diabollo
27.12.11, 08:15
Nie wiadomo, skąd się wzięły, ale są powtarzane jako pewniki, zaklęcia czy przestrogi. Niby oswajają rzeczywistość, ale znacznie częściej ją zakłamują. To przesądy naszej polityki.
(...)
2. W Polsce jest miejsce na silną lewicę
Powtarzają to głównie lewicowi politycy, ale także ci z innych opcji. Trwa narzekanie, że chociaż istnieje duży, myślący lewicowo elektorat, to istniejące ugrupowania nie potrafią go wykorzystać, choćby na przykład jednocząc się. Nie wiadomo, skąd się biorą przesłanki do takiego kategorycznego rozumowania. Niewiele wskazuje na to, aby istniał jakiś w miarę jednolity elektorat, który wsparłby jedno ugrupowanie, trafiające w język, którego dotąd nikt nie znalazł. Nie ma dzisiaj jednej lewicowej agendy, zwłaszcza że te tak zwane tradycyjne lewicowe wartości – z reguły w wersji populistycznej – rozpełzły się po wszystkich właściwie partiach, także tych uważanych za prawicowe.
Ruch Palikota to eklektyczna mieszanka kulturowej lewicy z liberalnymi hasłami o nadmiernej ingerencji państwa, ale też z pochyleniem się nad wykluczonymi. Elektorat SLD zaś jest raczej konserwatywny obyczajowo, tradycyjny w swojej roszczeniowości, po części jeszcze zakorzeniony rodzinnie i mentalnie w PRL, w dawnym aparacie, służbach, monopartii.
Można teoretycznie wyobrazić sobie ugrupowanie, które będzie zarazem antyklerykalne, radykalne obyczajowo, roszczeniowo-związkowe, żądające silnego państwowego interwencjonizmu i jego regulacyjnego charakteru i wysokich świadczeń dla ludzi (tutaj konkurencję robi PiS). Nie ma jednak najmniejszej gwarancji, że zyska popularność, bo w dzisiejszej układance ideowej pewne elementy do siebie się nie dokładają. Palikot bez swoich haseł deregulacyjnych i żądania, aby państwo za bardzo nie wtrącało się w życie obywateli, zapewne nie zyskałby takiej popularności. Sojusz głoszący przez pewien czas liberalizm obyczajowy nie tylko nic nie zyskał, ale wręcz stracił, nic też nie zyskuje na antyklerykalizmie. Może być więc tak, że dawna lewica została na trwałe rozparcelowana przez inne opcje. Wielka, konsekwentnie lewicowa partia to mit.
5. Jednomandatowe okręgi wyborcze uzdrowią polską demokrację
Ruch na rzecz jednomandatowych okręgów wyborczych, gdzie zwycięzca bierze wszystko i nie ciągnie za sobą partyjnych kolegów, przez lata przekonywał, że to odpartyjni polską politykę, a do parlamentu wprowadzi autorytety spoza rozdania prezesów i przewodniczących.
Ostatnie wybory do Senatu, przeprowadzone po raz pierwszy w formule okręgów jednomandatowych, pokazały, że to mrzonka. Kandydaci niezależni przepadli, a hegemonia dwóch głównych partii umocniła się. Rzecz w tym, że było to oczywiste od samego początku, ale nie sposób było przetłumaczyć tego entuzjastom JOW.
Jeśli ludzie chcą głosować na partyjnych kandydatów, nie zmieni tego żadna ordynacja wyborcza. Jeżeli w okręgach wielomandatowych (jak jest wciąż w ordynacji do Sejmu) miejsca w parlamencie uzyskuje kilku kandydatów z partyjnej listy, to po podziale okręgu na kilka czy kilkanaście jednomandatowych prezesi po prostu podzielą listę, rozparcelują tych samych kandydatów po nowych okręgach, po czym i tak, korzystając z partyjnego szyldu, wprowadzą ich na Wiejską. A niebezpieczeństwo, że jednak przez to sito przedostaną się ludzie zupełnie przypadkowi, lokalni wodzowie biznesmeni, się zwiększy. Słowem, żadnych korzyści przy możliwych stratach. Ale zwolennicy JOW, po chwilowym oszołomieniu wynikami wyborów do Senatu, nie składają broni. Trzeba im będzie nadal tłumaczyć to, co oczywiste. Jedno jest pewne: to nie JOW odpartyjnią i odpolitycznią państwo.
6. Nic nie można zdziałać w polskiej polityce wbrew Kościołowi
Nawet politycy lewicowi przez lata powtarzali, że chociaż można funkcjonować na polskiej scenie politycznej bez wyraźnego wsparcia katolickich hierarchów, to chcąc przeprowadzać ważne projekty, nie można być z nimi w jawnym konflikcie.
Najbardziej wyrazistym przykładem takiej strategii było wygaszanie wszelkich pól konfliktu z Kościołem przez premiera Leszka Millera przed referendum unijnym. Poparcie albo chociaż neutralność biskupów wobec polskiej akcesji warte było, zdaniem rządzącego wówczas SLD, ekonomicznych ustępstw i rezygnacji ze światopoglądowych sporów o kształt prawa, np. aborcyjnego.
Chociaż nikt nie jest w stanie powiedzieć, ile dzisiaj warte jest politycznie poparcie lub przygana Kościoła, nikt też najwyraźniej nie zamierza tego sprawdzać na własnej skórze. Nikt, poza Palikotem, ale jego 10 proc. w wyborach można traktować równie dobrze jako maksimum tego, co można na antyklerykalizmie ugrać, jak i jako zaliczkę na wynik, który można uzyskać nie tyle z Kościołem walcząc, co go ignorując. Politycy w Polsce dali sobie narzucić prawicową wizję relacji z Kościołem, gdzie nieuwzględnianie postulatów hierarchów jest równoznaczne z walką z chrześcijaństwem. Ponieważ nikt się nie garnie do zdobycia łatki przeciwnika chrześcijaństwa, pozostaje uwzględnianie kościelnych postulatów.
W laicyzującym się społeczeństwie, przy zmniejszającym się odsetku ludzi praktykujących religijnie, wciąż istnieje obawa przed powiedzeniem „sprawdzam”. Radykalny antyklerykalizm nie zastąpi porządnego rozdziału Kościoła od państwa. A taka sytuacja będzie trwała tak długo, jak będzie funkcjonował wspomniany mit.
całość:
www.polityka.pl/kraj/analizy/1522609,1,10-mitow-polskiej-polityki.read