diabollo
01.12.11, 23:44
Wpoczątkach lat 90. interesy z Rosją w ogóle rysowały się ekscytująco. Proponowano mi np. kupno pociągu zdewaluowanych rubli o nieprzeliczalnym nominale. Kupować miałem wagony banknotów na wagę. To znów Ałganow sygnalizował, że w Rosji brakuje papierosów. Proponowano mi więc kupno kilku miliardów sztuk od włoskich celników w Kalabrii, którzy trzymają na lewo w magazynach skonfiskowaną kontrabandę dającą się przemycić przez liczne granice do Kaliningradu.
Ałganow Wołodia
Autor: JERZY URBAN
W latach 90. najsłynniejszy w Polsce Rosjanin. Jego rozgłos był większy niż Sołżenicyna, Dostojewskiego, Stalina, Czechowa, Gorbaczowa, Jelcyna, Czajkowskiego, Puszkina, Tołstoja. W chwili gdy prezydent Wałęsa tracił władzę na rzecz Kwaśniewskiego (rok1995), minister spraw wewnętrznych ogłosił w Sejmie, że jego premier Oleksy jest przypuszczalnie ruskim szpiegiem o pseudonimie Olin. Rząd upadł. Ałganow - rosyjski dyplomata w Warszawie - miał być oficerem KGB prowadzącym premiera Rzeczypospolitej. Z tej racji prawdziwy polski superszpieg, wcześniej skazany w USA, próbował na Majorce Ałganowa upić i przewerbować.
Tyle faktów historycznych. Wołodię poznałem z 10 lat wcześniej, czyli w latach 80. na przyjęciu urodzinowym mojej żony Gosi Daniszewskiej. Ktoś go do nas przyprowadził. Radziecki ów dyplomata mieszkał na tym samym, co my osiedlu, zwanym przez lud Warszawy Zatoką Czerwonych Świń. Mieszkania zajmowali tu dygnitarze PRL, artyści oraz dyplomaci i dziennikarze z krajów obozu pokoju i socjalizmu. Ałganow - człowiek wesoły, trunkowy i uroczy - był ozdobą tego reżimowego getta. Nasze psy, jego i mój, oraz ich panowie bratnio gawędzili na spacerkach poświęconych składaniu kup na trawniku. Mam przed oczami obraz poranka, kiedy siedzimy w naszym parterowym mieszkaniu i pijemy śniadaniową wódkę w gronie sąsiadów, a tu zza okna macha do nas Ałganow, którego instynkt zawsze przywodził ku biesiadzie. I oto już jest wśród nas, czyniąc ogólną wesołość. Był człowiekiem zbyt bystrym, aby mieć coś wspólnego z wywiadem w każdym kraju będącym zbiorowiskiem smutnych tępaków. Dał dowód wybitnej przenikliwości.
Mieliśmy wówczas z żoną prywatny samochód marki Yugo, w którym zaczęło śmierdzieć gorzej niż w radzieckim klozecie. Warsztat naprawczy bezowocnie szukał źródła smrodu i orzekł, że to mój pot wsiąka w ceratę siedzenia, a rozkładając się, powoduje fetor. Ałganow zaś rzekł, że jego kumplowi na Krymie też tak śmierdziało w aucie, aż odkrył, że ptak wpadł mu do wozu i się rozkłada pod siedzeniem. Moja żona Gosia pogrzebała i znalazła ptaka, gdyż jako kobieta kochliwa ma w tym sporą wprawę. Mnie zaś to zdarzenie dało pomysł do skłamania historyjki dla czasopisma "Kulisy",gdzie pisałem pod pseudonimem Jerzy Kibic. Napisałem, że do Warszawy przyjechał mercedesem polonus ze Stanów. Wjechał do wynajętego przez się garażu, brama się za nim zamknęła i zanim wyszedł z auta, umarł na zawał serca. Ponieważ nikt nie wiedział, że ma gdzieś garaż, przez wiele miesięcy nie można go było znaleźć. Trup rozłożył się w mercedesie. Potem rodzina sprzedała samochód, ale nabywca nie zdołał wywabić trupiego odoru. I tak wspaniały wóz szedł z ręki do ręki coraz taniej i taniej, a jako niezłomny śmierdziel jest teraz do kupienia za psi grosz. Opowieść się ukazała. A tu redakcja "Kulis" dzwoni do mnie, że jest oblegana przez tłum chętnych do kupienia auta zajeżdżającego trupem. Wszyscy mówią, że potrafią wywabić trupi fetor i szukają redaktora Kibica, który wie, kto chce sprzedać ten samochód. Mam więc przyjechać, chociaż mnie rozszarpią, jak dorwą. Poradziłem więc, żeby wywiesić duże ogłoszenie, że mercedes już sprzedany.
Gdy 4 czerwca 1989 r. upadł rząd, w którym zasiadałem, a po dwóch latach to samo zrobił cały Związek Radziecki, Wołodia został w Polsce już nie jako dyplomata, lecz prywatny handlowiec. Ja także założyłem firmę i Ałganow chciał ze mną robić interesy. Pamiętam, że zamówił u mnie 24 tony saletry dla brata w Rosji mającego produkować nawozy sztuczne. Szczęściem nie umiałem dostarczyć saletry, bo - jak się potem dowiedziałem - można z niej robić materiały wybuchowe i wysadzać domy nawet Białe. Czyli szedłbym siedzieć za współudział w terroryzmie, bo któż zna kraniec wędrówki saletry. W ofertach miewałem też czołgi na złom z Ukrainy oraz sputnika komunikacyjnego armii radzieckiej z byłego NRD. Żadnego jednak interesu nie umiałem zrobić, więc i nie zrobiłem, niestety. Ałganow zaś zniknął i usłyszałem o moim sąsiedzie dopiero wtedy, gdy wybuchła afera Olina. Zaraz też podjąłem poszukiwania Wołodi Ałganowa, pragnąc z tym słynnym wywiadowcą przeprowadzić wywiad dla "NIE?.
Nie pamiętam, z jakiego źródła, chyba z jakiejś publikacji o Kulczyku w Wiedniu, mającym się stykać tam z Ałganowem, dowiedziałem się, że Wołodia reprezentuje w tym mieście pewną rosyjską firmę. Tak się złożyło, że znałem jej moskiewskiego szefa, poprosiłem więc o kontakt z Wołodią. "ŻadenAłganow u nas nie pracuje" - usłyszałem. Może więc rzeczywiście Wołodia był lub jest asem wywiadu, który zmienia przybrane nazwiska? W ambasadzie ZSRR takie cuda przemienienia zdarzały się.
Matka mojej matki była rosyjską Żydówką nazwiskiem Frumkin. Miała dziesięcioro rodzeństwa zróżnicowanego politycznie. Frumkinowie obstawiali wszystkie rewolucyjne pola. Była wśród nich eserówka, żona wybitnego mienszewika, która jechała z Leninem w zaplombowanym wagonie, bolszewik - minister finansów u Stalina, inżynier kolejowy, uszlachcony za cara kadet itp. W roku 1939 już wszelki ślad po wszystkich zaginął. Ostał się tylko jeden wuj matki, profesor historii, członek Akademii Nauk ZSRR i dyrektor generalny archiwów państwowych. Umarł on jako jedyny z jedenastki śmiercią naturalną. Po wojnie moja matka dowiedziała się, że został po nim wnuk Aleksander Frumkin, który pracuje w "Prawdzie". Kiedy więc w latach 80. usłyszała skądś, że w ambasadzie radzieckiej w Warszawie pracuje jakiś Sasza Frumkin, zadzwoniła, żeby sprawdzić, czy to nie jej krewny. Frumkin odebrał telefon jako Frumkin i z dziwną pospiesznością odpowiedział, że to mylny trop. Nie wdał się w żadną rozmowę o swoim pochodzeniu. Chcąc matce pomóc i Frumkina ośmielić, pytałem o niego dwóch czy trzech kolejnych ambasadorów radzieckich i rosyjskich. Odpowiadali, że żaden Frumkin wambasadzie nie pracuje i po sprawdzeniu uściślali, że nie pracował.
Może więc Ałganow też był chwilowym tylko Ałganowem? A może w różnych miastach świata było dziesięciu Wołodiów Ałganowów? A może ów Ałganow chcący kupić saletrę w ogóle mi się przyśnił, a to mój pies walił na trawniku dwie kupy - jedną twardą, adrugą miękką - obie polskie, gówno w gówno.
www.nie.com.pl/art25545.htm