Dodaj do ulubionych

Mój wakacyjny wypad ...

25.07.06, 15:51
Pozazdrościłem Ernestowi i postanowiłem opisać swój wakacyjny wypad. Zresztą z
takim zamiarem nosiłem się już wcześniej, tylko nie zakładałem, że będę robił
to publicznie. Ale doszedłęm do wniosku, że niewielka dawka zdrowego
ekshibicjonizmu nie zaszkodzi. Oczywiście z racji publicznego charakteru tej
"spowiedzi" pominę co bardziej osobiste szczegóły, żeby nie naruszyć prawa do
prywatności moich przyjaciół, którzy mi towarzyszyli.
Każdy dzień opiszę w oddzielnym wpisie (albo w większej ich liczbie w
zalezności od natchnienia). I będzie to raczej nieregularna publikacja, bo
wiele zależy od tego, czy mnie akurat nawiedzi muza, czy nie. :-))
Obserwuj wątek
      • roman_j Re: Mój wakacyjny wypad ... 25.07.06, 16:50
        ernest_pinch napisał:

        > No przyznam ze jestem ciekawy, bo bodajze rok temu miales opisac, ale pozniej
        > jakos liscie jesienne okryly wspomnienia :)

        Zabrakło weny...

        > A moze zlozy sie z tego jakis blog? hehe

        Na blog nie mam dość zapału, a i pokłady ekshibicjonizmu za płytkie. :-))
    • roman_j Słownik trudniejszych pojęć ... 25.07.06, 16:50
      Zanim zacznę pisać o wyjeździe, muszę objaśnić kilka pojęć, którymi będę się
      posługiwał w mojej publikacji. Dzięki temu będzie ona czytelniejsza. Pojęcia
      będą umieszczone w porządku przypadkowym i nie wykluczam, że w trakcie pisania
      zamieszczę aneks do tego słownika. :-))

      OWRP - Ogólnopolski Wysokokwalifikowany Rajd Pieszy; impreza corocznie
      organizowana przez PTTK za każdym razem w innym miejscu Polski; udział w niej
      sprowadza się do przywleczenia się na start i codziennym przemieszczaniu się na
      kolejne miejsce noclegu; plusem jest to, że organizatorzy przewożą sprzęt, więc
      nie trzeba wszystkiego dźwigać na własnych plecach; minusów jest tak wiele, że
      nie straczyłoby miejsca na wymienienie wszystkich, ale właśnie ze względu na te
      minusy jest to impreza, która uzależnia.

      ojciec Konrad - skojarzenia z o. Konradem Hejmą tylko częściowo uzasadnione;
      jeden z weteranów OWRP; w tym roku szedł po raz 31; turysta z Radomia; członek
      ważnych gremiów PTTK; w tym roku szedł trasą numer 1, czyli tzw. trasą VIP-owską.

      trasa VIP-owska - zwykle najdłuższa trasa OWRP, na której spotkać można
      OWRP-owskie VIP-y; zarówno pojęcie trasy VIP-owskiej, jak też VIP-a jest umowne,
      nieoficjalne i funkcjonuje tylko w wąskim gronie OWRP-owiczów; w zeszłym roku
      mialem przyjemość iść trasa VIP-owską, a w tym roku z różnych względów wybrałem
      mniej prestiżową trasę nr 3.

      pies - czworonożne stworzenie, które niektórzy ludzie nie wiedzieć czemu ciągają
      ze sobą na OWRP; pies zwykle zajmuje się wyżeraniem śniadań, grzebaniem w
      śmieciach, a w drastycznych przypadkach także obsikiwaniem namiotów.

      prysznic - marzenie każdego OWRP-owicza; zwykle ziszcza się kilka razy podczas
      noclegów na trasie; jego odmiana - prysznic z ciepłą wodą, to miraż, który
      niektórym śni się jeszcze podczas pierwszych nocy w namiocie; potem to przechodzi.

      Tercet Egzotyczny - nieoficjalna nazwa jeszcze mniej oficjalnej drużyny
      OWRP-owiczów składającej się z Kobiety z Zachodu i Facetów z Centrum; drużyna ta
      będzie głównym bohaterem dalszych zapisków.

      Kobieta z Zachodu - średniozaawansowana wiekiem uczestniczka OWRP mająca na
      karku trzy takie imprezy; członkini Tercetu Egzotycznego, do którego dołączyła
      jako ostatnia rozmywając jego pierwotnie samczy charakter; szczęśliwa żona i
      matka; dość sprawnie rozkłada zmęczonym Facetom namioty (te do spania), ale
      przydałby się jej jeszcze trening; uwielbia samcze dowcipy.

      Faceci z Centrum czyli drużyna R&R - dwóch facetów, początkowo outsiderów,
      którzy poznali się pierwszego dnia XLVI OWRP, który dla obu był rajdem
      dziewiczym; obecnie mają na karku po dwa OWRP i od trzeciego będą już starymi
      wyjadaczami; jeden z Facetów jest autorem niniejszego słownika, a drugi też jest
      równym gościem, wyczynowcem, który, jeśli jest taka potrzeba, potrafi przejść
      nawet 100 km na raz i ma na to papier; czasem lubi się oderwać od peletonu, ale
      wiedziony intuicją zawsze w odpowiednim momencie czeka na wyczerpaną końcówkę
      swojej drużyny, której serwuje wtedy płyny, dobre słowo, a jak trzeba to również
      kuksańce na zachętę.

      cioteczka - specyficzna uczestniczka OWRP; zwykle starsza kobieta (na mężczyzn o
      takiej charakterystyce nie ma specyficznego określenia); na różne sposoby psuje
      atmosferę rajdu (i bynajmniej nie przez problemy z trawieniem); nieodłączny
      element rajdu nadający mu nieco pokutny charakter.

      św. Marcin - jeden z kierowników trasy nr 3 XLVII OWRP; doczekał się ksywy ze
      względu na specyficzny sposób wysławiania się oraz rzucający się w oczy
      różaniec-obrączkę; ogólnie równy chłopak; na OWRP debiutant, ale obiecał, że za
      rok też pójdzie.

      hasło OWRP - tradycja OWRP sięgająca zeszłego roku nakazująca wybranie hasła, z
      którym na ustach ruszamy w trasę; hasłem tegorocznym było: "My nie jesteśmy z
      Polski"; kulisy powstania tego hasła zostaną prawdopodobnie opisane.

      transfuzja - uzupełnienie ubytków w płynach ustrojowych za pomocą produktów
      lokalnego przemysłu browarniczego; dokonywana zwykle raz lub dwa razy w trasie w
      zależności od potrzeb.

      asfaltoza - pojęcie wieloznaczne; oznacza zarówno niezrozumiałą skłonność
      organizatorów do prowadzenia tras drogami afaltowymi, jak też zespół negatywnych
      odruchów wywołanych nadmiarem asfaltów na trasie; nasila się zwykle podczas odprawy.

      odprawa - spotkanie mające na celu omówienie kolejnych fragmentów dróg, na
      których uczestnicy OWRP będą dokonywać oceny jakości nawierzchni asfaltowych.

      outsider - samotny uczestnik OWRP, zwykle dziewiczy, który z racji braku
      znajomych zwykle dość demonstracyjnie izoluje się od reszty towarzystwa; status
      ten traci się zwykle dość szybko, bo na dłuższą metę nie daje się funkcjonować
      na OWRP samotrzeć; outsiderzy mają tendencję do grupowania się w większe
      formacje takie jak np. Tercet Egzotyczny.

      strefa zrzutu - miejsce, gdzie król idzie piechotą; po czesku: záchod, ale nie
      mylić z Zachodem z określenia Kobieta z Zachodu.

      posiedzenie - pobyt w strefie zrzutu; dzieli się na owocne i bezowocne.

      To na razie tyle OWRP-owych pojęć. Słownik będę uzupełniał w razie potrzeby lub
      na wniosek czytelników chcących, aby im przybliżyć jakieś pojęcie. :-))
    • roman_j Prolog - czyli jak się w tym roku wszystko zaczęło 26.07.06, 13:30
      O OWRP zaczynam myśleć już gdzieś w okolicach marca, a śnić dwa tygodnie przed.
      Gdzieś na tydzień przed imprezą nawiązałem kontakt z drugim Facetem z Centrali,
      żeby ustalić, jak każdy z nas zamierza dotrzeć na start rajdu. Opcje są zawsze
      co najmniej dwie. Mozna przyjechać dzień wcześniej i przenocować w miejscu
      startu lub przyjechać w dniu rozpoczęcia imprezy, zostawić toboły i od razu
      ruszyć w trasę. W zeszłym roku ja wybrałem ten pierwszy wariant. W tym roku też
      tak planowałem, ale okazało się, że drugi Facet z Centrali umówił się z Kobietą
      z Zachodu, że przyjadą w niedziele do Opola na prolog (nasza trasa ruszała w
      środę) i na start przyjadą w środę rano. Mnie też zaprosił, ale ja ze względu na
      napięty grafik nie mogłem sobie pozwolić na rozpoczęcie urlopu wcześniej niż
      planowałem. W tej sytuacji zdecydowałem się wybrać wariant drugi, a noc przed
      wyjściem w trasę spędzić we Wrocławiu u braciaka. Od słowa do słowa okazało się,
      że pozostałe 2/3 Tercetu będzie jechać na start właśnie z przesiadką we
      Wrocławiu i na miejsce dojedziemy tym samym pociągiem. Tyle, że oni na
      przesiadkę mieli tylko 7 minut. Ponieważ jechali pociągiem dalekobieżnym (z
      Lublina) stawiałem na to, że PKP nie stanie na wysokości zadania i nie zdążą na
      przesiadkę. Zaoferowałem więc pół-żartem, że w razie czego "skomunikuję" ich
      pociąg z naszym np. kładąc się na torach, żeby pociąg nie odjechał dopóki się
      nie przesiądą. Później doszedłem do wniosku, że jednak nie chciałbym zostać
      drugim Zbyszkiem Cybulskim i rozważałem nielegalne nadużycie hamulca
      bezpieczeństwa. Na całe szczęście nie musiałem tego robić, bo ich pociąg
      przyjechał 4 minuty ... przed czasem (!). W chwilę później już witalismy się na
      peronie i zapakowaliśmy się w trójkę do pociągu. Kilka minut później ruszyliśmy
      do kierunku Starczowa, skąd startowała nasza trasa. W tym momencie XLVII OWRP
      uznaliśmy za otwarty.
      c. d. n.
    • roman_j Dzień pierwszy - Starczów -> Złoty Stok 26.07.06, 21:12
      Dzień pierwszy zaczął się od zaskoczenia. Dowiedziałem się od moich
      współtowarzyszy drogi, że termin wymarszu początkowo zaplanowany na godzinę 9.00
      został przesunięty na 8.00. To oznaczało, że zamiast z bezpieczną rezerwą czasu
      przybędziemy na miejsce solidnie spóźnieni. Dobra wiadomość była natomiast taka,
      że jakaś szyszka z opolskiego PTTK-u (chyba sam szef) obiecała, że będziemy
      mieli transport z dworca na miejsce startu. Padła nawet propozycja, żeby
      ewentualnie na tym dworcu zaczekać na grupę, którą ma przezeń przechodzić, gdyż
      jest on zabytkowy. Byliśmy więc, mimo tej niespodzianki, dobrej myśli. W
      międzyczasie w pociągu spotkaliśmy dwie turystki znajome z poprzedniego OWRP.
      Niedługo potem razem wypakowaliśmy się w Starczowie i ... ze zdumieniem
      skonstatowaliśmy, że rzeczony dworzec to taka nieco większa obórka stojąca w
      szczerym polu i bynajmniej nie wyglądająca na zabytek. Nie widać też było
      żadnego transportu na horyzoncie. Po krótkim namyśle i przestudiowaniu mapy
      wzięliśmy toboły i ruszyliśmy, wciąż jeszcze z całym dobytkiem, w stronę wsi. Do
      przejścia był dobry kilometr albo i ze dwa. Na miejscu okazało się, że grupa już
      wyszła (co było do przewidzenia) i zostali tylko indywidualiści, maruderzy i
      rowerzyści. Powitał nas jeden z dwóch kierowników trasy - wąsaty niedogolony
      jegomość w kapeluszu i krótkich gaciach, którego sposób mówienia sugerował, że
      cierpi on na częściowy szczękościsk. Poza nim kręciło się jeszcze w pobliżu
      nieletnie pachole, które jak się potem okazało było jego potomkiem w linii
      prostej. Nie wdając się w pogawędki podciągnęliśmy tabory, czyli doprowadziliśmy
      na miejsce nasze kobiety, które zostały gdzieś na drodze i zostawiwszy bagaże
      ruszyliśmy w pościg. Pierwszym celem był dworzec w Kamieńcu Ząbkowickim, gdzie,
      jak liczyliśmy, grupa miała zamarudzić. Niestety, rachuby nas zawiodły i po
      dotarciu na miejsce musieliśmy kontynuować pościg. Doszliśmy resztę grupy
      dopiero przy pałacu księżnej Wilhelminy Orańskiej w Kamieńcu:
      marczyk.org/fotograf/kamieniec/kamieniec.html
      Piszę "przy", ale tak się złożyło, że grupa była "w" pałacu, a my "poza"
      pałacem. Obecnie jest tam bowiem prywatny hotel (po drodze objazgotały nas psy
      zza ogrodzenia) i zwiedzać można tylko grupowo z przewodnikiem. A że przewodnik
      był tylko jeden, więc pozostawało nam czekać, aż grupa, która weszła, wyjdzie.
      Po namyśle postanowiliśmy darować sobie zwiedzanie i zyskać nieco przewagi na
      trasie. Kobieta z Zachodu pstryknęła nam tylko zdjęcie na tle wejścia i
      ruszyliśmy dalej do dawnego opactwa cystersów. Gdy doszliśmy na miejsce, był tam
      już nasz przyjaciel ze szczękościskiem. Jakby tego było mało, zaczęła się psuć
      pogoda i zaczął kropić deszcz. Na szczęście za niedługo zauważyliśmy, że zza
      zakrętu wyłania się jakaś niezorganizowana horda i drogą dedukcji doszliśmy do
      wniosku, że to nasi. Ogląd grupy pozwolił stwierdzić, że jest ona ze dwa razy
      liczniejsza niż rok wcześniej i wiekowo bardziej zróznicowana z przewagą
      młodzieży. Udało się nam również namierzyć kolejną znajomą - panią Alę, z którą
      wiąże się pewna anegdota, którą może później przytoczę. Po nadciągnięciu grupy
      zwiedziliśmy wspólnie muzeum oraz pobliski kościół i ruszyliśmy na miasto.
      Uzupełniwszy zapasy wody i posiliwszy się czym kto miał ... odłączyliśmy się od
      reszty towarzystwa i ruszyliśmy w kierunku Złotego Stoku. Trzeba Wam bowiem
      wiedzieć, że na OWRP nie chodzi się kupą, jak na pielgrzymce (nota bene OWRP
      nazywa się czsem "świecką pielgrzymką"), ale w mniej lub bardziej licznych
      grupkach. Cała trasa spotyka się tylko na noclegach i to jest wystarczająca
      ilość czasu spędzanego wspólnie, żeby za sobą nie tęsknić przez cały następny
      dzień. Zwłaszcza, jeśli w nocy odbywają się balety.
      Trasa tego dnia nie utkwiła mi jakoś szczególnie w pamięci. I to bynajmniej nie
      z powodu tranfuzji, których tego dnia jeszcze nie potrzebowałem. Bardziej
      interesowało mnie moje towarzystwo, którym musiałem się nacieszyć po około 350
      dniach rozłąki. Pamiętam tylko, że przez Ożary i Mąkolno doszliśmy w końcu do
      Złotego Stoku, a na ostatniej prostej oderwał się od naszego peletonu Facet z
      Centrum, którego w dalszej części opisu dla uproszczenia będę nazywał Rafi.
      O obozowaniu i noclegu w Złotym Stoku napiszę w kolejnej części.
        • roman_j Re: Dzień pierwszy - Starczów -> Złoty Stok 27.07.06, 13:47
          ernest_pinch napisał:

          > Widze nawet role dla siebie! - łacznik. :) Mianowicie jezdze piaggio miedzy
          > grupami, dowoze jakies klamoty, piwo, gadkuje i ogolnie jestem wyluzowany :)

          Chyba nie ma zapotrzebowania na takie usługi. Klamoty wożą organizatorzy.
          Zaopatrzenia w piwo do transfuzji można dokonać niemal w każdej wsi, a w każdym
          miasteczku jest jakiś Lewiatan, Żabka czy cuś w tym stylu, gdzie można zrobić
          poważniejsze zakupy. :-))
          Chcociaż nie do końca. Przyznaję, że na jednym etapie przydałby się taki
          zaopatrzeniowiec. To było drugiego dnia, kiedy trasa wiodła z dala od siedzib
          ludzkich, więc był problem z uzupełnianiem zapasów wody. Nie wiem tylko, jakbyś
          sobie poradził w urozmaiconym terenie: bezdroża, duże różnice wysokości,
          haszcze. ;-))
          • ernest_pinch Re: Dzień pierwszy - Starczów -> Złoty Stok 27.07.06, 14:44
            No tak, na ciezki teren piaggio odpada:) Optymalnym rozwiazaniem byłaby
            terenówka - coś w stylu nissana terrano. Albo może jakiś honker ? Wtedy np.
            jechałbym w moro w hełmie z bawolimi rogami "old german style" a z tyłu
            choragiewka "Africa Corps". Dodatkowo czesto zachowuje sie jak Niemiec -
            halasuje, żlopie piwsko ;-) Po pierwszym rajdzie może udaloby mi sie wypracowac
            sobie marke "aaa, to Ernest, dobry duch z Centrum" hehe
    • roman_j Pierwszy nocleg - Złoty Stok 27.07.06, 14:54
      Na obozowisko w Złotym Stoku został wybrany miejscowy stadion. Spodziewaliśmy
      się ciepłego przyjęcia, bo ktoś na ostatnich metrach rozpuścił plotkę, że witać
      nas będzie sam burmistrz i orkiestra dęta. I nawet daliśmy się wtedy na to
      nabrać, ale nie można zbyt wiele wymagać od piechurów, którzy spędzili cały
      dzień na słońcu. Oczywiście żadnego uroczystego powitania nie było, a
      wystarczającą uprzejmością ze strony miejscowych było to, że potraktowali nas z
      uprzejmą obojętnością, co, jak uczy doświadczenie, nie zawsze ma miejsce.
      Po dojściu na miejsce noclegu w pierwszej kolejności wzięliśmy się za
      rozkładanie namiotów i tu czekała nas niemiła niespodzianka. Grunt był wyjątkowo
      kamienisty i szpilki od namiotów wchodziły zwykle tylko do połowy, po czym
      wciskane dalej przyjmowały najdziwniejsze kształty. W końcu po bólach udało się
      nam jakoś rozłożyć sypialnie i podążyliśmy w kierunku namiotu kierownictwa, żeby
      dopełnić formalności, których rano nie mieliśmy możliwości dopełnić i odebrać
      materialy krajoznawcze, czyli mapy i foldery oraz to co najważniejsze - tzw.
      "blachę" bez której ja nie czułbym się pełnoprawnym OWRP-owiczem.
      Tu kilka słów wyjaśnienia nt. "blachy". Blacha to rodzaj okolicznościowej
      odznaki, jaką dostaje każdy uczestnik OWRP poza okolicznościową koszulką. Starzy
      uczestnicy OWRP mówią, ze kiedyś "na blachę" można było za darmo albo z dużą
      zniżką zwiedzać różne obiekty na trasie, ale ostatnio wiele z nich się
      poprywatyzowało i trudno wynegocjować wstępy czy zniżki. Pozostaje więc tylko
      blacha znakiem rozpoznawczym uczestników OWRP no i oczywiście pamiątką. Moja
      tegoroczna blacha zwisa na smyczy (też z OWRP) nad biurkiem i przypomina miłe
      chwile spędzone na rajdzie.
      Wracając do tematu, to my z rafim gładko załatwiliśmy formalności z
      kierownictwem, czego nie można powiedzieć o Kobiecie z Zachodu, w przypadku
      której dał o sobie znać silnie rozwinięty zmysł konsumencki. Nie wdając się w
      szczegóły napiszę tylko, że postawiła kierownictwo ostro do pionu, tak że do
      końca rajdu traktowano ją (i nas pośrednio też) z mieszaniną należnego szacunku,
      nieśmiałości, obawy, obrzydzenia i rezerwy.
      Warunki sanitarne były znośne. Podobno była nawet ciepła woda pod prysznicami.
      Niestety, wyłącznie w szatni gospodarzy (polska gościnność się kłania), którą
      zaanektowały kobiety mimo, że kierownictwo wprowadziło limity: jedna godzina dla
      facetów, a po niej jedna godzina dla kobiet i tak na zmianę. Niestety, ten
      sprawiedliwy podział wziął w łeb i obaj z Rafim musieliśmy się zadowolić zimnym
      tuszem. Plusem tej sytuacji było to, że nie było zbyt wielu chętnych do mycia,
      więc nie musiałem długo czekać, aż się zwolni miejsce, a kiedy już wlazłem pod
      prysznic nikt mnie nie poganiał. Rano sytuacja zmieniła się o tyle, że panowie
      odbili szatnię gospodarzy, o czym nie wiedząc poszedłem zrobić klocka do szatni
      gości dziwiąc się, co w niej robią kobiety.
      Noc była ciepła, tak że można było spać w samej bieliźnie na śpiworze. O ile
      komuś udało się zasnąć. Ja miałem z tym problem, mimo dokonanej przed snem
      transfuzji, bo z jednej strony dochodziło do mnie donośne chrapanie, dzięki
      któremu miałem wrażenie, że rozbiłem namiot na wybiegu hipopotama (a raczej
      hipopotamicy, bo to podobno chrapała kobieta), a z drugiej strony trwał w
      najlepsze festiwal piosenki wszelakiej. Zapamiętałem z niego taką oto piosenkę
      turystyczną:
      "Uciekaj chamie z mego pola,
      Bo tutaj rośnie ma fasola.
      Nie będziesz dupą trawy gniótł,
      A twoje gó...o to nie miód"
      Podobno w oryginale pierwsze słowo zaczyna się na "s", ale ze względu na
      młodzież przyjęto bardziej cenzuralne słowo. ;-))
      Chociaż hipopotam nie ucichł, a festiowal skończył się dobrze po północy, to
      jednak w końcu udało mi się zasnąć. Zmęczenie przeważyło i tak minął wieczór i
      poranek - dzień pierwszy. :-))
      c.d.n.
    • roman_j Dzień drugi - Złoty Stok -> Javorník (Uhelná) 28.07.06, 09:52
      Dnia drugiego wstałem dość wcześnie, bo około 7.00. Zaraz po wstaniu i porannej
      toalecie wziąłem się za zwijanie namiotu. Takie już mam odruchy, że najpierw się
      zwijam, a dopiero potem jem śniadanie. Podobny zwyczaj ma Kobieta z Zachodu, ale
      mamy całkowicie odmienne motywacje. Ona po prostu nie chce składać namiotu z
      pełnym żołądkiem, bo trzeba się przy tym trochę pogimnastykować, a pełny brzuch
      sprawia, że nie jest to zbyt przyjemna gimnastyka. Ja natomiast wychodzę z
      założenia, że najpierw obowiązek, a potem przyjemność. Drugi Facet z Centrum dla
      odmiany najpierw je śniadanie, a potem składa namiot, w czym zwykle mu pomagamy,
      jeśli jesteśmy już po śniadaniu. Takie są plusy dlugiego spania, czego Rafi na
      OWRP nie chce sobie odmawiać. I tak poszedł wielokrotnie na kompromis, bo miał
      wstawać o 8.30, podczas gdy często o tej godzinie już wychodziliśmy w trasę.
      Drugiego dnia pierwszym punktem programu było zwiedzanie kopalni złota w Złotym
      Stoku. Na miejscu byliśmy przed 9.00 i czekaliśmy na przewodnika. Kiedy wreszcie
      się pojawił, św. Marcin zaapelował, żebyśmy się podzielili na dwie grupy, z tym
      że w pierwszej najlepiej, żeby znalazły się osoby, które mogą mieć problem z
      przekraczaniem granicy, bo np. mają stary dowó i nie mają paszportów. Początkowo
      chcieliśmy iść z pierwszą grupa, choć nasze paszporty były OK, ale w końcu
      zdecydowaliśmy się poczekać. I to była bardzo dobra decyzja, bo o ile pierwsza
      grupa miała sympatycznego na pierwszy rzut oka przewodnika, to nas oprowadzała
      jeszcze bardziej sympatyczna przewodniczka: młoda, ładna, inteligentna, dowcipna
      ... rozmarzyłem się.
      W kopalni było chłodno, dlatego założyliśmy cieplejsze ubrania. Na początku
      zwiedzania dowiedzieliśmy się, że kopalnia złota, którą zwiedzaliśmy była
      właściwie fabryka arszeniku, a złoto było niejako produktem ubocznym, bo
      występowało w rudzie arsenu. Podobno ta kopalnia była przez bardzo długi czas
      jedyną wytwórnią arszeniku w Europie i na pewno arszenikiem z tej kopalni
      podtruwano Napoleona. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że na arszenik można się
      częściowo uodpornić. Jeśli przyjmuje się go w małych dawkach organizm
      przyzwyczaja się do niego i po pewnym czasie podanie teoretycznej dawki
      śmiertelnej nie powoduje zgonu. Żeby było ciekawiej, arszenik uzależnia.
      Znamiennym tego przykładem są losy mieszkańców okolic złotego stoku, którzy
      przez lata mieszkając tutaj pili wodę z okolicznych cieków wodnych zawierającą
      arszenik. Kiedy niektórzy z nich wyprowadzili się z tej okolicy, szybko zaczęli
      zapadać na różne choroby i szybko umierali. Podobno to wskutek braku arszeniku w
      diecie, do którego organizm przywykł. To mi trochę przypomina sytuacje, które
      znam ze słyszenia, kiedy nałogowi palacze rzucili z dnia na dzień palenie i ich
      organizm się z dnia na dzień "posypał". Jak widać, z uzależnieniami trzeba
      postępować ostrożnie. Radykalne rozwiązania nie są wskazane.
      Długo można by pewnie opisywać różne ciekawostki kopalniane, ale nie będę
      odbierał chleba przewodnikom. Napiszę tylko o dwóch ciekawych punktach
      wycieczki. Pierwszym była "komora śmierci". Jak się dowiedzieliśmy, to tam
      wymierzano karę złodziejom złota. A była to kara wyjątkowo okrutna.
      Nieszczęśnika przyłapanego na kradzieży stawiano przodem do skały, wkładano mu
      ręce do wydrążonych w niej otworów i zamurowywano je. Po czym zostawiano go tam.
      Człowiek ten umierał prawdopodobnie z pragnienia, jeśli do tego czasu nie
      zeżarły go żywcem szczury. Straszna śmierć. Wyobraziłem sobie siebie w takiej
      sytuacji i ciarki mi przeszły po plecach. Ciarki przeszły mnie w kopalni jeszcze
      jeden raz, ale z nieco innego powodu. Nasza przewodniczka w jednej z komór
      opowiedziała nam, że istnieje takie przekonanie, że jeśli para przejdzie przez
      tę komorę trzymając się za ręcę i na koniec się pocałuje, to będzie ze sobą
      przez całe życie. Rozejrzałem się w popłochu, czy w sąsiedztwie nie ma żadnej
      cioteczki i na wszelki wypadek schowałem ręce głęboko do kieszeni, a na głowę
      naciągnąłem kaptur... ;-)) Przy tej okazji nasza przewodniczka zapytała, czy są
      w grupie jakieś kochające się pary, na co padła odpowiedź, że nie, są tylko
      małżeństwa. Drugą ciekawostką kopalnianą był podobno największy podziemny
      wodospad. Oprócz tego, że jest największy, jest wyjątkowy też dlatego, że,
      według słów naszej przewodniczki, 520 razy przekracza normy dopuszczalnych
      zanieczyszczeń chemicznych i jest to jego stan naturalny, a nie wynik
      działalnośc przemysłu.
      Na pamiatkę z kopalni daliśmy sobie wybić ... nie, nie zęby, ale monetę. Złota
      na pewno nie jest, ale ładnie taką udaje. No i kosztowała tylko 4 zeta. Po
      zaopatrzeniu się w taką pamiątkę i uzupełnieniu materiałów kartograficznych
      ruszyliśmy w stronę granicy polsko-czeskiej.
      c.d.n.
    • roman_j Dzień drugi - Złoty Stok -> Javorník (Uhelná) c.d 30.07.06, 01:09
      Kolejną atrakcją tego dnia było forsowanie granicy polsko-czeskiej. Do przejścia
      granicznego z kopalni było nie więcej jak dwa kilometry, więc dotarliśmy tam
      dość szybko. Przejście graniczne Złoty Stok-Bílá Voda to typowe przejście
      turystyczne czynne w określonych godzinach i składające się z budki, szlabanu,
      kilku tablic informacjnych oraz gablotki z informacjami m.in. jak chronić sie
      przed ptasią grypą. Kiedy doszliśmy na miejsce, była już tam spora grupka
      naszych ufromowana w kolejkę. Za obsługę robiło dwóch funkcjonariuszy straży
      granicznej, którzy od razu wpadli w oko Kobiecie z Zachodu. Ponieważ niedawno
      dowiedziałem się, że kobiety w czasach obecnych na przystojnych facetów mówią
      per "ciacho", więc mogę właściwie napisać, że granicy strzegły dwa "ciacha". Na
      ten widok oczy naszej towarzyszce drogi się rozmaśliły i zaczęła coś przebąkiwać
      o kontroli osobistej. Chcąc brutalnie sprowadzić ją na ziemię przypomniałem, że
      w takiej sytuacji, to ona będzie się rozbierać, a nie oni, ale nic to nie dało.
      Na szczęście nie doszło do żadnych incydentów granicznych, bo strażników
      interesowały wyłącznie paszporty, a nie wdzięki naszych pań. A że z paszportami
      wszystko było w porządku, wkrótce znaleźliśmy sie po drugiej stronie granicy.
      Bílá Voda to mała wioska, tu za którą minęliśmy "nemocnice na kraji města", a
      dokładniej "Psychiatrická léčebna", czyli psychiatryk. Trzeba przyznać, że
      lokalizacja tej instytucji jest bardzo trafiona: cisza, spokój no i do Polski
      blisko.
      Niestety tuż za Bílą Vodą skończyła się chwilowo cywilizacja w tym sensie, że aż
      do samego Javornika droga wiodła szlakiem wśród gór i lasów, ale za to z dala od
      sklepów. To była zła wiadomość, ponieważ przed wyjściem nie zadbałem o
      uzupełnienie zapasów wody. Na szczęście reszta naszej drużyny miała pewne
      zapasy. Jak się okazało, bardzo się one nam przydały.
      Droga była dość monotonna. Od czasu do czasu do naszych nozdrzy dochodził
      specyficzny zapach padliny roztaczany przez owocniki grzyba o nazwie sromotnik
      bezwstydny (jego łacińska nazwa jest jeszcze bardziej bezwstydna, bo brzmi:
      Phallus impudicus). Z początku szliśmy w kupie, ale z czasem peleton się
      rozciągnął, a w pewnym momencie nawet nasz Tercet się zdekompletował. Rafał
      poczuł zew natury i wrzucił drugi bieg. Zwykle nie ruszamy w takiej sytuacji w
      pogoń, ale ja sie tym razem zawziąłem, że dotrzymam mu kroku i towarzystwa.
      Dzielnie sie trzymałem przez jakies dziesięć minut, ale kiedy na dość stromym
      podejściu tętno skoczyło mi do 180 uderzeń na minutę, przed oczami zaczęły
      pojawiać się mroczki, a Rafał coraz bardziej się oddalał, stwierdziłem, że może
      tym razem dam sobie na wstrzymanie i zatrzymałem się. Poszedłem sobie na stronę,
      poczekałem kilka minut na Kobietę z Zachodu, ale musiała został sporo w tyle, bo
      się nie doczekałem i poszedłem dalej. Za jakiś czas jednak znów byliśmy w
      komplecie. Taki "rozjazd" nastąpił jeszcze raz w czasie tego dnia. Tym razem
      droga była z górki, więc liczyłem, że uda mi się dotrzymać kroku Rafałowi, ale
      gdzie tam. Było jeszcze o tyle trudniej, że droga wiodła przez jakieś chaszcze i
      jeszcze szybciej straciłem go z oczu. Tymczasem pogoda zaczęła się robić
      nieprzyjemna. Zaczęło grzmieć i to naprawdę blisko. Przyspieszyłem kroku
      wychodząc z jakiegoś nieracjonalnego założenia, że im niżej będę tym mniejsze
      będzie prawdopodobieństwo, że mnie trafi jakaś zbłąkana błyskawica. Z wrażenia i
      z wysiłku zaschło mi w ustach, a zapas wody jak na złość niedługo wcześniej mi
      się skończył. W końcu z chaszczy wypadłem na jakąś drogę, gdzie jeszcze
      przyspieszyłem i w pewnym momencie zdało mi się, że mam zwidy. Wydawało mi się,
      że na drodze stoi Hern Myśliwy (tylko młody jakiś, bo jeszcze bez rogów) i
      trzyma wyciągnięty w moją stronę dzban wody. Kiedy się zbliżyłem, rzeczywistość
      okazała się mniej magiczna. To był oczywiście niezawodny Rafał, który w trzymał
      w wyciągniętej ręcę karton "ludwika" czyli soku jabłkowo-miętowego. W samą porę.
      Uzupełniłem płyny, po czym poczekaliśmy jeszcze na Kobietę z Zachodu i znów w
      komplecie poszliśmy dalej. Burza na szczęście poszła gdzieś bokiem, a my bylismy
      na ostatniej prostej w drodze do Javornika.
    • roman_j Dzień drugi - Złoty Stok -> Javorník (Uhelná) - 3 02.08.06, 16:34
      Poprzedni wpis skończyłem na prostej drodze do Javornika, na której, nie
      pamiętam już dlaczego, nasza grupa znowu się rozczłonkowała. Kobieta z Zachodu
      została w tyle, a my wysforowaliśmy się do przodu. Wkrótce byliśmy na
      przedmieściach miasta i wtedy przydybał nas jakiś Czech (a może Słowak - i tak
      bym nie odróżnił) w Skodzie i zaczął nas chyba pytać o drogę. Ja stałem nieco z
      boku, a na szpicy był Rafał, więc jego zagadał i w odpowiedzi usłyszał, że "My
      nie jesteśmy ... z Polski". Chyba zrozumiał tylko słowo "Polska", bo pokiwał
      głową ze zrozumieniem i rezygnacją, po czym pojechał dalej. Jak widać, nie
      nadajemy się na ambasadorów naszego kraju, nie dość, że nie grzeszymy
      uczynnością, bo nie pomogliśmy człowiekowi w potrzebie, to jeszcze próbowaliśmy
      ukryć, że jesteśmy z Kaczolandu. Kwestia Rafała tak nam się jednak spodobała, że
      jednogłośnie wybraliśmy ją na hasło tegorocznego rajdu.
      Tymczasem doszliśmy do miasta i zaczęliśmy sprawdzać naszą znajomość czeskiego
      czytając różne szyldy i zgadując, co to może znaczyć. W końcu doszliśmy do
      centrum, gdzie zalogowaliśmy się na jakimś placu czekając na Kobietę z Zachodu,
      która w dość szybko nadciągnęła. Zdecydowaliśmy, że trzeba wrzucić coś na ruszt.
      Znaleźliśmy knajpę o nazwie Taverna (tutaj można ją sobie obejrzeć:
      www.hotel-taverna.cz/hlavni.php ) i siedliśmy do stolika. Miłą
      niespodzianką było to, że menu bylo też po polsku. Nie sililiśmy się na
      kaleczenie czeskiego i zlozyliśmy zamówienia po polsku. Oprócz obiadu, ja z
      Kobietą z Zachodu zamówiliśmy sobie po Radlerze, a Rafał nie chcąc
      eksperymentować z jakimiś podróbkami zamówił sobie Urquelka. Ale i tak udało nam
      się go sprowadzić na złą drogę, bo w drugiej kolejce były już trzy Radlery.
      Tu mała dygresja nt. Radlera, dla tych, którzy nie znają tego wynalazku. Otóż
      Radler to mieszanka piwa i lemoniady. Nie wiem, w jakich dokładnie proporcjach
      się to miesza, bo spotkałem co najmniej dwa różne stosunki piwa do lemoniady
      (1:1 i 2:1). Taki miks jest bardzo popularny w Niemczech. Piją to chętnie m. in.
      rowerzyści, dla których pół litra piwa, to byłaby za duża jednorazowa dawka
      alkoholu. A tak mogą zaraz po konsumpcji wsiadać na rower i jechać dalej.
      Po obiadku i drugiej kolejce napojów (niecałkiem) wyskokowych poprosiłem o
      rachunek, bo jako jedyny w towarzystwie dysponowałem koronami. I tutaj znów miła
      niespodzianka, bo kelner zapytał czy ma być "na złote", czy "na korony".
      Powiedziałem, że na korony. Zapłaciłem i ruszyliśmy dalej, bo nasz nocleg tego
      dnia wyznaczony był kilka kilometrów za Javornikiem w miejscowości Uhelna.
      Niestety, nie przyszło nam do głowy, żeby zaopatrzyć się w wodę, czego już
      niedługo potem żałowałem.
    • roman_j Drugi nocleg - (Uhelná) 05.08.06, 15:57
      Tak jak pisałem, kolejny nocleg mieliśmy zaplanowany w niewielkiej miejscowości
      kilka kilometrów od Javornika. Oczywiście droga prowadziła ulubionym przez nas
      asfaltem, ale będąc w dobrych humorkach po transfuzji nie robiliśmy z tego
      problemu. Obozowisko tym razem mieściło się na terenie szkoły. Pierwsze
      skojarzenie, jakie miałem po dojściu na miejsce, było dość niemiłe, bo
      przypomniał mi się zeszłoroczny nocleg przy szkole w Szczawinie Kościelnym,
      gdzie pobiłem chyba rekord czasu rozkładania namiotu (to znaczy rozkładałem go
      niemiłosiernie długo), bo po każdym wbiciu szpilki w podłoże musiałem ją
      wyciągać i prostować. Na szczęście tym razem miałem miłą niespodziankę. Szpilki
      wchodziły w ziemię, jak zapałki w g... Namioty ustawiliśmy w trójkąt wejściami
      do środka, gdzie pozostawiliśmy mały placyk.
      Warunki sanitarne były niezłe. Oddzielnie kibelki, oddzielnie prysznice.
      Oddzielnie dla pań i dla panów. Podobno nawet była ciepła woda. Dla nas jak
      zwykle zabrakło i musieliśmy znowu z Rafałem hartować się w zimnej. Ale po
      upalnym dniu spędzonym na słońcu i przy wysokiej temperaturze powietrza nie było
      to znowu takie poświęcenie.
      Po rozłożeniu namiotów i doprowadzeniu się do stanu używalności wpadliśmy na
      pomysł, żeby zrobić jakieś zakupy. Najbardziej doskwierał nam brak wody.
      Wyruszyliśmy więc na poszukiwanie sklepu. Bezowocnie, bo choć sklep znaleźliśmy,
      to był zamknięty od prawie 3 godzin! W oczy zajrzało nam widmo deficytu wody, co
      byłoby sytuacją o tyle przykrą, że ja chodzę głównie na wodę i bez niej
      wymiękam. W czasie wysiłku mogę nic nie jeść (trawienie w końcu też pochłania
      energię, ale muszę regularnie uzupełniać płyny. A tymczasem już zaczynałem
      odczuwać ich deficyt. Byłem zdesperowany do tego stopnia, że po powrocie do
      obozowiska przystawiłem się do kranu. I nie powstrzymała mnie nawet perspektywa
      możliwego rozwolnienia. Miałem ze sobą zapas Stoperanu. Tego nigdy nie zapominam
      ze sobą zabrać.
      Po zaspokojeniu pierwszego pragnienia przyszło mi na myśl, że może warto
      zapewnić sobie zapasy wody na noc, kiedy to dostęp do kranu będzie niemożliwy.
      Podzieliłem się tym pomysłem z Rafałem. Po chwili namysłu zebraliśmy wszystkie
      wolne naczynia, wzieliśmy moją elektryczną grzałkę i wzięliśmy się za
      uzdatnianie wody. Było to o tyle niewygodne, że musieliśmy to robić niedaleko
      gniazdka, a to znajdowało się w umywalni. Tak więc chcąc, nie chcąc
      towarzyszyliśmy wszystkim oczekującym w kolejce pod prysznic robiąc sztuczny
      tłok. W międzyczasie zjawił się nawet św. Marcin. Było nie było, przedstawiciel
      kierownictwa, czyli władza. Ale tym razem przewaga (i powaga) była po naszej
      stronie. Nas dwóch, on jeden. My ubrani, on w negliżu. Dystanst zmalał, więc
      zagadał do nas i tak żeśmy się zapoznali. Przyznał, że na OWRP jest pierwszy raz
      (to jest chyba jakaś norma, bo rok temu kierownictwo naszej trasy też było
      dziewicze), ale zadeklarował, że za rok też pójdzie. Po krótkiej wymianie
      uprzejmości on poszedł się hartować, a my wróciliśmy do uzdatniania wody.
      Nagrzalismy tej wody na tyle dużo, że do rana wystarczyło. A przydała się bardzo
      przynajmniej mnie. Do rana niewiele mi jej zostało, ale rano starczyło jeszcze
      na kawę. Wieczorem było ognisko i znów śpiewy mniej lub bardziej cenzuralne. Ale
      tym razem chyba komuś to przeszkadzało, i chyba ktoś do kogoś o coś miał rano
      pretensje, o czym dowiedziałem się przypadkiem z drugiej ręki. Ale o tym w
      kolejnych wpisach.
      c.d.n.
    • roman_j Słownik - uzupełnienie (1) 07.08.06, 20:32
      Zapomniałem w moim słowniku trudniejszych pojęć zamieścić bardzo ważnego
      pojęcia. Teraz naprawiam ten błąd:

      chaszczowanie - jedna z metod przemieszczania się między miejscami noclegów na
      OWRP; specyfika tej metody polega na, niekoniecznie planowym i zamierzonym,
      poruszaniu się całkowicie niezależnie od istniejącej sieci dróg publicznych,
      niepublicznych, dróżek, ścieżek, itp. Można wyróżnić kilka odmian chaszczowania
      (aczkolwiek poniższy spis nie wyczerpuje bogactwa metod):
      - na rolnika - buszując w zbożu,
      - na Kargula - miedzami,
      - na Leśmiana - w malinowym chruśniaku,
      - na kardynała - z ptakiem w ciernistych krzewach,
      - na zielarza - z dupą w pokrzywach,
      - na partyzanta - borem, lasem przyśpiewując sobie czasem,
      - na wodniaka - rowami, strumykami i kanałami;
      chaszczowanie rzadko jest czynnością zaplanowaną i podejmowaną z premedytacją,
      natomiast zwykle jest wynikiem błędu:
      - przewodnika, który źle odczytawszy mapę prowadzi ludzi w chaszcze,
      - kartografa, który zaznacza na mapie drogę, o której istnieniu nie pamiętają
      już nawet najstarsi autochtoni,
      - projektanta szlaku, który prowadzi go przez tak mało ciekawą okolicę, że
      szlak nieuczęszczany zarasta na amen;
      chaszczowanie jest przeciwieństwem asfaltozy i jako takie jest ulubioną rozrywką
      Kobiety z Północy, a najmniej lubianą metodą pokonywania trasy przez drugiego
      Faceta z Centrali;
    • roman_j Dzień trzeci - Uhelná -> Paczków 19.08.06, 21:02
      Dzień trzeci powitał nas pogodą niejasną. Co prawda nie padało i nawet dość
      często wychodziło słońce, ale zanosiło się na to, że może popadać. Pogoda
      przypominała tę, jaką rok wcześniej mieliśmy w Gostyninie. Z tą różnicą, że
      wtedy padało w nocy i popadało nad ranem jeszcze przed złożeniem namiotów. Tym
      razem do chwili wyjścia z miejsca noclegu deszcz nie spadł. O suchej stopie
      doszliśmy też z powrotem do Javorníka.
      Na przedmieściach zatrzymałem się przez chwilę przy małym obelisku. Według słów
      św. Marcina miał to być pomnik ofiar rasizmu. Tak zeznał nam poprzedniego dnia
      na odprawie. Trochę się wtedy zdziwiłem, bo czemu to Czesi mieliby stawiać
      pomnik ofiarom akurat rasizmu. Pewnym wytłumaczeniem mógł być fakt, że był to
      pomnik z odzysku. Wcześniej był obeliskiem ku czci bratniej Armii Czerwonej
      (zresztą gwiazda wciąż na nim była). Gospodarni Czesi zamiast pomnik usuwać po
      prostu przerobili go na pomnik ofiar faszyzmu, o czym przekonałem się po
      bliższych oględzinach. Z daleka napis był na tyle niewyraźny, że można było
      rzeczywiście pomylić "faszyzm" z "rasizmem". Zwłaszcza, że po czesku te dwa
      słowa różnią się tylko jedną literą i ptaszkiem ("fašismus" i "rasismus"). Ptaka
      mógł nasz przewodnik nie dojrzeć, a z daleka duże "R" i duże "F" są dość
      podobne. Ale mniejsza o to. Po krótkich oględzinach poszliśmy dalej, a celem
      naszym był zamek biskupów wrocławskich, czyli Jánský Vrch. Do obejrzenia tutaj:
      janskyvrch.wz.cz/
      Zamek ten jest specyficzny z dwóch powodów. Po pierwsze znajduje się tutaj
      największa w Czechach kolekcja fajek. Po drugie za dodatkową opłatą można sobie
      obejrzeć w zamku nie tylko pomieszczenia reprezentacyjne, ale też całe zaplecze
      kuchenno-administracyjne z pralnią, łazienką, kuchnią, itp. Zwykle takich
      pomieszczeń nie udostępnia się zwiedzającym. My oczywiście zwiedziliśmy także te
      pomieszczenia. Wcześniej obiecano nam tez koncert muzyki dawnej, ale okazało
      się, że coś nie zostało dograne (dosłownie i w przenośni). Najpierw
      dowiedzieliśmy się, że ten koncert jest w cenie biletu, a na miejscu okazało
      się, że trzeba dopłacić za tę przyjemność po 5 koron. I co najlepsze, kasjerka
      niektórym osobom sprzedała bilety z koncertem, a niektórym bez. A że grupa szła
      razem, więc trzeba było z koncertu zrezygnować. Oczywiście kasa zwracała
      pieniądze, ale kilka starszych pań uparło się, że chcą wysłuchać koncertu i
      koniec. Przez chwilę poczułem się jakbym był na wycieczce z przedszkolakami,
      których opiekun nie chce wziąć na obiecane wcześniej lody. Rozumiem, gdyby
      chodziło o coś naprawdę atrakcyjnego, ale pięć minut rzępolenia na starych
      pudłach można sobie było odpuścić. I tak też się stało.
      Zamek zwiedzaliśmy godzinę. Nasza przewodniczka, bardzo ładna dziewuszka,
      niestety nie mówiła po polsku, więc wręczyła jednemu z uczestników tekst w
      naszej ojczystej mowie, a sama robiła za semafor pokazując to, o czym akurat
      czytał nasz półprzewodnik.
      Kiedy wyszliśmy z zamku, okazało się, że zaczęło delikatnie padać. Zeszliśmy
      więc we trójkę szybkim krokiem z Vrchu do miasta i po chwili zastanowienia
      zalogowalismy się do hostinca. W samą porę, bo jak tylko weszlismy, lunął
      deszcz. Wypiliśmy po dwa kufle miejscowego piwa po 15 Kč sztuka czekając na
      przejaśnienie. W końcu dopilismy drugie piwo i zdecydowalismy się, że
      niezależnie od deszczu trzeba iść. Gdy przyszło do płacenia, czekała mnie miła
      niespodzianka. Kobieta zza baru, która liczbę wypitych piw zapisywała sobie
      robiąc kreski na podkładce, podsumowała nas na ... 60 Kč, czyli o 1/3 za mało.
      Ale że liczyła sumiennie i kilkakrotnie, uznałem, że pewnie dała nam jakiś rabat
      i nie protestowałem. Zapłaciłem, ile sobie zażyczyła i wyszliśmy. Na dworze
      lało. Postaliśmy jeszcze trochę pod dachem przed wejściem, a jak deszcz trochę
      zelżał weszlismy jeszcze do sklepu, gdzie zrobiliśmy zaopatrzenie w alkohol. To
      znaczy moi niezastąpieni towarzysze zaopatrzyli mnie w alkohol w rewanżu za to,
      że dzień wcześniej postawiłem nam wszystkim obiad, a rano jeszcze zafundowałem
      zwiedzanie zamku jako jedyny posiadacz koron w tym towarzystwie. Sam wybrałem
      taką formę rozliczenia, a była ona możliwa, bo sprzedawczyni w sklepie
      przyjmowała złotówki.
      Po zakupach ruszyliśmy dalej. Kiedy wychodziliśmy z Javornika znowu się
      rozpadało i na jakiś czas zamelinowaliśmy się nawet pod jakimś orzechem, ale w
      końcu deszcze zelżał, a nawet wyszło słońce. Dalej w ciągu naszej drogi chwilami
      jeszcze trochę kropiło, ale największe opady mieliśmy za soba. Późnym
      popołudniem dotarliśmy na przejście graniczne Paczków - Bílý Potok. Niedługo
      potem dotarliśmy do granic Paczkowa, gdzie mieliśmy tego dnia nocować.
      c.d.n.
    • roman_j Trzeci nocleg - (Paczków) 21.08.06, 23:34
      W Paczkowie, który nazywany jest "Polskim Carcassone", a który ja przechrzciłem
      swojsko na "Piczków", mieliśmy do wyboru dwie opcje noclegu. A nawet jak dobrze
      policzyć, to trzy. Pierwsza opcja, bliższa, to był nocleg na polu namiotowym,
      czyli OWRP-owski standard. Ponadstandardowe było to, że można sobie było wynająć
      domek kempingowy, z czego niektórzy skwapliwie skorzystali. Mnie nawet przez
      chwilę też taka myśl przeszła przez głowę, ale odrzuciłem ją z gorliwością
      neofity jako niegodną prawdziwego wysokokwalifikowanego turysty pieszego. Drugą
      opcją była możliwość spędzenia nocy w szkole, ale wiązały się z tym pewne
      utrudnienia. Po pierwsze trzeba się było do tej szkoły dostać, a po drugie nie
      bardzo było wiadomo, co z bagażami, bo wszystkie zostały przywiezione na pole i
      raczej nie zanosiło się, żeby można było liczyć na ich transport do wspomnianej
      szkoły. Trochę kusił mnie ten nocleg pod dachem (ale przynajmniej nie w łóżku!),
      ale w końcu zdecydowałem się zostać na polu podobnie jak reszta Tercetu.
      Ulokowaliśmy się nieco na boku. Po drugiej stronie ścieżki niż większość i do
      tego jeszcze w najniższym miejscu. Na szczęście natura była łaskawa i deszcze
      już tego dnia nie padały. Co więcej, zrobiła się ładna pogoda. Kiedy się juz
      rozstawialiśmy, a ja zastanawiałem się, co i gdzie zjeść na obiad, a może raczej
      w jakich okolicznościach przyrody skonsumować puszkę gulaszu angielskiego,
      przyjechała do nas aprowizacja. Do dziś nie wiem, komu zawdzięczamy to
      dożywianie, ale faktem jest, że konserwę cisnąłem w kąt namiotu (mój namiot
      wbrew pozorom ma kąty), a na obiad zjadłem pyszną gorącą grochówkę ze słusznym
      kawałkiem kiełbasy i bułą. Słowem, były powody do mruczenia... ;-))
      Mimo tak dobrego obiadu dopadła mnie jednak jakaś obniżka formy. Korzystając z
      ładnej pogody wyciągnąłem karimatę z namiotu, rozłożyłem na trawie i ległem na
      niej jak długi. Zamknąłem oczy i leżałem tak aż się ściemniło. W międzyczasie
      trwała koło mnie zwykła krzątanina reszty Tercetu, której jedynym niezwykłym
      akcentem było "kuszenie Rafała".
      A było to tak, że na terenie naszego pola znajdował się odkryty basen. Na mnie
      ta informacja nie zrobiła większego wrażenia, bo pływać umiem i lubię średnio, a
      w basenach odkrytych jeszcze mniej. Ostatni raz w takim basenie kąpałem się
      chyba na koloniach w NRD gdzieś u schyłku komuny. Natomiast do tego basenu
      bardzo zapaliła się Kobieta z Zachodu. A jeszcze dodatkowo nakręciły ją
      opowieści tych, którzy z tego przybytku skorzystali. Sęk, a właściwie nawet dwa
      sęki, w tym, że trochę długo się na ten basen decydowała i jak już się
      zdecydowała, to było trochę późno, więc nie chciała się tam udać sama, ale
      szukała dobrego towarzystwa. Te warunki spełnialiśmy tylko my dwaj, tzn. Rafał i
      ja. Z tej dwójki ja odpadłem w przedbiegach ze względu na bardzo wyraźnie
      manifestowany niezbyt przyjazny stosunek do otoczenia, więc nasza Ewa wzięła się
      za kuszenie Rafała (bynajmniej nie za pomocą jabłka). Pominę ten fragment
      wymownym milczeniem. Napiszę tylko, że kuszenie okazało się bezskuteczne. Rafał
      nie dał się skusić, choć momentami wydawało mi się, że już, już się złamie.
      Padła jeszcze propozycja, żeby wstać rano o 6.00 i popluskać się przed wyjściem,
      ale obudzić Rafała o takiej porze na OWRP to byłby sadyzm, barbarzyństwo i
      grzech ciężki bez szansy na odpuszczenie. Tak więc z kąpieli wyszły nici. Na
      szczęście później zdarzyła okazja to nadrobić z nawiązką.
      Tej nocy nie było chyba żadnych baletów, a przynajmniej ja żadnych nie pamiętam.
      Jakoś w tym czasie opuściło nas kilkoro nastolatków i jeden pies. Pies ten, a
      właściwie suka, był akurat z całej trójki zwierząt najmniej uciążliwy, a i te
      dzieciaki nie były aż tak dokuczliwe (bardziej rozrywkowe było towarzystwo w
      wieku lekko pół średnim, które zostało). Ale dowiedziałem się z drugiej ręki, że
      doszło do jakiejś wymiany poglądów, której konkluzja brzmiała, że jesteśmy
      sztywni. I choć to nie miał być komplement, to myślę, że niektórzy mogli się
      poczuć nawet dumni, że w tym wieku wciąż jeszcze są sztywni. Tak, czy inaczej
      doszło do małego rozłamu i straciliśmy część uczestników na rzecz trasy nr 2.
      Był to o tyle nierozsądny wybór ze strony secesjonistów, że tamta trasa liczyła
      sobie dwie setki ludzi, czyli ponad dwa razy więcej niż u nas. A to oznaczało
      dużo trudniejszy dostęp do toalet, umywalek i prysznicy. U nas natomiast
      automatycznie robiło się luźniej, więc nawet specjalnie nie żałowałem tej
      straty. Zwłaszcza, że opuścili nas przede wszystkim faceci.
      Tak oto minął wieczór i poranek dzień trzeci.
      c.d.n.
    • roman_j Dzień czwarty - Paczków -> Otmuchów 30.08.06, 19:44
      W poprzednim wpisie napisałem, że w nocu nie było żadnych baletów, ale to nie do
      końca prawda. Być może nie balowało nasze towarzystwo, ale żeby nadrobić ten
      brak bal urządziła sobie okoliczna fauna. A konkretnie jakiś nocne ptaszyska.
      Zdaje się, że były to puszczyki, choć głowy za to sobie nie dam obciąć, bo nie
      wyznaję się na ptactwie poza tym, że potrafię kurę odróżnić od indyka na
      talerzu. W każdym razie jakieś ptaszyska pół nocy wydawały dośc denerwujące
      odgłosy paszczą praktycznie tuż nad naszymi namiotami. Dotąd myślałem, że nie ma
      w naturze bardziej uciążliwych stworzeń niż marcujące się koty i moi sąsiedzi
      bzykający się na głos za ścianą, ale teraz do tej kolekcji muszę dorzucić te
      ptaki. I choć nie tylko mnie one obudziły, bo również Kobieta z Zachodu je
      słyszała, to chyba tylko mnie mierziły ich zaloty, bo ona dla odmiany była
      zachwycona tym, co słyszała. I tu naszła mnie taka refleksja, że człowiek często
      pełen jest zachwytu nad przyrodą, ale wątpię, żeby w rewanżu przyroda była
      równie zachwycona człowiekiem. Ciekawe, czy te ptaki, które umilały nam nockę
      chciałyby słuchać dla odmiany przez kilka godzin takiego na przykład dialogu
      (tłumaczenie z ptasiego na polski dość swobodne):
      - Chodź tu stara, mam na Ciebie chętkę!
      - Odwal się stary, głowa mnie boli.
      - Chodź tu, to Cię bzyknę!
      - Nigdzie nie idę, dobrze mi tu.
      - Nie marudź stara, chodź póki mi stoi!
      - Jak trochę postoi, to mu nie zaszkodzi.
      I tak w kółko aż do zbliżenia. A potem jeszcze sapanie i krzyki.
      Ale wróćmy z drzew na ziemię. Rano pogoda była ładna. Wyszliśmy po śniadaniu i
      po zdaniu bagaży w piątkę. Dwie dodatkowe osoby to nasze znajome bodajże z
      Biłgoraja. Zaraz po wyjściu cyknęliśmy sobie fotkę na tle tablicy z nazwą
      miasta, ale nikt z nas nigdy tej fotki nie zobaczy. A to z powodu przykrego
      zdarzenia, jakie stało się udziałem jednej z naszych znajomych.
      Otóż idąc w stronę miasta z jego peryferii, gdzie nocowaliśmy, w pewnym momencie
      przysiedliśmy na ławce, żeby się przepakować. Czynność ta została przez jedną z
      naszych znajomych wykonan tak niefortunnie, że odchodząc prawdopodobnie
      pozostawiła na ławce aparat fotograficzny. Zorientowała się, że go nie ma,
      dopiero dobre 10 minut później. Natychmiast ruszyliśmy z Rafałem z powrotem
      rozglądając się po drodze i dokonawszy dokładnych oględzin wspomnianej ławki
      skonkludowaliśmy, że po aparacie nie ma żadnego śladu. Wokół ławki znaleźliśmy
      tylko jakieś śmieci, a nawet butelkę po jakimś mocnym trunku (niestety, pustą).
      Takim nieprzyjemnym incydentem rozpoczęło się zwiedzanie przez nas Paczkowa.
      Wspomniałem już, że Paczków nazywany jest, a może raczej sam siebie nazwał,
      "polskim Carcassone" (później dowiedziałem się, że nie jest to jedyne polskie
      miasto pretendujące do tego miana). No cóz. Może gdybym nie był we francuskim
      Carcassone, to może bym się dał nabrać, a tak mogę napisać jedynie, że polskie
      Carcassone ma tyle wspólnego z francuskim, co wino marki "Wino" z Beaujolais.
      Po tym, jak przeboleliśmy stratę aparatu, ruszyliśmy zwiedzać miasto.
      Obejrzeliśmy sobie przede wszystkim mury obronne, w przebiegu których zachowało
      się 19 baszt i trzy wieże. Na jedną z tych wież w końcu weszliśmy, bo znudził
      nam się monotonny widok murów.
      I tu mała dygresja. Bilety do tejże wieży kupiliśmy w ... kiosku z gazetami, co
      było trochę dla mnie zaskakujące, ale jeszcze bardziej zdziwiłem się, kiedy od
      wychodzących z wieży turystów dostałem klucz z prośbą o zamknięcie wieży po
      sobie. Klucz, nie muszę chyba dodawać, dostali oni z tegoż samego kiosku.
      Wkrótce po nas do wieży weszła kolejna grupka turystów, której przedstawicielowi
      przekazałem klucz przechodni i to, co mnie przy tej okazji przekazano.
      Po zwiedzeniu wieży zajrzeliśmy jeszcze do ratusza (też ma wieżę, ale już się na
      nią nie wspiąłem spodziewając się, że nie zobaczę nic nowego). A chyba jeszcze
      przed ratuszem (choć może kolejność była inna) obejrzeliśmy kościół pw. św. Jana
      Ewangelisty, który jest o tyle specyficzny, że ma płaski dach, a to ze względów
      obronnych. Na tymże dachu stawiano bowiem armaty, kiedy przychodziło bronić
      miasta przed najeźdcami.
      W Paczkowie mieści się również Muzeum Gazownictwa, na którego zwiedzanie
      mieliśmy chętkę, ale niestety było w tym czasie w remoncie. Pozostaje
      pogratulować decydentom, którzy w szczycie sezonu turystycznego zamykają do
      remontu jedną z ważniejszych atrakcji miasta. Trudno. Może jeszcze kiedyś będzie
      okazja zwiedzić to muzeum.
      Po zwiedzaniu zgromadziliśmy się w piatkę na naradę, co dalej. Kobieta z Zachodu
      optowała za przejazdem do Otmuchowa, a Rafał, jak na rasowego turystę i piechura
      przystało, chciał iść piechotą. Ja się wahałem. Umówiliśmy się więc na czas
      wolny indywidualny oraz ustaliliśmy, że zainteresowani jazdą spotkają się przed
      ratuszem o określonej godzinie. Po czym rozeszlismy się. Ja zostałem z Rafałem i
      zaczeliśmy razem szukać bankomatu. Zanim udało się go znaleźć, zauważyłem
      publiczną strefę zrzutu i czując nieodpartą potrzebę odciążenia kiszek zgłosiłem
      Rafałowi, że odmaszerowuję na stronę. A że cisnęło mnie dość mocno, więc
      otworzyłem bez namysłu pierwsze drzwi i znalazłem się w kabinie ... większej niż
      moja kuchnia. W pierwszej chwili myślałem, że pomyliłem pomieszczenia, ale pod
      ścianą nieco z boku stał tron. Na dodatek z dodatkowym wyposażeniem w postaci
      poręczy. Olśniło mnie w tej chwili, że trafiłem do kabiny dla niepełnosprawnych.
      Po chwili wahania postanowiłem nie szukać innej i zasiadłem. Wyrzuty sumienia
      uspokoiłem stwierdzeniem, że przecież zawsze mogę się tłumaczyć, że jestem
      niepełnosprawny umysłowo, czego na pierwszy rzut oka nie musi być widać. To
      uspokoiło mnie ale tylko na chwilę, bo zaraz poczułem się jak kierowca parkujący
      na miejscu dla inwalidy. Wyobraziłem sobie, że może ktoś tam siedzi na wózku i
      czeka, a ja tu sobie siedzę, jak basza na tronie. "Zabrałeś mój tron, zabierz i
      kalectwo" zabrzmiało mi w głowie. Szybko zakończyłem więc posiedzenie i
      czmychnąłem z klopa tak szybko, że nie zdążyłem zgasić światła, co tylko
      spotęgowało moje poczucie winy. Odetchnąłem dopiero na ulicy.
      Chwilę poczekałem jeszcze na Rafała, który w międzyczasie też postanowił
      skorzystać z tego przybytku i wkrótce ruszyliśmy w stronę Otmuchowa, bo
      zdecydowałem się jednak przejść ten odcinek. Dziś zastanawiam się, czy
      podświadomie potraktowałem tego jako pokuty za incydent z szaletu. Ale nie.
      Zdecydował fakt, że miałem do wyboru spędzić kilka godzin w doborowym
      towarzystwie mojego przyjaciela Rafała albo spędzić ten czas pozbawiony jego
      towarzystwa. Wybór był prosty mimo, że opcja pierwsza oznaczała przejście
      niewiele mniej niż 30 km w pełnym słońcu. No ale cóż, przyjaźń niekiedy wymaga
      od nas poświęceń. :-))
    • roman_j O pamięci - dygresja nie całkiem na temat :-)) 13.09.06, 11:39
      Zanim przejdę do dalszego opisu moich wakacyjnych przygód na OWRP (a na pewno
      przejdę, bo nie jestem nawet jeszcze na półmetku) postanowiłem napisać kilka
      słów o pamięci. Skłoniły mnie do tego komplementy na temat mojej pamięci ze
      strony moich towarzyszy. Obojgu podałem link do tego wątku, bo uznałem, że
      powinni wiedzieć, co o nich piszą. ;-)) I oboje skomplementowali moją pamięć
      (Rafał nawet zapytał, czy sobie to wszystko gdzieś zapisywałem podczas wyprawy).
      Ale właściwie to nie te komplementy skłoniły mnie do napisania tej dygresji, ale
      zdziwienie, jakie wywołałem u Kobiety z Zachodu, kiedy oświadczyłem, że z
      dalszym pisaniem muszę się wstrzymać aż odzyskam książeczkę OTP, którą oddałem
      do weryfikacji na kolejną odznakę. Zdziwiła się, że potrzebuję tej książeczki.
      Napiszę więc może od razu, że zamierzam poprosić od Rafała jeszcze mapy naszej
      trasy, żeby pomóc pamięci. Co prawda tam nie jest zapisane, co robiliśmy, ale
      wszystko to są dla mojej pamięci haczyki, na których powieszam sobie
      wspomnienia. W tej chwili moje wspomnienia przypominają pudełko, do którego ktoś
      wrzucił mnóstwo ślajdów. Leżą tam one bez żadnego ładu i chociaż oglądam je
      sobie od czasu do czasu, to trudno mi je ułożyć w chronologiczną całość.
      Naukowcy dowiedli (teraz będę się mądrzył), że ludzie lepiej zapamiętują te
      sytuacje, którym towarzyszyły jakieś silne emocje (niekoniecznie pozytywne). Ja
      dodam, że pamięta się pewne kluczowe fragmenty. Pamiętam na przykład większość
      postojów, miejsc, w których się rozchodziliśmy lub schodziliśmy, miejsc, w
      których dumaliśmy nad tym, jaką trasą dalej iść. Nie pamiętam całego OWRP jak
      filmu, ale raczej jak bardzo wiele róznych slajdów, które ktoś potem pociął,
      włożył w ramki i wrzucił do pudła. Pamiętam np. że w jakiejś miejscowości
      kupiliśmy z Rafałem piwo "Kozackie" (mocne) usiedliśmy na przystanku PKS
      naprzeciw remizy strażackiej i rozmawialiśmy. Pamiętam nawet z grubsza o czym
      (ale nie będę pisał, bo tematy były dość osobiste). Nie pamiętam natomiast w tej
      chwili, ani jakiego to było dnia, ani w jakiej miejscowości. Ale tu, mam
      nadzieję, z pomocą przyjdzie mi właśnie książeczka OTP i mapa. Za ich pomocą
      wykluczę pewne możliwości. Wstępnie zakładam, że to było tego dnia, którego
      wyszliśmy z Paczkowa. Ale muszę te poszlaki czymś wesprzeć. :-))
      Dlatego właśnie, że pamięć jest jak wielkie pudło slajdów potrzebne jest coś, co
      ją usystematyzuje i pozwoli wspomnienia włożyć w przegródki. Nie ukrywam, że ten
      zapis, który tu prowadzę, też ma takie zadanie. Dzięki temu będę mógł lepiej
      zapamiętać, to co chciałbym zapamiętać, a także łatwiej mi przyjdzie o tym ...
      zapomnieć. A może nie tyle zapomnieć, co przesunąć w głąb pamięci mając pewność,
      że zawszę mogę to stamtąd wyciągnąć, a zwolnione w ten sposób miejsce mogę
      przeznaczyć na zapamiętywanie kolejnych sytuacji wartych wspomnienia. :-))
      To tyle mojego wymądrzania. Nie wiem, czy wyszedł z tego jakiś sensowny kawałek
      tekstu, bo nie będę czytał przed wysłaniem. Starałem się przelać na forum
      fragment moich refleksji, nieco tylko uporządkowany to przemyśleń, więc może
      wyszło trochę nieskładnie. :-))
      • ernest_pinch Re: O pamięci - dygresja nie całkiem na temat :-) 13.09.06, 19:40
        Bodajze w powiesci Polewoja jest watek w stylu ze pamiec jest jak blyskawica,
        rozswietla przez pewien czas mroki... To oczywiscie bylo o pamieci dziecka,
        ale "anfortunetli" z wiekiem robi mi sie podobnie. Kurz zapomnienia, kurz
        nakladajacych sie kolejno zdarzen przysypuje ciag zdarzen z przeszlosci.
        Nie wiem ile czasu trzeba na lekkie przysypanie "zapomnieniem". Kiedys czytalem
        ze liste z dziennika lekcyjnego ze szkoly czlowiek zapomina po tylu latach, a
        jakies zdarzenia po ilus tam... A za te kilkadziesiat lat nie bedzie z tego juz
        nic istotne... Przemijanie....
        I dlatego trzeba smakowac takie chwile, jak te ktore opisujesz:) Nie od dzis
        wiadomo, ze operujesz slowem z wielkim kunsztem. Twoja relacja jest bardzo
        interesujaca i nie tylko dla Ciebie ma za zadanie "ocalic od zapomnienia", dla
        mnie wywoluje refleksje, a ktos inny (na ile ma zdolnosc do myslenia
        abstrakcyjnego) doszuka sie wielu innych wymiarow wedrowki... :-))
        • roman_j Re: O pamięci - dygresja nie całkiem na temat :-) 13.09.06, 22:37
          ernest_pinch napisał:

          > I dlatego trzeba smakowac takie chwile, jak te ktore opisujesz:) Nie od dzis
          > wiadomo, ze operujesz slowem z wielkim kunsztem.

          Mam mieszane uczucia czytając takie pochwały, bo podobny komplement usłyszałem
          kiedyś z ust samego profesora Jacka Kubissy, który czytał moje sprawozdaniem ze
          studiów w Darmstadt, które zatytułowałem "Jak nie rozpętałem III wojny
          światowej". Było mi miło, ale krótko, bo tę opinię ówczesny prodziekan naszego
          wydziału wygłosił nprawdopodobnie przed doczytaniem do końca mojej relacji, a
          przynajmniej przed dojściem do momentu w którym nie zostawiłem suchej nitki na
          organizatorach mojego wyjazdu. Potem było troche mniej miło. ;-))
          Pamiętam, że w związku z tą relacją zaproszono mnie nawet do Warszawy, gdzie
          spotkałem się z ówczesnym Pełnomocnikiem Rektora d/s Programów Międzynarodowych
          profesorem Andrzejem Filipkowskim (obecnie już chyba emerytowanym), który bardzo
          taktownie i grzecznie zapytał, czy nie zgodziłbym się nieco złagodzić niektórych
          fragmentów mojego sprawozdania. Byłem przygotowany na chryję, a tu mnie, wtedy
          jeszcze studenta po absolutorium, uczelniania "szyszka" zapytała, czy "nie
          zgodziłbym się...". Niezmiernie mnie tym ujął, dlatego bez wahania zdecydowałem
          się przygotować mniej krytyczną wersję. Zachowałem jednak stary tekst i oba mam
          do dziś na komputerze. :-))

          > Twoja relacja jest bardzo interesujaca i nie tylko dla Ciebie ma za zadanie
          > "ocalic od zapomnienia", dla mnie wywoluje refleksje, a ktos inny (na ile ma
          > zdolnosc do myslenia abstrakcyjnego) doszuka sie wielu innych wymiarow
          > wedrowki... :-))

          Aż boję się dociekać, jakież to inne wymiary można znaleźć w mojej relacji. ;-))
          • ernest_pinch Re: O pamięci - dygresja nie całkiem na temat :-) 14.09.06, 00:52
            Zly to ptak co wlasne gniazdo kala ;) Ale to chyba regula, ze jest sie "mlodym
            gniewnym". Przypomnialem sobie historie jak kiedys Podly.Krzys z.. z.. z.. z..
            zrugał pewnego czlowieka; ktozby przypuszczal, ze ten mlody, ulozony
            sympatyczny facet potrafi tak bezwglednie i wrecz brutalnie rozprawic sie z
            oponentem :)

            A odnosnie innych wymiarow: np. X pomysli "dobrze wedrowac we 3ke, gdy jest
            kameralnie i mozna wiecej przebywac ze swymi myslami; a Y - fajnie jak jest
            gromada, lubie halas i chce zapomniec o minionych tygodniach ...itp :)
    • roman_j Dzień czwarty - Paczków -> Otmuchów (c.d.) 19.09.06, 00:24
      Z Paczkowa wyszliśmy w kierunku na Unikowice. Po drodze minęliśmy wspomniane
      wcześniej zamknięte Muzeum Gazownictwa. Pogoda sprzyjała. Słońce świeciło, ale
      nie było zbyt gorąco, bo co jakiś czas chowało się ono za niewielkimi chmurami.
      Szliśmy w kierunku na Ujeździec, po czym skręciliśmy w pewnym momencie w
      kierunku miejscowości Unikowice. Mieliśmy w planach obejrzenie tam kościoła no i
      obejrzeliśmy go ... z zewnątrz. Dalej mieliśmy się kierować na Lisie Kąty. O ile
      dziś pamiętam, było tam coś do obejrzenia. Tak przynajmniej zeznał poprzedniego
      dnia wieczorem (i to bez bicia) nasz nieoceniony św. Marcin. Ale ponieważ
      obejrzenie tego czegoś wiązałoby się ze zrobieniem sporej pętli i nadłożeniem
      ładnych kilku kilometrów, doszliśmy do zgodnego wniosku, że nie będziemy się tam
      zapuszczać. Zdecydowaliśmy się wrócić do skrzyżowania i ruszyć dalej w kierunku
      Ujeźdźca. Wcześniej jednak zdecydowaliśmy się uzupełnić zapasy wody w miejscowym
      sklepie w wodę (Rafał kupił jeszcze przy okazji wafelki, które skonsumowaliśmy
      siedząc na ławce przed wyjściem ze wsi).
      Sklep, z racji soboty, był nie-całkiem-czynny. To znaczy, o czym powiedzieli nam
      uprzejmi miejscowi, trzeba było zadzwonić i poczekać aż właścicielka zejdzie i
      otworzy. Na szczęscie nie trzeba było długo czekać (w każdym razie dużo krócej
      niż średnio w kolejce do kasy w Auchan). Zrobiwszy zaopatrzenie i wróciwszy na
      główny trakt ruszyliśmy dalej na Ujeżdziec.
      Gdzieś po drodze, tyle że teraz trudno mi rozstrzygnąć, czy było to w Ujeźdźcu
      czy w Trzeboszowicach (stawiam raczej na tę drugą miejscowość), zrobiliśmy sobie
      z Rafałem transfuzję. Zaopatrzyliśmy się w tym celu w dwie butelki piwa
      "Kozackiego" i przysiedliśmy sobie na przystanku PKS-u oddając się niespiesznej
      konsumpcji i konwersacji.
      Trasa tego dnia nie wyryła mi się jakoś szczególnie w pamięci. Zapamiętałem
      tylko jakieś pojedyncze zdarzenia, takie jak na przykład srający w gnieździe
      bocian (zły to ptak ...), którego niedyskretnie podejrzałem przy tej czynności,
      gdy dochodziliśmy do Ratnowic. Duże wrażenie zrobił na nas też ślub, bo w czasie
      jego trwania zobaczyliśmy, że pod kościół podjeżdża ... karawan. Pomyślałem
      sobie, że to dość ekstrawagancki środek transportu dla nowożeńców, ale po chwili
      okazało się, że to pracownicy firmy pogrzebowej przyjechali powiesić nekrolog w
      okolicy kościoła. W trasie zadzwoniła też do nas (a konkretnie do Rafała)
      Kobieta z Zachodu, która w międzyczasie dotarła już na miejsce. Zapytała, jak
      nam idzie, zarekomendowała nam knajpę, gdzie moglibyśmy zjeść dobrze i tanio w
      Otmuchowie (niestety, nie dane nam było tam zjeść, ale o tym później) oraz
      zaoferowała się, że może nam rozłożyć namioty. Przystaliśmy na te propozycję,
      choć ja z pewnymi oporami, bo biorąc pod uwagę, że nie zawsze mnie udaje się
      rozłożyć mój namiot tak, żebym był zadowolony z efektu, zastanawiałem się, jak
      będzie on wyglądał po rozłożeniu przez niedoświadczoną w jego rozkładaniu
      kobietę. Ale tymczasem odpędziłem od siebie złe myśli.
      Po Ratnowicach doszliśmy do Meszna, przed którym zauważyliśmy grupę, głównie
      dzieciaków, prowadzoną przez św. Marcina. Nie pamiętam już, czy byliśmy wtedy
      przed nimi, czy za nimi, i jaki wykonaliśmy manewr omijająco-okrążający, ale
      pamiętam, że zdecydowaliśmy się wtedy kluczyć bocznymi dróżkami, żeby ich
      zgubić, więc chyba ich wyprzedziliśmy. W każdym razie w celu ich zgubienia przed
      Mesznem zeszliśmy na jakąś polną dróżkę i samą miejscowość minęliśmy opłotkami.
      Dalej w pewnym momencie odbiliśmy dodatkowo o 90 stopni na północ i poszliśmy w
      kierunku nasypu po zlikwidowanej linii kolejowej. W czasie tych manewrów
      taktycznych przekonaliśmy się, ile znaczy dobra mapa. Ta, którą mieliśmy, była
      niezła, choć mieliśmy chwile zwątpienia. Na szczęście udało nam się nie zgubić
      drogi i nasypem doszliśmy w końcu w miejscowości Michowice do drogi, która miała
      nas wprowadzić już wprost do Otmuchowa. Przysiedliśmy sobie tam na przystanku i
      siedzieliśmy dobre dwadzieścia minut dając się w międzyczasie wyprzedzić
      świętomarcinowej grupie. W końcu poderwaliśmy dupcie (niestety, tylko własne) i
      ruszyliśmy dalej.
      Przekroczyliśmy drogę nr 46, a dokładniej - nowo wybudowaną na niej obwodnicę
      Otmuchowa (tak nową, że mapa jeszcze jej nie uwzględniała, bo budowa zakończyła
      się pod koniec kwietnia 2006 roku) i wkroczyliśmy do miasta. W międzyczasie
      minął nas orszak ślubny. To było już drugie tego dnia spotkanie z nowożeńcami.
      Jak się potem okazało, nie ostatnie. Ale o tym napiszę już w następnym odcinku
      poświęconym noclegowi w Otmuchowie.
    • roman_j Czwarty nocleg (Otmuchów) 30.10.06, 08:28
      Pod wejściu do Otmuchowa doszliśmy do rynku i zaczęliśmy szukać knajpy, którą
      nam poleciła Kobieta z Zachodu. Znaleźliśmy ją, ale marna to była pociecha, bo
      lokal był zamknięty od ponad dwóch godzin. A że w brzuchach burczało, trzeba
      było znaleźć inne miejsce na popas. Zanim jednak zaczęliśmy się za nim
      rozglądać, zdecydowaliśmy się najpierw zdobyć pieczątki do książeczek. Szybko
      znaleźliśmy gminny punkt informacji turystycznej i tam dostaliśmy po pieczątce.
      Co prawda napis głosił „Lato Kwiatów Otmuchów”, ale nie wybrzydzaliśmy.
      Po zdobyciu pieczątek rozejrzeliśmy się za paszarnią. Niedaleko rynku znajdował
      się lokal szumnie zwący się „Restauracją”. Trochę nas to z początku zbiło z
      tropu, bo byliśmy w strojach bynajmniej nie wyjściowych (jak to turyście w
      drodze). Ale uznałem, że przecież „pecunia non olet” (my też nie), więc chyba
      nas obsłużą, a zresztą w takiej mieścinie „restauracja” to często eufemistyczne
      określenie dla zwykłej mordowni. ;-)) Okazało się, że dużo się nie pomyliłem.
      Nie była to mordownia, ale poziom lokalu niezbyt wygórowany. Ale pojawił się
      pewien problem, bo w tym samym budynku mieścił się jeszcze drugi lokal, w którym
      akurat ... rozpoczęło się wesele. A ponieważ obsługa była wspólna dla obu
      części, więc długo musieliśmy czekać aż nas obsłużą.
      Oprócz nas na sali nie było nikogo, ale w międzyczasie pojawił się jakiś
      osobnik. Z wyglądu trochę dziwny. Nie zwróciłbym może na niego uwagi, ale tym,
      co przykuło moją uwagę, była zielona „smycz” z napisem „PTTK Oddział Opole”. Sam
      miałem dokładnie taką samą na szyi, znaczy, spotkaliśmy innego OWRP-owicza. Ale
      ten nie był z naszej trasy, bo miał czarną koszulkę, a nasza trasa miała
      koszulki niebieskie. Pomyślałem, że albo gość pomylił drogę, albo będziemy mieli
      nocleg wspólny z inną trasą. Ta druga perspektywa nie była zbyt miła. Na
      szczęście, jak się potem okazało, prawdziwa okazała się trzecia wersja, której
      nie brałem po uwagę, ale o tym później. Na obiad zamówiliśmy ryby.
      Po obiedzie ruszyliśmy na poszukiwania noclegu. Wiedzieliśmy, na jakiej ulicy
      mieści się szkoła, gdzie tego wieczoru mieliśmy się rozłożyć obozem. Z planu
      miasta namalowanego na tablicy niedaleko rynku odczytaliśmy, jak tam trafić i
      ruszyliśmy w tamtym kierunku. W międzyczasie zatrzymaliśmy się przy Lewiatanie.
      Rafał wszedł zrobić zakupy, a ja siedząc przed sklepem śledziłem leniwie toczące
      się życie tubylców.
      Po zrobieniu zaopatrzenia ruszyliśmy dalej i dotarliśmy do miejsca noclegu.
      Nasze namioty stały na trawniku przed szkołą. Mój był niecałkiem rozłożony, bo
      Kobieta z Zachodu nie rozpracowała do końca techniki jego rozbijania. Ale dobrze
      się złożyło, bo i tak zdecydowałem się przestawić namiot, bo nasze namioty stały
      w rządku, jeden za drugim. Byłem tym układem trochę zaskoczony, ale sprawa
      szybko się wyjaśniła. Otóż gospodarzem tego miejsca był szkolny cieć, który tak
      przejął się swoją rolą, że próbował wprowadzić coś na kształt wojskowego drylu.
      Jednym z pomysłów było to, żeby namioty stały w rządku pod płotem. Jako dowód
      swoich kompetencji podawał fakt, że jak był młody, to jeździł autostopem. Kiedy
      wszystko to usłyszałem od Kobiety z Zachodu, po krótkim namyśle zdecydowałem, że
      przestawię swój namiot na taką pozycję, jaka będzie mi odpowiadała, a jeśli ten
      człowiek będzie miał jakieś uwagi, to wytłumaczę mu grzecznie, że rządzić to
      może swoją żoną, jeśli mu na to pozwala. Byłem w nastroju bojowym, na szczęście
      nie doszło do zwarcia. Facet najwyraźniej był kozakiem, kiedy miał do czynienia
      z samymi kobietami, które jako pierwsze pojawiły się na jego terenie. Kiedy
      przyszli faceci, nie próbował już się tak szarogęsić. Dlatego nieniepokojony
      przez nikogo przestawiłem namiot i się w nim zakwaterowałem. Niedługo potem
      wyjaśniła się sprawa, kim był ten gość, którego widzieliśmy w restauracji.
      Okazało się, że to wsparcie kadrowe obsługi naszej trasy. Dowiedziałem się tego
      od Kobiety z Zachodu, z którą nawiązał kontakt (plus dla niego, bo trafnie
      zidentyfikował samicę „alfa” w stadzie). Przywitał się, przedstawił i pogadał
      chwilę. O ile pamiętam, to miał na imię Krzysiek i wcześniej szedł z trasą
      drugą. Cechą charakterystyczną było to, że miał widoczne braki w uzębieniu, co w
      wieku, na jaki go oceniłem, było co najmniej zastanawiające.
    • roman_j Nieoczekiwany koniec opowieści... 18.11.06, 10:23
      Coraz trudniej mi się zmobilizować do dalszego pisania o OWRP, weny też jakby
      mniej, dlatego, o ile nie pojawią się liczne i zdecydowane głosy protestu, w tym
      miejscu zakończę mój subiektywny opis OWRP 2006. Zamiast żyć przeszłością zacznę
      patrzyć w przyszłość, czyli czekać na OWRP 2007, który tym razem odbędzie się w
      okolicach Bielska-Białej. Najprawdopodobniej ruszymy na trasę numer 2.
      Rozważaliśmy również przejście trasy numer 1, ale mając do wyboru Żywiec albo
      Oświęcim wybraliśmy Żywiec. Zwłaszcza, że w programie jest zwiedzanie browaru.
      Jeśli ktoś nabrał ochoty na wyprawę na OWRP to tutaj są projekty tras:
      www.owrp.cba.pl/XLVIII.htm

      Do ewentualnego miłego zobaczenia na trasie. :-))

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka