lu221
27.02.09, 12:29
Zawsze, gdy na swojej drodze z pracy do domu widzę ogłoszenia "Zaginął kot",
dzwonię do właścicieli i pytam o różne rzeczy, które mogłyby pomóc znaleźć kota.
W ciągu ostatniego miesiąca taka sytuacja miała miejsce 2 razy.
Jeden kotek ciągle jest poszukiwany, ogłoszenia z tym drugim zniknęły.
Niestety to ja przyniosłam właścicielom złe wieści.
Cała sytuacja miała miejsce wczoraj i jeszcze nie zdobyłam się na to, żeby
opowiedzieć ją choćby mojemu mężczyznowi.
Ogłoszenia o tej kotce wisiały koło przystanku autobusowego koło mojej pracy.
Odkąd je wywieszono, zamiast iść prosto na przystanek, przełaziłam przez
osiedlowe chaszcze, śmietniki i zaglądałam do piwnic.
Wracając wczoraj z pracy znalazłam tą kotkę. Już nieżywą. Miała spalone do
mięsa futro na pleckach i połamane łapki. Leżała na parkingu, uflogana w błocie.
I tylko ten niewinny pyszczek...
Jestem prawie pewna, że ktoś się nad nią znęcał.
I przysięgam, jakbym spotkała tych skurwieli, to bym im nogi z dupy
własnoręcznie powyrywała.
Tam wczoraj, ogarnął mnie taki ból, złość, niemoc i żal, poryczałam się, jakby
to był mój własny kot.
Tragedia...