diabollo
29.12.11, 17:25
Cała nadzieja w mormonach
Cezary Michalski
Słuchając od czasu do czasu relacji z debat republikańskich kandydatów do prezydentury, nie sposób powstrzymać się od sparafrazowania Zofii Nałkowskiej i nie zakrzyknąć: neokoni nekonom zgotowali ten los. Po tryumfie Partii Herbacianej, po kompletnym zideologizowaniu Partii Republikańskiej, po trzydziestu latach „Rewolucji konserwatywnej w Ameryce” (cyt. za Guy Sorman) rozpoczynającej się jako ciekawy i nieoczywisty ruch protestu (patrz Bunt elit Christophera Lascha), a kończącej się jako ruch Rambo i Terminatorów mieszkających w trajlerach i przerzucanych po kraju w poszukiwaniu roboty, której dla nich nie ma, ale wciąż wierzących, że są klasą średnią in spe, że ich klasowymi przyjaciółmi są prezesi Chevrona i Texaco, a ich główny przeciwnik to Obama próbujący odebrać najbogatszym ludziom i najbogatszym korporacjom przywileje podatkowe dane im przez Busha. Taką świadomość udało się „pisowskiemu ludowi” w jego wersji amerykańskiej zaszczepić i taką świadomość obsługują kandydaci Partii Republikańskiej w tych prawyborach.
Cena za to jest straszna, dziś płacą ją Republikanie, jeśli jednak któremuś z ich kandydatów rzeczywiście uda się zostać prezydentem, zapłaci cała Ameryka i świat. Większość tych kandydatów to bowiem kretyni, co staje się zupełnie jasne, kiedy słucha się zarówno ich wypowiedzi na temat polityki zagranicznej, jak też polityki wewnętrznej. Fakt, że jeden z nich, Rick Perry, jest gubernatorem Teksasu, każe się bardzo niepokoić stanem państwa, od którego zależy także stan świata, choćby dlatego, że polityka gospodarcza tego państwa spowodowała najpoważniejszy kryzys w historii światowego kapitalizmu.
Poza kretynami, w wyrównanej stawce kandydatów Partii Republikańskiej do fotela prezydenta państwa, którego budżet obronny wynosi więcej niż zsumowane budżety obronne wszystkich innych państw świata, startuje jeszcze tamtejsza wersja Janusza Korwin-Mikkego, czyli Ron Paul, a także Newt Gingrich bez wątpienia nie będący kretynem. Jednak szanse tego ostatniego na zostanie republikańskim kandydatem w wyborach prezydenckich nie są duże. W oczach elektoratu, o którego głosy walczy, obciążają go dwa rozwody, za które stale publicznie przeprasza, liczne romanse z podwładnymi, za które także ciągle przeprasza, a wreszcie afery lobbystyczne, za które także ciągle przeprasza (uff). Z drugiej jednak strony Gingrich, jeszcze jako lider republikańskiej większości w Izbie Reprezentantów, na spółkę z Clintonem, prezydentem Demokratów, ofiarował całemu światu parę cudownych lat, zupełnie wyjątkowych na przestrzeni trzech dekad rewolucji konserwatywnej w Ameryce, podczas których Ameryka się nie zadłużała.
Z powodu tych właśnie zaszłości Gingrich był moim faworytem wśród republikańskich kandydatów do prezydentury. Do czasu, kiedy nie zaatakował Mitta Romneya, byłego gubernatora stanu Massachusetts za „socjalizm”. Romney wprowadził kiedyś w swoim stanie, niezależnie od Obamy, a nawet wcześniej od niego, powszechny system ubezpieczeń zdrowotnych, łącznie z obowiązkiem płacenia składki przez wszystkich mieszkańców stanu. Był w tym wymiarze prospołeczny, ale nie dlatego, że oświecenie, ale dlatego, że mormon. Natomiast Gingrich, niezależnie od tego, co naprawdę o reaganomice sądzi i w co naprawdę wierzy, przed dzisiejszym elektoratem Republikanów popisuje się neokoństwem i neoliberalizmem nieskazitelnym, nazywając Romneya nawet nie „liberałem”, co już byłoby ciężką obelgą, ale „socjalistą”. Uzyskujemy w ten sposób dziwaczną przewrotkę, w której republikański fundamentalista (niestety wyłącznie mormon, bo do baptystów to już się nie stosuje) okazuje się bardziej prospołeczny, niż republikański pragmatyk, który zjadł zęby w waszyngtońskich korytarzach władzy i powinien być nieco mądrzejszy, może nawet jest, ale po trzydziestu latach rewolucji konserwatywnej w Ameryce nie wolno mu nawet tego publicznie okazać.
Polski morał jest z tego taki, że największym problemem lewicy w Polsce nie byłby katolicyzm, ale to, że elita polskiego katolicyzmu (nie będę tym razem szedł po nazwiskach ani strukturach kościelnych, bo stałbym się, jak jakiś Palikot, niepopularny w polskim środowisku dziennikarskim, w którym dziś jestem powszechnie lubiany, więc mam do stracenia zbyt wiele) nauczyła się – za pośrednictwem pewnego sympatycznego zakonnika nie pozbawionego intelektualnych ambicji – od Neuhausa, Novaka i Weigla neokonserwatyzmu i neoliberalizmu („podatki to kradzież, państwo to socjalizm, no chyba że jest to państwo amerykańskie, a i ono wyłącznie w czasie wojny z Wietkongiem albo terroryzmem islamskim”). Gdyby elita polskich katolików nauczyła się czegoś od mormonów, walczyłaby dzisiaj o powszechną służbę zdrowia, a nie o jej demontaż. Walczyłaby o równość w dostępie do wiedzy, a nie zachwycała się uklasowieniem kształtcenia od wczesnego wieku przedszkolnego (patrz inicjatywa „ratujmy maluchy przed równością w dostępie do edukacji”). Walczyłaby może nawet o podatkową progresję (tu już oczywiście blefuję, Romney nie jest aż takim „lewakiem” jak niemieccy chadecy – z wyłączeniem Karla-Theodora zu Guttenberga – czy skandynawscy konserwatyści), a nie o podatek liniowy.
Że jednak stało się inaczej, wobec tego nasi przyznający się do katolicyzmu biznesmeni, dziennikarze i wyżsi urzędnicy państwowi nie są chociażby chadekami, ale zwyczajnymi neokonami. Ojciec Rydzyk nie jest socjalistą z pewnymi rysami teologii wyzwolenia, ale zwyczajnym populistą. Kaczyński mógłby być socjalistą, mógłby chociaż być „żoliborskim konserwatystą”, ale też jest populistą. Populizm to fałszywe odpowiedzi na dobre pytania, to kanalizowanie społecznego gniewu w szambiarce, a nie w pięknym przejrzystym strumieniu (no dobra, żartuję, sam nie wierzę w przejrzyste strumienie społecznego gniewu). Populizm to chrapliwy śpiew tłumu, który zastępuje swobodną dyskusję w społeczeństwach takich jak polskie, w których niewiele można powiedzieć, bo jednych rzeczy się realnie nie wie, a innych lepiej w ogóle nie ruszać.
www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Calanadziejawmormonach/menuid-291.html