Polityczna neutralność nie istnieje

28.12.11, 18:07
Snyder: Polityczna neutralność nie istnieje
Timothy Snyder

Człowiek zmuszony jest żyć w kłamstwie, ale może być do tego zmuszony jedynie dlatego, że zdolny jest tak żyć. Nie tylko więc system wyobcowuje człowieka, ale wyobcowany człowiek wspiera zarazem ten system jako swój mimowolny projekt. Jako upadły obraz swego własnego upadku. Jako dokument tego, że sam zawiódł.

Vaclav Havel, Siła bezsilnych

Vaclav Havel był politycznym myślicielem zajmującym się problemem konsekwencji, w związku z tym jego argumentacji na temat jednostki i władzy – argumentacji sformułowanej w komunistycznej Czechosłowacji lat 70. i 80. – nie da się do końca uhistorycznić. Jej korzenie i punkt odniesienia wiążą się z określonym momentem w dziejach, ale już jej twierdzenia i ich konsekwencje wykraczają poza te historyczne ramy. Na Zachodzie Havel był znany jako zdecydowany przeciwnik komunizmu i odważny dysydent, którym oczywiście był. Jego krytyka komunizmu była jednak dużo bogatsza i bardziej osobliwa, niż myśleliśmy.

W ówczesnej myśli politycznej, przynajmniej w moich ojczystych Stanach Zjednoczonych, dominowała negatywność. W wolności, jak myśleli i wciąż myślą Amerykanie, chodzi o uwolnienie się od ograniczeń narzucanych przez państwo. Co by to jednak oznaczało dla państwa, gdyby jednostka w pełni się od niego wyzwoliła? Czy państwo i jednostka istniałyby w formie, którą dziś znamy? Kiedy we wschodniej Europie skończył się komunizm, a Havel został nagle prezydentem nowej Czechosłowacji, wydawało się, że problem ten został rozwiązany w sposób wygodny dla takiego oto stylu myślenia. Państwo i jednostkę można oddzielić za pomocą politycznej lobotomii. Historia może dotrzeć do swojego głuchego końca. Na Zachodzie pisma Havla były odbierane jedynie jako ozdobnik dla tej głównej tezy. To błąd, nad którym warto by się zastanowić.

Mój pierwszy dzień jako nauczyciela w Yale przypadł na 3 września 2001. Dwadzieścia lat po upadku Związku Radzieckiego studenci nie mieli już żadnych osobistych wspomnień związanych z komunizmem, nie czuli żadnej identyfikacji z jego dysydentami. W ciągu tygodnia, kiedy kilkaset kilometrów stąd i na ekranach wszystkich telewizorów upadły dwie wieże, wszyscy studenci – niezależnie od tego, czy byli Amerykanami, czy nie – mieli okazję pomyśleć o historii jak o czymś, co jednak właśnie się wydarza.

Tamtej jesieni prowadziłem seminarium na temat intelektualistów i polityki w Europie Wschodniej. Jedną z lektur obowiązkowych była Siła bezsilnych. Siedziałem w kawiarni z grupą studentów i próbowałem wyjaśnić pojawiającą się w eseju Havla słynną postać kierownika sklepu warzywnego. Kim on był? Dlaczego w oknie swojego sklepu w komunistycznej Czechosłowacji powiesił hasło „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”? Co to znaczyło, że głosił przekonania, które nie były jego własnymi, ale tymi, które każdy miał głosić? Czy miał w komunistycznym systemie jakąś władzę, czy też był całkowicie bezsilny? Czy obywatel to jedno, a państwo to coś zupełnie innego? Co to znaczyło, że wszyscy wieszali podobne hasła? Co by się stało, gdyby ktoś tego nie zrobił? Studenci szybko pojęli, że reżim kłamstw opierał się na tym, że każdy brał udział w oszustwie. Jedna ze studentek miała muzułmańskie korzenie; jej rodzice podobnie jak wyobrażony sprzedawca warzyw mieli sklep. Po 11 września też musieli coś powiesić w swojej sklepowej witrynie. Amerykańską flagę.

Stany Zjednoczone w 2001 roku nie były Czechosłowacją z roku 1977. Właśnie dlatego porównanie to odsłania wagę myśli Havla.

Havel uważał, że główna linia politycznego konfliktu nie przebiega między reżimem a jednostką, ale biegnie przez duszę każdego z nas. Ponieważ Amerykanie zwykle sądzą, że ta linia przebiega między jednostką a państwem, łatwo nas zaskoczyć, wprawić w zakłopotanie i przekonać do porzucenia odpowiedzialności. Stany Zjednoczone zapłaciły moim zdaniem bardzo wysoką cenę za niezrozumienie tego, czego uczył nas Havel. Trzeba też powiedzieć, że ten sam błąd popełnił Havel. Nie upierał się, że jego argumentację można stosować do naszego przypadku; hojną ręką robił nieroztropne wyjątki dla Amerykanów i popierał wojnę w Iraku, bo nie umiał zwątpić w dobrą wiarę jej zwolenników.

Jesienią 2001 roku amerykańska polityka w ciągu jednej nocy, i niemal niezauważalnie, przeszła od idei wolności jako negowania władzy państwa do wolności jako przesadnego użytku czynionego z tejże władzy. Dziwnym trafem interwencja państwa była nie do zaakceptowania, kiedy szło o opodatkowanie bogactwa, ale można ją było zaakceptować, kiedy szło o pożyczanie pieniędzy od komunistycznych Chin, żeby zapłacić za inwazję. Nikogo nie poproszono o wzięcie odpowiedzialności za wojnę, nikt nie chciał płacić na nią podatków, a dzieci biedoty i ludzie pozbawieni prawa głosu zostali poproszeni o największe poświęcenia na polu bitwy. Oczywiście, ogromna większość zabitych to i tak będą Irakijczycy, o których nie myślał prawie nikt.

To dziwne krążenie między polityką absolutnej negacji a polityką absolutnej afirmacji jest moim zdaniem ceną, którą płacimy za amerykański styl myślenia politycznego. Skoro historia się skończyła i ważna jest tylko ochrona jednostek przed państwem, wówczas wszystko, co faktycznie dzieje się w świecie, zostaje w pewien sposób wypchnięte poza nawias historii i związku z tym wymaga wyjątkowej odpowiedzi.

Co to oznacza, że amerykańskie flagi były, i faktycznie nadal są, wieszane ze strachu? Oczywiście nie znaczy to, że wszystkie systemy polityczne są takie same. Raczej, że wszystkie jednostki są takie same: podatne na strach. Nie mam na myśli wyłącznie strachu amerykańskich muzułmanów, którzy muszą coś udowodnić. Mam na myśli przede wszystkim bezwładny i tchórzliwy konformizm ludzi doskonale wtopionych w naszą zbiorowość, który degraduje nasze własne symbole. Co to oznacza, że prezenterzy wiadomości dziesięć lat po 11 września wciąż noszą w klapach przypinki z flagą? Dobrze opłacani celebryci nie mają odwagi zatrzymać żałosnego poniżania patriotycznych symboli, tak jak większość Czechów w czasach komunizmu nie miała odwagi usunąć absurdalnego wezwania do światowej rewolucji – choć dla Amerykanów konsekwencje byłyby nieporównanie mniej groźne.

CDN...
    • diabollo Re: Polityczna neutralność nie istnieje 28.12.11, 18:11
      Nie ma czegoś takiego jak neutralność; istnieje tylko, jak ująłby to Havel, nieautentyczność. Nikt z nas nie jest w stanie całkowicie roztopić się w całości, czy to w niby-całości opresyjnego państwa, czy to w krótkotrwałej jedności związanej z momentem patriotycznej euforii. Nikt z nas nie może być całkowicie autonomiczny – ani jednostka ignorująca system schyłkowego komunizmu, ani ktoś, kto wierzy, że politykę można po prostu powierzyć kapitalizmowi. Możemy na przykład pozwolić sobie na moralne zdystansowanie się od toczonej przez państwo wojny, zgadzając się, że bogaci nie powinni jej finansować, ale biedni powinni w niej walczyć. Jednak akceptacja takiego zdania oznacza głębsze zaangażowanie się w wojnę. Żołnierze opuszczają Irak, zostawiając zabitych i zmarłych; długi pozostają, a konsekwencje tego będziemy odczuwać jeszcze przez dziesięciolecia.

      Brak odpowiedzialności nie jest tym samym, co wybór. Polityka jest czymś nieuniknionym; możliwość jej uniknięcia wydaje się ostatnią utopią, widoczną w moim kraju zarówno w prawicowej, jak i lewicowej tęsknocie za anarchią. Tymczasem polityczna myśl Havla nie była odrzuceniem, ale raczej afirmacją polityki. Skoro wszystko, co robimy, jest polityczne, to czy powiesimy hasło lub flagę, czy nie, kiedy to zrobimy i jak, staje się kwestią naszej indywidualności. Pytanie, kim jesteśmy jako jednostki, staje się kwestią, od której nie sposób uciec.
      W końcu pomysł, że polityka jest wrogiem, że państwo należy po prostu odrzucić, jest ostatecznie wymówką dla naszej niepewności dotyczącej tego, kim jesteśmy. To nie takie łatwe być jednostką, ponieważ wiąże się z tym nie tylko ogólne odrzucenie wszystkiego, ale też afirmacja danego konkretu. I musimy wybrać, w swego rodzaju wewnętrznej rozmowie z samymi sobą, co będziemy afirmować. Havel przedstawił tę argumentację w warunkach, które były nieskończenie trudniejsze od tych, w których znajdują się piszący mu dziś nekrologi. I uczynił to w sposób tak przejrzysty, spójny i głęboki, że nie możemy o tym zapomnieć.

      grudzień 2011

      Timothy Snyder (1969) – amerykański historyk, profesor Yale University i stały współpracownik Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu. Wybitny znawca problemów nowożytnego nacjonalizmu, dziejów Europy Środkowej i Wschodniej.


      www.krytykapolityczna.pl/Opinie/SnyderPolitycznaneutralnoscnieistnieje/menuid-1.html
      A propos, pod artykułem jest takie ogłoszenie na jakiś pornograficzno-pedalski seans w tej wstętnej, lewackiej spelunie na Nowym Świecie, b. premier Mazowiecki skurwił się już kompletnie chodząc do lewaków:


      Zapraszamy na pokaz filmu Obywatel Havel oraz dyskusję z udziałem Tadeusza Mazowieckiego i Sławomira Sierakowskiego.

      9 stycznia, poniedziałek, go. 18.00, Nowy Wspaniały Świat, Nowy Świat 63, Warszawa
Pełna wersja