diabollo
19.09.11, 22:34
Ja wolałbym wiedzieć
Cezary Michalski
CIA w apogeum „wojny z terrorem” dostarczało Kaddafiemu złapanych przez siebie talibów razem z listą pytań (gdyż terror, jak widać, najskuteczniej terrorem się zwalcza). Z kolei MI6 w ramach rewanżu dostarczało libijskiemu dyktatorowi danych wrażliwych o dysydentach libijskich, którzy uciekli do Anglii. Co Kaddafi i jego ludzie z tymi wszystkimi darami otrzymanymi od wolnego świata robili, już się nie dowiemy. Albo może dowiemy się, i to w najdrastyczniejszych szczegółach, bo źródeł przecieków jest dziś nieskończoność. I tylko Bartosza Węglarczyka głowa od tego boli, głowa boli także jego szlachetnych redakcyjnych kolegów, którzy wciąż ujadają na swoich dziennikarskich konkurentów z WikiLeaks i na Assange’a – za ich „niemoralność”.
Bartosz Węglarczyk i jego przesympatyczni koledzy chcieliby wychwalać nasz najlepszy ze światów, zachowując czyste sumienie i ręce pachnące wciąż mydełkiem FA. A ja chciałbym wychwalać nasz najlepszy ze światów, mając jak największą wiedzę o jego nagłębszych cieniach i mrokach, choćbym nawet od tego wychwalania naszego świata w jego pełnej i ambiwalentnej krasie miał śmierdzieć jak kierowca szambiarki, szczególnie na tle moich przyjaciół i nieprzyjaciół z polskiego prawicowego, lewicowego i centrowego dziennikarstwa roztaczających wokół siebie woń świeżutkich kwiatów (jak jednak ten nasz maryjny katolicyzm i jego łąkowa estetyka wszystkich nas tutaj cudownie przemienia). Chciałbym zatem wychwalać nasz najlepszy ze światów, mając o nim jak najpełniejszą wiedzę i próbując się tą wiedzą dzielić (przypominam, za Kantem, „Oświecenie to próba wyprowadzenie ludzkości z samozawinionego dziecięctwa”).
Zatem w komentarzach dotyczących polityki międzynarodowej chciałbym mieć prawo powiedzieć: tak, mimo wszystko cieszę się z obalenia Kaddafiego, ale nie dlatego, że zwyciężyła „libijska wiosna ludów” czy „lud się przebudził”. Cieszę się z obalenia Kaddafiego, bo po jego wykończeniu przez współpracujące z nim wcześniej brytyjskie i francuskie rekiny żądne ropy, ludzie mieszkający w Libii będą mieli być może (zaledwie być może, bo może też być zupełnie odwrotnie) odrobinę więcej bezpieczeństwa i odrobinę więcej praw osobistych. Bo jawna tyrania na perfyferiach może być (powtarzam, może) nieco gorsza niż demokracja, nawet zaimportowana tam na Mirage’ach i na F-16, nawet nieco zgniła, imitacyjna i mocno podmyta przez zachodnie naftowe koncerny.
A teraz morał (ostrzegam, będzie przydługi). Handlujcie z tymi ludźmi – z CIA, z MI6, z rodziną Bushów, z rodziną Blairów, z rodziną Obamów… ale im nie służcie. Targujcie się z tymi ludźmi o własną wolność, o własne bezpieczeństwo, o własny dobrobyt, ale ich nie kochajcie, bo oni z waszą miłością zrobią to, co MI6 z miłością libijskich dysydentów do „dumnego Albionu” albo Ronald Reagan z miłością (nieco, jak mówią, wymuszoną) pułkownika Kuklińskiego. Sikorski dla tych ludzi kiedyś pracował – w USA, w inicjatywie atlantyckiej – więc trochę ich poznał. I kiedy zaczął już być ministrem III RP, próbował z nimi negocjować. Na co mam dowody, bo jak sprowadzaliśmy z USA czołowych neokonów na debaty „Europy”, to wszyscy oni ziali na Sikorskiego szczerą nienawiścią. Pełni byli rozczarowania, że przecież wychowywali go na „kochającego agenta”, a on, jak został ministrem tego marionetkowego z punktu widzenia amerykańskich (i polskich) neokonów kraju, przestał im służyć, a już sczególnie tarczę przeciwrakietową negocjował zaledwie z kulturalnym ukłonem, a nie czołgając się na kolanach, jak Waszczykowski.
Oczywiście, zaraz odezwie się „prawdziwa lewica” i zakrzyknie, że Tusk i Sikorski, że Miller, Kwaśniewski, Cimoszewicz też tylko Amerykanom służyli, też tylko czołgając się na kolanach. Otóż nie, „prawdziwa lewica” się myli. Oni jednak próbowali handlować i negocjować. Może nieskutecznie i wtedy za to trzeba ich politycznie rozliczyć, choć sformułowawszy najpierw realne kryteria tego, co możliwe w słabej polskiej suwerenności, tak dalekiej od wyobrażonego „jagiellońskiego” (cyt. za „prawdziwa prawica”) czy „gierkowskiego” (cyt. za „prawdziwa lewica”) imperium. Tymczasem Sarmaci tacy jak Lech Kaczyński (ś.p.), Witold Waszczykowski, Anna Fotyga, Bronisław Wildstein czy Zdzisław Krasnodębski w stosunkach międzynarodowych nigdy nie byli i nigdy nie będą zdolni ani do handlu, ani do negocjacji. Oni są zdolni wyłącznie do miłości albo nienawiści. Wszyscy oni kochali i kochają Amerykanów miłością czystą, więc Amerykanie mogli ich i będą ich mogli robić w trąbę, jak chcą. Wszyscy oni nienawidzą Rosjan i Niemców, więc także Rosjanie i Niemcy mogą ich robić w trąbę, jak chcą, bo emocje – obojętnie, straszliwie dobre czy straszliwie złe - w polityce rozgrywa się straszliwie łatwo. Zwykle przeciwko podmiotowi, który te emocje żarliwie przeżywa.
Dlatego dla mnie, w żadnym sporze o polską politykę zagraniczną, przedstawiciele „szkoły emocjonalnej” nigdy nie będą stroną równą Sikorskiemu (choć on czasami emocje wzbudza na Twitterze, nie dlatego, że sam je odczuwa, ale dlatego, iż uważa – moim zdaniem niesłusznie – że takie są wymogi Zeitgeistu), Millerowi, Kwaśniewskiemu, Cimoszewiczowi, Tuskowi (to taka moja spóźniona polemika z Michałem Sutowskim). Bierność, słabość, niedoszacowanie potencjału Polski u tej ostatniej piątki, być może – choć ja nie sądzę, aby niedoszacowaniem było całkowicie realistyczne uznawanie dzisiejszego polskiego narodu za politycznego pół trupa, który dobrze, mądrze, ostrożnie traktowany przez swoje polityczne elity, dopiero w przyszłości będzie (być może) zdolny do politycznego przebudzenia, bo na razie może go ujeżdżać najgłupszy biskup i „posmoleński” pseudopolityk.
Jak pokazuje doświadczenie z CIA, MI6 i Kaddafim, Jałta nie zniknęła, nie zniknął berliński mur. Tyle tylko, że my, ludzie żyjący w Polsce, jesteśmy dzisiaj po lepszej stronie Jałty, mieszkamy po lepszej stronie berlińskiego muru. Nauczmy się przeżywać ten geopolityczny dar w jako takiej godności i uczciwości. Nie zamykając uszu i oczu na cenę, jaką za nasze względne bezpieczeństwo, względny dobrobyt i względną wolność płacą ci za murem. Amerykanie, Anglicy, Francuzi, dziennikarze „New York Timesa” czy „Le Monde’a”, przez blisko pół wieku zużyli tony mydełka FA, żeby lepiej pachnieć, akceptując pojałtański, zimnowojenny świat, ukrywając jego tajemnice, zamiast je odkrywać. Spróbujmy ich nie naśladować, panie redaktorze Bartoszu Węglarczyk. Nie Assange jest największym źródłem zła w naszym najlepszym ze światów. Tutaj naprawdę przy świętym kowadle pracują poważniejsi archonci.
www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Jawolalbymwiedziec/menuid-291.html