diabollo
12.11.11, 11:07
Gang spod znaku swastyki
Bartosz T. Wieliński
Neonaziści z niemieckiej Turyngii przez trzynaście lat obrabiali banki, strzelali do policjantów i produkowali bomby. Czy byli bezkarni, bo pracowali dla służb specjalnych?
"Czy działa u nas Frakcja Brunatnej Armii?" - pytają publicyści, parafrazując nazwę najbardziej znanej lewackiej grupy terrorystycznej w Europie Frakcja Czerwonej Armii działającej w latach 70. XX w. Policjanci mówią zaś o najbardziej skomplikowanym dochodzeniu w historii zjednoczonych Niemiec i niewyobrażalnej liczbie błędów popełnionych przez śledczych.
Główna bohaterka całej historii siedzi już za kratkami. 36-letnia Beate Zschäpe, zagorzała neonazistka, której Niemcy od lat poszukiwali listem gończym za budowanie domowych bomb, w środę sama zgłosiła się na policję. Na przesłuchaniach konsekwentnie milczy.
Sprawy nie byłoby, gdyby nie wybuch, który wyrwał ścianę i spowodował pożar w jednym z domów na przedmieściach wschodnioniemieckiego Zwickau. Śledczy sprawę połączyli z makabrycznym odkryciem z położonego o 200 km na zachód Eisenach, gdzie kilka godzin wcześniej na jednym z parkingów spłonął samochód campingowy . W jego wnętrzu leżały zwęglone ciała mężczyzn z pistoletami w dłoniach. Okazali się nimi Uwe Mundlos i Uwe Boehnhardt, znani neonaziści z Turyngii. Najwyraźniej popełnili samobójstwo.
Szybko okazało się, że samochód często stał pod domem w Zwickau, gdzie dwoje mężczyzn mieszkało razem z kobietą, którą zidentyfikowano jako Beate Zschäpe. W zgliszczach budynku policja znalazła cały arsenał, który ogień najwyraźniej miał zniszczyć. Broń Zschäpe i jej wspólnicy używali podczas zuchwałych napadów na banki, podczas których maltretowali obsługę, kradli nawet po kilkaset tysięcy euro i rozpływali się w powietrzu.
Policja twierdzi, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat banda obrabowała kilkanaście małych banków od wybrzeża Bałtyku po Saksonię. Ta hipoteza jest jednak świeża - wcześniej śledczy przypisywali napady m.in. niemieckim lewakom. Wiadomo, że ostatni skok gangu Zschäpe miał miejsce 4 listopada w Eisenach, skąd skradziono kilkadziesiąt tysięcy euro. Według policji Uwe Mundlos i Uwe Boehnhardt postanowili się zabić, gdy podczas ucieczki zauważyli jadący za nimi radiowóz.
W spalonym samochodzie w Eisenach śledczy znaleźli też pistolet oraz kajdanki należące do policjantki zastrzelonej w 2007 r. w Heilbronnie w zachodnich Niemczech. Morderstwo 22-letniej funkcjonariuszki (ciężko ranny został jej kolega) zelektryzowało wówczas kraj, podobnie jak niewiarygodne niechlujstwo śledczych. Okazało się, że szukali oni sprawców na podstawie profilu DNA pasującego do pracownika laboratorium genetycznego, który zanieczyścił próbki pobrane na miejscu zbrodni. Przez lata śledczy podejrzewali, że policjantka zginęła z rąk rosyjskiej mafii. W zgliszczach domu w Zwickau znaleziono broń, z której banda kilka lat temu zabiła dziewięciu tureckich sprzedawców kebabów. - Mamy ewidentnie do czynienia z komórką terrorystyczną - mówią śledczy.
Zschäpe zapewne nigdy nie stanęłaby na czele gangu rabusiów, gdyby wymiar sprawiedliwości w Turyngii działał sprawniej. W 1998 r. policja podczas rewizji w garażach należących do Zschäpe i jej wspólników znalazła półtora kilograma plastiku. Członkowie radykalnej neonazistowskiej organizacji Straż Ojczyźniana Turyngii zamierzali dokonywać zamachów m.in. na działaczy lewackiej Antify.
Udaremniono je w ostatniej chwili, bo w garażach leżały gotowe bomby. Wcześniej działacze Straży Ojczyźnianej wysłali atrapy bomb do komend policji i do redakcji lokalnych gazet. Ale gdy policjanci przeczesywali ich mieszkania, Zschäpe i jej wspólnicy zapadli się pod ziemię, a rozesłany list gończy nic nie dał.
Niemiecka prasa dziwi się, że służby specjalne, które doskonale infiltrują środowisko neonazistów, nie były w stanie znaleźć trojga tak niebezpiecznych ludzi. W 2004 r. nie udało się zdelegalizować brunatnej partii NPD, bo trybunał konstytucyjny uznał, że w jej kierownictwie działało zbyt wielu rządowych agentów.
Część polityków niemieckiej lewicy twierdzi, że Zschäpe i jej wspólnicy współpracowali ze służbami, dzięki czemu na ich wyczyny patrzono przez palce. Tygodnik "Der Spiegel" cytuje jednego z lokalnych polityków z Turyngii, który mówi, że już w latach 90. krążyły takie plotki. Policja i służby specjalne kategorycznie zaprzeczają.
Niemieccy neonaziści, choć są w społeczeństwie marginalizowani i mimo wielkich kampanii nie udaje im się odnieść w polityce znaczących sukcesów, ciągle są niebezpieczni. Z ich ręki w ciągu minionych 20 lat zginęło co najmniej 138 osób.
wyborcza.pl/1,75477,10631570,Gang_spod_znaku_swastyki.html