Gość: HOFKAPELLMEISTER
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
11.06.12, 16:29
Wielce kontent jestem z takiego zakończenia tej finałowej "awantury". To dobre dla tenisa, że Nadal wygrał. Ostatnimi czasy Serb popadł w nieludzką pychę, za szlemowo niedostępnego zwykłym śmiertelnikom się miał, za równego bogom jął się uważać, co mówię, nawet za równiejszego. We Francji swoją zuchwałość w tej materii posunął aż do tego stopnia, że Seppi był już u niego w ogródku, a Tsonga nawet się z jego gąskami począł witać, aż tu nagle następowało trach, trach, trach i trach i serbski pyszałek grał dalej. Z kolei w półfinale z Federera Serb się po prostu naigrywał, bolesne to do oglądania było, jak Federer bierze raz za razem rozpęd i notorycznie wali w serbski mur, a nie mogąc skruszyć w krzaki ciska, a tamten sobie tylko odbija i odbija i nawet na dwa przełamania do tyłu gwiżdże sobie i bez problemu wyrównuje. Strach pomyśleć jak serbski balon by napęczniał, gdyby czwarty raz z rzędu w finale szlemowym ograł Nadala i to jeszcze tym razem z 0-2 w setach (ciężka depresja Hiszpana pewna, jeśli by w ogóle przeżył, bo te inne turnieje szlemowe to jeszcze jeszcze, ale Garros to mogłoby być za dużo nawet dla majorkańskiego człowieka o nadpsychice).
Na całe jednak szczęście dla tenisa skromny, poczciwy Nadal - w momencie, kto wie czy nie najcięższej psychicznie próby w całej swojej karierze - udźwignął brzemię ciążącej na nim odpowiedzialności za uratowanie męskiego tenisa przed narastajacą tyranią Serba, wydobył z głębi swego jestestwa wszystkie zapasy swej legendarnej waleczności i niezłomnego charakteru i porządnie naostrzywszy swój forehand po heroicznym zaprawdę boju sprowadził kolegę Nole z obłoków na ziemię.
Ciężka próba wszystkiego (nie tylko samego grania) dla obu graczy to była zważywszy na trudności towarzyszące rozgrywaniu meczu i presję związaną z różnymi rekordami do pobicia.
Początkowe 2-0 w setach dla Hiszpana i przełamanie w trzecim to wciąż za mało było, bo nawet jeśli Serb nie żyje, to jeszcze wcale nie znaczy, że umarł. A nawet im bardziej nie żyje, tym bardziej pilnować się trzeba. Ciekawa rzecz jest z tym serbskim facetem, wiele meczy zaczyna jakby słaniając się na nogach, ale im dłużej trwa mecz, tym bardziej żywy i przytomny na umyśle się robi. Ale właśnie te słabe starty w meczu finałowym go kosztowały i zgubiły i to dwa razy: raz wczoraj, bo został z wynikiem daleko z tyłu, i musiał gonić i drugi raz dzisiaj, bo zaraz na starcie stracił przewagę przełamania, która mu została po wczorajszym babraniu się w błocie i sam musiał wynik wyrównywać.
A wczoraj kończyło się tak, że Djokovic w krytycznym momencie przewalczył swoją niemoc, radykalnie wzmógł agresywność swojej gry, spłaszczył uderzenia, kończył, nie mylił się i Nadal zaczął być pod mocną presją, jakaś niezaradność i zagubienie się u Hiszpana wkradły, pewność uderzeń się zaczęła ulatniać, z nosa kapało co najmniej tak jak z nieba, a gemy jeden za drugim odpływały. Coraz częściej na obliczu Hiszpana pojawiały się oznaki niepewności i nerwowego napięcia, a na serbskiej gębie coraz wyraźniej zaczęły występować oznaki wysokiego ukontentowania i przekonanie: teraz juz cię mam bratku i nie ujdziesz mi. Z drugiej strony Nadal to jednak nie byle jaki pętak i z pewnością jeszcze by się odnalazł, gdyby grali wczoraj dalej, choc rzecz trochę w kierunku Serba zaczynała się wychylać. No ale potęgująca się - że się tak wyrażę - gó...aność pogody zakończyła wczorajsze granie w dobrym bardziej dla Nadala momencie, bo i w końcu wygrał gema na 1-2 w czwartym (po ilus tam kolejnych dla Serba). Poczciwina Nadal mógł więc odetchnąć i z większym optymizem spojrzeć w przyszłość.
Dzisiejsze dogranie - jako się rzekło - zaczęło się od tego, że Serb swoim zwyczajem kupy się jakoś szczególnie na początku nie trzymał, a Nadal był swoim zwyczajem energiczny i mocno skoncentrowany i z miejsca zaczął świdrować forehandem. Jak zafundował rywalowi dwie długie akcje, to zaraz Serb swoim zwyczajem zaczął łowić powietrze, choć dopiero zaczęli. A zatem przewagę przełamania jak to się mówi diabli wzięli. 2-2. Dalej 3-2 dla Hiszpana i teraz to Djokovic będąc po - że się tak wyrażę - niekorzystnej stronie wyniku musiał wyrównywać, zaczął więc być pod presją, a jego nerwowość całościowo rosła, choc po drodze były tez rzeczy lepsze. Tym niemniej na oko było widać, ze Nadal robi lepsze wrażenie. Ale wrażenie, a wynik to nie zawsze to samo. Po drodze deszcz jeszcze znów próbował się przypętać, nawet na chwilkę przysiąść trzeba było, ale mniejsza juz o to. W końcu przy 5-6 Djokovic jednak nerwowo pękł, wypsnęło mu się, a następnie przy piłce meczowej w jeszcze większym popłochu zakończył mało chwalebnie podwójnym błędem serwisowym i tak oto "Novak Slam" odpłynął w siną dal, a kolega Nadal znów wygrał Roland Garrosa.