Dodaj do ulubionych

pozdrowienia z Libanu

07.12.05, 17:25
witam serdecznie z Obozu dla Uchodzcow Palestynskich Nahr al-Bared w Libanie,
dokad przyjechalam wczoraj.
By wyjechac z Syrii musialam zalatwic zezwolenie od generala, przyniesc
usprawiedliwienie nieobecnosci na zajeciach od konsula do dyrektora
instytutu, a ten musial wyslac list do ministra edukacji...
ale udalo sie
Obserwuj wątek
        • beduinka Re: pozdrowienia z Libanu 07.12.05, 17:58
          gajasirocco napisała:

          > Czułam, że wyskoczysz do obozów! Pozdrów nasze dzieciaczki ze zdjęć!

          na razie stoja nade mna takie dwudziestkokilkuletnie dzieciaczki i rozkladamy
          na czesci pistolet

          A jak z
          > egzaminami?

          mialam wyniki 3 z 5 egzaminow

          gramatyka 45/50
          opowiadanie i wypracowanie 25/30
          podrecznik 60/60


          Udało się pozdawać?
          • tetys Re: pozdrowienia z Libanu 07.12.05, 18:16
            beduinka napisała:



            > na razie stoja nade mna takie dwudziestkokilkuletnie dzieciaczki i rozkladamy
            > na czesci pistolet

            To musi być interesujące:)

            > A jak z
            > > egzaminami?
            >
            > mialam wyniki 3 z 5 egzaminow
            >
            > gramatyka 45/50
            > opowiadanie i wypracowanie 25/30
            > podrecznik 60/60
            >
            >
            > Udało się pozdawać?

            No ba! Gratulacje dla najlepszej polskiej uczennicy w Syrii:))

            • beduinka Re: pozdrowienia z Libanu 07.12.05, 19:03
              tetys napisał:

              > beduinka napisała:

              >
              > To musi być interesujące:)

              probuje wyslac Gaji zdjecie z ta zabawka, ale nie chce przejsc
              >
              > > A jak z
              > > > egzaminami?
              > >
              > > mialam wyniki 3 z 5 egzaminow
              > >
              > > gramatyka 45/50
              > > opowiadanie i wypracowanie 25/30
              > > podrecznik 60/60
              > >
              > >
              > > Udało się pozdawać?
              >
              > No ba! Gratulacje dla najlepszej polskiej uczennicy w Syrii:))
              >
              oj wcale nie najlepszej
              i jeszcze nie znam wynikow z dwoch egzaminow
    • bebe0501 Re: pozdrowienia z Libanu 08.12.05, 14:04
      czesc Beduinka!

      to jedna z tych 3 dziewczyn z szeszalanskich murow; nie wiem czy jeszcze
      pamietasz -to bylo tak dawno, a tu tyle nowych przezyc !... sledze Twoje
      eskapady o podziwiam za zapał i odwagę ;)! pozdrawiam goraco!
      • beduinka Re: pozdrowienia z Libanu 08.12.05, 20:01
        bebe0501 napisała:

        > czesc Beduinka!
        >
        > to jedna z tych 3 dziewczyn z szeszalanskich murow; nie wiem czy jeszcze
        > pamietasz -to bylo tak dawno, a tu tyle nowych przezyc !... sledze Twoje
        > eskapady o podziwiam za zapał i odwagę ;)! pozdrawiam goraco!

        hej
        pamietam...a jakze
        jak tam przebiegala dalej wasza podroz
        kiedy macie w planach Syrie badz Liban??
        • bebe0501 Re: pozdrowienia z Libanu 08.12.05, 20:28
          w dluzsza droge wyruszymy jak tylko przeorganizujemy sobie troche zycie:))
          napewno gdzies w lecie/jesieni pojedziemy chocby na ktortko, a co polecasz
          liban-do kiedy tam bedziesz;))
          nasza podroz marokanska byla wspaniala i pelna spotkan! zachwycialam się się
          wszystkim od pustynnch gadu-gadu z bereberami po hammam. chcialam zamiescic
          troche zdjec ale nie wiem jak...
    • tetys Re: pozdrowienia z Libanu 08.12.05, 22:29
      Wejdż do galerii forum Kraje Arabskie :)

      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=687
      Piszesz post tak jak zazwyczaj + załączasz fotki, po prawo na dole masz takie 3
      pola :) Poradzisz sobie na pewno:)

      Daj znać na tym forum, że zamieściłaś fotki, bowiem przed opublikowaniem muszą
      być zaakceptowane przez moderatora.
      Pozdrawiam i czekam na zdjęcia:)

      • bebe0501 Re: pozdrowienia z Libanu 09.12.05, 20:54
        dzięki za poradę:) własnie padł mi czytnik CD, a na CD mam zdjęcia...jak tylko
        dotrę do jakiegos innego nadajnika zaraz zamieszczam!
        tez serdecznie pozdrawiam;
        niestety nie mam tyle czasu aby wymieniac mysli i codziennie sledzic tak
        pasjonujace "sprawozdania" jak te beduinki , ale mam zamiar wybrac sie do
        karawanseraju (w koncu!tzn. wybrać sie i w końcu, że mieszkam w Warszawie;)) i
        odswierzyc moje marokanskie wspomnienia (ciagle zywe i inspirujace)
    • beduinka Re: pozdrowienia z Libanu 09.12.05, 17:13
      Wczoraj odwiedzilam inny oboz dla cuhodzcow palest., czyli Beddawi
      W moim obozie nie ma szkoly sredniej i uczniowie musza codziennie jezdzic do
      Beddawi, wiec wybralam sie szkolnym autbusem. (moj kolega Aszraf jest tam
      nauczycielem WF)
      Pozniej pojechalam na trening III-ligowej libansiej druzyny pilkarskiej Chikka.

      A dzisiaj pojechalam do Bejrutu
      wyjechalismy o niemilosiernie wczesnej godzinie, bo o 6 rano.
      Rano, gdy Ashraf mial zajecia w UN na temat technik nauczania, ja zwiedzalam
      Downtown oraz spedzilam ponad 3 godziny. Wstep kosztuje 5000 LL, dla studentow
      1000. Jest zakaz wnoszenia aparatow fotograficznych.
      Odwiedzajacy moga obejrzec film na temat historii muzeum z uwzglednieniem
      czasow wojny domowej i wysilkow pracownikow muzeum celem uratowania zabytkow
      W srodku znajduja sie przedmioty od czasow prehistorycznych az po okres
      mamelucki.
      Pozniej pojechalismy z Ashrafem do Antelias, gdzie zwiedzalismy Muzeum Cilicia,
      gdzie zostaly zgromadzone zbiory ormianskiego dziedzictwa religijnego i
      kulturalnego uratowanego przez Ormian, ktorym udalo sie uciec przed tureckim
      ludobojstwem... naprawde niesamowite i polecam

      Pozniej pojechalismy cos zjesc do Jounieh, nastepnie zwiedzalismy Byblos.
      Jechalismy do Trypolisu nie autostrada, lecz droga nadmorska, malowniczo wijaca
      sie wzdluz brzegu, przebiegajaca przez male miasteczka i wioseczki
    • beduinka Re: pozdrowienia z Libanu 12.12.05, 18:08
      ostatnie dni spedzam na czyms niezwykle trudnym, czyli na nic nierobieniu
      jest to w jakis sposob przyjemne, choc z drugiej strony troche mi sie juz tutaj
      w obozie zaczyna nudzic i tak sie zastanawiam, gdzie by tu sie wybrac

      mam tez staly dostep do netu, niestety polaczenie jest za slabe, bym mogla
      wyslac zdjecia na serwer webshoots

      oczywiscie dociera tez jakos do mojej podswiadomosci, ze w miedzyczasie
      stwarzam sobie zaleglosci w nauce w Syrii, ktore bede musiala po powrocie
      szybko nadrobic, ale mi sie po prostu teraz nie chce nic robic... macie tez tak
      czasem??
      • tetys Re: pozdrowienia z Libanu 12.12.05, 18:46
        Ja mam tak właśnie teraz.
        Przeżywam depresję natury egzystencjalnej :))

        Wychodzę z domu - ciemno, wracam - ciemno, a gdzie słoneczko? Ja chcę światła!
        Muszę się gdzieś ruszyć bo też spędzam długie godziny na nicnierobieniu, a tu
        trzeba się do nauki brać, bo to zraz święta i trach... nowy roczek, nowa porcja
        nauki.

        Czekam z upragnieniem na Egipt i oglądam z łezką w oku CNN "In the Middle
        East":)

        Mam pytanie, może ktoś oglądał Miss World 2005 :) Ja tylko przelotem
        zauważyłem, że miss canady była bellydancer(tancerką brzucha) i miała taką
        arabską urodę. Ktoś wie jak daleko zaszła?
        • beduinka Re: pozdrowienia z Libanu 12.12.05, 22:34
          tetys napisał:

          > Ja mam tak właśnie teraz.
          > Przeżywam depresję natury egzystencjalnej :))
          >
          > Wychodzę z domu - ciemno, wracam - ciemno, a gdzie słoneczko? Ja chcę
          światła!

          no u nas jest w ciaglu dnia cieplutko... ok. 20 C... ale to tez mnie nie
          zacheca do powrotu do D. i nauki... dobrze mi sie uprawia nicnierobienie i
          uzyskuje coraz lepszy poziom umiejetnosci w tej dziedzinie

          > Muszę się gdzieś ruszyć bo też spędzam długie godziny na nicnierobieniu, a tu
          > trzeba się do nauki brać, bo to zraz święta i trach... nowy roczek, nowa
          porcja
          >
          > nauki.
          >
          u nas egzaminy z okazji konca semestru zaplanowano na 2, 3, 4 i 5 stycznia,
          czyli tuz po noworocznym szalenstwie

          > Czekam z upragnieniem na Egipt i oglądam z łezką w oku CNN "In the Middle
          > East":)
          >
          > Mam pytanie, może ktoś oglądał Miss World 2005 :) Ja tylko przelotem
          > zauważyłem, że miss canady była bellydancer(tancerką brzucha) i miała taką
          > arabską urodę. Ktoś wie jak daleko zaszła?
          >

          ja nie ogladalam, ale wydaje mi sie, ze w wielu miejscach w internecie mozesz
          to sprawdzic, a i wybory miss world maja na pewna oficjalna strone

          dobranoc
      • arbre Re: pozdrowienia z Libanu 12.12.05, 22:02
        A jak reakcje na zamach? Co się dzieje na ulicach? Będziesz brała udział w
        jakiś demonstracjach? Jeśli tak, to prześlij później proszę zdjęcia!
        Off topic - zamówiłam piosenkę jutro o 23. na lightfm (chyba częstotliwość 99),
        z okazji rocznicy stanu wojennego. Mam nadzieję, że puszczą.
        • beduinka Re: pozdrowienia z Libanu 12.12.05, 22:38
          arbre napisała:

          > A jak reakcje na zamach? Co się dzieje na ulicach? Będziesz brała udział w
          > jakiś demonstracjach? Jeśli tak, to prześlij później proszę zdjęcia!

          o zamachu uslyszalam dzisiaj rano od znajomych, potem przeczytalam cos w
          internecie
          u ns w obozie zyje sie innymi sprawami, bardziej tymi palestynskimi, niz
          libanskimi... od kilku dni nie wychodzilam z obozu... czuje sie bardziej jakbym
          byla w Palestynie, niz w Libanie... nawet dialekt, z ktorym sie codziennie
          osluchuje to palestynski, nie libanski

          demonstracji zadnych nie planuje na razie
    • beduinka Re: pozdrowienia z Libanu 13.12.05, 13:03
      moi znajomi tutaj w obozie dla uchodzcow Nahr el-Bared maja kafejke internetowa
      no i od kilku dni pracuje tu jako admonistrator... no i nie pracuje dla
      pieniedzy.. ale tak, by pomoc znajomym, a i mi to odpowiada, bo mam caly czas
      dostep do netu... ale nie o tym chcialam pisac. jednym z moich zadan tutaj jest
      odrabianie za dzieciaki i nastolatki ich pracy domowej do szkol, instytutow czy
      nawet na studia. a wyglada to tak. dostaja jakis temat po arabsku, angielsku
      czy francusku i musza przyniesc na ten temat wydruk z internetu na wymagana
      ilosc stron (zazwyczaj na 2, 3 czy 4). Co ciekawe czesto zdarza sie, ze taka
      osoba, co przynosi temat po angielsku czy francusku nie rozumie nawet samego
      tematu, a co dopiero calego wypracowania znalezionego w internecie, wiec
      uwazam, ze niestety ta medoda nauczania nie przynosi zadnych korzysci
      pedagogicznych, a jedynie zyski poszczegolnych kafejek internetowych w obozie
    • beduinka styczniowe pozdrowienia z Libanu 08.01.06, 14:53
      po raz kolejny pozdrawiam was z Libanu
      przedwczoraj przyjechalam do Bejrutu
      mieszkam u palestynskich znajomych na pograniczy obozu Burj al-Barajna
      wczoraj spedzalam czas z libanskimi znajomymi, ktorzy wieczorem odwozili mnie
      do domu i po raz pierwszy w zyciu przyjechali do Burj al-Barajna, pomimo, ze
      cale zycie mieszkaja w Bejrucie. Wczesniej bylismy na kolacji w Restauracji
      Smerfy, ktora wam polecam odwiedzic, bowiem jest to jedno z niewielu tutaj
      miejsc, ktore stawia ekologie na bardzo waznym miejscu i wszystko, co jest tam
      uzywane - pozniej oddawane jest do recyclingu. Znajduje sie ona w Jounieh.
      W Jounieh polecam wam tez Oliver Bar. Drzwi baru wygladaja jakby - byl to jakis
      zrujnowany opuszczony dom, wiec jesli sie nie wie, gdzie to miejsce sie
      znajduje - mozna miec trudnosci z jego znalezieniem. Wnetrze jest bardzo
      przyjemne, obsluga mila - eksperymentujaca wraz z klientem przy stwarzaniu
      najdziwniejszych drinkow :)))
      W Bejrucie zycie nocne libanskiej mlodziezy toczy sie przede wszystkim na ulicy
      Monet. Znajduje sie tam wiele klubow, dyskotek, pubow i barow. My odwiedzilismy
      miejsce, ktore nazywa sie 1975 - na pamiatke roku, kiedy rozpoczela sie w
      Libanie wojna. A wnetrze ma wojenny charakter - worki z piaskiem przy oknach,
      okopy, dziury po kulach w scianach, siatki maskujace i obsluga w wojskowych
      strojach
      O drugiej w nocy wybralismy sie jeszcze odwiedzic grob Haririego. Znajduje sie
      w centrum miasta w poblizu ufundowanego przez niego (lecz jeszcze
      niedokonczonego) meczetu. Otwarty jest 24h na dobe i przez 24h na dobe jest
      odwiedzany.

      Dzisiaj dzien spedzilam w centrum Bejrutu. Korzystajac z wyprzedazy -
      odwiedzalam sklepy z ubraniami. A teraz jestem w domu u mojej bulgarskiej
      kolezanki Steliany, a jej poltoraroczny synek siedzi mi teraz na kolanach, wiec
      pisac wam moge maile jedna reka :)))
    • beduinka pozdrowienia z Trypolisu 12.01.06, 13:11
      W poniedzialek spedzilam kilka godzin na AUB (American Univercity of Beirut)
      korzystajac z biblioteki i kopiujac potrzebne mi materialy na temat
      Palestynczykow w Libanie.
      We wtorek wczesnie rano pojechalam do obozu Beddawi, ktory znajduje sie na
      polnoc od Trypolisu i tu spedzilam Aid al-Adha z zaprzyjazniona rodzina,
      odwiedzajac ich krewnych, a takze zagladajac z wizyta do domow najbiedniejszych
      uchodzcow i rozdajac im bony na mieso.
      Pomagalam tez przy organizacji festiwalu dla dzieci, gdzie maluchy mogly wziasc
      udzial w roznych zabawach. Najcudowniejsze jest to, ze moim palestynscy
      przyjaciele przy tak ograniczonych srodkach moga przygotowac tak wiele z tak
      prostych rzeczy i sprawic az tak wiele frajdy dzieciom
      wczoraj popoludniu rozdalismy tez biednym ponad 4 tony miesa... ufff czerwona
      praca :))
    • beduinka Re: pozdrowienia z Libanu 16.01.06, 17:40
      witajcie

      swieto aid al-adha juz sie skonczylo
      dzisiaj byl pierwszy dzien zajec, dzieci musialy znow pojsc do szkol
      w czwarty dzien aid bylam w obozie Nahr al-Barid, gdzie moi przyjaciele z
      organizacji Nabaa przygotowali dla dzieci wspaniale przedstawienia, wystepy
      clownow, tance itp., a takze zabawy
      wczoraj scielam wlosy i po raz pierwszy od wielu lat mam grzywke
      buziakow 1001 sle Beduinka
    • beduinka pozdrowienia z Bejrutu 20.01.06, 16:13
      pozdrawiam was z Bejrutu, gdzie jestem od przedwczoraj

      wczoraj wybralam sie z Michealem (moim wspolokatorem z Damaszku, ktory
      odwiedzil mnie w Libanie) do Jounieh, a stamtad wjechalismy kolejka o nazwie
      Telefrique na pobliska gore Harisse. Przejazdzka w obie strony kosztuje 7500 LL
      od osoby. Kolejka mija bardzo blisko tutejsze domy, tak blisko, ze mozna
      zobaczyc ludzi w ich mieszkaniach (jesli ktos ma geny podgladacza). Z kolejki
      rozciagaja sie tez wspaniale widoki na Jounieh, Bejrut i wybrzeze. Gdy dociera
      sie na miejsce - przesiada sie do jeszcze innej kolejki, by przejechac nia
      ostatni najbardziej stromy fragment wzgorza. A tam zwiedza sie rozne koscioly,
      wspina sie na statue Naszej Pani Libanu i podziwia widoki. SPedzilismy na gorze
      kilka godzin i zjezdzalismy na dol kolejka juz po zmroku.
      W Jounieh spedzilismy tez wieczor najpierw cos jedzac, potem siedzac nad
      brzegiem morza, a fale byly bardzo duze.

      Dzisiaj juz sama (Micheal w nocy wrocil do Damaszku) wybralam sie do Beit Mery.
      Przywitala mnie tam bardzo gesta mgla. Poczatkowo czula sie zrezygnowana nie-za-
      wiele widzac ze zwiedzanych ruin. Potem zmienilam zdanie, bowiem ta mglista
      atmosfera sprawiala, ze miejsce wygladalo naprawde magicznie.

      Mamy tu w Libanie bardzo deszczowa zime. Z nieba leja sie strumienie wody,
      ktore potem plyna ulicami. Od czasu do czasu sa tez krotkie, acz intensywne
      opady gradu.
    • beduinka pozdrowienia z Bejrutu 22.01.06, 12:02
      witajcie...
      wlasnie wrocilam do Bejrutu z dwu i poldniowej wycieczki w gory, gdzie moi
      znajomi maja gorski domek. Widoki przepiekne. Na naszej wysokosci (1200 metrow)
      nie bylo sniegu, lecz na okolicznych szczytach tak. Powietrze bylo jednak tak
      mrozne, ze nawet bedac w domu, ktorego wnetrze ogrzewalismy piecykami - nasze
      oddechy widoczne byly jako unoszaca sie para... brrr :))))))))
      • beduinka Re: pozdrowienia z Libanu 02.02.06, 22:17
        arbre napisała:

        > czesc,
        > czy moglabys jakos blizej okreslic gdzie mozna znalezc ta ekologiczna
        > restauracja Smurfy? a widzialas moze jakies wegetarianskie?
        > Pozdrawiam mrozno;)!

        jechalam tam ze znajomymi samochodem i w nocy, wiec nie za bardzo kojarze
        dojazd, ale napisze teraz do Toniego z prosba o wytlumaczenie ci dojazdu i
        wyslanie wskazowek na arbre@gazeta.pl
        • beduinka Re: pozdrowienia z Libanu 02.02.06, 22:42
          beduinka napisała:

          > arbre napisała:
          >
          > > czesc,
          > > czy moglabys jakos blizej okreslic gdzie mozna znalezc ta ekologiczna
          > > restauracja Smurfy? a widzialas moze jakies wegetarianskie?
          > > Pozdrawiam mrozno;)!
          >
          > jechalam tam ze znajomymi samochodem i w nocy, wiec nie za bardzo kojarze
          > dojazd, ale napisze teraz do Toniego z prosba o wytlumaczenie ci dojazdu i
          > wyslanie wskazowek na arbre@gazeta.pl

          juz ci napisal
          i o ile cie znam - to Toni razem ze swoja dziewczyna moze cie tam nawet zaprosi
      • beduinka Re: pozdrowienia z Libanu 03.03.07, 14:07
        arbre napisała:

        > czesc,
        > czy moglabys jakos blizej okreslic gdzie mozna znalezc ta ekologiczna
        > restauracja Smurfy? a widzialas moze jakies wegetarianskie?
        > Pozdrawiam mrozno;)!

        no i ciebie Toni nie zabrał do Smerfów?
    • beduinka palestynskie wesele 02.02.06, 21:37


      Ostatnie dni w Libanie spędziłam na palestyńskim weselu. Jako, że pan młody był
      krewnym rodziny, z którą mieszkałam (jego ojciec i ojciec „mojej” rodziny to
      bracia) miałam szansę uczestniczyć w jego wszystkich etapach, np. w
      przygotowywaniu mieszkania dla młodej pary. Pan młody nazywa się Wisam i jest z
      obozu Beddawi. Panna młoda miała na imię Marwa i była z obozu Nahr al-Barid.

      Wesele to trwało dwa dni. Pierwszego dnia odbywały się dwa przyjęcia – jedno w
      domu panny młodej – to było przeznaczone tylko dla kobiet. My kobiety z rodziny
      pana młodego pojechałyśmy tam. Już w busiku naszej jeździe (oba obozy są
      oddalone od siebie o ok. 30 min. jazdy samochodem) towarzyszyły śpiewy i gra na
      darabuce. Weszłyśmy do domu, gdzie pokój pełen był już kobiet w różnym wieku.
      Niektóre siedziały na rozstawionych przy ścianach krzesłach, inne tańczyły.
      Panna młoda siedziała na specjalnym tronie. Dwa razy też zeszła zatańczyć.
      Jeden z jej tańców był to taniec z dwoma świecami.

      Następnie wróciłyśmy do naszego obozu. Tam odbywało się w wynajętej sali
      przyjęcie dla rodziny i znajomych pana młodego. Większość gości stanowili tu
      mężczyźni, ale było też sporo kobiet. Przyjęcie to było o wiele większe niż to
      u panny młodej. Tańczono, przede wszystkim dabkę, taniec rozpowszechniony w
      Palestynie, Syrii i Libanie. To, co mnie zdziwiło – to wczesne godziny trwania
      przyjęcia – 18 – 21:30.

      Później goście się rozeszli, rozeszli my, czyli najbliższa rodzina pana
      młodego, poszliśmy do jego rodzinnego domu zjeść kolację. Przygotowaliśmy tutaj
      tacę z weselnym strojem pana młodego. Jest to wiklinowa taca przystrojona
      kwiatami oraz gałązkami choinek, na którą kładzie się poszczególne fragmenty
      ubioru pana młodego, a następnie przykrywa się to białą chustą, którą przypina
      się, żeby to wszystko następnego dnia nie spadło albo w przypadku silniejszego
      wiatru nie odfrunęło. Młodzież – czyli pan młody, jego bracia, narzeczona
      jednego z nich, ich kuzyni z domu, w którym mieszkałam (Eva, Adnan i Luay),
      inny kuzyn oraz kolega i ja przenieśliśmy się do innego pokoju, zostawiając
      starszych w głównym salonie i paląc nargilę i popijając herbatę rozmawialiśmy
      do 1 w nocy.

      Następnego dnia o 10 rano spod domu pana młodego wyruszył orszak jego rodziny
      oraz bliższych i dalszych znajomych. Na przodzie szli muzykanci grający na
      flecie oraz na dużym i mniejszych bębnach. Później osoby tańczące dabkę. Za
      nimi osoba tańcząca z tacą ze strojem pana młodego (osoba ta co jakiś czas się
      zmienia; pan młody idzie w swoich starych ubraniach) Dalej idzie pan młody
      prowadzony pod ręce przez swoich druhów. Za nimi idą mężczyźni, a po krótkim
      odstępie kobiety, które przygrywając sobie na darabukach śpiewają i tańczą.
      Towarzyszą nam też wystrzały z broni. Orszak idzie wolno, często się
      zatrzymując aż dociera pod dom jednego z jego przyjaciół. Tam goście wchodzą na
      taras na dachu domu. Sadza się pana młodego na krześle i rozpoczyna się jego
      publiczne golenie i strzyżenie pana młodego. Przy okazji w przeróżny sposób się
      mu dokucza, np. zamazując mu całą twarz kremem do golenia, pstrykając na niego
      z przeróżnych stron perfumy, lakier do włosów, wrzucając na głowę całą
      zawartość opakowania żelu do włosów itp. – ma to go odstraszyć od porzucenia
      żony i ponownego ożenku. W międzyczasie goście dalej tańczą i dobrze się bawią.
      Później pan młody wchodzi wraz z swoimi najbliższymi kolegami do łazienki (w
      przypadku naszego wesela weszło z nim tam 10 kumpli), którzy pomagają mu się
      tam umyć, a przy okazji obdarzają kopniakami. Powód ten sam – co powyżej. Pan
      młody wychodzi z łazienki umyty i ubrany w weselny garnitur. Orszak udaje się
      wtedy do niego do domu, gdzie na dachu przygotowany jest poczęstunek.

      Od godz. 14 do 17 mamy trochę odpoczynku, a potem udajemy się samochodami do
      Nahr al-Barid by przywieźć pannę młodą. Siedzi ona na tronie ustawionym na
      podwórzu jej domu. Pan młody siada koło niej. Goście tańczą. W pewnym momencie
      wyłączona jest muzyka, a jej babcia płaczliwym głosem oznajmia na co,
      przeznaczony jest każdy z ok. 10-15 20 000 lirowych (ok. 18 $) banknotów.
      Później wsadza się pannę młodą do samochodu i przy akompaniamencie klaksonów
      wyrusza się do obozu Beddawi. Objeżdżamy cały obóz i przyjeżdżamy pod salę
      weselną. Tutaj puszczane są w niebo fajerwerki. Wchodzimy do środka, gdzie już
      czekają goście. Dla państwa młodych przygotowane są trony stojące na specjalnym
      podwyższeniu. Goście siedzą przy stolikach, przede wszystkim kobiety. Mężczyźni
      stoją przy ścianach. Po środku jest miejsce do tańczenia, które początkowo
      przypomina kinder dyskotekę. Rozumiem czemu dziewczyny arabskie tak pięknie się
      ruszają, skoro praktykują taniec od najmłodszych lat. Później zaczynają tańczyć
      kobiety – zarówno młode dziewczyny, jak i kobiety w średnim wieku oraz starsze
      panie – razem bawią się córki, matki i babcie. Po kilku piosenkach kobiety
      siadają i teraz tańczą mężczyźni. I tak będzie się działo przez cały wieczór –
      że bez jakiegokolwiek widocznego sygnału będzie następowała zmiana płci
      tańczących. Dokładniej wyjaśnię, że gdy tańczą kobiety – są też w tym momencie
      na parkiecie tańczący mężczyźni, ale tylko w pobliżu swoich krewnych bądź
      koleżanek i jest to naprawdę mała liczba osób. Gdy tańczą mężczyźni – niektóre
      dziewczyny przyłączają się tylko do tańca podczas dabki. Tańczą ją zresztą aż
      tyle osób, że koło zrobione na parkiecie nie wystarcza i tańczący okrążają całą
      salę. Do tańczących kobiet czasem dołącza panna młoda, do mężczyzn – pan młody.
      Kilka razy zdarza się też, że tańczą razem, w tym i taniec wolny. Także
      ponownie zdarza się, że panna młoda tańczy taniec ze świecami. Goście
      częstowani są tortem weselnym i soczkami. Podchodzi się do pary młodej
      siedzącej na swoich tronach składać im życzenia – jednak nie na początku
      przyjęcia, lecz przed wyjściem. To przyjęcie także kończy się wcześnie – bowiem
      przed 10 wieczorem.

    • beduinka kilka fotek z obozow dla uchodzcow palest.w Libani 08.02.06, 13:41
      W przypadku obozów dla uchodźców najłatwiej jest pokazać ich brzydotę.
      Dzisiaj postanowiłam zaprezentować wam ich inną stronę - weselszą,
      ładniejszą. Zapraszam Was na spotkanie z moimi przyjaciółmi – palestyńskimi
      uchodźcami, zapraszam was do obejrzenia także kilku fragmentów z mojego
      obozowego życia.

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=687&w=36377279&a=36377279
    • beduinka pozdrowienia z Libanu 06.05.06, 10:35
      ponownie pozdrawiam z Libanu, gdzie jestem juz trzeci dzien w obozie Beddawi
      pozdrawiam goraco, bo temperatury sa cieplutkie (choc chlodniej niz w Damaszku,
      gdzie temp. osiagaly juz i ponad 30 C).

      na razie czekam az morze sie tez ociepli :)))))))))
    • beduinka Re: pozdrowienia z Libanu 07.05.06, 14:42
      Hej
      nadal siedze w obozie dla uchodzcow palestynskich Beddawi
      wczoraj schodzilam na piechote caly Trypolis i udalo mi sie odnalezc sporo
      pieknych zakatkow, ktorych dotad nie widzialam
      Jutro lub pojutrze robie wycieczke do doliny Bszari
    • beduinka Dolina Qadisha 13.05.06, 13:59
      Dolina Qadisha

      Minibusy z Trypolisu do Bcharre odjeżdżają z placu Abdel Hamid Karami o godz.
      7:30, 8:30, 10:00 i następnie co godzinę aż do późnego popołudnia. W drogę
      powrotną ostatni autobus odjeżdża o godz. 17:30. Bilet kosztuje 4000 LL do
      Cedrów, 2500 LL do Bcharre i odpowiednio mniej zależnie od miejsca, gdzie
      wysiada się po drodze. Można też tę trasę przejechać sernice taxi, które
      kosztuje 6000 LL do Bcharre i 10000 LL do Cedrów.


      08/05/2006 poniedziałek

      Wyjeżdżam z Trypolisu o godz. 10:00. Kierowca jest wesołym człowiekiem, widać,
      że pasażerowie go dobrze znają i lubią. Droga wije się w górę wśród
      malowniczych krajobrazów. Po lewej stronie znajduje się głęboka dolina. Po
      jakimś czasie coś zaczyna nam się psuć w autobusie. Silnik nie ciągnie
      odpowiednio benzyny. Jakoś dojeżdżamy do celu – jednak wolniej niż zazwyczaj.
      Wysiadam w Bcharre i idę na piechotę do Jaskini Qadisha. Widoki zapierają dech
      w piersi. W dole widzę miasteczko Bcharre z jego białymi domami pokrytymi
      czerwonymi dachówkami, dalej dolinę z jej stromymi skalistymi brzegami, tłem są
      ośnieżone szczyty gór. Droga, którą idę wije się serpentynami, co jakiś czas
      mijam wodospad, moją trasę przebiegają jaszczurki. Gdy docieram do Jaskini
      Qadisha okazuje się być zamknięta z powodu topniejącego śniegu, którego wody
      zalały jaskinię. Pracownicy sami nie wiedzą, kiedy zostanie ponownie otwarta
      (gdy opadnie woda ;-)))) ). Ale nawet gdy okazało się, że jaskinia jest
      zamknięta – warto było pokonać tę trasę. A jaskinię rozciągającą się 500 m
      wgłęb góry i jej wspaniałe formacje wapienne obejrzę następnym razem.

      Pan z pobliskiego hotelu L’Aiglon bardzo namawia mnie na to bym tam
      przenocowała. Oferuje mi nawet apartament (sypialnia + salon + łazienka) z
      przecudnym widokiem na dolinę za 20$, gdy mówię, że drogo – za 10$, gdy pytam
      się jaka jest ostateczna cena – 7$. Gdy proponuję 5$ przystaje na to i jeszcze
      zapowiada, że mnie przywiezie do hotelu z Bcharre jak tylko skończę dzisiejsze
      zwiedzanie.

      Idę na piechotę w górę w stronę Cedrów. Ostatni kawałek zostaję podwieziona
      samochodem. Mnóstwo stoisk z ichniejszą cepelią. Tutejsze Cedry to tak naprawdę
      mały lasek, który jest pozostałością ogromnych lasów porastających góry Libanu.
      Wiek niektórych drzew rosnących tutaj ocenia się na 1500 lat. Las znajduje się
      na wysokości ponad 2000 m n.p.m. Chodzi się po nim jedynie wyznaczonymi
      ścieżkami. Miejsce to znane jest jako Arz ar-Rab – Cedry Pana (Boga). W 1848 r.
      Patriarcha Libanu zbudował tutaj kościół. Na terenie lasu mieści się także
      pomnik LAMARTINE, który stworzony został z uschniętego wypolerowanego drzewa
      cedrowego. Niektórzy rozpoznają w jego kształtach Jezusa. Ja niczego nie
      ujrzałam.

      Odpoczywam wśród drzew, które szumiąc opowiadają, co widziały i słyszały przez
      wieki. Dzisiaj one i ja jesteśmy świadkiem wizyty prezydenta Ekwadoru
      (pochodzenia libańskiego). Dzień wcześniej zwiedzałam cytadelę w Trypolisie
      Trypolisie 19 finalistkami konkursu Miss Libanu, a jako że dziewczyny nie
      wydawały się być zbytnio zainteresowane informacjami przekazywanymi przez
      przewodniczkę – niektóre z nich chętnie wdały się ze mną w rozmowę i zadawały
      mi różne pytania.

      Opuszczam Cedry i spaceruję jeszcze trochę w górę w stronę ośrodka
      narciarskiego. Wkrótce zawracam, mijam Cedry i idę w stronę Bcharre. Podwozi
      mnie do miasteczka dziennikarz radiowy, który był obecny tutaj z powodu wizyty
      wyżej wspomnianego prezydenta.

      W Bcharre zwiedzam dom Gibrana Khalila Gibrana – libańskiego poety i malarza,
      który się tutaj urodził i spędził dzieciństwo. W izbie nadal znajdują się meble
      i sprzęty domowe rodziny Gibrana. Po domu oprowadza bardzo sympatyczna starsza
      pani. Opłata za wstęp wynosi 1000 LL.

      Następnie wybieram dróżkę na tyłach kościoła św. Saby, która – słusznie –
      została w przewodniku Lonely Planet opisana jako ścieżka dla kóz. Jest
      zarośnięta pokrzywami i innym zielskiem, podmokła z powodu wód spływających z
      gór, gdzie topniał śnieg. Schodząc mam wątpliwości, czy na pewno jest tu
      ścieżka, czy może coś pomyliłam. Spotykam jednak Amerykanina, który nią zszedł,
      a obecnie wraca, więc jednak wszystko jest ok. Oprócz Amerykanina spotykam
      jeszcze jaszczurki oraz węża (mam nadzieję, że niejadowity). Przechodzę przez
      trawę, która czasami zdaje się być wyższa ode mnie. Z radością docieram do
      asfaltowej drogi, którą dalej idę do klasztoru. Jako że prowadzi ona dosyć
      naokrężnie – postanawiam pójść na skróty przez sad położony na tarasach
      przedzielonych przez kamienne murki, na które muszę się wspinać (zły pomysł).
      Gdy docieram do celu – jestem zmęczona, lecz zadowolona z siebie.

      Klasztor Mar Elisha zdaje się być przytulony do ścian doliny. Składa się z grot
      oraz z dobudowanych cel i korytarzy. Od XIV w. był siedzibą biskupa. W 1695 r.
      założono tutaj maronici obrządek. W 1991 r. klasztor odrestaurowano i urządzono
      w nim muzeum, w którym prezentowane są książki i inne eksponaty związane z
      historią klasztoru. W pewnym miejscu mieści się znak ze strzałką w górę i
      słowem „patrz” w różnych językach (w tym po polsku) – na suficie jaskini w tym
      miejscu powinno się dostrzec wizerunek Marii. Nie dostrzegam. W klasztorze
      mieści się też tabliczka z informacją „jeśli jesteś niewierzącym – podziwiaj to
      cudowne święte miejsce, jeśli jesteś wierzącym – módl się i medytuj, jeśli
      jesteś głupi – napisz swoje imię na ścianie”. Niestety nie dostarczyli narzędzi
      do pisania po ścianach, a na ścianie groty „głupi” nie za wiele napisze
      długopisem.

      Gdy wychodzę z klasztoru okazuje się, że się ściemniło. W związku z tym wizja
      powrotu po ciemku kozią ścieżką nie wydaje się być rozsądna. Powrót asfaltową
      drogą zajmie na pewno bardzo dużo czasu. Jednak jako że nie ma żadnych innych
      zwiedzających, z którymi mogłabym się zabrać, wyruszam w drogę powrotną na
      piechotę. I ponownie się okazuje, że mam trochę szczęścia w tym swoim żywocie.
      Jedyny samochód, który stał pod klasztorem wyrusza w górę, mijając mnie –
      zabiera mnie, w środku w czasie rozmowy okazuje się, że to ksiądz wyjątkowo
      musiał pojechać do miasteczka po lekarstwa do apteki. Dzwoni też ze swojej
      komórki po właściciela hotelu L’Aiglon, który po mnie przyjeżdża. Na miejscu
      jednak czeka mnie trochę niespodzianek. Pracowników hotelu i restauracji,
      którzy byli tam w ciągu dnia nie ma. Mówi, że pozwolił im pójść do domu… bo nie
      ma żadnych gości. A więc jesteśmy sami w hotelu. A na dodatek nie ma prądu (to
      jest akurat częsta sytuacja w Libanie, że na kilka godzin wyłączany jest prąd).
      Właściciel namawia mnie na napicie się wina. Piję trochę, ale nie kończę nawet
      pierwszego kieliszka i postanawiam pójść się położyć, bowiem czuję się po
      dzisiejszym dniu zmęczona. On wydaje się być niezadowolony i postanawia w ogóle
      zamknąć hotel i spędzić noc w miasteczku i powrócić rano.



      09/05/2006 wtorek

      Rano budzi mnie stukanie w drzwi. Właściciel chce, żebym od razu opuściła
      hotel, bo on ma jakieś sprawy do załatwienia. Nie podoba mi się to, bowiem jest
      godz. 8 rano. Mówię mu, że normalnie doba hotelowa trwa do 10 czy 12. Ale on
      się upiera, a mi się nie chce dalej kłócić, więc wychodzę, płacę i z niesmakiem
      opuszczam ten hotel.

      Schodzę do Bcharre i idę zwiedzać muzeum Gibrana Khalila Gibrana znajdujące się
      na pobliskim wzgórzu. Muzeum mieści się w dawnym klasztorze, który to sam
      artysta wybrał sobie na miejsce wiecznego pochówku i tam przetransportowano
      jego ciało z Nowego Jorku, gdzie żył i umarł. Muzeum (wstęp 3000 LL / studenci
      2000 LL) jest bardzo ładnie, nowocześnie przygotowane. Światła w poszczególnych
      pomieszczeniach włączają się i wyłączają na fotokomórki. W muzeum prezentowane
      są różne pamiątki po artyście, jego meble z apartamentu w Nowym
      • beduinka 2 Dolina Qadisha 13.05.06, 14:02
        09/05/2006 wtorek

        Rano budzi mnie stukanie w drzwi. Właściciel chce, żebym od razu opuściła
        hotel, bo on ma jakieś sprawy do załatwienia. Nie podoba mi się to, bowiem jest
        godz. 8 rano. Mówię mu, że normalnie doba hotelowa trwa do 10 czy 12. Ale on
        się upiera, a mi się nie chce dalej kłócić, więc wychodzę, płacę i z niesmakiem
        opuszczam ten hotel.

        Schodzę do Bcharre i idę zwiedzać muzeum Gibrana Khalila Gibrana znajdujące się
        na pobliskim wzgórzu. Muzeum mieści się w dawnym klasztorze, który to sam
        artysta wybrał sobie na miejsce wiecznego pochówku i tam przetransportowano
        jego ciało z Nowego Jorku, gdzie żył i umarł. Muzeum (wstęp 3000 LL / studenci
        2000 LL) jest bardzo ładnie, nowocześnie przygotowane. Światła w poszczególnych
        pomieszczeniach włączają się i wyłączają na fotokomórki. W muzeum prezentowane
        są różne pamiątki po artyście, jego meble z apartamentu w Nowym Jorku,
        rękopisy, książki z osobistej biblioteczki, a przede wszystkim liczne obrazy,
        których głównym tematem jest naga kobieta na tle natury, choć są wśród nich
        także portrety, abstrakcje i inne. Zwiedzanie muzeum kończy się wejściem do
        groty, gdzie główne miejsce zajmuje łóżko Gibrana, pościelone, jakby czekające
        na swojego właściciela. Gdzieś z boku, w bocznej nawie groty, za wyschniętym
        wypolerowanym drzewem cedrowym leży złożony w cedrowej trumnie wielki libański
        poeta. Epitafium głosi, że nie jest wcale w grobie, lecz tuż obok nas,
        wystarczy zamknąć oczy.

        Następnie idę do pobliskiej groty Notce Dame De Lourdes, z której wypływa
        źródełko. Legenda głosi, że Maria ulitowała się nad mnichem, który codziennie
        nosił tutaj w górę wiadra wody, by podlać roślinki w swoim ogródku.

        Kolejnym punktem programu jest rzymski grobowiec. Wspinam się do niego po
        wzgórzu stromym zboczem. Później okazuje się, że z drugiej strony prowadzi tam
        ścieżka :- ))) Grobowiec składa się z obelisku i komory grobowej z miejscem na
        cztery trumny.

        Idę w stronę wioski Bqa’akafra, która leży na wysokości 1650 m n.p.m. Podwozi
        mnie tam samochodem pan, który okazuje się być przewodnikiem turystycznym.
        Bqa’akafra zasłynęła jako rodzinne miasto świętego Charbela. W jego rodzinnym
        domu urządzono muzeum, które odwiedzane jest przez wiernych. W Bqa’akafra
        zwiedzam także Grotę Cudów świętego Charbela.

        Schodzę ze wzgórz w dół, idę brzegiem doliny aż do zejścia do pustelni św.
        Sama’ana. Miejsce datowane na 1112 r. składa się z łańcucha 4 pół-grot, do
        których dostęp jest po metalowej drabince i skalistych schodach. Miejsce bardzo
        spokojne. Z cudownymi widokami – na dolinę, skały, wodospady i zwiedzany przeze
        mnie wczoraj Klasztor Mar Elisza.

        Udaję się piechotą wzdłuż doliny do Bcharre, a następnie spaceruję przeciwnym
        brzegiem doliny. Zapada bardzo gęsta mgła – tak że moje plany podziwiania
        doliny z tej strony spełzy na niczym. Dochodzę do Saydat ad-Darr i stąd do
        Blawzy jestem podwieziona samochodem. Następnie znowu idę na piechotę, mijam
        Hawkę i gdy dochodzę do Kfar Schab, skąd jestem podwieziona do pokrytego mgłą
        Ehdenu. Zwiedzam miasteczko po omacku, ledwo widząc na kilka metrów przed sobą.
        Na głównym placu miasteczka – Midan – na pewno w lecie tętni życie. Mieszczą
        się tam kawiarnie i restauracje – zamknięte o tej porze roku.

        Idę do kościoła św. Jerzego, gdzie mieści się mumia jednego z libańskich
        bojowników o niepodległość. Youssuf Bey Karam żył w latach 1823-89. Urodził się
        w nobliwej rodzinie w maju 1823 r. w Ehdenie. Uczył się francuskiego,
        włoskiego, arabskiego i syriackiego. Poznał także dobrze jeździć konno, walkę
        bronią białą i palną. Posiadał dużą wiedzę z dziedzin literatury, kultury i
        historii. Już w wieku 19 lat wykazał się dużymi zdolnościami w bitwie pod
        Hayruną. Z czasem został dowódcą oddziału walczącego przeciwko osmańskiemu
        najeźdźcy. Po wielu zwycięskich walkach zdał sobie sprawę, że bezskutecznie
        traci krew swoich żołnierzy. Zawarł umowę z francuskim konsulem, że wyjedzie z
        Libanu do czasu uspokojenia się sytuacji. Niestety nigdy nie zezwolono mu na
        powrót. Zmarł na obczyźnie, a dopiero po długich staraniach rodziny zezwolono
        na sprowadzenie ciała do rodzinnego miasta. Youssuf Bey leży w szklanej
        gablocie, ubrany w tradycyjny strój. Przed kościołem stoi jego pomnik, gdzie
        przedstawiony jest on jako rycerz na koniu.

        Ehden wydaje się być opuszczonym miasteczkiem, prawie żadnych ludzi na ulicach.
        Postanawiam wracać do Bcharre. W związku z mgłą i brakiem kogoś do spytania się
        o kierunek szukam zejścia do głównej drogi trochę na oślep. Gdy w końcu mi się
        to udaje – poznaję młodego chłopca w jeepie. Początkowo jestem bardzo
        podejrzliwa – co mi będzie do końca wypominać. Zawozi mnie do kościoła Sayidat
        al-Hosn, który mieści się na wzgórzu, z którego na pewno zazwyczaj rozciągają
        się piękne widoki – no ale z powodu dzisiejszej mgły nic nie widać. Zaprasza
        mnie do swojego domu, gdzie poznaję jego mamę, tatę i brata. Zostaję u nich na
        noc. Wieczorem oglądamy na DVD film libański, którego akcja toczy się w XIX w.,
        a główną rolę gra Fairuz.


        10/05/2006 środa

        Rano piję z mamą Eddiego herbatę zagryzaną wafelkami. Następnie wsiadamy w jeep
        i jedziemy do pracy Eddiego wydać polecenia pracownikom. Bowiem Eddie nie
        będzie dzisiaj w pracy, lecz staje się – na własne życzenie – moim kierowcą i
        przewodnikiem. Muszę zgrać zdjęcia z aparatu na flash disc. Okazuje się, że o
        tej porze roku nie ma otwartego tu żadnego miejsca z komputerami. Jedziemy
        jednak do domu jednego z kolegów Eddiego – Alexa Franjiya, którego rodzina
        słynna jest z czynnego udziału w polityce Libanu. U niego przegrywam zdjęcia, a
        potem wracamy do domu.

        Zamieniamy jeep na wspaniały motor yamaha. Jest to motor do crossingu, jazdy po
        wertepach, górach, podskoków, cudo. Początkowo ubieram się w kask, lecz później
        jako, że jest on zbyt duży dla mnie i czasem dostaję nim po nosie – kask
        zamiast być na mojej głowie, ląduje w plecaku. Jedziemy do Horsh Eden Forest
        Nature Reserve. Rezerwat obejmuje 1% powierzchni kraju, lecz znajduje się tam
        aż 40% roślin rosnących w Libanie. Dla mnie największą frajdą jest jazda po tym
        terenie na motorze. Jedziemy do źródełka, z którego piję wodę i gdzie zapominam
        okulary przeciwsłoneczne, które dostałam kilka miesięcy temu od jednej z moich
        dziewczynek w obozie Nahr al-Barid. Wspinamy się motorem coraz to wyżej.
        Mieliśmy sytuację, że jak próbowaliśmy wjechać po stromym zboczu pod górę –
        motocykl w pewnym momencie przekręcił nam się prostopadle do wzgórza i
        zaczęliśmy się zsuwać w dół. Kask zjechał mi wtedy całkiem na oczy – tak że nic
        w czasie tego zsuwania się nie widziałam. Na szczęście skończyło się dobrze –
        ale wtedy to właśnie zrezygnowałam z używania kasku. Na jednym ze szczytów stoi
        krzyż. Siadamy by dać odpocząć silnikowi. Przepiękne widoki, których nie
        spodziewałam się zobaczyć w Libanie. Po raz szósty jestem w tym kraju, lecz po
        raz pierwszy w Dolinie Qadisha. A to dlatego, że zawsze odwiedzałam Liban w
        zimnie, a jako że jestem antysnieżna – to odpuszczałam sobie zawsze tę część
        kraju – jako zasypaną białym puchem. Nawet o tej porze roku w wyższych partiach
        gór natrafiamy na śnieg – ale jest ciepło, więc mogę bawić się na śniegu w
        spodniach po kolana i bluzce z krótkim rękawkiem. Niestety śnieg przygotował
        dla nas i inną niespodziankę – zatarasował nam drogę przejazdu. Tak się ładnie
        ułożył na zboczu góry, którym wiedzie szlag, którym jedziemy, że jakbyśmy
        próbowali przejechać – to cały motocykl wraz z nami schowałby się w tym śniegu.
        Jedziemy inną drogą. Schodzę z motoru by przejść się po okolicy. Nie patrzę się
        pod nogi – błąd, bolesny błąd. Staję na jakąś kolczastą roślinę, której kolce
        są tak twarde, że przebijają mi się przez buty, a jednocześnie
        • beduinka 3 Dolina Qadisha 13.05.06, 14:03
          10/05/2006 środa

          Rano piję z mamą Eddiego herbatę zagryzaną wafelkami. Następnie wsiadamy w jeep
          i jedziemy do pracy Eddiego wydać polecenia pracownikom. Bowiem Eddie nie
          będzie dzisiaj w pracy, lecz staje się – na własne życzenie – moim kierowcą i
          przewodnikiem. Muszę zgrać zdjęcia z aparatu na flash disc. Okazuje się, że o
          tej porze roku nie ma otwartego tu żadnego miejsca z komputerami. Jedziemy
          jednak do domu jednego z kolegów Eddiego – Alexa Franjiya, którego rodzina
          słynna jest z czynnego udziału w polityce Libanu. U niego przegrywam zdjęcia, a
          potem wracamy do domu.

          Zamieniamy jeep na wspaniały motor yamaha. Jest to motor do crossingu, jazdy po
          wertepach, górach, podskoków, cudo. Początkowo ubieram się w kask, lecz później
          jako, że jest on zbyt duży dla mnie i czasem dostaję nim po nosie – kask
          zamiast być na mojej głowie, ląduje w plecaku. Jedziemy do Horsh Eden Forest
          Nature Reserve. Rezerwat obejmuje 1% powierzchni kraju, lecz znajduje się tam
          aż 40% roślin rosnących w Libanie. Dla mnie największą frajdą jest jazda po tym
          terenie na motorze. Jedziemy do źródełka, z którego piję wodę i gdzie zapominam
          okulary przeciwsłoneczne, które dostałam kilka miesięcy temu od jednej z moich
          dziewczynek w obozie Nahr al-Barid. Wspinamy się motorem coraz to wyżej.
          Mieliśmy sytuację, że jak próbowaliśmy wjechać po stromym zboczu pod górę –
          motocykl w pewnym momencie przekręcił nam się prostopadle do wzgórza i
          zaczęliśmy się zsuwać w dół. Kask zjechał mi wtedy całkiem na oczy – tak że nic
          w czasie tego zsuwania się nie widziałam. Na szczęście skończyło się dobrze –
          ale wtedy to właśnie zrezygnowałam z używania kasku. Na jednym ze szczytów stoi
          krzyż. Siadamy by dać odpocząć silnikowi. Przepiękne widoki, których nie
          spodziewałam się zobaczyć w Libanie. Po raz szósty jestem w tym kraju, lecz po
          raz pierwszy w Dolinie Qadisha. A to dlatego, że zawsze odwiedzałam Liban w
          zimnie, a jako że jestem antysnieżna – to odpuszczałam sobie zawsze tę część
          kraju – jako zasypaną białym puchem. Nawet o tej porze roku w wyższych partiach
          gór natrafiamy na śnieg – ale jest ciepło, więc mogę bawić się na śniegu w
          spodniach po kolana i bluzce z krótkim rękawkiem. Niestety śnieg przygotował
          dla nas i inną niespodziankę – zatarasował nam drogę przejazdu. Tak się ładnie
          ułożył na zboczu góry, którym wiedzie szlag, którym jedziemy, że jakbyśmy
          próbowali przejechać – to cały motocykl wraz z nami schowałby się w tym śniegu.
          Jedziemy inną drogą. Schodzę z motoru by przejść się po okolicy. Nie patrzę się
          pod nogi – błąd, bolesny błąd. Staję na jakąś kolczastą roślinę, której kolce
          są tak twarde, że przebijają mi się przez buty, a jednocześnie tak cienkie, że
          po ich wyjęciu – nie pozostawiają w podeszwie butów żadnych widocznych dziurek.
          W każdym razie powiem tak: awwwww.

          Po kilku godzinach jazdy po wertepach, brudni od błota opuszczamy rezerwat.
          Wtedy to postanawiam ja prowadzić motor. Po raz pierwszy w życiu dzisiaj
          jeździłam na motorze i tego samego dnia zaczynam go prowadzić (wcześniej w
          Maroku jeździłam na skuterze – skuterze też od razu dorwałam się do kierowania
          nim). Eddie pokazuje mi – co do czego służy, jak zmieniać biegi itp. I zaczynam
          prowadzić. Najpierw jeździmy po okolicy Ehdenu. Jak wjeżdżam do miasta – Eddie
          mówi żebyśmy zamienili się znowu miejscami, bowiem tu są już ludzie, smaochody.
          Ale nie. Ja dalej prowadzę i bezpiecznie dojeżdżamy do domu.

          W domu okazuje się, że rodzice pojechali do sąsiedniego miasta (Zgharty). Jest
          tylko młodszy brat. I obiad do odgrzania w kuchni. Dopiero odczuwam jaka jestem
          głodna. Pałaszuję obiad. Później decyduję się na gorącą kąpiel. A następnie
          znowu na kolejną przejażdżkę na motorze. Zjeżdżamy na dno doliny. Naszym celem
          jest Deir Mar Antonios Qozhaya. Zasłynął z założenia w XVI w. pierwszej na
          Bliskim Wschodzie drukarni. W klasztorze znajduje się muzeum, w którym
          prezentowane są m.in. prasy drukarskie, czcionki, a także inne eksponaty
          związane z historią klasztoru. Obok klasztoru znajduje się Grota św. Antoniego,
          zwana także Grotą Szaleńców, do której przyprowadzano ludzi obłąkanych, by św.
          Antoni ich wyleczył.

          Jako że znów zapadła mgła wracamy do miasteczka. Planowaliśmy usiąść w jakiejś
          kawiarni, lecz wszystkie są zamknięte. Wracamy do domu. Zostaję z jego
          rodzicami, a Eddie jedzie na chwilę do pracy. Wychodzę sama i idę w stronę
          źródła i wodospadu Naba’a Mar Sarkis. Wchodzę do klasztoru św. Sergiusza i
          Bachusa z 1739 r. Na miejscu jest policja. Mówią, że mogę zwiedzać klasztor,
          ale bez dotykania czegokolwiek, bowiem będą zdejmować odciski – w nocy było
          włamanie, wyłamano drzwi i ukradziono z kościoła i plebani różne rzeczy.
          Kościół św. S&B pochodzi z VIII w., a Kościół Pani (Al-Kanisa as-Sayyida) z
          1198 r.

          Gdy wychodzę z klasztoru oglądam wodospad i ruszam w drogę powrotną, lecz
          przyjeżdża jeepem Eddie i zabiera mnie jeszcze na wycieczkę nad jezioro. Po
          powrocie do domu oglądamy filmy na DVD, ale jestem trochę padnięta po tym
          wyczerpującym dniu i idę wcześnie spać.


          11/05/2006 czwartek

          Rano jeszcze przed siódmą rano budzi mnie Eddie stukaniem w drzwi. Wychodzi do
          pracy, ale proponuje, że wujek może mnie odwieźć później na postój servise
          taxi. Dziękuję mu i jeszcze zostaję w domu. Wychodzę ok. 9 i idę się przejść po
          okolicy. Idę w dół w kierunku Zgharty, nie chce mi się wsiadać w service taxi,
          bo widoki są takie piękne. Spaceruję jeszcze dwie godziny i dopiero później
          podjeżdżam do Zgharty i dalej do Trypolisu. Cała wycieczka po Dolinie Qadisha
          bardzo mi się podobała. Wiem, że jeszcze raz tutaj będę chciała powrócić.
          Jeszcze nie widziałam wszystkiego. Mam też ochotę zwiedzić dolinę konno,
          polatać na paralotni i może trochę się powspinać.
    • beduinka Uroczystości An-Nakby w obozie Beddawi 13.05.06, 14:05
      Uroczystości An-Nakby w obozie uchodźców palestyńskich Beddawi

      Obecnie jestem z powrotem w obozie Beddawi. Wkrótce będzie rocznica Nakby –
      Katastrofy. Minęło już 58 lat od kiedy Palestyńczycy zostali zmuszeni do
      opuszczenia swojej ojczyzny. Pamięć Palestyny i chęć powrotu nadal są żywe
      wśród uchodźców.

      Oto program obchodów u nas w obozie:

      - codziennie od 11.05 do 16.05 pokaz filmów tematyce slajdów o tematyce
      narodowowyzwoleńczej wyświetlanych na ekranach w różnych częściach obozu
      - dzisiaj rano były rano w szkołach zajęcia nt. Palestyny
      - dzisiaj o 10 rano odbył się pochód dzieci przedszkolnych – część z nich
      ubranych w tradycyjne stroje, inne z transparentami, flagami, kluczami itp.,
      śpiewające palestyńskie piosenki i wykrzykujące narodowe hasła. Ja pomagałam
      Evie (mojej palestyńskiej koleżance) z jej głuchoniemymi dziećmi z Centrum
      Hanin (dawniej Qulub Rahima).
      Na kolejne dni zaplanowano jeszcze
      - 14.05 – warsztaty i zajęcia dla dzieci – przedstawienia, tradycyjne domy
      palestyńskie itp.
      - 14.05 – dzień tradycji – namioty palestyńskie, kawa arabska, zajęcia dla
      dzieci
      - 15.05 – pochód dzieci palestyńskich i libańskich z świeczkami po ulicach
      Trypolisu (rano)
      - 15.05 – pochód palestyńskich organizacji młodzieżowych i harcerskich (na
      terenie obozu – wieczorem)
      - 17.05 – przedstawienie palestyńskie
      - 18.05 – konferencja nt. Nakby.

    • beduinka pozdrowienia z Trypolisu 15.05.06, 09:45
      dzisiaj dzien Nakby - palestynskiej katastrofy
      ostatnie dni spedzalam w obozie obserwujac obchody i w nich pomagajac

      niedlugo startuje do Bejrutu i na Poludnie

      dobra wiadomosc - obiecane sprawozdanie z pobytu w Mar Musa - jest w trakcie
      pisania... doszlam juz moze do polowy :))))) tak wiec sie doczekacie

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka