diabollo
26.12.11, 19:01
Wśród nocnej ciszy
Cezary Michalski
Jest bardzo późny wigilijny wieczór, biegamy z ABR pomiędzy gotyckimi kościołami miasta T. bo to jedyne urzędy w tym mieście, które o tej porze będą otwarte. Uciekamy przed księdzem zbierającym na tacę u św. Janów (Chrzciciela i Ewangelisty). Nie z powodu skrajnego antyklerykalizmu, ale dlatego, że żadne z nas nie ma ze sobą portmonetki, a nigdy nikomu nie chcieliśmy robić przykrości (dziwne wyznanie u dwojga publicznych demonów). A już szczególnie w tę noc itd. Po drugiej stronie Starego Miasta ukrywamy się u św. Jakuba, żeby popatrzeć na gotyckiego Jezusa ukrzyżowanego tam na Drzewie Życia. Od strony ołtarza słyszymy opowieść o Bogu narodzonym w stajni, wplecioną w urzędowy kontrreformacyjny komunikat napisany i odczytywany pezetpeerowskim głosem (przepraszam wszystkich nostalgików PZPR-u, przepraszam wszystkich nostalgików Kontrreformacji, nigdy nie chciałem nikogo obrażać, a już szczególnie w tę noc itd., ale przecież tylko te dwie nostalgie możemy tutaj i wszędzie napotkać, a obu tych nostalgii nienawidzimy tak samo). Ksiądz, nie gorszy od innych ludzi, może lepszy od nas, kończąc komunikat, ogłasza drewnianym głosem drewnianą formułę, której jego samego dawno już wyuczono, informującą wiernych o nieodległej już „intronizacji Serca Jezusowego”.
Antynomiczność chrześcijańskiego Boga, który stał się człowiekiem (nie, to nie parafraza Karola 2, który stał się papieżem ale fragment wyznania wiary), nieporównanie bardziej bluźniercza nawet od antynomiczności żydowskiego mesjasza, który zamiast odbudować świątynię supermocarstwa Izrael (Stany Zjednoczone, Polska, Rosja, Indie, Pakistan…), dałby się ukrzyżować i stracił na krzyżu i nadzieję, i wiarę tak jak każdy z nas (przepraszam, znowu mylę urzędowy porządek Roku Świętego, przecież to radosna Wigilia Bożego Narodzenia, a nie Wielki Piątek). Nieporównanie bardziej radykalna antynomiczność chrześcijaństwa, oznaczona w kościele pod wezwaniem św. Jakuba wychudzoną postacią Jezusa ukrzyżowanego na Drzewie Życia, zostaje utopiona w kontrreformacyjnym polskim baroku, którym jak obłażącym tynkiem ściany bloku z wielkiej płyty, gdzie dorastałem dokładnie na ósmym piętrze, pokryto ściany tego gotyckiego kościoła; utopiona w urządowym kontrreformacyjno-pezetpeerowskim języku, w którym Bóg nie upadł w ślad za swoim stworzeniem, a jego efektowna „boskość” nie uległa najmniejszemu nawet zniekształceniu (jak w sposób konieczny ulegała zniekształceniu każda z Bożych inwazji w późnej, mistyczno-psychiatrycznej twórczości Philipa K. Dicka). Za to każdy z jego członków i organów wewnętrznych zostaje oczyszczony z brudu człowieczeństwa, poddany mumifikacji w moskiewskim Instytucie Badań Naukowych nad Strukturami Biologicznymi i jest intronizowany oddzielnie: serce, konstantyńska głowa, wielki palec u nogi… Boga znowu oddziela się w ten sposób od człowieka (do którego chciał się ponoć w tej pięknej legendzie przybliżyć) na taką samą odległość jak przed Wcieleniem, albo na większą.
Nikt już nie wierzy w człowieka jako możliwe przybliżenie Boga. Nikt już nie wierzy w historię, nikt już nie wierzy w oświecenie, nikt już nie wierzy w postęp. Rządzą nami Cthulhu, abp. Michalik, Terlikowski, Górny, Tekieli, sanktpetersburski de Maistre. Nikt już nie ma nadziei w ten wigilijny wieczór. W tym pezetpeerowsko-kontrreformacyjnym języku Maria nie jest już kobietą przerażoną pozamałżeńską ciążą, za którą mogą ją ukamienować cnotliwi rabini, Jezusowi nie jest już zimno, nie cierpi, nie traci nadziei. Wszyscy bohaterowie tej opowieści stają się już tylko ponownie monarchami. Stają się już tylko egipskimi bogami, Goa’uldami z Gwiezdnych Wrót, zimnymi, odczarowanymi, niedostępnymi monstrami wykorzystującymi ludzi jako nosicieli, którym służy Urząd.
www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Wsrodnocnejciszy/menuid-291.html