Gość: Jędrzej
IP: *.dynamic.chello.pl
26.01.13, 12:51
Inaczej niesposób sobie wytłumaczyc to, co działo się podczas tego Australian Open. Najpierw kontuzje usunęły jej z drogi Serenę Williams, murowaną faworytkę turnieju, z którą miała grać w półfinale. Rundę wcześniej wszelako, najwyraźniej pod wpływem urazu pleców, Serena odpadla i Aza grała nie z nią ale z młodą, nieopierzoną Stephens, z którą niewątpliwie było jej poradzić sobie dużo łatwiej (choć i tak bez problemów i sztuczek z przerwą medyczną nie obeszło się).
W finale zmierzyła się z rewelacją turnieju Na Li. Chinka grała w tej imprezie fantastycznie, po odpadnięciu Williams to ona była murwaną faworytką. I faktycznie - od pierwszych piłek meczu finałowego Li stawia Azarenkę do kąta, nie daje jej dużo pograć. I cóż - nie czekamy dliugo i widzimy, jak w pewnym momencie Li traci na śliskiej nawierzchni równowagę, podwija jej się stopa, przewraca się. Potem wraca na kort, ale gra już nie tak świietnie, widać, że boi sie o chorą kostkę. Przegrywa drugiego seta, a na początku trzeciego - znów się przewraca, a próbując chronić kontuzjowaną stopę nie podpiera się nią przy upadku i wali potylicą o podłoże. Wstaje z trudem, wyraźnie oszołomiona. To już był koniec meczu, Azarenka bez większych problemow dokończyła grę i obroniła tytuł.
Ja wam radzę, kochani - jeśli kiedykolwiek w swym życiu natkniecie sie na pannę Wiktorię, zejdźcie jej z drogi. Inaczej - ani chybi - z Lucyferm będziecie do czynienia mieć;)