Nie ma alternatywy dla ścięć

22.10.11, 10:31
Nie ma alternatywy dla ścięć
Jaś Kapela

„Czy mają prawo być oburzeni?” – pyta patetycznie „Dziennik Gazeta Prawna”, jakby oburzenie powinno być przywilejem dostępnym jedynie nielicznym i tylko po wcześniejszym złożeniu podania w odpowiednim urzędzie. Otóż nie, drodzy państwo. Możecie prywatyzować szkoły, szpitale, a nawet więzienia. Podnosić podatki biednym i obniżać bogatym. Możecie upokarzać słabych, każąc im żebrać o pomoc i wykonywać testy na obecność narkotyków, choć sami bierzecie ich o wiele więcej. Ale nie możecie nikomu zabraniać się oburzać. Oburzenie to nie prawo, tylko emocja i jest dla wszystkich za darmo. Więc nie dziwcie się, że nie wahamy się go używać w czasach, gdy wszystko ma być za pieniądze.





Gdy czyta się kolejne teksty publicystów i dziennikarzy oburzonych na oburzonych, trudno się nie zastanawiać, o co tak naprawdę chodzi. Dlaczego ta niewielka stosunkowo manifestacja tak bardzo ich wnerwia? Tak bardzo, że nie wahają się kłamać, kręcić i manipulować w bronieniu status quo. Nagonkę na oburzonych zaczęła „Gazeta Wyborcza”, która na stronie głównej internetowego wydania postanowiła ogłosić, że manifestantów było około setki. Potem poprawiła na 100 – 200. Trzeba było dopiero wejść do depeszy przeklejanych na stronie gazeta.pl z PAP-u, żeby przeczytać, że demonstrantów było kilkuset. Nie musiałem czytać, bo sam widziałem, że było przynajmniej z pięćset osób. Dlaczego więc Gazeta pisała o 100 – 200, skoro sam podawała gdzie indziej, że jest ich kilkaset? W DGP, czy „Fakcie” również można było przeczytać mocno zaniżoną liczbę – 150. Tak bardzo boją się tych pięciuset osób, że muszą pisać o stu pięćdziesięciu? 





Na pierwszej stronie DGP czytamy również, że protestujący „żądają utrzymania przywilejów, dzięki którym ich rodzice mogli łatwo żyć”, co wygląda już na prawdziwą groteskę. Jeśli ktoś żąda utrzymania przywilejów, to bankierzy. Co zresztą znalazło już swój wyraz nawet na okładce „New Yorkera”, więc raczej nie jest żadną tajemnicą. A przynajmniej nie powinno być nawet dla mało wykształconych dziennikarzy prowincjonalnych gazet w stylu DGP. Podejrzewam zresztą, że tajemnicą nie jest. Jest raczej jak na innym satyrycznym rysunku, gdzie na tle setek demonstrantów trzymających transparenty z wypisanymi żądaniami bankier krzyczy do dziennikarki, żeby powiedziała, że tak naprawdę nie wiadomo o co protestującym chodzi. Co zabawniejsze: Taki argument pada również w tekście Jędrzeja Bieleckiego w DGP. Czyżby widział rysunek i postanowił w ten sposób puścić oko do czytelników? Taki cynizm wcale by mnie nie zdziwił. W końcu walka z mediami będącymi na usługach kapitału jest jednym z postulatów oburzonych. Pan Bielecki może zatem słusznie drżeć o swoją posadę. 





Nie sądzę jednak, by oburzanie się na media miało na celu ich ostateczne zamknięcie. Raczej rozproszenie. Zresztą dziennikarze, którzy pluli na oburzonych – jak Bielecki, Warzecha, czy Gursztyn – sami kręcą na siebie bat. Jestem przekonany, że każde kłamstwo, które beztrosko wypowiedzą w obronie swoich mocodawców i status quo, zaowocuje kolejnymi oburzonymi. To już nie są czasy, że można napisać cokolwiek i nikt tego nie sprawdzi w google. Jak widzisz pięćset osób, a potem czytasz, że było ich sto pięćdziesiąt, to być może zastanowisz się, czy ci się nie wydawało, ale równie dobrze możesz sprawdzić, gdzie indziej. Wtedy może okazać się, że słusznie ci się wydawało i zaczniesz się zastanawiać, dlaczego kłamią. Odkryć, dlaczego kłamią, również nie jest trudno. Trudniej wyjść na ulice, ale przecież wcale nie wszyscy muszą. Być może wystarczy, że ludzie będą wiedzieć, że mają powody się oburzać. Bo przecież mają.





Co przyznaje nawet Bielecki, choć z bólem. Co prawda wzrastają nierówności, a o kryzys gospodarczy można obwiniać instytucje finansowe, ale: „oburzeni nie mają jednak żadnego pomysłu, jak temu zaradzić”. Na co dowodem nie jest to, że nie mają pomysłu, tylko fakt, że ruch oburzonych nie popiera żadna konkretna opcja polityczna, w domyśle partia. Bielecki jakoś zapomina, że ruch oburzonych wymierzony jest w istniejące opcje polityczne i partie. Nie przytacza nawet znamiennych i lokalnych przykładów z wygwizdaniem Kalisza czy młodzieżą, która kazała Ikonowiczowi zwinąć transparenty jego partyjki. Pomysły oczywiście są, choć rozumiem, że w DGP mogą być niepublikowalne. Jeszcze by się komuś spodobał podatek Tobina albo dochód gwarantowany. I co by wtedy było? Koniec świata, co najmniej.



Bielecki nie ogranicza się do snucia kłamstw na temat oburzonych. To by było za mało. Kłamstwa można sprawdzić i się na nie oburzyć. Szczucie trudniej zweryfikować. Dlatego Bielecki szczuje. Szczuje młodzież na budżetówkę, twierdząc, że ich interesy są w istocie sprzeczne. Więc nie powinni być oburzeni ramię w ramię. Ten prymitywny darwinizm społeczny jest dość obrzydliwy. Nawet jeśli prawdą jest, że jedna trzecia oburzonych pracuje na państwowych posadach, to wcale nie musi to wynikać z ich chęci zachowania przywilejów. (Jakich przywilejów zresztą? W skarbówce ciągle często nie mają przywileju posiadania komputera na biurku.) Poza tym nie tego dotyczą protesty. Natomiast praca w budżetówce może dawać pewną swobodę głoszenia poglądów. Nauczycielom zazwyczaj nie pierze się tak mózgów, jak pracownikom korporacji.



Dopełnieniem do tekstu Bieleckiego Oburzeni: bunt, który niczego nie może zmienić jest wywiad z pracownikiem Instytutu Bruegla pod tytułem Nie ma alternatywny dla cięć (niestety dostęp w necie tylko dla wybranych). Oczywiście, że nie ma, skoro szefem rady instytutu jest Leszek Balcerowicz. Obu panom polecałbym tekst Michała Bilewicza Psychologia oburzonych, który można streścić w zdaniu: „Rząd, który będzie powtarzał mantrę «there is no alternative», będzie odpowiadał za brutalizację protestów sfrustrowanej młodzieży, również tej z klasy średniej. W dzisiejszej Europie niewysłuchane miasteczko namiotowe to splądrowany sklep i spalony samochód”. Będziecie jeszcze jakiś czas powtarzać, że nie ma alternatywy dla cięć, a może się okazać, że jest. Pytanie tylko, co będzie się ciąć i komu. Bardzo bym nie chciał, żeby nie okazało się: że nie ma alternatyw dla ścięć. Ale nie da się ukryć, że wielu ludzi na całym świecie ciężko pracuje, aby te słowa okazały się prawdą. 



www.krytykapolityczna.pl/JasKapela/Niemaalternatywydlasciec/menuid-244.html
Pełna wersja