diabollo
13.12.11, 18:45
Łaski, Podkaminer: Kto się boi deficytu?
Kazimierz Łaski*, Leon Podkaminer**
Kryzys finansowy z 2008 r. nie przekształcił się w globalną katastrofę gospodarczą. Uniknięto jej dzięki gigantycznym programom stymulacji gospodarek w USA, Japonii i Wielkiej Brytanii (a także w Chinach i Rosji). Programy te były połączone z radykalnym poluzowaniem polityk pieniężnych. W krajach kontynentalnych Unii Europejskiej stymulowanie gospodarek było dużo skromniejsze, poluzowanie polityki pieniężnej (Europejskiego Banku Centralnego) opóźnione i ograniczone. Ponadto w Niemczech długo ociągano się z realizacją jakiegokolwiek programu stymulacyjnego. Niewątpliwie fakt ten miał związek z tym, że programy te automatycznie zwiększają deficyt budżetowy i dług publiczny. Dług publiczne i deficyt budżetowy są zaś – dla wpływowych polityków i ekonomistów europejskich, szczególnie w Niemczech, oraz dla urzędników, praktycznie kształtujących politykę Unii Europejskiej – po prostu symptomem zła, które należy wypalić rozżarzonym żelazem.
Krótki okres niechętnego przyzwolenia na aktywne stymulowanie gospodarek skończył się w Europie dość szybko – wraz z wybuchem kryzysu zadłużeniowego państwa greckiego. To, że kryzys zadłużeniowy dotyka kolejne państwa strefy euro, umacnia powszechne przekonanie o potrzebie powrotu do rygorystycznego stosowania zasad Paktu Stabilności i Wzrostu. „Konsolidacja finansów publicznych” stała się bitewnym zawołaniem, pobrzmiewającym jak Europa długa i szeroka. Nie dostrzega się wszakże, że to dotychczasowe próby stosowania Paktu przyczyniły się do obecnego kryzysu. Dalsze „wzmacnianie” Paktu kryzys ten tylko pogłębi.
Co leży u podstaw europejskiej „histerii konsolidacyjnej”? Otóż jest to zdroworozsądkowe przekonanie, że sektor publiczny suwerennego państwa nie może się bezkarnie zadłużać w nieskończoność. Przekonanie to uzasadnia się przez analogię: wszak jest oczywistą prawdą, że i pojedyncze gospodarstwo domowe nie może żyć wiecznie na kredyt. Nie brakuje zresztą utytułowanych ignorantów, którzy ów „zdrowy rozsądek” potrafią ubrać w formułki arytmetyczne. Ten sam „zdrowy rozsądek” leży też u podstaw zapisu wprowadzonego do Paktu w 2005 r. Zapis ten „zobowiązuje kraje członkowskie, by w perspektywie średniookresowej zmierzały do utrzymywania zbilansowanego lub nadwyżkowego budżetu sektora publicznego”.
Utrzymywanie „dyscypliny budżetowej” w perspektywie średniookresowej byłoby zaiste historycznym novum. Od kilkudziesięciu lat wszystkie główne kraje uprzemysłowione notowały deficyty fiskalne niemal corocznie – nawet jeszcze przed nastaniem kryzysu zapoczątkowanego w latach 2007 – 2008. Przykładowo w latach 1970 – 2007 finanse publiczne Wielkiej Brytanii wykazywały deficyt 30 razy, a Niemiec 31 razy. We Włoszech i Francji nie było roku bez deficytu. Od 1961 r. USA wykazały (nieznaczną) nadwyżkę budżetu tylko w czterech latach. W latach 1961 – 2007 średni deficyt budżetowy USA sięgał 2,6 proc. PKB (po 2007 r. deficyty w USA oscylują wokół 10 proc. PKB, podobnie jak w Japonii i Wielkiej Brytanii).
Byłoby naiwnością sądzić, że notoryczność deficytów budżetowych wynika ze słabości charakterów kolejnych ministrów finansów. Typowy minister finansów ma – zawsze i wszędzie – szczerą chęć wypracowania nadwyżek. Ta sztuka się jednak z reguły nie udaje – bo z reguły udać się nie może. Dlaczego? Otóż na przeszkodzie stoją dość podstawowe zależności makroekonomiczne. Zależności te zachodzą na poziomie suwerennych gospodarek narodowych – choć już nie na poziomie pojedynczych przedsiębiorstw i gospodarstw domowych.
Jak prywatne przedsiębiorstwa wpływają na deficyt?
Ta zasadnicza zależność makroekonomiczna dotyczy koniecznego związku zachodzącego między finansami sektora publicznego (do którego zalicza się także bank centralny) a finansami sektora prywatnego (na który składają się gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa). Nadwyżki finansowe (oszczędności niespożytkowane na inwestycje) całego sektora prywatnego są – na mocy praw arytmetyki – zawsze równe deficytowi sektora publicznego skorygowanemu o saldo bilansu płatności zagranicznych (saldo bilansu płatności zagranicznych jest – nieco upraszczając – równe saldu obrotów handlowych z zagranicą). Tak się przypadkiem składa, że owo saldo dla Unii Europejskiej (UE 27) jest bardzo małe, gdyż jej obroty z resztą świata są z grubsza wyrównane. Przykładowo w 2010 r. sektor prywatny UE zaoszczędził 784 mld euro, sektor publiczny zaś wykazał deficyt 845 mld. Po uwzględnieniu deficytu płatniczego wobec reszty świata (61 mld euro) łączny deficyt sektora publicznego i zagranicznego wyniósł 784 mld euro, a więc był dokładnie równy nadwyżce finansowej sektora prywatnego.
Za oszczędnościami sektora prywatnego, które nie zostają wydane na inwestycje, kryje się nadwyżka towarów, na które szuka się zbytu poza sektorem prywatnym. Można go znaleźć wyłącznie na rynku stworzonym przez wydatki deficytowe sektora publicznego. Tak więc deficyt sektora publicznego jest konieczny, by nadwyżka oszczędności nad inwestycjami w sektorze prywatnym mogła w ogóle powstać. Bez tego deficytu produkcja byłaby mniejsza w 2010 r. o ponad 700 mld euro, co stanowi ok. 6% PKB Unii Europejskiej. Nietrudno sobie wyobrazić, jakie bezrobocie by temu towarzyszyło.
Krótko mówiąc, nadwyżka finansowa sektora prywatnego zawsze musi „mieć zastosowanie” – albo kreując deficyt budżetowy, albo nadwyżkę eksportową. Jeśli nadwyżka eksportowa nie występuje, to większa „zapobiegliwość” sektora prywatnego oznacza większy poziom deficytu budżetowego. Minister finansów może sobie zaplanować osiągnięcie dowolnego salda budżetu: ostateczny wynik będzie i tak dostosowany do intencji sektora prywatnego, dążącego do wypracowania takiego lub innego poziomu swojej własnej nadwyżki finansowej.
To, że sektor prywatny dąży do wypracowywania nadwyżek finansowych, jest psychologicznie zrozumiałe i empirycznie dobrze poświadczone. Tylko sporadycznie (w okresach nadzwyczajnego boomu) sektor prywatny nie wypracowuje nadwyżek finansowych, dodatkowo zadłużając się za granicą, więcej importując, niż eksportując. Sytuacja taka miała miejsce np. w Grecji w latach 2004 – 2007. Oczywiście zagraniczne zadłużanie się sektora prywatnego (a także publicznego) ma swoje granice – i z reguły kończy się tak, jak właśnie obserwujemy na przykładzie Portugalii, Grecji i Hiszpanii. Z drugiej strony sektor prywatny może zubożeć (np. w głębokiej depresji) do tego stopnia, że także nie będzie w stanie wypracować żadnych nadwyżek finansowych, na bieżąco zużywając wszystkie swoje dochody.
CDN...