diabollo
19.12.11, 08:19
Straszni mieszczanie, zakładnicy mniejszości
Cezary Michalski
Ewa Kopacz mówi, że gdyby z sali posiedzeń plenarnych Sejmu zniknął krzyż, „stalibyśmy się zakładnikami mniejszości”. Rozumiem polityczną wygodę życia „w cieniu krzyża” (cyt. za Józef Mackiewicz) i zrozumiałbym też panią marszałek, gdyby tylko wybierając wygodę, przynajmniej milczała. Ona jednak „nie skorzystała z okazji by milczeć” (cyt. za Jacques Chirac). I jest smutnym skandalem, że właśnie czołowa przedstawicielka partii polskiego mieszczaństwa użyła najtwardziej antyliberalnego argumentu Marka Jurka, że dopóki „większość” nie dostanie – w przestrzeni symbolicznej, w regulacjach prawnych – tego, co chce, pozostaje ona „zakładnikiem mniejszości”.
Przecież nie o krzyż tu chodzi, ale o to, co w tym Sejmie pod krzyżem będzie uchwalane. Obietnica Kopacz, że „nie będziemy zakładnikami mniejszości” oznacza, że aborcja, in vitro, związki partnerskie, jakiekolwiek regulacje emancypacyjne, wszystko, co się „większości” wyda „niebezpieczne” (bo przebudzą się nagle biskupi albo ktokolwiek, kogo Platforma akurat się boi lub próbuje akurat ograbić z wyborców i celebrytów) będzie prawnie uregulowane w sposób wymagany przez „większość”. A liberalne ograniczenie demokratycznej władzy większości nad mniejszością? Ewa Kopacz o tym nie wspomniała, co oznacza porażkę w Polsce nie lewicy, nie prawicy, ale właśnie liberalizmu. Gdybym chciał być bardziej nergalowy od samego Nergala, powiedziałbym: „Zapamiętaj sobie te słowa Ewy Kopacz słaba polska lewico, jak kiedyś staniesz się silna, jak zbudujesz zapaterystyczną większość, to się nie ograniczaj, nie pozostawaj «zakładnikiem mniejszości»”.
W tym samym czasie minister Rostowski znów udaje małego Cameronika albo Kaczyńskiego średniej wielkości, opowiadając po raz setny, jak to skutecznie obronił nasze kwitnące suwerenne finanse przed „zagrożeniem z zewnątrz” (czyli ze strefy Euro i Unii pogrążonych w przerażającym stanie dekadencji). Rostowski zapomina, że jest tylko pomniejszym namiestnikiem (ja w przeciwieństwie do Dorna nie wbijam go za to na pal, dopóki oczywiście i on nie zaczyna kłamać tym samym kaczym, dornowskim i cameronowskim językiem) zarządzającym transferami finansowymi z Unii i podatkami ściąganymi z firm pracujących prawie bez wyjątku jako kooperanci, podwykonawcy i eksporterzy do strefy Euro i Unii. Gdyby nie miliardy Euro wpompowane przez Francuzów i Niemców we własne gospodarki, w reakcji na kryzys finansowy (który zresztą spowodowała Ameryka a nie żaden „eurokołchoz”, jeśli ma to jeszcze dzisiaj dla kogoś jakiekolwiek znaczenie), gdyby nie odbicie gospodarki niemieckiej w 2010 i 2011 roku, o którym wielki suwerenny Cameron może tylko pomarzyć (bo brytyjska „gospodarka realna” od dawna jest trupem dojadanym przez żerującego na zwłokach wielkiego robala londyńskiego City), polskie finanse publiczne dawno gryzłyby glebę, a torys Rostowski byłby ministrem w gabinecie cieni czekającym na przybycie do jego mieszkania chłopców Ziobry/Kamińskiego (jakby wygrali wybory, to by się nie pokłócili) z towarzyszeniem kamer pani prezes TVP S.A. Ziobro-Koteckiej. I tylko czołowy eurosceptyk III RP wicepremier Pawlak mówi dziennikarzom (bo nie wie, co mówi?): „jeśli nie będzie jakiegoś dramatycznego załamania w gospodarce niemieckiej, to jest do utrzymania poziom wzrostu polskiej gospodarki 4 proc. PKB”. Nasz wzrost gospodarczy jest bowiem konsekwencją wzrostu najsilniejszej gospodarki strefy Euro.
Z kolei prezydent Komorowski udaje Kaczyńskiego, broniąc dziejowej mądrości Powstania Warszawskiego i komunikując się z prawicowym elektoratem (aby go ukraść „kaczysto-ziobrystom”wink za pomocą autorskiej ustawy o orle na piersi (sądzę o takim orle, w takim politycznym zastosowaniu, dokładnie to, co Tymon Tymański – nie pozwolę go dymać).
Powinienem się cieszyć, że Jurek o katolikach jako „zakładnikach mniejszości” mówi szczerze i z fanatyzmem, a Kopacz tylko po to, żeby mieć spokój od Palikota, Kaczyńskiego i Jurka. Powinienem się cieszyć, że Rostowski Camerona tylko udaje, bo ostatecznie i układ stabilizacyjny podpisze, i złotówkę do ERM II wprowadzi. Powinienem się wreszcie cieszyć, że kiedy Kaczor tak o orle szczerze, prezydent z Nałęczem tylko po to, by dobić Kaczora. Ale ja nawet nie mam pewności, czy i Kaczor szczerze, bo kiedy był premierem, to akceptując Traktat Lizboński „handlował polską niepodległością aż furczało” (cyt. za narodowcy). Dopiero jak władzę stracił, gnoi platformersów za zdradę, mimo że Traktat Lizboński wydelegował jednorazowo do wspólnych instytucji większą porcję polskiej suwerenności niż pakt stabilizacyjny.
Powinienem się cieszyć, ale się nie cieszę, bo wszyscy chcący Polską rządzić zwracają się dzisiaj do większościowego prawicowego elektoratu wychowanego na historycznym i współczesnym kłamstwie. I wszyscy mówią to, co ten elektorat chce od nich usłyszeć, a on od dawna już nie chce od nikogo usłyszeć prawdy – o rynkowej globalizacji, która suwerenność państw narodowych mocno wydrążyła, i o konieczności politycznego równoważenia rynkowej globalizacji, do czego potrzeba instytucji o skali przekraczającej państwo narodowe. Konsekwencje są takie, że tylko 12 proc. Polaków chce dziś wejścia do strefy Euro (skoro sam Rostowski powtarza, że tam dekadencja, kiedy nasza wsi spokojna, nasza wsi wesoła), co oznacza, że niedługo w gronie eurorealistów pozostanę tylko ja z Leszkiem Millerem – obaj przysypani górą czapek z pojemnej garderoby sushi-mesjanisty Roberta Mazurka.
Jestem zatem mniejszością, nawet jeśli kiedyś mogło mi się wydawać coś całkiem innego. Kiedyś nie wiedziałem, kiedyś nie wiedziałem, wybaczcie mi Wielcy Panowie, oto moja sucha nóżka, kikucik rączki i miseczka na drobne monety. Wybaczcie mi, polscy mieszczanie, że was niepokoję.
I tylko jak się gorzałki za wyżebrane monety w nocy napiję, znów będę wam wszystkim urągał takimi to słowy: „w strasznych mieszkaniach, strasznie mieszkają, straszni mieszczanie” (cyt. za Julian Tuwim). Jak ja was nie lubiłem, nie lubię i lubić nie będę. Jako prawicowiec, lewicowiec i jako centrysta. A na waszą partię głosowałem tylko dlatego, że nie lubiąc was, nie chcę robić krzywdy polskiemu mieszczaństwu jako warstwie społecznej, która może kiedyś wyciągnąć ten kraj z kompletnego syfu (choć oczywiście może też w kompletnym syfie ten kraj pozostawić).
Ale wy wobec swoich wrogów i konkurentów klasowych żadnych ograniczeń nie macie („Zabierz babci dowód!”, „Zabierz babci dowód!”wink. A jeszcze do tego zawsze czujecie się czyści, niepokalani, bogobojni, umiarkowani, „dobrzy ludzie” (cyt. za Bertold Brecht, dokładnie w takim znaczeniu, w jakim on używał tych słów). Jakimi jeszcze pochwałami mogę was obdarzyć, żebyście mi wybaczyli, o Wielcy Panowie?
„W strasznych mieszkaniach, strasznie mieszkają, straszni mieszczanie”.
I tak sobie pogaduję na dwa głosy wewnętrzne, jak Two-Face z Batmana. A obie połówki twarzy prawdziwe, oba głosy autentyczne, oba szczerze i od serca gadają.
www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Strasznimieszczaniezakladnicymniejszosci/menuid-291.html