bo arek jedzie z ryniem
        na osma przed praca i po pracy go odbierze juz po zabiegu;
        dziekuje za wasze rady
        wystrachany na amen wrex.
          • wiesia.and.company Re: Wrex, trzymamy kciuki! 06.02.08, 14:05
            Ten sączek na pewno nie będzie Ryśkowi przeszkadzał. Zostanie tak założony, żeby
            nie był szybko wydłubany. Znam przypadek kotki z Krakowa, że też miała sączek i
            wszystko było OK, bez rozdrapywania.
            Poza tym Rysiek nie ma takiego odruchu, bo to oko i tak było nieczynne, więc nie
            będzie się teraz denerwował swoim odmiennym "stanem fizycznym". Ważne, że oko
            zostanie usunięte, aby nie było od niego właśnie gorszych komplikacji (no
            właśnie, czerniak lub gangrena, bo jak się sączy i cały czas coś dzieje, tzn. że
            się nic nie goi tylko złośliwie babrze).
            Barba50, bardzo Ci dziękuję za te zdjęcia, wczoraj tylko chciałam uspokoić wrex
            i spieszyłam się z tekstem, a wklejanie zdjęć komplikuje mi życie pisarza.....
            Pozdrowionka. Wiesia + 8
            • mirmunn Re: Wrex, trzymamy kciuki! 06.02.08, 14:19
              ta kotka z Krakowa to chyba moja Minismile)) witam

              wrex, nie martw się, kot się szybko adaptuje - Mini miała oko
              uszkodzone po wypadku/skopaniu - do dziś nie wiadomo, z ropą i Bóg
              wie czym jeszczse. A po zabiegu wszystko się pięknie goiło, sączek
              wysnuła dopiero w ostatnim dniu przed wyjęciem- samasmile))
              Sączek wystaje odrobinkę z oczodołu zaszytego, wet nasącza go lekami
              i wyciąga po kawałku, aby oczodół się brzydko nie zapadł. Potem to
              wszystko zarasta sierścią i kot wygląda, jakby miał oko zamkniete i
              tyle. Mini kołnierza nie nosiła, nie miała żadnych problemów i
              zaburzeń równowagi itp. Świetnie sobie radzi z jednym okiem.
              • wrexham Re: Wrex, trzymamy kciuki! 06.02.08, 23:33
                oj to mnie pocieszylas... bo ja juz oczami wyobrazni widzialam klab gazy
                wystajacy z oczodolu; czyli trzeba czekac na piatek i sie nie matwic na zapas
                (ech ta ciocia misia007 znowu miala racje); no to czekam; wlasciwie to
                chcialabym zeby juz jutro byl piatek, zeby miec to juz za soba...
                • mirmunn Re: Wrex, trzymamy kciuki! 07.02.08, 10:03
                  Będzie dobrzesmile aha, Mini miała to oko potraktowane dodatkow
                  opatrunkiem w sprayu (takie zielone cóś, jak farba), bo jeszcze
                  skóra zdarta była na połowie głowy. Jeśli cię martwi ewentualność
                  wyciągania sączka,możesz poprosić weta, żeby przyciął podczas
                  narkozy także pazurki w miarę krótko, to kot nie zaczepi przez
                  nieuwagę np. przy myciu pyszczka. Miniula tak miała zrobione, bo
                  normalnie przyciąć pazurków nie pozwalała - uciekała.
                • vauban Re: Wrex, trzymamy kciuki! 07.02.08, 20:09
                  Będzie dobrze, choć nie będzie przez kilka dni najlepiej wyglądało.
                  Zyzio miał identyczną sytuację, co Fryga, ma się dobrze już czwarty rok po operacji.
                  Sączek musi trochę wystawać, i będzie wyglądał jak czerwona kulka wystająca z oczodołu, ale to naprawdę nic złego ! Oczodół się potem zaszywa, a sam sączek jest wkładany tak, by można było go po kilku dniach łagodnie usunąć, brzegi ranki same się zrastają. Mordka będzie pewnie trochę ogolona i popsikana sprayem, srebrnym lub zielonym - nic nie szkodzi, futerko odrasta. Kołnierz jest konieczny, najmniej dwa tygodnie. Pierwsze trzy dni będą najtrudniejsze, bo kota musi się wybudzić z narkozy i przyzwyczaić do zaczepiającego o wszystko kołnierza.
                  Trzymam kciuki za powodzenie !
                  Foty Zyzia po operacji tu:
                  bi.gazeta.pl/o/a/forum/433/4/433495.jpg
                  bi.gazeta.pl/o/a/forum/443/1/443180.jpg
                  fotoforum.gazeta.pl/photo/5/hg/ej/xgrs/BH2ZGcACe2VtSzdklA.jpg
          • wrexham Re: jak opiekowac sie kotem po usunieciu oka? 08.02.08, 12:38
            dziewczyny, chyba tylko te wasze kciuki pomogly, bo bez nich byloby bardzo zle;
            rysiek podczas operacji przestl oddychac, serduszko przestalo mu bic i pani
            doktor musiala go reanimowac; zadzwonila i powiedziala, zejest niedobrze, ze kot
            jest uczulony na intubacje, ze to sie czasem zdarza i do tego ma cos z nerwem
            blednika (nie pamitam za dobrze bo to bylo jak koszmarny sen); powiem wam, ze
            nastawilam sie na to, ze rysio umrze;
            powiemm wam jeszcze cos: o siodmej arek go zabral, ja sie jeszcze polozylam i
            lezalam nie mogac zasnac; troche przysypialam jednak i w pewnym momencie mi sie
            wydalo, ze rysio przyszedl do mnie i oczko mial zdrowe, aja zapytalam go co tu
            robi i sie obudzilam; potem zaraz dostalam telefon ze jest zle i pomyslalam, ze
            rysio sie po porstu przyszedl pozegnac, bo ja sie z nim nawet rano nie pozegnalam;
            to byly straszne chwile; i ten wybor: czekac na przerzuty bez operacji czy
            ryzykowac natychmiastowa smiercia podczas zabiegu...
            i teraz przed chwila arek zadzwonil, ze dzwonila pani doktor, ze juz jest po
            operacji; wiec od razu tu do was napisalam;
            nie puszczajcie tych kciukow jeszcze bo nie wiadomo co sie stanie;
            ja w kazdym razie jeszcze nie wierze;
            dziekuje wam
            wrex.
    • ewa_anna2 Pirat nie ma oczka 07.02.08, 22:34
      Nie wiadomo, w jakich okolicznościach je stracił - bójka, czy może
      jakiś "życzliwy" człowiek - kot był łagodny, leżał na trawniku
      przed klatką. Oczko próbowaliśmy ratować. Niestety, nie udało się.
      Może gdyby zafundować mu kołnierz, może gdyby zszyć mu 3 powiekę,
      może gdyby za 1 razem nieść go w kontenerku, a nie w plecaku
      (obtarł sobie jeszcze bardziej oczko...)
      Więc jest ślepak jednooki. Nie miał usuwanej gałki ocznej, więc
      trzeba od czasu do czasu sprawdzać stan oczka, no i zapuszczać
      kropelki. W zamian za oczko zyskał domek. wysoka to cena.
    • wrexham Re: jak opiekowac sie kotem po usunieciu oka? 10.02.08, 00:25
      pewnie juz spicie, ale chcialam wam powiedziec, ze rysio znow jest w szpitalu;
      cos mu sie pogorszylo, zaczal piszczec przy oddychaniu, nie chodzil tylko lezal;
      i strasznie ciezko oddychal; boze, zeby tylko przezyl noc to zabiore go do
      doktor lobaczewskiej na bemowo; boze zeby tylko przezyl, czuje sie taka
      bezradna, nie moge mu pomoc;
        • wiesia.and.company Re: jak opiekowac sie kotem po usunieciu oka? 10.02.08, 01:37
          O Boże, wrex, przestraszyłam się i jestem zszokowana tą niespodziewaną
          informacją. Rysiuniu, walcz tej nocy, potem będzie lepiej. Serduszko Ci pewnie
          odmawia posłuszeństwa, ale to pewnie przez dzisiejszą noc, jakaś taka mglista,
          lepka, jakby oddychać trudniej bo ta mgła przydusza.
          Ale Rysiu, jutro przed Tobą, musisz pokazać się wrex jako jednooki rycerzyk.
          Rysiu, trzymam kciuki bardzo mocno, bardzo!
          Wrex, czy masz jakieś telefoniczne informacje? Ja to bardzo przeżywam, bo z moim
          astmatykiem Bartusiem o różnych porach dnia i nocy jeździłam taksówką do kliniki
          na reanimację umierającego z powodu niewydolności oddechu, a tam zastrzyki i
          tlen, ale jakoś się udawało. No, proszę, bogini Bastet - niech się uda!
    • wrexham Re: jak opiekowac sie kotem po usunieciu oka? 10.02.08, 18:20
      bylam u rysia; rozmawialam z lekarzem; rysio jest 'na rozdrozu'
      widzialam go z daleka, lezy i patrzy apatycznie przed siebie; polozyli go na
      elektrycznej poduszce, ale pleckow juz mu nie przykryli; kolo 19 pojde i zaniose
      mu kocyk; nie chce im tam lazic co 5 minut, maja nie tylko rysia w szpitalu;
      najgorsze, ze nie podaja mu zadnych plynow; ma co prawda obrzek pluc, ale nawet
      nasza pani doktor, ta co operowala ryska mowi, ze choc troche powinni mu podac i
      ze powinien lezec w inkubatorze; ja juz nad niczym nie panuje; czekajac na
      konsultacje malo nie padlam ze strachu na serce w poczekalni; rysio podobno ma
      hipotermie, czemu wiec nie przykryli mu pleckow kocykiem; niedlugo tam pojde i
      sie moze czegos dowiem;
      dziekuje wam za wszystkie dobre slowa
        • wiesia.and.company Re: jak opiekowac sie kotem po usunieciu oka? 10.02.08, 19:55
          Rany Julek, to ta ch..... rna klinika Elwet. Sama na sobie przetestowałam i na
          kocie, że są nieczuli na koty właśnie. Też mój Bartuś miał obrzęk płuc i wymagał
          podania tlenu oraz podania środków
          odwadniających (usuwających ten płyn z płuc). Jak tam nas potraktowali!
          Tylko tyle, że podali tlen, ale nawet nie chcieli dzwonić do kliniki
          prowadzącej, żeby uzgodnić podanie właściwego leku i dawki (a w klinice
          prowadzącej właśnie pech, bo tlenu zabrakło i miał akurat Elwet).
          Wrex, dlatego tak radziłam (ale nie wytłumaczyłam dlaczego) żeby to doktor
          Lobaczewska sama do nich zadzwoniła i zapytała o swojego pacjenta albo może tam
          pojechała. Może jednak mimo wszystko opatulić Rysia i zabrać go do kliniki
          całodobowej ze szpitalikiem i tlenem, ale wcześniej uprzedzić klinikę, że się
          jedzie z przypadkiem klinicznym wymagającym natychmiastowej akcji. Kiedyś tak
          zrobiłam i czekałam w klinice prowadzącej z lekarzem gotowym do reanimacji, a
          druga pani wiozła kotka od lekarzy, gdzie nie był profesjonalnie prowadzony.
          Wrex, jedź tam i okrywaj go, poza tym on musi dostać zastrzyk z moczopędnym
          środkiem, żeby z płuc tę wodę wywalić (to pewnie po intubacji). Jeśli możesz to
          koniecznie włącz dr Lobaczewską, niech ratuje też, bo przecież wcześniej go
          ratowała, to teraz przez nieprofesjonalizm ludzi nie można tego zaprzepaścić.
          Miłość jest warta każdej próby, nie można niczego zaniedbać, żeby nie zaszły
          zmiany nieodwracalne!!! Wrex, działaj. Trzymam kciuki i Cię wspieram!
            • wrexham Re: Zapomniałam: a tlen mu podają? Przy obrzęku 10.02.08, 20:25
              wiesiu wlasnie wrocilismy od rysia; opiekuje sie nim teraz bardzo mila pani
              doktor piotrowska, ktora ma duzo zrozumienia dla zdenerwowanych opiekunow;
              podala rysiowi kroplowke i srodki p. bolowe; temperatura rysia wrocila do normy;
              rys sie juz nie dusi jak wczesniej; sika ile wlezie; pani dr piotrowska
              powiedziala, ze bardzo chetnie porozmawia z lekarzem prowadzacym rysia wiec
              zadzwonilam do dr lobaczewskiej i podalam numer tel do kliniki; rysio kilka
              godzin lezal dzis w klatce tlenowej, byl z niej wyjmowany wylacznie dla
              zrobienia rtg klatki piersiowej; sytuacja jest opanowana na tyle, zeby glebiej
              odetchnac;
                    • wrexham Re: Ufffff..... oddycham, bo bardzo się 10.02.08, 21:18
                      dziekuje ci wiesiu, ze sie tak z nami przejmujesz rysiowym losem; wszystkim wam
                      bardzo dziekuje; wlasnie dzwonila nasza p. dr; dzwonila do kliniki i dowiedziala
                      sie wszystkiego przy czym przekazala rowniez wszystkie informacje jakie miala po
                      reanimacji i operacji; teraz rysio idzie znowu do namiotu tlenowego, zeby
                      jeszcze zmniejszyc obrzek pluc; sytuacja jest nadal powazna, ale dzieki waszym
                      modlitwom, kciukom i dobrym myslom zaswiecil promycze nadziei;
                      bardzo wam dziekuje w imieniu swoim, mojego meza i przede wszystkim rysia;
                      • wiesia.and.company Re: Tak, sytuacja jest jeszcze poważna... 11.02.08, 00:29
                        Rysio powinien jeszcze może i całą noc zostać w tym "namiocie tlenowym" i
                        jeszcze dostawać moczopędny np. Furosemid, żeby ten obrzęk i wydzielina w
                        płucach pozwoliły oddychać większą powierzchnią.
                        A w ogóle namiot tlenowy to jest po prostu klatka kliniki lub nasz własny
                        transporter przykryty kocem, tlen podaje się po prostu przez kratkę, nie
                        bezpośrednio do pysia, tylko po prostu do wnętrza i tak się ten tlen
                        rozprzestrzenia w niezbyt dużym skondensowaniu. Chodzi o to, żeby kot oddychał
                        powietrzem z tlenem, a nie samym tlenem. Ale taka terapia tlenowa jest konieczna
                        przy obrzękach płuc. Najważniejsze, że Rysio trafił pod opiekę lekarki, która
                        wie co robić i się pacjentem potrafi zająć. Kroplówka to bardzo dobra metoda,
                        żeby w niej podać pacjentowi moczopędny Furosemid, a ogrzana kroplówka podnosi
                        temperaturę ciała, co jest w niektórych przypadkach bardzo wskazane. Teraz to
                        (jak mówił profesor) potrzebna ciemność, cisza, spokój i tlen, i to rzeczywiście
                        stawia na nogi. Trzymam kciuki, żeby Rysio rano był już z Wami jak nowo
                        narodzony. Trzymajcie się!
                          • feber Re: rysio 11.02.08, 19:57
                            tak mi przykro...
                            naprawde myslalam, ze bedzie coraz lepiej, nawet dzisiaj po poludniu
                            myslalam o nim...
                            jaka bidulka malutka... tak mi przykro
                            • wiesia.and.company Re: rysio 12.02.08, 01:24
                              Bardzo tę śmierć przeżywam. Mocno Cię wrex przytulam a łzy mi lecą...
                              Nie ma słów żeby wypowiedzieć, co się czuje, kiedy serce popękało z bólu... znam
                              to przecież...
                              • wrexham Re: rysio 12.02.08, 01:47
                                wiesiu popekalo w dorbny mak; ten persen wcale nie dziala; przepraszam, ze nie
                                umiem cierpiec z godnoscia i w milczeniu, i ze ciagle cos pisze, ale trudno mi
                                zniesc ten ciezar; rysio tak mi ufal; zebys go widziala jaki byl zmordowany tym
                                umieraniem na raty;
                                jeszcze trzeba uwazac zeby sie nie wygadac ze sie placze po kocie, bo tak malo
                                osob to rozumie; dlatego placze wam tutaj;
                                  • misia007 Re: rysio 12.02.08, 11:06
                                    Ci co nie potrafią zrozumiec żalu po smierci ukochanego stworzenia są albo
                                    głupcami albo nie mieli szczęścia doznać radosci zycia ze zwierzakiem.W obu
                                    wypadkach nalezy im współczuc.Uczucia, ktore łączą nas z kotem czy psem sa takie
                                    jasne i proste, wzajemne relacje takie logiczne i emocjonalne.One, nasze
                                    zwierzaki akceptuja nas z wszystkimi wadami, słabosciami, humorami.Zawsze nam
                                    wybaczą, nie zdradzą, nie oszukają.Przed nimi nie musimy nic udawać, mozemy byc
                                    sobą a w ich oczach widzimy tylko milość.I w dodatku sa częścią naszej
                                    codziennosci.Towarzyszą nam przy posilkach,wypoczynku, potrafią pocieszyc ,
                                    rozbawic,dostarczyc najrozniejszych wzruszeń.Dlatego płaczę piszac te słowa i Ty
                                    tez placz wrex.Tak trzeba bo z naszymi ukochanymi odchodzi częśc nas samych.Ta
                                    najlepsza część.
                                    • br0mba Re: rysio 12.02.08, 13:42
                                      nie moge przestac myslec o biedaku i o Tobie Wrex
                                      placz i nie wstydz sie tego, zwierzata sa czasem blizsze niz najblizsza rodzina
                                      a ten kto tego nie rozumie ze mozna plakac po kocie, nie maja serc
                            • wiesia.and.company Re:Och,to jest trudne przejść przez ból po śmierci 12.02.08, 15:28
                              Pięknie napisała misia007 i te wszystkie wpisy są piękne. Wrex, bierz Persen
                              (jeśli ten w okrągłych tabletkach - to po dwie). To tylko po to, żeby jakoś
                              udawać, że się w pracy funkcjonuje. Na ból jest tylko jedna metoda: wcześniej
                              czy później trzeba sobie na niego pozwolić i wypłakać a potem trzeba dać czas
                              czasowi. Trzymaj się wrex i pamiętaj, że jesteśmy z Tobą i Cię wspieramy w bólu.
                              • mist3 Re:Och,to jest trudne przejść przez ból po śmierc 12.02.08, 21:34
                                po wizycie na weterynarii przyszłam tutaj i poczytałam te ostatnie wiadomości o
                                Rysiu.
                                Jeszcze raz wyrazy współczucia. Dobrze że trafił na Ciebie - dostał miłość i
                                najlepszą opiekę pod słońcem, a teraz myśli o Tobie za TM i pewnie troszkę się
                                martwi, że jesteś smutna. Jak napisała wiesia.and.company - pozwól sobie na ból.
                                Wiem, że w pracy pewnie będzie ciężko, bo w Polsce smutek przy chorobie
                                zwierzęcia czy jego stracie jest uważany za coś nienormalnego. Ale wielu nas
                                takich 'nienormalnych' jest wbrew pozorom i wszyscy Ci współczujemy.

                                [*]
                                • wrexham Re:Och,to jest trudne przejść przez ból po śmierc 13.02.08, 00:04
                                  dziekuje wam za wsparcie; nie hamuje bolu; w pracy jak trzeba to rycze i gdzies
                                  mam wszystko; ciagle mam przed oczami mojego rysia; dzis wyciagajac odkurzacz
                                  znalazlam rysiowego kasztanka, lubil sie bawic kasztankami; zaturlal go az pod
                                  naroznik w kuchni; potem znalazlam jego pazurek; duzo jeszcze rysia w moim domu,
                                  a kazde wspomnienie to ciagle jeszcze ogromny bol;
                                  wiesiu ja ten persen biore po dwie, a dzis przed praca wzielam trzy;
                                  • vauban Spróbuję to jakoś wytłumaczyć, dobrze ? 13.02.08, 01:33
                                    Koty są nieśmiertelne. To jest, czasami zdarza się, że jakiś poszczególny kot
                                    umiera. To jest, nam, ludziom, tak się wydaje. Otóż niezupełnie, koty wiedzą o
                                    tym doskonale i dlatego nie przejmują się tym zbytnio.
                                    Mówi się, że kot ma dziewięć żywotów. To niezupełnie prawda - kot ma ich
                                    znacznie więcej ! Otóż, najnowsze badania wykazują, że to nonsens. Kot jest tak
                                    naprawdę nieśmiertelny. Jego dusza posiada nieskończone możliwości
                                    metampsychozy, i pozornie zmarły kot wciela się w nowo narodzone kocię bez
                                    najmniejszego kłopotu. Jest to jak dotąd jedyny znany przypadek, aby tak od
                                    niechcenia móc zmienić miejsce pobytu oraz warunki na jeszcze lepsze. Naukowcy
                                    bezskutecznie poszukują rozwiązania kociej tajemnicy nieśmiertelności.

                                    A serio.
                                    (Chociaż zabrzmi to być może niezupełnie poważnie): wierzę w to.
                                    Dwa lata temu, odszedł mi na rękach kot. Był młodziutki, mruczał i nie dało się
                                    go uratować. Wytrzymałem do domu, ale za progiem płakałem, jak bóbr. Małżonka
                                    płakała także, przecież próbowaliśmy ratować najkochańszego kotka jak tylko się
                                    dało. Nie dało się. Śpi teraz pod wielkim orzechem.
                                    Wrócił.

                                    Ma na imię Duduś, jest gruby jak polarny niedźwiedź, i od pierwszego dnia dał
                                    nam znać, że nas poznaje. Czy inaczej wyszedłby z bezimiennych krzaków
                                    bezbłędnie na moją żonę, i pozwolił się uratować ? Na pewno nie. Czy byłby
                                    najłagodniejszym z kotów, który prawie wcale nie broi, gdyby nie pamięć o tym,
                                    że staraliśmy się mu pomóc ? Nie sądzę. Może (Ba !) to, co piszę, jest po prostu
                                    pocieszającą bzdurką, ale znam rodzaj recepty na ból, jaki czujesz: rozejrzyj
                                    się. Gdzieś tam, w najbliższej okolicy, czai się Rysio. W innym futerku, ale to
                                    on. Jest mu chłodno, mokro i jest na pewno głodny. Weź go do domu, pogłaszcz, a
                                    przynajmniej spróbuj. Jeśli to on - to już sam dopowie całą resztę.
                                    • wrexham Re: Spróbuję to jakoś wytłumaczyć, dobrze ? 13.02.08, 08:04
                                      dziekuje vauban, nie jest to jednak jeszcze czas na wiare, ze rysio gdzies sie
                                      odrodzil; na razie, choc zabrzmi to okrutnie, jestem na etapie nienawisci do
                                      wszystkiego co zyje, bo moj rysio nie zyje; moze nie powinnam sie do tego
                                      uczucia przyznawac, ale tak jest; mam zal i pretensje nawet o wasze szczescie z
                                      tego, ze macie swoje koty teraz na kolanach, podczas gdy ja zmuszam sie do
                                      najprostszych rzeczy bez mojego kota; placze nad ryskiem, ale placze tez nad
                                      soba; dlatego, ze zostalam tu bez niego;
                                      • wiesia.and.company Re: wrex, to są normalne uczucia, normalne pytania 13.02.08, 15:01
                                        jakie stawiamy: dlaczego? dlaczego nasz ukochany? dlaczego tak? dlaczego nie
                                        może to być jakiś psychopatyczny człowiek a niewinny, szlachetny kot?
                                        Ale vauban ma rację - to się sprawdza, że odchodzący kot nie chce, aby po nim
                                        cierpiano, skoro przez całe życie on przynosił nam radość. Po prostu
                                        przyprowadza następnego kota - specjalnie dla nas, w podarunku, żebyśmy nie
                                        zamknęli się w rozpaczy i nie zamknęli serca przewidując przyszłe zdarzenia.
                                        Daje nam szansę i daje szansę innemu potrzebującemu kotu.
                                        • mirmunn Re: wrex, to są normalne uczucia, normalne pytani 13.02.08, 20:18
                                          zgadzam się z Wiesią i Vauban. Rysio niedługo da znać o sobie i
                                          zwsze będzie cię kochał, nawet za Tęczowym Mostem. Myślę, że miłośc,
                                          jaką obdarzają nas zwierzęta to sama istota miłości, jak pięknie
                                          napisała to Misia. Dlatego nie umiera.
                                          Rozumiem Twój ból, żal i nienawiść. Sama, gdy otwieram ten wątek, za
                                          każdym razem płaczę czytając kolejne wpisy.

                                          A co Wy na to, żeby na innych kociarskich forach zamieścić
                                          DUŻYMI LITERAMI ostrzeżenie przed ta kliniką? i skopiować ten wątek?
                                          Nie za komplikacje przy narkozie - tego nie da się przewidzieć, ale
                                          za nieludzkie (a właściwie: ludzkie) potraktowanie i lekceważenie
                                          niepokoju o kogoś, kogo się kocha oraz niedostateczną opiekę w
                                          pierwszej fazie terapii (tzn bez płynów, bez konsultacji), która
                                          mogła zadecydować o najgorszym. Miła pani doktor moim zdaniem
                                          wkroczyła za późno.
                                          Przepraszam, jeśli uraziłam pragmatyzmem, ale moim zdaniem trzeba
                                          ich jakoś ukarać, a miłośnicy kotów przed poważniejszymi zabiegami
                                          zawsze się radzą na forum.

                                          Jak tamci nie rozumieją uczuć ludzi i zwierząt i traktują "na
                                          odczepnego" - to nie wytłumaczysz. Jak im dochody spadną, może coś
                                          dotrze.
                                          • sylseb Re: wrex, to są normalne uczucia, normalne pytani 14.02.08, 09:10
                                            > A co Wy na to, żeby na innych kociarskich forach zamieścić
                                            > DUŻYMI LITERAMI ostrzeżenie przed ta kliniką? i skopiować ten
                                            wątek?

                                            Moze po prostu zglosic to do Izby Lekarsko-Weterynaryjnej. Istnieje
                                            m.in. po to zeby takie zaniedbania zglaszac.
                                            Bo, jak obserwowalam na roznych forach, takie maile koncza sie
                                            zazwyczaj pyskowka, czesc osob odsadza od czci i wary, inni bronia,
                                            a wiekszosc uzywa sformulowan mocno niecenzuralnych.

                                            Bardzo mi przykro, ze sie to wszystko tak sknczylo. No niestety,
                                            chyba wiekszosc z nas przszla juz przez taka strate. Wspolczuje
                                            bardzo

                                            --

                                            Pozdrawiam
                                            Sylwia
                                            • wrexham Re: wrex, to są normalne uczucia, normalne pytani 14.02.08, 11:15
                                              mnie sie wydaje, ze nie ma co zglaszac; nic sie nikomu nie udowodni; gdyby go
                                              dziabnela nozem w serce to by bylo oczywiste, ale w tym przypadku nic nie da
                                              rady udowodnic; w bardziej oczywistych przypadkach opiekunowie sa bezradni;
                                              ja mysle, ze jedyne co mozna zrobic, to zapamietac nazwe tej lecznicy i juz
                                              nigdy do niej nie pojsc i odradzac to innym; po prostu omijac szerokim lukiem
                                              elwet, a w szczegolnosci pewna pania doktor o umiarkowanie klejacym nazwisku,
                                              ktorego nawet nie moge wymienic na forum; w ramach cwiczenia sledczych zdolnosci
                                              mozna wejsc na strone lecznicy i sprobowac ja zidentyfikowac; warkoczykow na
                                              zdjeciu nie ma;
                                              rysiek odszedl na zawsze; racje ma wiesia - bede juz znacznie rozwazniejsza i
                                              nie dam sie zakrecic zadnemu wetowi;
                                              • sylseb Re: wrex, to są normalne uczucia, normalne pytani 14.02.08, 13:48
                                                Fakt, odradzanie lecznicy innym - jak najbardziej. Czy nawet
                                                konkretnego lekarza, bo wiadomo, ze w duzych jednostkach tych
                                                lekarzy jest kilku i nie kazdy pomylil sie z wyborem zawodu.

                                                Jak nie do izby, to moze juz na spokojnie, zeby emocje nie graly az
                                                tak wielkiej roli, warto byloby sie przejsc do szefow tej lecznicy i
                                                powiedziec o swoich zastrzezeniach. Jesli ludzie sa sensowni, to
                                                przyjma to spokojnie, a nawet z wdziecznoscia, przeciez nie sa w
                                                stanie stac przy kazdym lekarzu i patrzec mu na rece. Mam w Lodzi
                                                zaprzyjazniona lecznice i nigdy ne mialam problemu z tym, zeby
                                                szefom powiedziec o jakich uwagach, nawet jak nie byly to
                                                bezposrednio moje uwagi, a np. skas sie tam czegos dowiedzialam.
                                                Tylko trzeba byloby przemyslec co sie chce powiedziec. No chyba ze w
                                                ogole kladziesz laske na lecznice, to wtedy fakt, nie ma co kruszyc
                                                kopii. Ale wydaje mi sie, ze tak czy tak warto powiedziec, ze cos
                                                bylo nie tak, bo nawet jakby chceli cos poprawic, to przeciez nie
                                                maja informacji. No chyba, ze ta "lekarka" to wlasnie jedna z osob z
                                                wierchuszki.
                                                Trzymaj sie, ale placz jak musisz i nie przejmuj sie ewentualnymi
                                                glupimi uwagami. Zalobe trzeba przezyc po swojemu i nie jest istone,
                                                czy to zaloba po kocie, psie, czy czlowieku.

                                                Pozdrawiam
                                                Sylwia
                                              • marysia191 Re: wrex, to są normalne uczucia, normalne pytani 14.02.08, 15:18
                                                Z wrodzonej ciekawości obejrzałam na stronie lecznicy zdjęcie "klejącej" pani
                                                doktor(?). Serca babszton nie ma...

                                                Wrex, może to bez sensu, ale jest mi tak przykro z powodu Rysia, że nie mogłam
                                                przez to spać dziś w nocy. A przecież to nie mój kot, my też się nie znamy...
                                                Strasznie to przeżywam. Naprawdę Ci współczujęsad
                                                • misia007 Re: wrex, to są normalne uczucia, normalne pytani 14.02.08, 17:29
                                                  Marysiu to ma sens bo patrzymy na swoje zwierzaki i serca nam pęka jak
                                                  wyobrazamy sobie przez co przechodzi wrex.Tak to sie dzieje, że bliskość z kotem
                                                  otwiera nas na potrzeby innych zwierzat i ich los nie jest nam obojetny.I nie
                                                  musimy się znac, wiemy, ze wrex jest jedną z nas bo potrafimy zrozumiec co czuje.
                                        • wrexham Re: wrex, to są normalne uczucia, normalne pytani 13.02.08, 20:37
                                          wisiu, bardzo bym chciala, zeby to byla prawda; gdyby rysio umarl bo byl chory,
                                          trudno; wiem, ze smierc czeka na kazdego; oplakiwalabym go bardzo, ale to bylby
                                          po prostu wielki, wielki smutek; jestem w gorszej sytuacji bo czuje, ze rysia
                                          narazilam na wielkie cierpienie ktorego nie rozumial; nie wiedzial czemu go
                                          zostawilam, czekal na mnie i sie nie doczekal; umarl w samotnosci, zasloniety
                                          szmata w elwecie, bo wetka, ktora miala nocny dyzur do niego nie zajrzala; zmarl
                                          przez zaniedbanie, a byl juz dosc dobrze ustabilizowany przez poprzedniego
                                          lekarza; mam wyrzuty sumienia, ze nie pojechalam z nim do kliniki na powstancow;
                                          zostawilam go w lecznicy, do ktorej nie mam zaufania, choc jest tam kilku
                                          dobrych lekarzy; sama ryskowi zgotowalam ten los, a o tym trudno mi bedzie
                                          zapomniec;
                                          przepraszalam go kiedy mylam mu pyszczek, zawijalam w recznik i potem kiedy go
                                          chowalam do ziemi, ale nie wiem czy mi wybaczyl; chcialabym, zeby jeszcze raz
                                          spojrzal na mnie i mruknal; zajojczal po swojemu, skrzeknal, zaburczal; rysio
                                          mial dopiero 6 lat; nie widze wytlumaczenia jego smierci; nic nie jest warte
                                          zycia rysia; chcialabym zeby dalej drapal kanapki i naroznik w kuchi, grzebal w
                                          doniczkach, wykradal lapka plasterki kielbasy z deski do krojenia, a przede
                                          wszystkim, zeby przychodzil pod koldre i sie wtulal w moj brzuch mruczac
                                          niemilosiernie glosno; nigdy wczesniej nie mialam kota; moze wszystkie koty sa
                                          jednakowe; ale dla mnie rysio pozostanie wyjatkowy; mam wielka dziure w sercu bo
                                          mam swiadomosc, ze moglam cos zrobic lepiej i wtedy rysio by zyl; ostatni widok
                                          rysia byl porazajacy; pokrzywione wasy, czarny jezyk, ogolona cwiartka glowy,
                                          zaszyte oko, ktore nigdy sie nie zagoi; nigdy mu tego nie wynagrodze; rysiu
                                          wybacz mi, ze skazalam cie na takie cierpienia i zostawilam samego na pastwe
                                          tego konowala z mnostwiem warkoczykow na glowie i aroganckim wyrazem twarzy;
                                          wybacz mi rysiu; naprawde nie chcialam tak cie skrzywdzic;
                                            • wiesia.and.company Re:płaczę i ja, za każdym razem gdy tu w tym wątku 14.02.08, 00:39
                                              czytam i piszę. Też nie potrafię sobie poradzić z poczuciem winy, że zgotowałam
                                              Urankowi śmierć z szoku na stole weterynaryjnym, gdy miał dostać tylko zastrzyk
                                              przeciwbólowy. A wetka/pomoc lekarska akurat na sobotnim dyżurze była
                                              bezwzględna, popędzała mnie i pouczała, bo jej się chyba na ploty spieszyło.
                                              Brutalna i nie pozwoliła, żeby Uranek sobie trochę pochodził po pomieszczeniu,
                                              uspokoił się, żebym go głaskała, a wcześniej coś czuł i cały czas nerwowo
                                              miauczał. Umarł, bo się jej spieszyło, bo go śmiertelnie przestraszyła, udusił
                                              się z szoku na stole weterynaryjnym.
                                              Ta pomoc lekarska już tam nie pracuje, ale była zakałą tej dobrej kliniki. Nie
                                              ja opowiedziałam o zdarzeniu kierownictwu kliniki, ona się nie nadawała w ogóle
                                              do opieki nad zwierzętami. Tak jak osoba w tej klinice w Al.Niepodległości. Twój
                                              Rysio umarł z zaniedbania nocnej opiekunki szpitalika. Sądzę, że nie dostał
                                              tlenu w odpowiedniej ilości, a przy jego kłopotach z sercem i krążeniem, to było
                                              podstawą.
                                              Wrex, Rysio wie, że go ratowałaś, ale jego stan kiedy trafił do kliniki był
                                              bardzo ciężki, kłopoty z oddychaniem sprawiają, że kot znajduje się w stanie
                                              nieświadomości (wiem, jeździłam z Bartusiem wiele razy na tlenową reanimację
                                              podczas jego ataków astmy). Ale też możliwe, że to oko, które zostało
                                              zoperowane, miało wpływ na jego stan, może były przerzuty do mózgu, do nosa, a
                                              więc do układu oddechowego. Może.... A zapewniłaś Rysiowi miejsce, w którym był
                                              dyżur całodobowy, gdybyś wiozła gdzie indziej, to może umarł by Ci na rękach i
                                              mogłabyś się za to winić.
                                              Wrex, te wyrzuty sumienia u mnie zostały, tylko trochę przycichły, ale po prostu
                                              jestem teraz przeczulona i mądrzejsza, jeśli chodzi o leczenie moich kotów.
                                              Bardziej wymagająca. Nie waham się pytać lekarzy albo zmieniać lekarzy, jeśli
                                              coś mi się nie podoba, jeśli mnie tylko tyka "intuicja" lub wyczulone oko.
                                              Nie ma na to rady, trzeba to rozpaczliwie i boleśnie odpłakać.
                                              Tulę Cię wrex i też płaczę. I też sobie wezmę Persen.
    • wrexham Re: jak opiekowac sie kotem po usunieciu oka? 15.02.08, 00:58
      postanowilam jednak nie odpuszczac tak do konca, choc wiem, ze los rysia jest
      nieodwracalny; napisalam skarge na lekarke do jej szefa, wlasciela przychodni;
      sprwdze teraz kiedy mozna go zastac i wrecze mu list osobiscie, zeby miec
      pewnosc, ze go przeczyta; moze jeszcze dopracuje szczegoly, ale tresc mniej
      wiecej ulozylam sobie w glowie juz w racy wiec teraz tylko siadlam i spisalam
      wszystko; jutro moze uda mie sie to zamiescic tu w poscie; wstawie ten list tez
      na dogo;
      bardzo wam dziekuje za wszystki wpisy, myslalam ze po tym jak napisalam, ze
      rysio umarl nigdy tu juz nie zajrze; dobrze, ze zajrzalam; bardzo mi pomoglyscie;
    • wrexham pierwsza czesc listu do wlasciciela elwetu 15.02.08, 19:27
      Szanowny Panie Doktorze
      W nocy z niedzieli na poniedziałek czyli 11. lutego b.r. umarł w szpitalu Elwetu
      mój kot Rysiek. Wiem, że to się czasem zdarza, koty umierają bez względu na to
      jak wielka miłością je darzymy. Chciałabym jednak opisać Panu wrażenia po mojej
      ostatniej (nomen omen) wizycie w Elwecie. Nie była przyjemna to oczywiste, mogła
      jednak wyglądać inaczej.
      Zjawiliśmy się z mężem niedługo po telefonie o śmierci naszego Rysia, była godz.
      mniej więcej 8:30 rano w niedzielę. Chcieliśmy rozmawiać z doktor Lepką, która
      była na dyżurze nocnym, żeby zapytać co się właściwie stało. Poprzedniego
      wieczoru dr Piotrowska nie dając nam stuprocentowej pewności na to, że rysio
      przeżyje była jednak dobrej myśli. Kot miał już odpowiednia temperaturę,
      spokojnie oddychał, był na tyle stabilny, ze pani doktor mogła mu podać
      kroplówkę i środki p. bólowe. Nie było to możliwe przez całą poprzednią noc i
      cały dzień, a kot był po operacji usunięcia gałki ocznej z powodu podejrzenia
      nowotworu. Po nocy i całym dniu (sobota) przebywania w domu gorzej się poczuł i
      na polecenie lekarza prowadzącego dr Łobaczewskiej udałam się do najbliższej
      kliniki w celu uzyskania wstępnej pomocy – kroplówka, ew. środki p. bólowe,
      niestety lekarz ocenił, że kota należy hospitalizować i zatrzymał go w przychodni.
      O śmierci kota przyszedł z nami porozmawiać dr Starski, nie potrafił jednak
      odpowiedzieć na nasze pytanie co właściwie się działo w nocy z naszym kotem w
      związku z tym poprosiliśmy o rozmowę z dr Lepką. Czekaliśmy jakiś czas. Kiedy
      przyszła była już niezadowolona, że chcemy rozmawiać z nią skoro mamy do
      dyspozycji innego lekarza. Nie ukrywam, że byliśmy w wielkim szoku, ledwie
      byliśmy w stanie artykułować myśli przez ściśnięte gardło. Pani doktor zapytała
      czego właściwie od niej chcemy. Pytaliśmy co się stało, bo Rysio przecież był
      już wieczorem w dobrym stanie i czy patrząc nam w oczy potrafi w zgodzie z
      własnym sumieniem powiedzieć, że zrobiła wszystko co było możliwe, żeby Rysia
      uratować. Atmosfera rozmowy była nieprzyjemna, drzwi do poczekalni były otwarte,
      pani doktor zaczęła nas atakować. Skończyło się to dość szybko, bo nie było
      sensu dalej tego ciągnąć.
      Panie Doktorze, mam głębokie przekonanie, wynikające z intuicji, analizy
      zachowania doktor Lepki i ze stanu w jakim zostawiliśmy Rysia poprzedniego
      dnia, że opieka w nocy nad moim kotem nie była wystarczająca. Że doktor Lepka
      dopuściła się rażącego zaniedbania. Gdybym mogła to udowodnić (a nikt nie jest
      w stanie tego zrobić, jak naprawdę było, wie jedynie pani doktor) bezwzględnie
      złożyłabym skargę do Naczelnej Izby Weterynaryjnej. Nie jest to jednak możliwe.
      O ile jednak nie byłam świadkiem jakości opieki nad moim kotem o tyle mogę z
      całą stanowczością oświadczyć iż zachowanie pani doktor było skrajnie
      aroganckie, a na to mogę się poskarżyć jej przełożonemu i pracodawcy, czyli Panu
      Doktorowi. Doktor Lepka nie wykazała cienia współczucia (a nie oczekuję, żeby
      ktoś płakał po moim kocie), taktu ani profesjonalizmu. Ale to byłoby jeszcze do
      zniesienia, z takim prostackim zachowaniem można sie z biegiem czasu oswoić.
      Czarę goryczy przelały jednak jej bezczelne insynuacje jakobyśmy nie
      interesowali się dostatecznie losem naszego kota.
      Czy zatem wiedzieliśmy, ze nasz kot był dwa razy reanimowany?!
      Ano wiedzieliśmy, bo pani doktor
      Łobaczewska, która wykonywała operację usunięcia gałki ocznej w lecznicy na
      Bemowie była z nami w więcej niż stałym kontakcie i informowała nas na bieżąco o
      stanie kota w tym o konieczności dwukrotnej reanimacji.
      Czy zdajemy sobie sprawę, jakie były wyniki badania krwi i obraz rtg?!
      Ano zdajemy, bo z każdymi danymi
      uzyskanymi z Elwetu dzwoniliśmy do dr Łobaczewskiej , która krok po kroku
      analizowała nam wszystko, tłumaczyła co oznaczają takie, a nie inne wyniki, z
      czego wynikają i co powinno nas niepokoić, a co, choć przekracza pewne normy,
      jest jednak do przyjęcia zważywszy co przeszedł zwierzak.
      Czy zdajemy sobie sprawę, że Elwet był w stałym (sic!) kontakcie z lekarzem,
      który wykonywał operacje?!

      Ano zdajemy sobie gdyż kontakt ten był nawiązany przez
      dr Łobaczewską z Elwetem na nasza prośbę.
      Czy wreszcie w ogóle zjawiliśmy się choć raz w klinice bo ona pierwszy raz nas
      widzi na oczy!! Ano zjawialiśmy się kilkakrotnie, pierwszy raz z samego
      rana w niedzielę, żeby zabrać kota i zawieźć go na Bemowo – był wtedy w klinice
      dr Grudziński, który stwierdził iż ryzyko jest zbyt duże. Potem może kolo 11:00
      dzwoniłam zapytać jak kot się czuje i czy można go zabrać – pani w recepcji
      zorientowała się kto dzwoni i oświadczyła, że ‘przecież już ktoś dziś w sprawie
      tego kota był’ , powiedziałam, że mimo to chce wiedzieć, czy mogę kota zabrać.
      Usłyszałam westchnienie i po chwili: ‘nie, nie może pani’ – poczułam się jak
      natręt. Drugi raz kolo 13:30 przyszłam, aby zobaczyć kota – w lecznicy zastałam
      dra Grudzińskiego i dr Piotrowską, a będąc przygotowana na to, że moja wizyta
      może zakłócić działanie szpitala, wzięłam aparat cyfrowy, żeby ktoś nakręcił
      chociaż 30 sek. filmu z moim kotem. Dr Piotrowska zlitowała się nade mną (za co
      jestem jej bardzo wdzięczna) i pokazała mi Rysia z daleka w klatce, to był
      ostatni raz kiedy widziałam go żywego. Potem trzeci raz ok. godz. 20:00
      przyszliśmy z mężem i dr Piotrowska powiedziała, że może sytuacja daleka jest od
      idealnej , ale stan kota się ustabilizował na tyle, że można mu było podać płyny
      i środek p. bólowy, przebywał wtedy w klatce tlenowej. Wiem, że podano mu 75 ml
      płynu podskórnie, bo wydawało mi się to dużą ilością i zadzwoniłam do dr
      Łobaczewskiej, która uspokoiła mnie, ze jest to w zasadzie minimum w porównaniu
      z tym czego kot potrzebuje.
      Czy w obliczu tego, zarzuciłby nam Pan, że nie mieliśmy pojęcia o stanie naszego
      kota? Że nie interesowaliśmy się nim? Proszę mi wierzyć , że taki arogancki
      zarzut był dla nas dewastujący.
      Panie Doktorze, straciliśmy Rysia. Przyznaję, że nic nie złagodziłoby tego
      faktu, ale uprzejme potraktowanie chociaż by go nie pogorszyło. Ryśkiem
      zajmowali się kolejno dr Grzegorz Kurski, dr Starski, dr Biernacki, dr
      Grudziński i dr Piotrowska. Wszyscy zachowywali się absolutnie bez zarzutu.
      Kiedy odbieraliśmy martwego Rysia byliśmy w szoku. Mogliśmy zachowywać się
      irracjonalnie, krzyczeć, histeryzować, zarzucać i oskarżać na oślep.
      Profesjonalni lekarze weterynarii powinni być na to przygotowani. My jednak nie
      robiliśmy nic nadzwyczajnego oprócz dopytywania się o los naszego kota (może
      momentami trochę zbyt natarczywie). Nie trzeba było z nami walczyć, ani nawet
      nas uspokajać. Dr Grzegorz Kurski i dr Starski znaleźli chwile, aby zamknąć
      drzwi i powiedzieć w przekonujący sposób, ze jest im przykro. Gdyby dr Lepka
      przyszła do nas i powiedziała: ‘proszę państwa, zrobiłam naprawdę wszystko, żeby
      uratować Rysia, nic więcej nie dało się zrobić, jest mi niewymownie przykro’ to
      przysięgam, ze wzięlibyśmy zwłoki naszego kota i wyszlibyśmy z lecznicy. Takie
      zachowanie było jednak dla niej zbyt dużym wysiłkiem. Powiedziała jedynie, że
      ‘nienawidzi jak jej zwierzaki umierają na zmianie’, co sie w sumie dość dobrze
      składa, bo jest lekarzem i powinna je od śmierci ratować. Scena jaką nam zrobiła
      jest dla mnie ewidentnym dowodem na poczucie winy, które ja gnębiło. I ona i ja
      wiemy, że nie dopilnowała Rysia. Jestem prawie pewna, że zasłonięty szmatą, żeby
      nic go nie niepokoiło, leżał samotnie i bez kontroli przez całą noc, aż
      przyszedł kryzys, którego nikt nie zauważył.
    • wrexham i jego druga czesc, juz krotsza 15.02.08, 19:29
      Prawie wszyscy lekarze, starali się nam pomóc w każdej mierze w tym w możliwości
      zrozumienia co się aktualnie dzieje z naszym kotem, wszyscy oprócz aroganckiej i
      nieprofesjonalnej dr Lepki. Przez nią i tylko przez nią, do końca swojego życia
      będę żałować, że poszłam z moim kotem do Elwetu, zamiast jechać na Bemowo.
      Przez nią straciłam do lecznicy zaufanie i całą sympatie, czym prawdopodobnie
      nie omieszkam podzielić się z każdym kto tylko będzie chciał mnie wysłuchać. Czy
      takie wrażenie chce Pan zostawiać na opiekunach swoich pacjentów?
      Wiem, że ten list niczego nie zmieni. Może nawet nie porozmawia Pan ze swoja
      nieprofesjonalną podwładną. Prawdopodobnie będzie krążył po przychodni jak dobry
      żart, przekazywany z ręki do ręki z przymrużeniem oka, ale będzie Pan
      przynajmniej wiedział co stało się w ostatni weekend i, że nie należał on do
      sielskich. Moje życie nieodwracalnie się zmieniło, nie ma w nim mojego kota. To
      miał być rutynowy zabieg usunięcia niedorozwiniętej gałki ocznej, którą
      zaatakował nowotwór. Nawiasem mówiąc kto wie, czy gdyby w Elwecie rozpoznano na
      czas te przypadłość (dwie wizyty), zamiast leczyć Rysia na zapalenie spojówek,
      zabieg nie odbyłby się na Niepodległości. Musiałam jednak, zaniepokojona,
      szukać pomocy gdzie indziej. Przerzutów w obrębie oczodołu, ani w klatce
      piersiowej, których tak się bałam nie stwierdzono. Rysio chciał żyć, czego
      dowodem jest to, że dał się zawrócić do naszego świata dwukrotnie po zatrzymaniu
      akcji krążeniowo - oddechowej, co u kotów zdarza się podobno dość rzadko.
      Nowotwór nie zabił mojego kota, zabiło go zaniedbanie jakiego dopuściła się dr
      Lepka. Z tym już walczyć nie dał rady. Mały, biedny, chory kot, nie może walczyć
      z całym światem.
      A teraz całkiem na koniec załóżmy, ze dr Lepka zrobiła naprawdę wszystko co
      mogła, aby uratować Rysia. Że jej determinacja była godna podziwu i jak lwica
      walczyła o to, żeby przeżył. Jej zachowanie następnego dnia rano obróciło
      wniwecz te wysiłki bo zrobiła na nas makabrycznie złe wrażenie. Przez nią z
      takim, a nie innym nastawieniem będziemy się już zawsze odnosić do Elwetu. Przez
      to już zawsze będziemy żałować, że oddaliśmy tam naszego kota. Polecam to
      łaskawej refleksji Pana Doktora bo w weterynarii chodzi o to, żeby ratować i
      leczyć zwierzęta, ale też by mieć odpowiedni stosunek do kochających je
      opiekunów, którzy szaleją z troski o ich stan i są skłonni pod wpływem złych
      emocji i doświadczeń wyciągać bardzo subiektywne i być może niesprawiedliwe
      wnioski na temat lecznic pod których opiekę je powierzyli.
      W tym świetle nie oczekuje od Pana Doktora żadnej odpowiedzi, tym bardziej
      zawierającej zestaw danych i analiz stanu mojego kota, mających na celu
      przekonanie mnie, ze nie dało się nic zrobić i, że jego los był przesądzony.
      Subiektywnie, mając w pamięci skandaliczne zachowanie Pańskiej podwładnej dr
      Lepki , oceniam troskę o mojego kota jako niewystarczającą.
    • wrexham i jeszcze rzuccie okiem na mojego rysiulka... 15.02.08, 19:42
      ostatni raz popatrzcie na rysia; juz nigdy nie pogrzeje sie na slonku, nie
      zamruczy; serce mi peka jak ogladam jego zdjecia; byl kochanym kotem;
      niezaleznym, ale milym; i przede wszystkim byl dziewczyna o czym nie wszyscy
      wiedzieli...
      bardzo za nim tesknie;
      rysio ostatni raz pozdrawia swoje ciotki, i dziekuje za wszystkie modlitwy i
      dobre mysli;

      fotoforum.gazeta.pl/3,0,95181,2,23.html
      fotoforum.gazeta.pl/3,0,95179,2,21.html
      fotoforum.gazeta.pl/3,0,95843,2,10.html
      fotoforum.gazeta.pl/3,0,95845,2,11.html
      fotoforum.gazeta.pl/3,0,95358,2,13.html
      fotoforum.gazeta.pl/3,0,95846,2,12.html
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka