claire_de_lune
07.08.08, 15:01
Jesli jeszcze ktoras z forumowiczek nie wie, ze biljana jest
wspanialym czlowiekiem, to potwierdzam po raz kolejny
Kot, ktory tak pilnie potrzebowal pomocy, to byl moj kot. Filon.
Jego historia jest dla mnie cudem. Najprawdziwszym. Zaloze sie, ze
sw. Franiciszek, do ktorego modlilam sie od paru dni, wysluchal mnie.
Ale ad rem.
5 miesiecy temu urodzilam slicznego synka. Od roku natomiast nie
bylam na prawdziwych wakacjach, stad narodzil sie pomysl, zeby
pojechac nad morze. Jak pomyslelismy, tak zrobilismy. Cudem udalo
sie zdobyc kwatere i szczesliwi planowalismy urlop. Moja kocia
brygada miala mieszkac z synem mojego meza z pierwszego zwiazku.
Chlopak sie bardzo cieszyl, ze przez dwa tygodnie bedzie mial wolna
chate, a my cieszylismy sie, ze kociejstwa beda mialy opieke. Poznym
wieczorem, przed wyjazdem, okazalo sie, ze z opieki nici. Jego mama
kategorycznie odmowila. A my w panice. Co teraz? Wowczas
pozostawienie kotow na dwa tygodnie i przychodzenie do nich kogos
raz na trzy dni wydawalo nam sie najgorszym rozwiazaniem. Pomyslem
alternatywnym byl dom mojej mamy, za Tarczynem. Moja mama uwielbia
koty. Minus oczywiscie byl taki, ze koty domu nie znaja. Ale nie
bylo wyjscia. Przynajmniej tak nam sie wydawalo. Brygada pojechala
zatem do Petrykoz, a my myslelismy, ze bedzie dobrze.
Telefony do mamy byly uspokajajace. Wedlug jej relacji, po chwilach
adaptacji, koty zaczely wychodzic z tymczasowej kryjowki i powoli
zwiedzac dom.
Niestety, nasz spokoj zakonczyl sie po szesciu dniach. Okazalo sie
bowiem (mniejsza o szczegoly w jakis posob), ze mama ukrywala przede
mna prawde, nie chcac (sic!) psuc mi wakacji. Prawde, ze Filon
zniknal. 5 dni wczesniej. Mama podejrzewala ucieczke przez uchylne
okno, w co nie wierzylam, ze wzgledu na sluszne rozmiary Filona oraz
to, ze nigdy nie interesowal sie oknami uchylnymi. Widocznie jednak,
tak sobie tlumaczylam, pod wplywem szoku mu sie udalo. Wakacje
oczywiscie zakonczylismy w trybie pilnym i wrocilismy do Warszawy. W
myslach blagalam Filona, zeby na mnie zaczekal. Bedziecie sie moze
smiac, ale zaczelam "wizualizowac", ze zyje, ze na mnie gdzies
czeka. Ze go znajde. W myslach go przepraszalam za stres na jaki go
narazilam.
Zaraz po przyjezdzie obszukalismy caly dom. Wersja mamy wydala nam
sie malo wiarygodna. Na oknie zadnych sladow przedostawania sie
kota. Stawialismy na to, ze po prostu uciekl jej miedzy nogami, a
ona nie zauwazyla. Dom przeswietlilismy dokladnie. Zajrzelismy do
kazdej dziury. Niestety, otwory wentylacyjne nie byly jeszcze
osloniete (dom jest w trakcie wykanczania). Nie oslonieto tez otworu
w scianie wypelnionego welna mineralna. Jednak wydawalo sie,ze
wszystkie one byly za male dla Filona. Stwierdzilismy, ze na pewno
nie jest w domu. Wrocilam do Wareszawy i zajelam sie produkcja
ulotek. Wyprodukowalam z kilkadziestat sztuk. Na drugi dzien rano
zapakowalam Jaska, torbe z ulotkami i pinezkami i znow pojechalam
szukac Filona. Po przyjedzie weszlysmy z mama do domu zeby zrobic
sobie herbaty przed wyjsciem na poszukiwania. Gadamy i nagle, w tle,
jakby miauk. Pobieglam w strone dzwieku. Znow miauk. Wybieglam przed
dom. Jeszcze raz. Zaczelam biegac jak oszalala, wolajac Filona.
Obszukalam znow caly dom i caly teren wokol. Miauczenie sie nie
powtorzylo. Maz powiedzial, ze to byl na pewno ptak (rzeczywiscie,
przelatujace ptaki wydawaly odglosy podobne do miauczenia kota). Ja
nie wiedzialam juz co myslec. To miauczenie dalo mi nadzieje, a
poetm, gdy ucichlo i ja nie moglam go zlokalizowac - uszla ze mnie
cala para. Zrezygnowana, postanowilam przejsc sie z ulotkami, choc
intuicja usilnie podpowiadala - zostan w domu. Chodzac po wsi ( a
lasy i zarosla tam przepastne) wciaz mowilam mamie, ze wydaje mi
sie, ze to nasze dzialanie jest bez sensu, ze nie tedy droga. Z
drugiej strony, trzeba bylo przeciez zrobic wszystko.
Nadszedl czas powrotu do domu. Bylam zrozpaczona. Nic mnie nie
cieszylo, na nic nie mialam sily. Wrocilam do domu.
Po jakichs dwoch godzinach telefon od mamy. "Slyszalam miaukniecie,
ale znowu nie wiem gdzie!". Kot najprawdopodobniej utknal w jakiejs
rurze wentylacyjnej!!! A rur w domu jest 150 metrow....Boze, sama
wizja mrozila mnie do szpiku kosci. Decyzja - musimy tam wracac.
Maz sie nie chce zgodzic. Mowi, ze to przywidzenia. Ja w placz.
Jednoczesnie telefon do strazy pozarnej, czy maja urzadzenie do
wykrywania zywego organizmu w scianach. Strazak obiecuje
skontaktowac sie z dowodca, ale dopiero nastepnego dnia. A tu nie ma
czasu. Telefon do biljany. W razie czego pojedziemy razem.
Maz widzac moje zaangazowanie rzuca: "No to ubieraj malego". Chce mu
sie rzucac na szyje, choc w perpektywie mamy "prucie" domu i malo
realne szanse na powodzenie akcji. Jedziemy. W drodze mama dzwoni i
krzyczy: "Mam go! Jest za kabina prysznicowa!!! Jest bardzo slaby".
Kabina jest olbrzymia, z tylu ma wyciecie, ktorego boki przylegaja
do scian. Na gorze to wyciecie tworzy dziure. Filon tam wpadl.
Jest czwartek. Filona nie ma od zeszlej srody.
Biljana w tym czasie szuka kliniki. Decydujemy sie na Kulczynskiego.
Filon bardzo przezywa droge. Jest obsikany, slaby. Ale chodzi. Wypil
cala miseczke wody. Najprawdopoodbniej spedzil 8 dni siedzac na
pupie. Bez jedzenia i wody. Nie umiem sobie tego wyobrazic.
Lekarz mowi, ze to niemozliwe, zeby nie jadl. Ze musial wychodzic.
Ze kot po tygodniu nie ma prawa zyc. Ale stamtad nie ma jak wyjsc!!!!
Na logike pewnie Filon nie powinien zyc. Ale zyje. Jest coraz
lepiej. Obwachal katy, przywital sie z bratem. Ciagle sie myje.
Chodzi za mna krok w krok i domaga sie glaskania, ktore oczywiscie
dostaje. W klinice dostal kroplowke i antybiotyki. Pan doktor
stwierdzil, ze czekal na kota w stanie agonalnym, a przyjechal kot,
ktory w trakcie badania mruczal.....
Nie umiem tego racjonalnie wytlumaczyc. Przepraszam Filonku za swoja
glupote. Dziekuje sw. Franciszku.