the_dzidka
12.07.09, 16:57
Siedzę przy biurku i usiłuję pisać, tylko że mi koty utrudniają -
odkąd weszłam do domu, wąchają mnie jak szalone. Lucek w rozpędzie
wsadził mi nos do... nosa

Ale jak to mówią, do ad remu.
Zbiórka na Nowogrodzkiej zaowocowała dwoma pełnymi samochodami i
półtoragodzinną pogawędką z ofiarodawcami. Wszyscy są super,
kochani, rewelacyjnie się nam gadało i stwierdziliśmy, że musimy się
spotkać gdzieś na piwie i pociągnąć konwersację, ale już nie stojąc
na środku jezdni

Przez moment towarzyszyło nam dwóch panów nieco oszołomionych
monopolowo, jednak nieskazitelnie grzecznych (najsoczystsze
przekleństwo z ich ust to "o, kurka"). Panowie wmawiali Kontikowi,
że jest w ciąży i strasznie chcieli złotówkę, która im brakowała.
Jeden z nich miał na imię Byczek. Pozdrawiamy panów.
Z darów, co mnie ucieszyło, najwięcej było jednak karmy, i to takiej
niepośledniego gatunku. No i pojechaliśmy do Konstancina.
Powitała nas Barba50 i pomogła rozładować samochody. Parę rzeczy
wzbudziło większą radość niż inne, ale zapeaniam, że każdy,
każdziusieńki, najmniejszy podarek powitany został wielką uciechą.
Potem z domu wyszła Pani Irena, na której ręce złożyłam jeszcze
dodatkowy dar - zrzutkę moich koleżanek z pracy, 110 zł.
Pani Irena oprowadziła nas po całym azylu. Wielkie wrażenie na mnie
zrobił wybieg, gdzie koty sobie biegały, spały albo łaziły gdzieś na
drabinkach i po gałęziach drzew. Pokazała nam większość kotów, każdy
z nich ma imię i historię każdego Pani Irena w skrócie nam
opowiadała. W trakcie tego zwiedzania przyplątał się do mnie
przepiękny szarobury mężczyzna o imieniu Zdzicho, który wzięty na
ręce kompletnie oszalał. Jeżeli jesteście w stanie wyobrazić sobie
rocznego kota, który na złożonych na płask dłoniach potrafi się
położyć, kręcić i kłaść na grzbiet - to właśnie wyobraziliście sobie
Zdzicha. Kot-talerzyk! Zdzichu w dodatku nie dał się zdjąć i
towarzyszył nam NA mnie i NA Paulinie przez cały czas.
Trzymałam na ręku dziesięciodniowe, jeszcze ślepe kocię. To miało
szczęście, bo było z mamusią (któa odzyskawszy synka zaczęła szybko
usuwać z niego ludzki zapach). Potem zobaczyliśmy koci żłobek-
sierociniec, mnóstwo kociaków bez matek. Matki zginęły lub zostały
zabite... Człowiek sam nie wiedział, do której klateczki najpierw
ręce wyciągać. A wiadomo, że ich będzie coraz więcej, Pani Irena
ciągle jeździ na interwencje...
Macie wszyscy pozdrowienia i podziękowania za wielkie serce, a my w
dodatku jeszcze za to, że "tak się nam chciało przyjechać". Ja
myślę, że to nie był ostatni raz!

)