Dodaj do ulubionych

Nowy artykul WPROST - ceny mieszkan do 50% w dół !

IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 12.01.09, 13:59
Pan Macierzynski (jedyny bezstronny znany mi redaktor, ktory zarabia dzieki
swojej wiedzy a nie dzieki prowizji za sprzedane nadmuchane kredyty
mieszkaniowe na drogie metry kwadratowe) z serwisu bankier.pl napisal swietny
artykul dla WPROSTU.

www.nexto.pl/e-prasa/wprost_p273.xml

Demaskuje on "pierd...nie" developerow i "specjalystow" o nieustajacych
podwyzkach i o tym jacy to oni sa teraz obrazeni na rynek.

Szacuje on ze kryzys nieruchmosci potrwa nawet 5-6 lat a ceny spadna nawet do
50% tak jak to mialo miejsce w latach 90 w Japonii a teraz jest faktem w
Hiszpani, USA, UK i Irlandii. Tam ceny leca na leb na szyje. Polska jest
jednym z najdrozszych krajow jesli chodzi o ceny mieszkan. Taniej jest juz w
Berlinie, Wiedniu, Brukseli. W Polsce to jakas choroba chciwcow developerow.

Polecam artukul gdyz wbrew temu czym karmia nas massmedia sponsorowane przez
developerow albo naganiane przez OpenFajans i innych handlowcow od sprzedazy
kredytow z mega prowizjami dla nich, to artykul ten jest bezstronny i wreszcie
podparty rzetelnymi argumentami a nie bzdetami jak mowia developerzy i doradcy
"tak bo tak".

CENY MIESZKAN POLECA AZ DO 50% W DOL!!!

www.nexto.pl/e-prasa/wprost_p273.xml
Obserwuj wątek
    • thomas.levy Re: Nowy artykul WPROST - ceny mieszkan do 50% w 12.01.09, 14:18
      urosły o 100 to spadną o 50%. Normalka.
      Koleni absolwenci kupują takie same mieszkania, jak ci co urodzili się 5,10,20
      lat wcześniej. Resztą zajmuje się rynek i po wynikach sprzedaży z ostatniego
      roku widać, że zajmuje się dobrze. Chwilowe przepały pozwalają niektórym sporo
      zarobić, innym sporo stracić, ale od lata 2007 ta pierwsza opcja coś nie działa.

      Ale 5 lat to mogłoby potrwać na zachodzie, gdzie takie firmy mają kapitał. U nas
      już te gołodupce straciły płynność i obstawiam jeszcze pół, góra rok na powrót
      cen do poziomu równowagi.
      • arkaszka1 Jest to realne 17.01.09, 19:00
        Pamiętać trzeba jaka była geneza wzrostów, był nią w uproszczeniu
        tani kredyt.
        W najlepszym okresie banki dawały po 100 000 kredytu na każde 1000
        PLN dochodu, oczywiście w uproszczeniu. Teraz ten współczynik się
        zmniejszył i na każde 100 000 kredytu trzeba mieć dochód około 1600-
        1700 PLN, a jak się można domyślać szansy na duże wzrosty
        wynagrodzeń w najbiższym czasie nie ma.
    • stoje_i_patrze Już dostępny w sieci - cz1 17.02.09, 21:23
      www.wprost.pl/ar/149860/O-ile-spadna-ceny-mieszkan/?O=149860&pg=0
      Ceny mieszkań się ustabilizowały, a niedługo znów będą rosnąć – przekonują
      deweloperzy. Pracownicy biur nieruchomości namawiają, by kupować i nie łudzić
      się obniżkami cen w przyszłości. Doradcy finansowi, zainteresowani sprzedaniem
      kredytów hipotecznych, zapewniają, że większych niż kilkuprocentowe obniżek cen
      mieszkań nie będzie.
      Ci, którzy sprzedają mieszkania na rynku wtórnym, uparcie utrzymują wyśrubowane
      ceny, wierząc, że ktoś w końcu te nieruchomości od nich kupi. Zamierzający kupić
      mieszkanie odkładają decyzję, licząc, że niedługo zapłacą o kilkadziesiąt
      procent mniej niż obecnie. Kto ma rację? W Polsce jest ogromy popyt na
      mieszkania, więc ceny będą rosły rok do roku przynajmniej o 10-15 proc. Kupuj
      dziś, bo jutro będzie drożej – takimi hasłami byliśmy do niedawna karmieni. Czy
      rzeczywiście nasz rynek jest tak specyficzny, że musimy płacić za mieszkania
      tyle, ile mieszkańcy Europy Zachodniej czy USA, choć zarabiamy kilkakrotnie
      mniej niż oni?
      Jak wskazują analizy Komisji Nadzoru Finansowego, wzrost cen mieszkań w
      największych polskich miastach sięgający 200-300 proc. w ostatnich pięciu latach
      nie miał uzasadnienia ani we wzroście polskiej gospodarki, ani w zwiększeniu
      zamożności Polaków, ani we wzroście kosztów budowy (materiałów, robocizny, ziemi
      itp.) – te wskaźniki rosły dużo wolniej.
      Wszyscy przywoływali przykład Hiszpanii, do niedawna największego placu budowy w
      Europie, gdzie rynek nieruchomości rósł w szalonym tempie. Nikt nie pamiętał o
      Japonii, w której po pęknięciu bańki giełdowej i mieszkaniowej ceny
      nieruchomości w sześciu największych metropoliach spadły w latach 90. o 84 proc.
      Ziemia w Kraju Kwitnącej Wiśni taniała 12 lat z rzędu i pewnie minie jeszcze
      dużo czasu, zanim wróci do rekordowych cen (jeśli to w ogóle nastąpi). O ile
      aktorzy naszego rynku nieruchomości chętnie porównywali Polskę do Hiszpanii w
      czasie tamtejszego boomu mieszkaniowego, o tyle dziś, gdy iberyjski rynek
      przeżywa zawał, przekonują, że te rynki za bardzo się różnią, by wyciągać z ich
      porównania jakieś wnioski.
      Bessie na rynku nieruchomości w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych,
      Hiszpanii czy Irlandii daleko jeszcze do potężnej przeceny z przełomu lat 80. i
      90. XX wieku. Według różnych źródeł, ceny domów i mieszkań w tych krajach
      spadają (licząc rok do roku) o 15-20 proc. Tyle że są to średnie wskaźniki dla
      całych krajów. Tymczasem w niektórych regionach USA spadki sięgają 40 proc. Tak
      jest w Sacramento czy San Diego. W Wielkiej Brytanii, która była stawiana za
      wzór dla naszego rynku nieruchomości, największe spadki notuje się w Londynie –
      w 2009 r. ceny nieruchomości mogą tam spaść nawet o 20 proc.
      Wiele wskazuje na to, że Polska jest następna w kolejce. Już teraz rabaty (czy
      to w formie obniżki cen, czy dodawania gratis garaży, tarasów, wykończenia
      wnętrz itp.), oferowane przez niektórych deweloperów wynoszą 10-15 proc. – mniej
      więcej tyle, ile spadki cen w krajach dotkniętych bessą na rynku nieruchomości.
      Potwierdzają to dane RedNet Consulting wskazujące, że w aglomeracjach
      warszawskiej czy śląskiej różnice między ofertowymi a faktycznymi cenami
      sprzedaży nowych mieszkań w listopadzie 2008 r. sięgały 10 procent. Czy ceny
      spadną jeszcze bardziej?
      Argumentem przemawiającym za tym, że nieruchomości nie stanieją, na który
      najchętniej powołują się deweloperzy, mają być potrzeby mieszkaniowe Polaków.
      Czyli popyt, który będzie windował ceny. Z różnych analiz wynika, że brakuje nam
      1,5-2 mln mieszkań. Po raz pierwszy te dane pojawiły się w mediach kilka lat
      temu i dziś nikt już nie wie, z jakiego źródła pochodzą. Według narodowego spisu
      powszechnego GUS z 2002 r., deficyt mieszkań wynosił 1,7 mln lokali. Z tego 615
      tys. mieszkań brakowało na wsi, a 1,089 mln w miastach, które faktycznie tworzą
      niemal cały rynek nieruchomości. Od końca 2002 r. do końca października 2008 r.
      do użytku oddano w sumie ponad 850 tys. mieszkań. W marcu 2008 r. w budowie było
      kolejnych 681,1 tys. mieszkań i domów. Nawet jeśli duża część z nich to domy
      jednorodzinne, budowane często 5-6 lat, to popyt na mieszkanie rodziny właśnie
      się budującej raczej nie ujawni się na rynku.
      Gdy to policzymy, okaże się, że deficyt mieszkań w Polsce nie jest wcale taki
      duży. Prognozowany szczyt liczby gospodarstw domowych w miastach osiągniemy
      około 2014 r. Potem nastąpi spadek, bo ludność Polski będzie się zmniejszała.
      Warto pamiętać, że lepszy albo gorszy, ale zdecydowana większość Polaków ma dach
      nad głową i nie koczuje pod mostem.
      Mit o wielkim popycie na mieszkania nie uwzględnia realiów finansowych. Popyt
      powinien być liczony zdolnością klientów do zaciągnięcia długoterminowego
      zobowiązania, czyli kredytu mieszkaniowego. W statystykach dość dobrze wygląda
      zdolność kredytowa Polaków, liczona na przykład według średniej płacy.
      Faktycznie zarobki ponad 65 proc. pracujących nie przekraczają średniej
      krajowej. Te osoby zapewne mają potrzeby mieszkaniowe, ale zazwyczaj nie mają
      siły nabywczej, aby je zaspokoić. Przynajmniej przy obecnych cenach. W tej
      sytuacji utożsamianie popytu z liczbą brakujących lokali nie ma sensu. Można,
      jak w USA, sztucznie podkręcić popyt, rozdając kredyty komu popadnie, ale już
      wiemy, do czego to prowadzi.
      Nie broni się też argument deweloperów, że mieszkań w Polsce nie da się budować
      taniej. 30-40 proc. zysku netto deweloperów było do niedawna standardem w tej
      branży. To wszystko z ryzykiem finansowym przerzuconym w większości na klienta i
      sprzedawaniem istniejących tylko w planach mieszkań w „standardzie
      deweloperskim". Jak wynika z raportu KNF, gdyby deweloperzy obniżyli swoje marże
      do poziomu z lat 2003-2004, ceny nowych mieszkań spadłyby o co najmniej 15-20 proc.
      Kolejnym przekłamaniem, które zawyża oczekiwania cenowe sprzedających
      mieszkania, są zestawienia średnich cen mieszkań. Powstają one na podstawie tzw.
      ceny marzeń sprzedających, więc nie odzwierciedlają rzeczywistości. Tym bardziej
      że są to ceny podawane jako średnia arytmetyczna, a nie – jak na świecie –
      mediana cen transakcyjnych. Po pierwsze, oznacza to, że wprowadzenie do
      sprzedaży niewielkiej liczby bardzo drogich apartamentów może znacznie
      podwyższyć średnią cenę. Po drugie, czym innym są ceny ofertowe, a czym innym te
      faktycznie płacone przez kupujących.
      Za znaczącym spadkiem cen mieszkań przemawia przede wszystkim kryzys finansowy,
      skutkujący zakręceniem przez banki kurka z tanimi kredytami hipotecznymi. 85-90
      proc. transakcji na rynku nieruchomości w Polsce było wspomaganych pożyczkami i
      to one nakręcały spiralę wzrostu cen. Tak samo było w innych krajach, gdzie boom
      nastąpił na początku tego stulecia. Od końca XIX wieku mniej więcej do początku
      lat 90. XX wieku realna wartość nieruchomości w USA rosła stabilnie o 2-3 proc.
      ponad inflację. Dopiero ostatnie lata przyniosły gwałtowne wzrosty, wywołane
      przez możliwość zaciągnięcia tanich kredytów udzielanych na ponad 100 proc.
      wartości nieruchomości.
      • stoje_i_patrze Już dostępny w sieci - cz2 17.02.09, 21:24
        Dziś brak możliwości finansowania zakupu mieszkań lub domów kredytami powoduje,
        że rynek zaczyna się kurczyć. Banki, które chcą nadal udzielać kredytów, muszą
        drogo pożyczać na nie pieniądze. Zagraniczne banki-matki nie chcą już finansować
        banków-córek w Polsce, a międzybankowy rynek długoterminowych pożyczek
        praktycznie przestał istnieć. Aby zdobyć pieniądze, banki rozpoczęły więc wojnę
        o depozyty, oferując coraz wyższe oprocentowanie. Ale na dłuższą metę żaden bank
        nie będzie przyjmował pieniędzy w depozyt na 8-10 proc., żeby potem pożyczyć je
        na mieszkanie na 30 lat po, dajmy na to, 7,85 proc. Jeśli na dodatek polska
        gospodarka zwolni, wzrośnie bezrobocie i pojawi się groźba kłopotów z
        odzyskaniem części pożyczek, rynek kredytów mieszkaniowych zostanie zamrożony.
        Bank będzie wolał udzielić kredytu gotówkowego lub wydać kartę kredytową, bo te
        produkty oznaczają znacznie wyższą marżę (ich rzeczywiste oprocentowanie
        przewyższa często 30 proc.). Najbliższe miesiące, jeśli nie lata, banki spędzą
        na odbudowywaniu fundamentów finansowych, co ograniczy ich chęć do
        długoterminowego kredytowania nieruchomości.
        Ostrożne szacunki wskazują, że w 2009 r. wartość kredytów hipotecznych
        udzielonych przez banki może być nawet o połowę mniejsza niż w 2008 r. Ryzyko
        spadku cen nieruchomości powoduje, że banki wycofują się z oferowania kredytów
        na 100 proc. wartości mieszkania. A jeszcze niedawno kredyt na 110-120 proc. był
        przecież normą. Bank nie będzie ryzykował, że jego pieniądze będą zabezpieczone
        nieruchomością, która szybko traci na wartości. Trudno będzie też znaleźć wiele
        osób dysponujących wystarczająco dużym wkładem własnym. Nawet właściciele
        mieszkań, którzy będą chcieli je zamienić na większe, najpierw muszą znaleźć
        kupca na to dotychczasowe. Jeśli ten nie będzie miał wkładu własnego, nie uzyska
        kredytu i nie kupi od nich mieszkania. Rozpocznie się efekt domina.
        Ceny nieruchomości nie są wliczane bezpośrednio do oficjalnej inflacji. Dzięki
        temu mogły rosnąć o kilkadziesiąt procent rocznie bez wywoływania reakcji rządu.
        Teraz pojawi się groźba długoterminowej deflacji. Duża część osób będzie się
        wstrzymywać z zakupem mieszkań, bo widząc, co się dzieje na rynku, będzie
        liczyć, że każdy miesiąc to szansa na jeszcze niższą cenę. Im dłużej będzie
        trwać taka sytuacja, tym bardziej spadną ceny mieszkań.
        Kolejnym czynnikiem, który ograniczy dostęp do kredytów hipotecznych i popyt na
        mieszkania, będzie tzw. rekomendacja „T" opracowana przez KNF. Jej projekt
        zakłada, że klient zaciągający kredyt w obcej walucie na dłużej niż pięć lat
        musi mieć wkład własny w wysokości 20 proc. wartości nieruchomości. Maksymalna
        wartość wydatków rodziny związanych ze zobowiązaniem kredytowym i finansowym nie
        powinna przekraczać 50 proc. dochodów. Rygorystyczne ma być podejście do limitów
        na kartach kredytowych czy kredytów w rachunku. W połączeniu z wcześniejszą
        rekomendacją „S" (dla klienta biorącego kredyt w walucie bank przyjmuje kwotę
        wnioskowanego kredytu podwyższoną o 20 proc. i oprocentowanie jak dla kredytu
        złotowego, i na tej podstawie ocenia zdolność kredytową) oznacza to właściwie
        koniec walutowych pożyczek mieszkaniowych. Tym bardziej że najpopularniejsze
        kredyty we frankach szwajcarskich dobija nagłe osłabienie się złotego, co
        zwiększa raty kredytów we frankach o kilkaset i więcej złotych miesięcznie.
        Nie należy się spodziewać, że podaż kredytów złotowych zrekompensuje utratę
        kredytów walutowych, które stanowiły ponad 70 proc. wszystkich. Tylko od
        stycznia do końca października 2008 r. zadłużenie Polaków z tytułu kredytów
        hipotecznych w złotych zwiększyło się o 4,9 mld zł, a zadłużenie w walutach – aż
        o 49,9 mld zł.
        To wszystko oznacza spadek zdolności kredytowej Polaków, a co za tym idzie –
        możliwości kupna mieszkań po ich obecnych cenach. Tych cen nie podbiją już
        rodzimi czy zagraniczni inwestorzy, którzy wchodzili na rynek nieruchomości
        tylko na kilka miesięcy. Nie pomogą też groźby deweloperów, że przestaną
        budować, przez co podaż mieszkań spadnie i ceny pójdą w górę.
        Raport NBP i RPP o inflacji w październiku 2008 r. wskazuje, że liczba mieszkań
        w sprzedaży w sześciu największych polskich miastach w pierwszej połowie 2008 r.
        wzrosła aż o 56 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2007 r. Wobec dużego
        spadku liczby chętnych do ich zakupu musi to prowadzić do przeceny. Jak dużej?
        Zwykle mówi się o spadkach rzędu 10-15 proc. Nikt nie wspomina o inflacji, która
        przy takich szacunkach istotnie wpływa na realną wartość nieruchomości (od
        połowy 2007 r. odpowiada ona za blisko 6-procentowy spadek tej wartości).
        Wszyscy aktorzy tej rynkowej gry starają się mówić albo o wzrostach cen mieszkań
        (w dalszej przyszłości), albo o jedynie czasowym spadku. Na zarzut, że
        dotychczasowe prognozy się nie sprawdzają, odpowiadają, że nikt nie mógł
        przewidzieć kryzysu finansowego. Skoro jednak ów kryzys dotknął rynek kredytów,
        to czy prognozy tak małej i krótkoterminowej korekty cen są wiarygodne?
        Z pomocą w prognozowaniu przychodzą irlandzcy naukowcy, którzy w 2007 r. trafnie
        przewidzieli obecne spadki cen w tym kraju. Na podstawie analizy rynków
        nieruchomości w 18 krajach OECD od 1970 r. Irlandczycy orzekli, że spadki cen
        nieruchomości trwają średnio 5-6 lat i zabierają nawet około połowy poprzednich
        wzrostów, licząc od roku szczytowego. Przy okazji stwierdzili, że część realnych
        spadków cen mieszkań i domów to efekt inflacji. Jakie jest prawdopodobieństwo,
        że taki scenariusz powtórzy się w Polsce?
        Spadek cen nieruchomości nawet o 30-50 proc. – w zależności od ich stanu
        technicznego i lokalizacji – w ciągu najbliższych kilku lat jest realny. Obecne
        ceny mieszkań są dla większości Polaków abstrakcją. W obliczu kryzysu na rynkach
        finansowych argumenty prowzrostowe straciły znaczenie. Zwłaszcza że polska
        gospodarka zaczyna hamować. Wobec rosnącego znów bezrobocia dotychczas udzielone
        kredyty mieszkaniowe zaczną bankom ciążyć. Duża ich część była udzielana z
        bardzo niskimi marżami, a nieruchomości, które są ich zabezpieczeniem, coraz
        częściej są warte mniej niż zobowiązania, którymi są obciążone. To utrudni
        pozbycie się takiego kredytu z bilansu. Już teraz niektóre banki, do tej pory
        zachowujące się bardzo agresywnie, praktycznie wycofały się z finansowania
        nieruchomości. Nowy rynek będzie wyglądał zupełnie inaczej. Kredyty będą
        udzielane w niższych kwotach, z wyższymi marżami i na nowych zasadach.
        W dalekiej perspektywie ceny nieruchomości w Polsce będą rosły, ale już o kilka
        procent ponad inflację, a nie kilkanaście czy kilkadziesiąt. Trudno przewidzieć,
        kiedy rynek wróci do równowagi i spadki się skończą. Analitycy stawiają na rok
        2010. Skoro jednak wszyscy mają problemy z odpowiedzią, jakie będą w Polsce
        wzrost gospodarczy czy dostępność do finansowania na rynkach międzynarodowych,
        to zgadywanki są skazane na porażkę. Po wycofaniu z rynku tanich kredytów
        walutowych trudno będzie podtrzymać wzrost rynku nieruchomości. Będzie się
        osuwał aż do pojawienia się nowego impulsu.
        Nieruchomości są dziś przewartościowane, a spłacający kredyty klienci mają
        ograniczony rozporządzalny dochód – dużą jego część oddają bankom. Jeśli
        nieruchomości znacznie stanieją, nabywcy będą zaciągać mniejsze kredyty i
        spłacać niższe raty, więc będą mogli przeznaczyć więcej pieniędzy na konsumpcję,
        podtrzymując koniunkturę gospodarczą. Kiedy wzrosty cen wrócą, nie będą już
        irracjonalne, lecz powiązane ze wzrostem zarobków i inflacją.
        Drugie dziesięciolecie bez wzrostu gospodarczego w Japonii to właśnie efekt
        nadmuchanego bąbla na rynku nieruchomości. Brak możliwości ogłoszenia upadłości
        konsumenckiej wymusza na Japończykach spłatę ogromnych kredytów zaciągniętych
        często na kilkadziesiąt lat. Skoro kredyt idzie za kredytobiorcą, a nie za
        nieruchomością, to ani obniżenie podatków, ani podwyższenie pensji nie zmienia
        sytuacji. Pęknięcie bańki na polskim rynku nieruchomości
        • stoje_i_patrze Już dostępny w sieci - cz3 17.02.09, 21:26
          Ze społecznego punktu widzenia mieszkanie nie jest i nie powinno być traktowane
          jako wysokodochodowa inwestycja. Ma służyć przede wszystkim do mieszkania, a nie
          zarabiania jak na akcjach. Szykująca się przecena na rynku nieruchomości
          doprowadzi do większego zróżnicowania cen. Osoby o mniejszych zarobkach będą
          mogły sobie pozwolić na własny kąt. Znacznie taniej, chociaż nie oznacza to, że
          szybciej. Mieszkanie będzie jednak w zasięgu ręki, a nie w sferze marzeń, jak
          obecnie.

          Czy mieszkania stanieją
          NIE
          Józef Wojciechowski
          Szef rady nadzorczej JW Construction Holding

          Sądzę, że w 2009 r. czeka nas stabilizacja na rynku nieruchomości. Obecne ceny
          mieszkań i domów są stosunkowo niskie i nie ma mowy o dalszych spadkach. Część
          mniejszych deweloperówbędzie miała kłopoty finansowe i obniży marże, ale nie
          będzie to masowe. Jeśli deweloperzy wstrzymają rozpoczęcie nowych inwestycji,
          pod koniec 2009 r. możemy się nawet liczyć ze wzrostem cen. Porównywanie naszego
          rynku na przykład z Hiszpanią nie ma sensu. Tam wiele lat budowano ponad 700
          tys. mieszkań rocznie. Gros zakupów stanowiły transakcje spekulacyjne. U nas
          buduje się rocznie około 150 tys. mieszkań, a ta liczba nie zaspokaja nawet
          własnych potrzeb mieszkaniowych Polaków.

          Adam Polanowski
          Prezes Polanowscy Nieruchomości

          Spadną ceny mieszkań, ale tylko niektórych na rynku wtórnym. Wielu właścicieli
          czeka na lepsze czasy i klientów, którzy zapłacą cenę bardziej zbliżoną do ich
          oczekiwań. Mówi się, że mieszkania tanieją, ale liczba zawieranych transakcji
          spadła i choć te finalizowane opiewają na niższe kwoty, to trudno na ich
          podstawie mówić o całym rynku. W wypadku rynku pierwotnego jest podobnie. Żaden
          z dużych deweloperów nie zbankrutował. W 2008 r. bali się oni znacząco obniżać
          ceny, a skoro utrzymywali je do tej pory, to w 2009 r. również nie zanosi się na
          znaczącą zmianę tego trendu.

          Jarosław Szanajca
          Prezes Dom Development

          Ceny mieszkań i domów bardzo mocno spadły pod koniec 2008 r., dlatego też nie ma
          już miejsca na dalszeobniżki. W tym roku możemy się spodziewać raczej
          stabilizacji cen nowych mieszkań. Tym bardziej że wizja masowych bankructw
          deweloperów to gruba przesada. Ciągle jesteśmy krajem, w którym mieszkań
          brakuje, więc nasz rynek powinien się odrodzić. Wiele zależy jednak od rynku
          kredytów mieszkaniowych, bo większość nabywców finansuje zakup nieruchomości
          właśnie za ich pomocą. Dlatego bardzo krytycznie oceniam projekt rekomendacji
          „T", ograniczającej dostęp do kredytów hipotecznych w czasie, gdy rynek
          mieszkaniowy jest w trudnej sytuacji.

          TAK
          Marcin Gołębiowski
          Prezes RedNet Consulting i główny analityk RedNet Property Group

          W pierwszych miesiącach tego roku ceny mogą spaść, ale raczej o kilka niż
          kilkanaście procent. Podobnie jest na rynku domów. Wiąże się to ze strukturą
          rynku. Deweloperzy zauważyli bowiem, że muszą zaoferować mieszkania z segmentu
          popularnego, zachęcającego ceną, na które wciąż jest wielu klientów, albo
          zaoferować mieszkania w dobrym standardzie i lokalizacji, ale rozsądnie
          wycenione. Obecnie mamy nadprodukcję mieszkań z segmentu średniego i
          podwyższonego (tzw. pseudoapartamentów). I w tych segmentach spadki cen będą
          największe. Na rynku wtórnym natomiast nadal wiele zależy od jakości mieszkań
          oraz od lokalizacji. Dalej będzie postępować proces spadku cen mieszkań z
          wielkiej płyty w blokowiskach.

          Emil Szweda
          Analityk Open Finance

          Mieszkania stanieją, ale trudno zgadnąć, o ile. Myślę, że w granicach 10-15
          proc. Stanie się tak przede wszystkim z powodu trudności z uzyskaniem kredytów
          mieszkaniowych. Znaczenie potrzeb mieszkaniowych Polaków, o których mówią
          deweloperzy, uzasadniając tezę o dalszym wzroście cen, jest przeceniane. Moim
          zdaniem, w Polsce nie brakuje ani jednego mieszkania. To nie jest tak, że każdy
          ma obowiązek mieć własne mieszkanie i żyć w komfortowych warunkach. Część z nas
          nie będzie w stanie zgromadzić kwoty wystarczającej na zakup mieszkania.

          Wojciech Ciurzyński
          Prezes Polnordu

          Przewiduję, że mieszkania stanieją nawet o 20 proc. Ich ceny są ściśle związane
          z cenami materiałów budowlanych i kosztami wykonania. Jeśli te będą malały, to
          ceny mieszkań również. Bardzo ważne będzie także, w jakiej skali banki będą
          udzielać kredytów hipotecznych. Jeśli będzie to znikoma liczba, będzie miało to
          znaczący wpływ na ceny mieszkań.

          Polecane strony internetowe

          Strona zawierająca ceny transakcyjne mieszkań na rynku wtórnym w największych
          miastach
          | www.oferty.net/statystyki/122008_cenytransakcyjne.php

          Fora, na których można przeczytać opinie internautów o deweloperze albo o niego
          zapytać
          | forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=106 | forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=778

          Strona zawierająca informacje o zmianach liczby mieszkań wystawionych na
          sprzedaż | licznikmieszkan.atspace.com/

          Pęknięcie światowej bańki

          Hiszpania
          1,5 mln nowych mieszkań i domów czeka na nabywców w Hiszpanii. Hiszpańscy
          deweloperzy mają 470 mld euro długów. W 2008 r. tysiąc hiszpańskich firm
          budowlanych złożyło wnioski o ogłoszenie bankructwa (m.in. Martinsa-Fadesa,
          która buduje w warszawskim Wilanowie). Sytuacja nie zmieni się, dopóki ceny
          nieruchomości nie przestaną spadać. Standard & Poor’s szacuje, że nastąpi to w
          2010 r., kiedy ceny będą o 30 proc. niższe niż w 2007 r.

          Stany Zjednoczone
          Ceny domów w Las Vegas są o 32 proc. niższe niż przed rokiem. W Phoenix (stolicy
          stanu Arizona) spadki sięgnęły 33 proc. Jak wynika z notowań wskaźnika rynku
          nieruchomości S&P/Case-Shiller, w 20 najważniejszych amerykańskich miastach ceny
          domów spadły
          w ostatnim roku o 18 proc. To już 22. z rzędu miesiąc spadków. Spadki cen
          zanotowano nawet w Atlancie, Seattle i Portland, miastach, które do tej pory
          opierały się kryzysowi.

          Irlandia
          46 tys. euro (188 tys. zł) stracił średnio każdy właściciel domu w Irlandii.
          Ceny nieruchomości są tam o 15 proc. niższe niż w styczniu 2007 r. (średnia cena
          domu to 265 tys. euro, czyli 1,08 mln zł). Irlandzkie banki udzielają najmniej
          kredytów hipotecznych od 22 lat. „Iris Independent" podał, że około 100 tys.
          domów stoi pustych (z tego 50 tys. to nowe budynki). Pojawiają się „dzielnice
          widma", czyli takie, w których prawie nikt nie mieszka. Rząd uruchomił pożyczki
          na zakup nieruchomości dla osób, które zarabiają nie więcej niż 40 tys. euro
          rocznie.

          Wielka Brytania
          O 16,2 proc. spadły ceny nieruchomości w Wielkiej Brytanii w 2008 r. – podał
          bank Halifax. To największa roczna zniżka od 1983 r. Ceny nominalne są już w tym
          kraju takie, jakie były w 2004 r. W stosunku do dochodów Brytyjczyków
          nieruchomości są tak tanie, jak w kwietniu 2003 r. To jednak nie koniec spadków.
          Howard Archer z firmy konsultingowej IHS Global Insight szacuje, że na koniec
          2009 r. ceny będą niższe o 15 proc. od obecnych. Wskazuje na to fakt, że w
          listopadzie 2008 r. – jak podał Bank Anglii – udzielono tylko 27 tys. kredytów
          hipotecznych – najmniej od 1999 r
          • stoje_i_patrze Już dostępny w sieci - cz4 - LAST 17.02.09, 21:29
            Diagnoza w pigułce

            W 2009 r. banki udzielą nawet o połowę mniej kredytów hipotecznych niż w 2008
            r., bo 85-90 proc. mieszkań w Polsce jest kupowanych na kredyt. Deweloperzy i
            inni sprzedający będą musieli obniżyć ceny, aby znaleźć kupców.

            Już w końcu 2008 r. liczba mieszkań na sprzedaż wzrosła o 60 proc. Brakuje na
            nie chętnych, ponieważ nabywcy nie są w stanie otrzymać kredytu albo wstrzymują
            się z zakupem do czasu znacznego obniżenia cen.

            W najbliższych latach ceny mieszkań w Polsce mogą spaść o 30-50 proc. Analizy
            wskazują, że trend spadkowy trwa 5-6 lat i obniża ceny o połowę poprzednich
            wzrostów, licząc od roku cenowego szczytu.

            Rzekomy niedostatek mieszkań ma uzasadniać tezę o nieuchronnym wzroście ich cen.
            Według GUS, w 2002 r. brakowało 1,7 mln mieszkań.Od końca 2002 r. do jesieni
            2008 r. do użytku oddano jednak ponad 850 tys. mieszkań oraz domów i rozpoczęto
            budowę kolejnych 681,1 tys.

            WYBRANA IKONOGRAFIA:
            www.wprost.pl/G/wprost_gfx1/1358/s50_d_zoom.jpg
            www.wprost.pl/G/wprost_gfx1/1358/s50_c.jpg

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka