maria421
06.11.17, 08:41
oto wybrane fragmenty :
W naszych szkołach mamy władzę ustawodawczą - czyli Sejm Szkolny, władzę wykonawczą - czyli Radę Szkoły pełniącą rolę szkolnego rządu i niezawisły Sąd Szkolny. W każdym z tych organów zasiadają, wybierani w demokratycznych wyborach, przedstawiciele trzech szkolnych stanów - uczniów, nauczycieli i rodziców. To nie zabawa, szkolne demokratyczne władze podejmują decyzję w sprawach istotnych dla funkcjonowania naszych szkół. I chcemy te szkolne instytucje demokratyczne wzmocnić, aby nawet dzieci z młodszych klas podstawówki miały świadomość, że mogą mieć rzeczywisty wpływ na to, co dzieje się w szkole.
Córka Lecha Kaczyńskiego, Marta, zdawała przed laty do liceum na Bednarskiej, którego byłam wtedy dyrektorką - i nie dostała się. Jarosław napisał, że początkowo sądził, iż stało się tak dlatego, że była słaba z matematyki, ale szybko został wyprowadzony z błędu. Otóż pewnego dnia - jak opisuje - idąc Krakowskim Przedmieściem, zobaczył swojego znajomego Stefana Starczewskiego, który szedł ze swoją byłą żoną - Krystyną. Jarosław podszedł do nich, żeby się przywitać, ale Krystyna widząc go zaczerwieniła się, odwróciła na pięcie i odeszła. I wtedy zrozumiał, że świadomie skrzywdziła córkę jego brata. Był to, w jego przekonaniu, wyraz zemsty skierowanej przeciwko jego rodzinie za jego ówczesne przekonania i działania polityczne
Ja też nie wiedziałam co odpowiedzieć, gdy z redakcji "Polityki" zadzwoniono do mnie z prośbą o komentarz do tych słów Kaczyńskiego. Przede wszystkim nie pamiętałam takiego spotkania z nim na Krakowskim Przedmieściu. A co do samej sprawy nie przyjęcia do szkoły Marty Kaczyńskiej, to mogę powiedzieć tylko jedno - aby uniknąć jakiejkolwiek stronniczości, kandydaci do naszej szkoły byli podczas egzaminów całkowicie anonimowi. Komisja egzaminacyjna nie znała ich nazwisk - występowali jedynie pod określonymi numerami. Dopiero po ustaleniu wyników egzaminu komisja stwierdzała, kto występował pod określonym numerem. Jarosław uznał jednak, że nie przyjęłam do szkoły Marty celowo, żeby jemu osobiście dowalić. I takie właśnie wyobrażenie o świecie ma ten człowiek - ludzie, którzy nie zgadzają się z nim, są w jego przekonaniu gotowi w różny sposób mścić się na nim i na jego rodzinie.
Porządku pilnują młodzi ludzie płci obojga, ale głównie chłopcy, w mundurach. Z karabinami na plecach. Pytam jednego z nich, czy są harcerzami przebranymi za żołnierzy. "Nie" - odpowiada mi miły chłopiec - "my jesteśmy uczniami klasy mundurowej". I tak mu się oczy zapaliły: "I wie pani - my raz w tygodniu jeździmy na poligon. Inni mają lekcje, a my uczymy się strzelać. I mamy obozy, na których przygotowujemy się do służby w oddziałach obrony terytorialnej. Ja już jestem gotowy do służby w tych oddziałach - umiem strzelać!". Pytam, ile ma lat. Szesnaście. Pierwsza liceum. Służba! Mundur, karabin. Który dzieciak nie będzie chciał skorzystać z takiej propozycji?
Oczywiście musi mieć armię, ale to nie znaczy, że dzieciaki trzeba uczyć strzelania. Problem w tym, że z jednej strony ta obrona terytorialna to jest fikcja - nie wojsko, a z drugiej - to jest rzeczywiście skuteczne oddziaływanie paramilitarne na młodzież. Wracam do sanatorium, włączam TV - na ekranie dzieciaki w mundurach i Macierewicz, który przemawia do młodych ludzi:
"Wy jesteście powołani do największego zaszczytu, jaki może spotkać człowieka. Do przelewania krwi za Ojczyznę. Będziecie bronić Polski przed wrogiem zewnętrznym, jeśli na nas napadnie. I będziecie bronić Polski przed wrogiem wewnętrznym, który już jest!".
Calosc
weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,22597571,starczewska-zamysl-dobrej-zmiany-to-wychowanie-obywateli.html#MT