diabollo
28.12.11, 12:50
Bartoś: Kościół jako instytucja paramilitarna (1)
Z Tadeuszem Bartosiem rozmawia Cezary Michalski
Cezary Michalski, Krytyka Polityczna: Chciałbym, aby na początku podsumował pan konflikt wokół ks. Adama Bonieckiego. Ktoś udający idiotę albo rzeczywiście nie znający współczesnej sytuacji w polskim Kościele mógłby się zdziwić, że taki skandal wywołały wypowiedzi z pozoru oczywiste: że krzyż w parlamencie może być przez katolików zarówno broniony jak i krytykowany, bo nie jest pewne, czy w tym zastosowaniu jest to symbol religijny, czy tylko polityczny oraz że Nergal nie jest satanistą tylko estradowcem. O drugą wypowiedź mógłby najwyżej się obrazić Nergal, tymczasem obraziło się paru biskupów, wielu księży i publicystów świeckich. Co tu było skandalem?
Tadeusz Bartoś: W polskim Kościele szuka się od czasu do czasu wroga wewnętrznego – takiego kreta. W oczach wielu hierarchów był nim od dawna „Tygodnik Powszechny”. To stały wątek wypowiedzi abpa Michalika, a także innych hierarchów. Wewnętrznego wroga, wewnętrzną opozycję traktuje się jako istotne, a niekiedy wręcz jedyne źródło własnej tożsamości.
Czym ks. Boniecki i „Tygodnik Powszechny” zasłużyli sobie na taką pozycję?
Jest w tym pewien komizm, bowiem „Tygodnik Powszechny” ani nie ściera się wyraziście z Episkopatem, ani nie poddaje krytycznej refleksji nauczania prymasów czy papieży, jak to się zdarza wielu środowiskom czy pismom katolickim w innych krajach. Po prostu wielu ludziom Kościoła potrzebny jest wróg. Pokazanie, kto tu rządzi, zawsze umacnia pozycję kierownictwa, bo zastrasza ewentualną opozycję. Mamy więc pewnego rodzaju licytację na wierność Kościołowi – kto da więcej. W ataku na Bonieckiego gra pewnie jakąś rolę odległe wspomnienie „Tygodnika Powszechnego” jako medium, które propagowało kiedyś myśl Soboru Watykańskiego II. Nawet jednak to odbywało się w Polsce bardzo ostrożnie z racji istnienia wówczas wroga zewnętrznego, wobec którego „Kościół nie mógł dać się osłabić”. Posoborowe reformy miały ukształtować nową kulturę wewnętrznej dyskusji w Kościele, ale w oczach wielu polskich hierarchów (zgodnie z linią Watykanu) groziło to podziałami. Bo jak katolicy prezentują różne stanowiska, różnie argumentują…
…to „działa diabeł”.
Taki język – dzisiaj już dla polskiego Kościoła reprezentatywny i właściwie jedyny słyszalny – jest tylko konsekwencją przyjęcia stanowiska blokującego wszelką wymianę myśli. Wróg wewnętrzny jest potrzebny po to, aby zradykalizować proces dalszego ujednolicania Kościoła. Atak na ks. Bonieckiego nie miał bowiem nic wspólnego z uderzeniem, choćby prewencyjnym, podkreślmy to raz jeszcze, w jakiś reformatorski ruch w polskim Kościele, bo niczego takiego nie ma. Miał tylko pokazać, że Kościół w Polsce jest zwartą, paramilitarną organizacją, bo taką chce być wobec niejasnej, chaotycznej nowoczesności. W policji krytykowanie porucznika przez sierżanta jest niedopuszczalne. A do tego jeszcze w mediach? W ten sam sposób chce funkcjonować Kościół – w umyśle wiernego nie powinna pojawić się nawet drobna myśl krytyczna. Tylko że przecież Kościół to nie jest policja czy wojsko, ale związek religijny – coś co ma mieć związek z duchowością, poszukiwaniem, odkrywaniem jakiegoś sensu. A do tego potrzebna jest wolność.
Skoro już jesteśmy przy policji i armii, to przegląd wojsk dokonany przy okazji sporu o ks. Bonieckiego pokazuje, że „Kościół otwarty”, który w latach 90. był nadzieją dla jednych, a grozą dla innych, w Polsce nie istnieje. Na czym polegał błąd tamtego rozpoznania, co się w Kościele stało, że kardynał Dziwisz jest dzisiaj „skrzydłem liberalnym” atakowanym przez „konserwatystów”?
Dziś to wszystko przypomina jakieś walki frakcyjne w partii komunistycznej, zakulisowe i z zewnątrz zupełnie nieistotne, bez wpływu ani na „linię partii”, ani na rzeczywistość – taka licytacja na radykalność. Przecież nie można sobie wyobrazić bardziej konserwatywnego biskupa niż kardynał Dziwisz. A jednak są jeszcze „słuszniejsi”, którzy usiłują go przebić. Co do resztek „Kościoła otwartego”, to od dłuższego czasu nie mają one większego znaczenia. Ostatni księża tego nurtu funkcjonują w polskim Kościele trochę na wariackich papierach: o. Tomasz Dostatni, ks. Andrzej Luter, ks. Lemański od dialogu z Żydami. Toleruje się takie osobliwości, choć niewykluczone, że i to do czasu… Dlatego właśnie potrzebny jest przykład Bonieckiego, żeby nawet te ostatnie niedobitki uważały jeszcze bardziej na to, co mówią. Jezuita Jacek Prusak został przywołany do porządku i teraz akty lojalności i słusznej krytyki wypowiada, zaskakując zdezorientowanych czytelników-fanów. Niestety – mówię to z przykrością – świat duchownych to świat ludzi, których się knebluje, ćwiczonych intensywnie w myśleniu, jak myśleć należy. Niestety – mówię to z jeszcze większą przykrością – najlepszym modelem analizy stosunków wewnątrzkościelnych jest model partii komunistycznej. Już Innocenty Bocheński, filozof, ale też uznany sowietolog, pisał, że partia bolszewicka to imitacja struktury Kościoła katolickiego. Nie pisał jednak, że to działa też w drugą stronę. Próby reform posoborowych zawiodły. Lojalność ślepa, wolna od jakiejkolwiek krytyki, pełne podporządkowanie, milczenie.
A wiara w nowe nominacje biskupie?
Tu optymizm niedobitków „Kościoła otwartego” jest chyba na wyrost. Wiele nominacji jeszcze przed nami – więc zobaczymy. Z mojego punktu widzenia – czyli potrzeby podjęcia głębszej debaty na temat fundamentalnych antropologicznych podstaw obecności katolicyzmu w świecie – nie ma wielkich nadziei na to, że nowe nominacje coś zmienią. Rewizjoniści nie mają szans w zderzeniu z centralistycznym aparatem (na tym etapie dziejów). A u nas nigdy nawet rewizjonistów nie było. A co do wrażenia, jakie dziś Kościół wywołuje w opinii publicznej – jako instytucja scentralizowana postrzegany jest skrótowo, czyli poprzez twarze swoich przedstawicieli. A są to przede wszystkim twarze głównych hierarchów.
Lub kontestatorów, choćby i ostrożnych.
Tak było w latach 80. i 90. Teraz Kościół ma twarz biskupów Meringa, Rydzyka, Głódzia, Michalika (choć to nie zawsze sprawiedliwe dla kościelnych dołów). Na tej samej zasadzie wizerunkowego pars pro toto oparte były pewne złudzenia odnośnie Kościoła w latach 80. i na początku lat 90. Radość z istnienia „Kościoła otwartego” opierała się wtedy na kilku postaciach. To byli między innymi Tischner, Życiński, Gadacz, kilku dominikanów, jezuitów. Także Jana Pawła II postrzegano jako nadzieję „Kościoła otwartego”.
Przenosząc społeczny i polityczny efekt jego wystąpień w Polsce na kwestie religijne?
Papież znany był u nas z rozmaitych tez ogólnoreligijnych, społecznych i politycznych. Nigdy nie pokazano jego drugiego oblicza – faktycznego destruktora wolności wypowiedzi w Kościele powszechnym, nieznoszącego sprzeciwu destruktora rozwoju teologii, sojusznika najbardziej konserwatywnego skrzydła Kościoła (Legion Chrystusa, Opus Dei), pogromcy teologii bardziej otwartej, dyscyplinującego Watykan i cały Kościół szkodliwą politykę personalną. Jan Paweł II, zaniedbując wprowadzenie skutecznych mechanizmów kontrolnych, kształtował instytucję, co do której każdy człowiek mający choćby elementarne pojęcie psychosocjologiczne wie, że będą się w niej rodzić patologie. Dzięki niemałej liczbie opracowań wiemy już szczegółowo, co się działo za jego pontyfikatu, wiemy, że ukrywanie przestępstw seksualnych, skandale finansowe – wszystko to miało bezpośredni związek z wadliwą strukturą or