Dodaj do ulubionych

MEGAPILNE całodobowa lecznica WAWA

06.08.08, 22:24
dziewczyny, sytuacja krytyczna i podbramkowa Potrzebna całodobowa lecznica wet
po poludniowej stronie wawy (Piaseczno i okolice)
ja znalazlam najblizej na ursynowie i Natolinie, moze ktos ma jakis blizszy
namiar|
Kot jedzie od strony Tarczyna,Piaseczna
Obserwuj wątek
        • claire_de_lune Cud 07.08.08, 14:33
          No coz. Jesli jeszcze ktoras z forumowiczek nie wie, ze biljana jest
          wspanialym czlowiekiem, to potwierdzam po raz kolejny smile

          Kot, ktory tak pilnie potrzebowal pomocy, to byl moj kot. Filon.
          Jego historia jest dla mnie cudem. Najprawdziwszym. Zaloze sie, ze
          sw. Franiciszek, do ktorego modlilam sie od paru dni, wysluchal mnie.

          Ale ad rem.
          5 miesiecy temu urodzilam slicznego synka. Od roku natomiast nie
          bylam na prawdziwych wakacjach, stad narodzil sie pomysl, zeby
          pojechac nad morze. Jak pomyslelismy, tak zrobilismy. Cudem udalo
          sie zdobyc kwatere i szczesliwi planowalismy urlop. Moja kocia
          brygada miala mieszkac z synem mojego meza z pierwszego zwiazku.
          Chlopak sie bardzo cieszyl, ze przez dwa tygodnie bedzie mial wolna
          chate, a my cieszylismy sie, ze kociejstwa beda mialy opieke. Poznym
          wieczorem, przed wyjazdem, okazalo sie, ze z opieki nici. Jego mama
          kategorycznie odmowila. A my w panice. Co teraz? Wowczas
          pozostawienie kotow na dwa tygodnie i przychodzenie do nich kogos
          raz na trzy dni wydawalo nam sie najgorszym rozwiazaniem. Pomyslem
          alternatywnym byl dom mojej mamy, za Tarczynem. Moja mama uwielbia
          koty. Minus oczywiscie byl taki, ze koty domu nie znaja. Ale nie
          bylo wyjscia. Przynajmniej tak nam sie wydawalo. Brygada pojechala
          zatem do Petrykoz, a my myslelismy, ze bedzie dobrze.
          Telefony do mamy byly uspokajajace. Wedlug jej relacji, po chwilach
          adaptacji, koty zaczely wychodzic z tymczasowej kryjowki i powoli
          zwiedzac dom.
          Niestety, nasz spokoj zakonczyl sie po szesciu dniach. Okazalo sie
          bowiem (mniejsza o szczegoly w jakis posob), ze mama ukrywala przede
          mna prawde, nie chcac (sic!) psuc mi wakacji. Prawde, ze Filon
          zniknal. 5 dni wczesniej. Mama podejrzewala ucieczke przez uchylne
          okno, w co nie wierzylam, ze wzgledu na sluszne rozmiary Filona oraz
          to, ze nigdy nie interesowal sie oknami uchylnymi. Widocznie jednak,
          tak sobie tlumaczylam, pod wplywem szoku mu sie udalo. Wakacje
          oczywiscie zakonczylismy w trybie pilnym i wrocilismy do Warszawy. W
          myslach blagalam Filona, zeby na mnie zaczekal. Bedziecie sie moze
          smiac, ale zaczelam "wizualizowac", ze zyje, ze na mnie gdzies
          czeka. Ze go znajde. W myslach go przepraszalam za stres na jaki go
          narazilam.

          Zaraz po przyjezdzie obszukalismy caly dom. Wersja mamy wydala nam
          sie malo wiarygodna. Na oknie zadnych sladow przedostawania sie
          kota. Stawialismy na to, ze po prostu uciekl jej miedzy nogami, a
          ona nie zauwazyla. Dom przeswietlilismy dokladnie. Zajrzelismy do
          kazdej dziury. Niestety, otwory wentylacyjne nie byly jeszcze
          osloniete (dom jest w trakcie wykanczania). Nie oslonieto tez otworu
          w scianie wypelnionego welna mineralna. Jednak wydawalo sie,ze
          wszystkie one byly za male dla Filona. Stwierdzilismy, ze na pewno
          nie jest w domu. Wrocilam do Wareszawy i zajelam sie produkcja
          ulotek. Wyprodukowalam z kilkadziestat sztuk. Na drugi dzien rano
          zapakowalam Jaska, torbe z ulotkami i pinezkami i znow pojechalam
          szukac Filona. Po przyjedzie weszlysmy z mama do domu zeby zrobic
          sobie herbaty przed wyjsciem na poszukiwania. Gadamy i nagle, w tle,
          jakby miauk. Pobieglam w strone dzwieku. Znow miauk. Wybieglam przed
          dom. Jeszcze raz. Zaczelam biegac jak oszalala, wolajac Filona.
          Obszukalam znow caly dom i caly teren wokol. Miauczenie sie nie
          powtorzylo. Maz powiedzial, ze to byl na pewno ptak (rzeczywiscie,
          przelatujace ptaki wydawaly odglosy podobne do miauczenia kota). Ja
          nie wiedzialam juz co myslec. To miauczenie dalo mi nadzieje, a
          poetm, gdy ucichlo i ja nie moglam go zlokalizowac - uszla ze mnie
          cala para. Zrezygnowana, postanowilam przejsc sie z ulotkami, choc
          intuicja usilnie podpowiadala - zostan w domu. Chodzac po wsi ( a
          lasy i zarosla tam przepastne) wciaz mowilam mamie, ze wydaje mi
          sie, ze to nasze dzialanie jest bez sensu, ze nie tedy droga. Z
          drugiej strony, trzeba bylo przeciez zrobic wszystko.
          Nadszedl czas powrotu do domu. Bylam zrozpaczona. Nic mnie nie
          cieszylo, na nic nie mialam sily. Wrocilam do domu.

          Po jakichs dwoch godzinach telefon od mamy. "Slyszalam miaukniecie,
          ale znowu nie wiem gdzie!". Kot najprawdopodobniej utknal w jakiejs
          rurze wentylacyjnej!!! A rur w domu jest 150 metrow....Boze, sama
          wizja mrozila mnie do szpiku kosci. Decyzja - musimy tam wracac.
          Maz sie nie chce zgodzic. Mowi, ze to przywidzenia. Ja w placz.
          Jednoczesnie telefon do strazy pozarnej, czy maja urzadzenie do
          wykrywania zywego organizmu w scianach. Strazak obiecuje
          skontaktowac sie z dowodca, ale dopiero nastepnego dnia. A tu nie ma
          czasu. Telefon do biljany. W razie czego pojedziemy razem.
          Maz widzac moje zaangazowanie rzuca: "No to ubieraj malego". Chce mu
          sie rzucac na szyje, choc w perpektywie mamy "prucie" domu i malo
          realne szanse na powodzenie akcji. Jedziemy. W drodze mama dzwoni i
          krzyczy: "Mam go! Jest za kabina prysznicowa!!! Jest bardzo slaby".
          Kabina jest olbrzymia, z tylu ma wyciecie, ktorego boki przylegaja
          do scian. Na gorze to wyciecie tworzy dziure. Filon tam wpadl.

          Jest czwartek. Filona nie ma od zeszlej srody.

          Biljana w tym czasie szuka kliniki. Decydujemy sie na Kulczynskiego.
          Filon bardzo przezywa droge. Jest obsikany, slaby. Ale chodzi. Wypil
          cala miseczke wody. Najprawdopoodbniej spedzil 8 dni siedzac na
          pupie. Bez jedzenia i wody. Nie umiem sobie tego wyobrazic.
          Lekarz mowi, ze to niemozliwe, zeby nie jadl. Ze musial wychodzic.
          Ze kot po tygodniu nie ma prawa zyc. Ale stamtad nie ma jak wyjsc!!!!

          Na logike pewnie Filon nie powinien zyc. Ale zyje. Jest coraz
          lepiej. Obwachal katy, przywital sie z bratem. Ciagle sie myje.
          Chodzi za mna krok w krok i domaga sie glaskania, ktore oczywiscie
          dostaje. W klinice dostal kroplowke i antybiotyki. Pan doktor
          stwierdzil, ze czekal na kota w stanie agonalnym, a przyjechal kot,
          ktory w trakcie badania mruczal.....

          Nie umiem tego racjonalnie wytlumaczyc. Przepraszam Filonku za swoja
          glupote. Dziekuje sw. Franciszku.
          • biljana Re: Cud 07.08.08, 14:43
            Aniu, myślę, że powinnaś zrobić z tego osobny watek. Żeby każdy przeczytał, bo
            tu nie wszyscy zajżą słusznie sądząc, że prośba jest zdeaktualizowanasmile

            nawet nie wiesz, jak się dzisiaj cieszęsmile)) jak bym tę szóstke, co to ostatnio
            było 40 milionów do podziału, wygrała wink))))

            Zawsze wiedziałam, że Filon to silny, wspaniały i niezwykły kot!

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka