Dodaj do ulubionych

Beduinka w Jordanii

17.06.06, 18:07
Witajcie Kochani!!!
Tak mi się jakoś za jakiś czas uśmiecha wyjazd do Jordanii…
Byłam tam tylko raz, cztery lata temu.
Ale to właśnie z pobytem w Jordanii związany jest mój pseudonim Beduinka. Gdy
byłam w Jordanii – mieszkałam na pustyni w namiocie z rodziną beduińską. Po
powrocie do Syrii opowiedziałam o tym znajomym i zaczęli mnie nazywać
Bedawiyya = Beduinka. Spodobało mi się to i postanowiłam przyjąć do jako mój
pseudonim.
A więc do zobaczenia w Jordanii... choc jako ze ja tak bez planow tu sobie
zyje i podrozuje - wiec nie jestem w stanie powiedziec, kiedy tam
pojade :)))))))))
Obserwuj wątek
            • monachijka Re: Beduinka w Jordanii 21.07.06, 09:08
              zastanawiam sie nad wypadem do egiptu, bo dawno mnie tam nie bylo (i mam okazje
              kupic dzisiaj b.tanie bilety), ale tak sie zastanawiam - czy i tam nie zajdzie
              do dzialan wojennych, no i czy to jest ok z moralnego punktu widzenia, robic
              sobie wakacje w miejscu w sumie nie za b.oddalonym od dzialan wojennych, gdzie
              gina ludzie ... moze to glupie, ale co o tym sadzicie, jechac?

              pozdrawiam cieplutko
              Monachijka
              ktora b.lubi to forum, choc ma poglady nieco odmienne od wiekszosci tutaj
              obecnej:-))
              • gajasirocco Re: Beduinka w Jordanii 21.07.06, 09:32
                Takie rozumowanie nie ma sensu...co jest ok z moralnego punktu
                widzenia?...przestaniemy jeść, bo ludzie umierają z głodu??? przestaniemy
                podróżować, bo trwa wojna...Właśnie krajom arabskim zależy na turystach, więc
                ja osobiście nie zrezygnuję z wypadów w tamte zakątki świata, bo uważam, że
                mimo wojny, mimo bardzo trudnego losu- Ci ludzie są WSPANIALI!!!

                A poglądy możemy mieć różne, najważniejsze, by nie szkodzić innym!!!!!
                • monachijka Re: Beduinka w Jordanii 21.07.06, 10:33
                  hej,

                  to jest twoje zdanie, dla mnie jest to poniekad sytuacja z wiersza "Campo di
                  Fiori", jedni sie bawia, inny krok dalej umieraja. Oczywiscie kraje arabskie
                  potrzebuja turystow (w sumie niestety, w sensie, ze jest to glowne zrodlo
                  dochodow dla budzetu), a ludzie sa tacy, jak napisalas, ale ...
    • beduinka Beduinka w Ammanie 26.07.06, 12:10
      pzdrw was serdecznie z Ammanu
      u mnie jest wszystko ok. No moze poza tym, ze juz mam dosc mojego banku
      inteligo. Nie chcialo mi nigdzie pieniedzy wyplacac. Dopiero przy 6 bankomacie
      sie udalo
      A ja tesknie do Damaszku, Syrii
    • beduinka pierwsze dni 28.07.06, 10:56
      25.07.2006 wtorek
      Autobus Damaszek – Amman kosztuje 350 SL (7$). Wyjechaliśmy o godz. 15,
      dojechaliśmy o 20. Z tego ok. 2,5-3 godz. spędziliśmy na granicy, przede
      wszystkim na przerwach w syryjskim sklepie wolnocłowym, później w jordańskim
      sklepie wolnocłowym, w kawiarni.
      Po przyjeździe kontaktuję z ‘Ala z Hospitality Club. Jest zajęty i mam
      podjechać taksówką pod siódme rondo. Tak też robię i tam go spotykam. Jedziemy
      do niego do klinki, a potem do kawiarni Negrico, gdzie spotykam się z jego
      znajomymi – obcokrajowcami pracującymi w różnych firmach lub w UNDP lub
      wolontariuszami w SPINA (są to kliniki dla zwierząt). Później jedziemy do
      mieszkania jednej Amerykanki, która niedługo wraca do USA i postanowiła wziąć
      ze sobą swojego jordańskiego kotka, więc ‘Ala musi go zbadać.
      Później już jedziemy do domu, który leży w dość odległej części Ammanu - Wadi
      As-Sir.


      26.07.2006 środa
      Dziś spędziłam mój pierwszy dzień w Ammanie.
      Rano pojechałam do centrum miasta. Nachodziłam się za bankomatem. Tu nie
      działał, tam nie wypłacał kasy. W końcu się udało. Później kupiłam sobie
      jordański nr do komórki.
      Spotkałam się z Robertem – naszym forumowiczem. Najpierw posiedzieliśmy k/
      amfiteatru, następnie udaliśmy się do niego, by w końcu wybrać się wraz z inną
      polską dziewczyną do Al.-Baqaa - największego obozu dla uchodźców palestyńskich
      w Jordanii. Tam spotkaliśmy Mahera, Palestyńczyka, który skończył studia w
      Polsce i zna mnie z Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Palestyńskiej. Spędziliśmy
      popołudnie i wieczór z jego liczną rodziną. Zjedliśmy pyszny obiad,
      prowadziliśmy ciekawe dysputy, tańczyliśmy, paliliśmy fajkę.
      Późnym wieczorem spotkałam się z innym członkiem Hospitality Club i
      pojechaliśmy do jego znajomych w Jebel Amman.
      Wróciłam do domu po północy i okazało się, że ‘Ala ma także innego gościa z HC.
      Był to Eli z Libanu. Oboje z ‘Ala się załamaliśmy – i daliśmy Eliemu za to
      lanie – że nie wiedział on nic nt. Libanu. Zaczęliśmy od polityki – nie
      interesuje się nią, później rozmawialiśmy o ciekawych miejscach w Libanie (‘Ala
      też podróżował po Libanie i mieszkał wtedy u członków HC) – ale Eli niczego z
      tego nie kojarzył. Był maronitą, ale i tutaj wpadka. Więc spróbowaliśmy
      porozmawiać o literaturze – zasłużył na kolejne klapsy. Z muzyką nam się też
      nie udało. Najdziwniejsze było to, że my z ‘Alą nie chcieliśmy się swoją wiedzą
      o Libanie chwalić, lecz nawiązać rozmowę. Jak widzieliśmy, że mu jakiś temat
      nie podchodzi – próbowaliśmy kolejnego.
      Na koniec przed snem puściłam trochę palestyńskiego rapu i ‘Ala tańczył jakieś
      dziwne zawijasy ; -)))))))))))


      27.07.2006 czwartek
      Dzisiaj rano ‘Ala zaspał do pracy. Więc ok. 11 wybraliśmy się do Mecca Mall i
      tam zjedliśmy śniadanio-wczesny-lunch w chińskiej restauracji. Później ‘Ala
      pojechał do klinki, a ja zostałam jeszcze trochę, by pochodzić po sklepach.
      Pojechałam do centrum, trochę pochodziłam i spotkałam się z Thabetem z
      Hospitality Club. Najpierw pojechaliśmy obejrzeć Meczet Abu Derwisza. Bardzo
      ładny w biało-czarnej kolorystyce.
      Pojechaliśmy na Górę Nebo, a później do Madaby. Na koniec zjedliśmy kolację w
      restauracji Harat Gududna.
      Dzisiaj n noc 'Ala mial jeszcze innego goscia z Hospitality Club – Amerykanina
      mieszkajacego w Izraelu.
    • beduinka Beduinka w Jordanii 30.07.06, 21:11
      28.07.2006 piątek

      Rano pojechałam z moim hostem Ala i Amerykaninem, który u nas mieszka na tzw.
      pchli targ. Pchlim targiem on jest tylko z nazwy. Tak naprawdę jest to bardzo
      ładnie przygotowane targowisko z miejscowym rękodziełem. Mają tutaj także swoje
      stanowiska różne organizacje pozarządowe. Ja zapisałam się na sadzenie drzew na
      Zachodnim Brzegu.

      Później podjechaliśmy do centrum. Ja poszłam na godzinę do Internetu tuż
      naprzeciwko meczetu Hussaina. Trafiło mi się być tam w czasie głównej piątkowej
      modlitwy, a z kafejki (znajdującej się na I piętrze) miałam bardzo dobry widok
      na meczet i pobliski dziedziniec.

      Przyszedł do mnie Robert. Pojechaliśmy do niego (mieszka w hotelu studenckim) i
      po drodze w autobusie zostawił aparat fotograficzny. Jako, że mieliśmy się
      spotkać tam z znajomym Roberta, poczekaliśmy na niego (Mahmud, nie polubiłam
      go, bo od początku traktował mnie jako powietrze, twierdząc, że miejsce kobiet
      jest tylko w domu) i pojechaliśmy na dworzec, z którego poprzednio wzięliśmy
      autobus. Ja raczej nie widziałam żadnych szans na znalezienie aparatu, a tu się
      okazało, że na dworcu kierowcy od razu nas rozpoznali i zaprowadzili na
      pobliski posterunek policji, gdzie oddali aparat jak tylko go znaleźli. A więc
      najpierw musiał siąść w naszym miejscu uczciwy pasażer, który oddał aparat
      kierowcy, a potem uczciwy kierowca oddał go na policję.

      Następnie poszliśmy z Robertem kupić sobie winogrona i udaliśmy się w stronę
      rzymskiego amfiteatru. A tam tłumy osiłków, którzy nadużywali sterydów i
      siłowni. Płacili oni za bilety 5 JD (25 pln). Nie wiedzieliśmy, co tam się
      dzieje, ale stanęliśmy w pobliżu. Ochroniarz przy wejściu pokazał nam, żeby
      chwilę poczekać i że nas wpuścić. On i inni rozsunęli tłum i wpuścili nas do
      środka. Na scenie grał jakiś zespół muzyczny, w pobliżu czekał kolejny ubrany w
      tradycyjne stroje. My jednak podejrzewaliśmy, że ci mężczyźni o bardzo
      rozwiniętych mięśniach nie są koniecznie fanami kultury, chyba, że kultury
      fizycznej. Byłam tam jedyną kobietą. Wszystko wyjaśniło się, gdy powieszony
      został transparent „Prezydent i członkowie jordańskiego związku kulturystyki
      witają (i tu było imię i nazwisko prezydenta Ammanu)”. A więc w tym momencie
      wyjaśniło się, co jest atrakcją dzisiejszego wieczoru. Trafiliśmy na
      mistrzostwa Jordanii w kulturystyce. Siedzieliśmy tuż poniżej prezydenta
      Ammanu, prezydenta jordańskiego związku kulturystyki, pierwszego mistrza
      Jordanii w kulturystyce (z 1955 r.) i innych vipów. W związku z tym byliśmy co
      chwila częstowani sokiem bądź ciasteczkami. Tymczasem na scenę wychodziło po 5
      mężczyzn w majteczkach o niezwykle umięśnionych nasmarowanych na brązowo
      ciałach wyginających się w pozy mające jak najlepiej pokazać ich muskuły.
      Zarznięto od wagi do 65 kg, później następowały kolejne grupy wagowe. Po
      zakończeniu mistrzostw mięśniaki chcieli mieć zdjęcia ze mną.

      Wieczorem przeszliśmy się jeszcze po mieście i wracaliśmy do naszych domów
      ostatnimi autobusami.



      29.07.2006 sobota

      Dzisiaj ja, Robert i Julia wybraliśmy się na wycieczkę do Madaby. Autobus z
      dworca Abdali kosztuje 0,5 JD. Na miejscu zwiedziliśmy kościoły. Następnie
      odwiedziliśmy rodzinę, która nas zaprosiła. Spędziliśmy z nimi sporo czasu na
      rozmowach o wszystkim i o niczym, a następnie zjedliśmy obiad. Później jeden z
      nich odwiózł nas na Górę Nebo.

      Następnie zaczęliśmy schodzić na piechotę w stronę Morza Martwego, lecz wkrótce
      złapaliśmy pick-upa z dwoma Beduinami. Gdy oni nas wysadzili na kolejny
      fragment trasy złapaliśmy tira. Naszym trzecim transportem był busik, w którym
      było już dwóch Polaków – jeden z nich student z Krakowa, który był w Jordanii
      na stypendium, drugi jego kolega. Takie przypadkowe spotkanie na pustyni.
      Kierowca podwiózł nas do Morza Martwego, gdy spytaliśmy się go, ile mamy mu
      zapłacić – odpowiedział, że Allah mu zapłaci i odmówił przyjęcia jakichkolwiek
      pieniędzy od nas.

      Poszliśmy na dziką plażę i spędziliśmy tam ok. godziny. W pobliżu był wodospad
      słodkiej gorącej wody, w którym można się było wypłukać z soli.

      Znowu złapaliśmy stopa i wróciliśmy tirem do Ammanu. Wysiedliśmy w pobliżu
      Global Villige. Przygotowano tam pawilony dla większości krajów arabskich, a
      także kilku azjatyckich i afrykańskich. Prezentowane są tam i sprzedawane
      produkty z danych krajów – czasem typowe rękodzieło, czasem AGD, ubrania, buty,
      książki itp.

      Zostaliśmy tam tak długo, że nie było już żadnego transportu publicznego.
      Złapaliśmy stopa. Zawiózł nas bardzo blisko mojej dzielnicy. Ale i tak
      potrzebowałam jeszcze trochę podjechać. Nie było pustych taksówek, w końcu
      udało się złapać stopa – Robert łapał ze mną, a potem poszedł łapać transport w
      swoją stronę.
    • gajasirocco Do forumowych Jordańczyków z Dziennika 31-7 31.07.06, 11:18
      Dziennik zadaje pytanie: "Dlaczego nie da się umówić na randkę z mieszkanką
      Jordanii?" i odpowiadają:" W zamieszkałej przez większość muzułmanów Jordanii
      randki są zakazane: osoby płci przeciwnej mogą się umawiać na spotkania tylko
      wtedy, gdy są już zaręczone."

      A jak tam randki naszych forumowiczów??????
    • beduinka Beduinka w Jordanii 31.07.06, 19:05
      30.07.2006 niedziela

      Pojechaliśmy razem z Robertem autostopem na wycieczkę po Wadi as-Sir aż do Iraq
      al-Amir. Jest to naprawdę blisko Ammanu, a jest tu po prostu przepięknie.
      Mijaliśmy kolejne wioseczki. Zwiedziliśmy tamtejsze jaskinie oraz ruiny zamku
      pochodzącego z II w. p.n.e. Następnie udaliśmy się do miejscowego towarzystwa,
      gdzie kobiety wytwarzają papier oraz gliniane zaczyniane. Gdy już chcieliśmy
      wracać, zostaliśmy zaproszeni przez jakąś kobietę na herbatę. Usiedliśmy,
      piliśmy herbatę i rozmawialiśmy. Okazało się, że pani ma 3 synów i 3 córki i
      wszyscy studiują. Zdziwiło nas to, bowiem byliśmy w naprawdę malutkiej
      wioseczce. Wkrótce jedna z córek wróciła. Przychodząc była w hidżabie, lecz –
      pomimo tego, że byliśmy nie w domu lecz na podwórzu przed domem, a także był z
      nami obcy mężczyzna, czyli Robert – wkrótce go zdjęła. Umiała mówić naprawdę
      bardzo dobrze po angielsku. Jest studentką pedagogiki. Wkrótce poczęstowali nas
      obiadem. Dostaliśmy po miseczce zupy warzywnej i miskę ryżu. Nabieraliśmy na
      łyżkę zupę i polewaliśmy nią ryż i jedliśmy.

      Wróciliśmy do przedmieść Ammanu autostopem (miałam wtedy telefon czy mogłabym
      jutro pomóc w Czerwonym Krzyżu przy przygotowywaniu transportu humanitarnego
      dla Libanu – oczywiście się zgodziłam), a następnie podjechaliśmy autobusem w
      stronę centrum. Spotkaliśmy się z moim znajomym Hasanem, który jestem dentystą,
      a także dziennikarzem-podróżnikiem. Pisał artykuły turystyczne o prawie
      wszystkich krajach arabskich, europejskich, a także kilku z innych regionów
      świata. Także pisał o Polsce. Oprowadził nas po kilku ciekawych miejscach w
      Ammanie, np. pokazał nam dom króla Abdallaha, dziadka obecnego króla. Później
      zjedliśmy kolację w arabskim fastfoodzie Dżabri.



      31.07.2006 poniedziałek

      Dzisiaj cały dzień spędziliśmy pracując dla Czerwonego Krzyża. Było nas 16
      wolontariuszy, w tym ja oprócz siebie przyprowadziłam cztery osoby – 2 Polaków,
      Niemca i Palestyńczyka, który studiował w Polsce. Oprócz nas było jeszcze dwóch
      Amerykanów, a reszta to byli Arabowie. Na miejscu podzieliliśmy się na trzy
      drużyny: polską (3 Polaków i 2 Arabów), mieszaną (2 Amerykanów, Niemiec i 2
      Arabki) oraz arabską (6 Arabów). Malowaliśmy na plandekach (które zostaną
      założone na ciężarówki) czerwone krzyże oraz numery (będziemy mieli numery od
      001 do 200). Co ciekawe nasze grupa wykonała tyle pracy, co dwie pozostałe. Po
      prostu lepiej skoordynowaliśmy nasze zadania i każdy wiedział, co ma robić.
      Grupa arabska też się mogła czymś poszczycić – byli najbardziej umorusani od
      farby. Na miejscu zostaliśmy nakarmieni i była bardzo fajna atmosfera pracy.
      Dyrektor logistyczny Czerwonego Krzyża, Holender, jest bardzo sympatyczny i
      miło nam się współpracuje. Jutro wracamy, by kontynuować naszą pracę.

      Dzisiaj wieczorem jestem zaproszona na wesele.

      • gajasirocco Re: Beduinka w Jordanii 31.07.06, 19:17
        Jestem z Ciebie dumna, ze pomagasz w Czerwonym Krzyżu, że podróżujesz,
        zwiedzasz i że masz czas na zabawę! Bądź szczęśliwa, pomimo smutku, jaki wokół
        doświadczasz. Bądź dzielna i pomagaj tym, którzy potrzebują Twojej pomocy!
        • beduinka Re: Beduinka w Jordanii 01.08.06, 12:38
          tetys napisał:

          > Pięknie!!!
          > Ja też chciałbym jakoś pomagać, ale niestety, nie mamy tu żadnych akcji.
          > Mogę tylko poprosić, żebyś pracowała też za mnie : )
          > Pozdrawiam!

          ok... bede pracowac jak za dwoch :))))
          chociaz dzisiaj sie polenilam i nie pojechalam (zalatwialam sprawy
          ministerialne). A magazyny Czerwonego Krzyza sa na przedmiesciach Ammanu i nie
          mam jak tam dojechac transportem publicznym
          Lecz jutro jade znowu
          Buziaki
    • beduinka Beduinka w Jordanii 01.08.06, 12:33
      Dzisiaj odwiedzilam Ministerstwa Turystyki i Kultury
      Minister Turystyki dal mi kartke zezwalajaca na darmowy wstep do Petry, a z
      Ministrem Kultury jade w czwartek na otwarcie festiwalu poetyckiego
    • beduinka Beduinka w Jordanii 04.08.06, 13:16
      31.07.2006 poniedziałek

      Dzisiaj cały dzień spędziliśmy pracując dla Czerwonego Krzyża. Było nas 16
      wolontariuszy, w tym ja oprócz siebie przyprowadziłam cztery osoby – 2 Polaków,
      Niemca i Palestyńczyka, który studiował w Polsce. Oprócz nas było jeszcze dwóch
      Amerykanów, a reszta to byli Arabowie. Na miejscu podzieliliśmy się na trzy
      drużyny: polską (3 Polaków i 2 Arabów), mieszaną (2 Amerykanów, Niemiec i 2
      Arabki) oraz arabską (6 Arabów). Malowaliśmy na plandekach (które zostaną
      założone na ciężarówki) czerwone krzyże oraz numery (będziemy mieli numery od
      001 do 200). Co ciekawe nasze grupa wykonała tyle pracy, co dwie pozostałe. Po
      prostu lepiej skoordynowaliśmy nasze zadania i każdy wiedział, co ma robić.
      Grupa arabska też się mogła czymś poszczycić – byli najbardziej umorusani od
      farby. Na miejscu zostaliśmy nakarmieni i była bardzo fajna atmosfera pracy.
      Dyrektor logistyczny Czerwonego Krzyża, Holender, jest bardzo sympatyczny i
      miło nam się współpracuje. Jutro wracamy, by kontynuować naszą pracę.

      Wróciłam do domu tylko, żeby się przebrać i pojechałam na wesele. Jednak nie
      czułam się na nim dobrze i wkrótce pojechałam ze znajomym do kawiarni na
      narghilę.



      01.08.2006 wtorek

      Załatwiałam dzisiaj różne rzeczy w ministerstwach. Najpierw w Ministerstwie
      Turystyki – i tam załapałam się na darmowe wstępy do Petry. Hurrrrrrrrra.
      Potem pojechałam jeszcze do Jordańskiej Izby Turystyki.
      Następnie do Ministerstwa Kultury, gdzie zostałam zaproszona do uczestnictwa w
      Festiwalu Poezji wraz z ludźmi z ministerstwa.
      Siadłam na trochę do neta i pojechałam do downtown. Poszłam na górę do cytadeli
      (wstęp 2 JD, ja za darmo). Na miejscu zwiedzam Muzeum Archeologiczne. Podziwiam
      ruiny świątyń, pałacu umajjadzkiego, a także widoki na różne części Ammanu.



      02.08.2006 środa

      Dzisiaj ponownie pojechałam pracować w Czerwonym Krzyżu. Dalsze malowanie. Tym
      razem było nas dwoje Polaków, a pozostali to Palestyńczycy. Zmieniliśmy taktykę
      pracy i nie pracowaliśmy na zespoły, lecz każdy wykonywał na poszczególnych
      plandekach jakieś zadanie. I tak było lepiej. Bardzo szybko się wyrobiliśmy
      naszą dzienną normę, tj. 25 plandek i poprosiliśmy, by dostać po obiedzie
      kolejną porcję plandek. W ogóle bardzo dobrze nam się pracuje razem.
      Palestyńskie nastolatki, z którymi pracuję, są tak pełni życia. Pomagają nie
      tylko w tej akcji, ale i w innych. A jednocześnie stale się wygłupiają, cali są
      umorusani od farby, a w przerwach między pracą prowadzimy poważne dyskusje nt.
      współczesnej sytuacji na świeci, homoseksualizmu itp.

      Wracamy do miasta dopiero wczesnym wieczorem. Spotykam się z Rashadem z
      Hospitality Club i korzystam z Internetu u niego w domu, chyba pierwszy raz w
      Jordanii – nie robię tego w dymie papierosowym… ufff.



      03.08.2006 czwartek

      Kolejny dzień pracy w Czerwonym Krzyżu. Stworzyliśmy już naprawdę zgrany
      zespół. Wykonujemy bardzo szybko pierwszą część pracy (już na stałe
      poprosiliśmy o podwójną normę). Wtedy dyrektor Czerwonego Krzyża przyprowadził
      do magazynu dziennikarzy. No i sobie zażyczyli sobie porozmawiać ze mną. A więc
      udzieliłam wywiadów dla kilku gazet.

      Dzisiaj musiałam wcześniej wyjść, odwieziono mnie do miasta samochodem. W domu
      zdążyłam się tylko umyć i przebrać i pojechałam do Ministerstwa Kultury. Tam
      posiedziałam z dyrektorem Biura Ministra i pojechaliśmy wspólnie z innymi
      szychami do Ramthy na festiwal poetycki. Odbywał się on na terenie tamtejszego
      uniwersytetu – nowoczesnego, dużego, bardzo ładnego. Najpierw siedliśmy sobie w
      mniejszej salce wraz z ministrem i poetami. Koło mnie usiadła żona irackiego
      poety Abdel Raziqa Abdel Wahida i sobie rozmawiałyśmy. Gdy rozpoczął się
      festiwal były wystąpienia dyrektora festiwalu, rektora uniwersytetu, ministra,
      a potem recytacja wierszy. Mi najbardziej podobał się wiersz syryjskiej poetki
      Ibtisam. Co ważne – większość recytowanych wierszy była bardzo aktualna i
      dotyczyła obecnych wydarzeń libańskich. W przerwie między recytacjami bardzo
      mnie onieśmielono poprzez ogłoszenie przez prowadzącego festiwal, że jest wśród
      nas na Sali Mirka Czerna, po arabsku Amira, studentka z Uniwersytetu
      Warszawskiego, którą serdecznie witają. Po festiwalu podchodzono do mnie i
      witano się ze mną. Później pojechaliśmy na kolację – podano mansaf, który
      jedliśmy rękami. Następnie odwieźliśmy do rodzinnego domu dyrektora biura
      ministra. Dom był bardzo duży, ja zostałam wprowadzona do części dla kobiet,
      pozostali do męskiej części domu. Pani domu była bardzo miła, inne kobiety też.

      Do domu do Ammanu dojechałam dopiero późno w nocy.
    • beduinka Beduinka w Jordanii 08.08.06, 22:00
      04.08.2006 piątek

      Dzisiaj miałam jechać do Petry, ale jako że jest to piątek i nie ma zbyt wielu
      autobusów, przesunęłam swój wyjazd na jutro i spędziłam dzień na raczej-nic-nie-
      robieniu. Czasem fajnie jest tak. Poplątałam się po mieście, poszłam do Mecca
      Mall, kupić szkła kontaktowe, przy okazji kupując jeszcze bluzeczkę. W domu
      dziś nikogo nie było, więc siedziałam sobie przy telewizji i laptopie.



      05.08.2006 sobota

      Spakowałam się i opuściłam mieszkanie w Wadi Sir, gdzie spędziłam ostatnie 10
      czy 11 dni. Autobusy do Petry odjeżdżają z dworca Wahdat w południowej części
      miasta. Wyjeżdżają, gdy pełne. Bilet kosztuje 2,25 JD (czasem zdarza się, że
      turystom podaje się wyższą cenę).

      Gdy dojeżdżam do Wadi Musa wysiadam przy hotelu Petra Gate, który prowadzi
      Naser – brat Alego z Hospitality Club. Alego nie ma w Petrze, ale poinformował
      o mnie swojego brata, więc bez problemu otrzymuję darmowy pokój.

      Biorę prysznic i chociaż jest już popołudnie schodzę do Petry. W Visitor’s
      Centre okazuje się, że nie otrzymuję darmowego wstępu, lecz bilet dla
      Jordańczyków za 1 JD – i to i tak mnie satysfakcjonuje, bo normalny bilet
      kosztuje 21 JD, a dla studentów 11 JD.

      Weszłam do Petry… nie pierwszy raz… już pięć dni spędziłam tu kiedyś… Pierwszą
      część przejechałam na koniu. Doszłam do siqu. Jak zawsze piękny, ale jakoś zdał
      mi się krótszy niż dawniej. Dotarłam do skarbca. Okazało się, że bardzo dobrze
      pamiętam, gdzie znajdują to czy tamto. Nawet bawiłam się w robienie takich
      samych zdjęć - co cztery lata temu. Obejrzałam amfiteatr, zajrzałam do grobu
      Uneishu, Mahkamy i innych grobowców. Minęłam nimfeum, kolonadę, Wielką
      Świątynię, Basr al-Bint i zaczęłam się wspinać w stronę klasztoru. Po drodze
      zabrakło mi wody, ale kobieta beduińska nalała mi ze swojego bukłaka.

      Gdy dotrałam do Klasztoru, usiadłam przed nim na piasku i podziwiałam ten cud
      rąk ludzkich, do którego idąc, trzeba się zastanawiać nad niezwykłością
      przyrody.

      Stwierdziłam, że mi jeszcze nie wystarczy wrażeń i widoków i postanowiłam się
      wspiąć na dach klasztoru. Jest to zakazane, podobno już nie jeden turysta spadł
      przy wspinaczce, ja mam lęk wysokości – oto powody, dlaczego zdecydowałam się
      na tą wspinaczkę. Z dachu Klasztoru rozciągają się wspaniałe widoki – w dół
      przepaść i malutkie ludziki, które wskazują na ciebie rękami, przed tobą
      niezwykłe góry, obok kopuła, przy której ja sama jestem malutkim ludzikiem.
      Kosmos. Siedzę sobie na kopule i mam ochotę stąd podziwiać zachód słońca, lecz
      niestety ludzikom z dołu (gdy dotarli – okazało się, że to Amerykanie)
      zachciało się też dotrzeć na dach, a ja poczułam, że zrobił się tłok i zeszłam.
      Może jednak innym razem stąd zobaczę zachód słońca.

      W drodze powrotnej towarzyszy mi Beduin na osiołku. Rozmawiamy. Zaglądam do
      Wielkiej Świątyni, później on idzie, ja jadę na osiołku – aż do Skarbca. Tam
      siadamy z jego znajomymi, by wypić herbatkę. Jest już ciemno, nie ma żadnych
      turystów, ciszę przerywają tylko nasze głosy i parsknięcia osiołków, mułów i
      wielbłądów.

      Wracam już przez siq po ciemku. Niesamowite… trochę światła daje jedynie
      księżyc. To stwarza jeszcze bardziej czarodziejską atmosferę.

      Wracam do hotelu, biorę prysznic, próbuję szukać gazet, w których miały być
      (dziś lub jutro) wywiady ze mną – ale nie udaje mi się znaleźć. W hotelu siadam
      jeszcze do komputera i buszuję po necie paląc narghilę.
      • japolak Re: Beduinka na dachu 09.08.06, 08:53
        "Stwierdziłam, że mi jeszcze nie wystarczy wrażeń i widoków i postanowiłam się
        wspiąć na dach klasztoru. Jest to zakazane, podobno już nie jeden turysta spadł
        przy wspinaczce, ja mam lęk wysokości – oto powody, dlaczego zdecydowałam się
        na tą wspinaczkę."
        Kogoś mi to przypomina, Beduinko. Choroba dziedziczna?
        Jeśli będziesz miała jakieś meczące sny, to znaczy, iż "duchem jestem z
        tobą"...
        Ale serio - trzymam kciuki i staram nie martwić się za bardzo, twoimi
        najróżniejszymi "wspinaczkami"
        • beduinka Re: Beduinka na dachu 14.08.06, 16:17
          japolak napisała:

          > Kogoś mi to przypomina, Beduinko. Choroba dziedziczna?
          > Jeśli będziesz miała jakieś meczące sny, to znaczy, iż "duchem jestem z
          > tobą"...
          > Ale serio - trzymam kciuki i staram nie martwić się za bardzo, twoimi
          > najróżniejszymi "wspinaczkami"

          bycmoze... pzdw
    • beduinka Beduinka w Jordanii 09.08.06, 21:23
      06.08.2006 niedziela

      Rano idę do Petry. Podjeżdżam na koniu do początku situ. Dalej idzie ze mną
      Hanan - beduińska dziewczyna, moja rówieśnica, rozmawiamy (a teraz w momencie,
      gdy siedzę w Aqabie i spisuję te wspomnienia – Hanan do mnie zadzwoniła i
      zaprasza bym wróciła do Petry i zamieszkała u niej i jej rodziny). Żegnamy się,
      lecz jestem zaproszona do niej i jej rodziny na kolację. Ja tymczasem udaję się
      w stronę Ołtarza Ofiarnego. Wspina się do niego licznymi schodami. Po drodze
      mijam dwa obeliski. Zatrzymuję się na przerwę pod drzewem, gdzie siedzą
      beduińskie dziewczęta. Rozmawiamy, one przygotowują herbatę. Potem ruszam do
      miejsca ofiarnego. Jest ono położone na szczycie góry i rozciągają się stąd
      piękne widoki.

      Schodzę inną trasą. Schody są tu bardzo strome i dziwię się jak osiołki mogą je
      pokonywać. Mijam płaskorzeźbę Lwa, która zdobiła zbiornik wodny. Siadam sobie
      przed wejściem do pobliskiej jaskini i oglądam grupę turystów akurat
      schodzących w dół. Zachowują się głośno, więc postanawiam odczekać aż się
      oddalą. Dochodzę do Triclinium du Jardin, następnie do Grobowca Żołnierza
      Rzymskiego i leżącego naprzeciwko Triclinium. Oglądam Renesansowy Grobowiec (La
      tombe de la Renaissance), a także inny leżący w pobliżu (La tombe du Fronton
      Casse).

      Oglądam pozostałości domu nabatejskiego oraz dwóch domów rzymskich. W tamtych
      czasach grobowce były budowane by przetrwać dłużej niż doczesne domostwa. I tak
      te ostatnie – jako zbudowane z mniej trwałych materiałów – poważnie ucierpiały
      w wyniku trzęsień ziemi, który nawiedziły te tereny jeszcze w starożytności.

      Wchodzę jeszcze do Qasr al-Bint (Pałac Córki) – błędnie tak nazwanego w
      późniejszych czasach (większość budowli w Petrze nosi nieprawidłowe nazwy, np.
      Khazna (Skarbiec), Mahkama (Sąd) – które naprawdę były grobowcami). Tak
      naprawdę jest to świątynia.

      Idę zwiedzać najpierw dolne, a później górne muzeum. Mozaiki, fragmenty rzeźb,
      monety, przybory codziennego użytku. Wspinam się w górę do Twierdzy Krzyżowców.
      Wracam do Muzeum i piję z jego pracownikiem (Qais) oraz z panem odpowiedzialnym
      za wyłapywanie w Petrze turystów bez biletów herbatę. O czwartej kończą pracę i
      odwożą mnie samochodem pod mój hotel. Błyskawicznie biorę prysznic i przebieram
      się, a Qais podwozi mnie pod inny hotel, gdzie mam się spotkać z uczestnikami
      festiwalu poetyckiego. Poeci mnie chyba polubili i najpierw jeden a potem
      następni proszą mnie o adres. A więc nie zdziw się Gaju, jeśli kiedyś jacyś
      arabscy wierszokleci pojawią się w Karawanseraju.

      Wsiadamy w autobus i jedziemy do Maan, gdzie na Uniwersytecie Husein bin Talal
      mają się odbyć dzisiejsze recytacje wierszy. W autobusie siedzę na ostatnich
      siedzeniach z iracką poetką Rim Qais Kibla oraz z żoną i córką bahrańskiego
      poety (a przy okazji wice-rektora tamtejszego uniwersytetu) ‘Alawi al-Haszami.
      Prowadzimy takie babskie rozmowy, a Rim w pewnym momencie wyjmuje kartkę i
      zaczyna pisać wiersz. Po przyjeździe udajemy się najpierw na spotkanie z wice-
      rektorem uczelni. Opowiada nam o uczelni (działa dopiero od dwóch lat, ale
      campus uniwersytecki robi duże wrażenie), wydziałach i ogólnie o szkolnictwie
      wyższym w Jordanii. Na koniec po angielsku przeprasza mnie, że mówił po arabsku
      i nic nie zrozumiałam. Od razu wszyscy obecni zaczynają tłumaczyć mu jak to ja
      znam arabski.

      Udajemy się do Sali i rozpoczynają się recytacje. Rim recytuje m.in. wiersz,
      który napisała w autobusie – mówi, że to jej pierwszy wiersz w dialekcie
      irackim, a nie w fusha. Ja natomiast nie mogłam go zrozumieć. Mi najbardziej
      spodobał się wiersz ‘Alawi al-Haszami pt. „Miecz mojego ojca”. O mieczu, którym
      ojciec walczył o niepodległość swojej ojczyzny, a który teraz wisi na honorowym
      miejscu w domu, wisi, choć potrzeba by było go użyć w Palestynie, Iraku. A
      takie miecze już tylko wiszą na ścianach domów arabskich. Ten wiersz pozwolił
      mi coś zrozumieć. Wczoraj, gdy jechałam autobusem z Ammanu do Petry, dostałam
      smsa od kolegi z Libanu. Zdecydował się przyłączyć do Hezbollahu i walczyć w
      obronie Libanu. Pisał już do mnie z Tyru (Sour). Pisał, by się pożegnać.
      Jechałam autobusem i płynęły mi łzy po policzkach. To był taki dobry, młody
      chłopiec. Nie pasuje mi zupełnie do Hezbollahu. On nawet nie wierzy w Boga,
      lubi szybką jazdę, palić narghilę, ja go oduczyłam palić papierosów. Odważny,
      czasem lekkomyślny. Pomimo różnicy wieku (i innych różnic) – bardzo dobrze się
      rozumieliśmy. Jest młodszym bratem mojej koleżanki. Za młodym by umrzeć… Lecz
      zrozumiałam, że on już nie mógł dłużej patrzeć na miecz zawieszony na ścianie…
      Jeśli widzisz, że kraj, w którym żyjesz jest atakowany, giną niewinni ludzie,
      dzień i noc spadają bomby, decydujesz, że trzeba coś zrobić. Zdjąć miecz ze
      ściany. A ja nie mam prawa powiedzieć mu: nie idź! Sądzę, że wielu młodych
      chłopców, którzy wcześniej nie myśleliby o dołączeniu do Hezbollahu – to robią.
      By bronić kraju.

      Wieczór poetycki zakończył się recytacją wierszy Abd al-Raziqa Abd al-Wahada,
      który wprowadził słuchaczy w zachwyt i przyśpieszył bicie serca.

      Zjedliśmy wspólnie kolację – pyszne jedzenie. Potem podjechałam z poetami do
      bramy uniwersytetu, gdzie czekał już na mnie w samochodzie Qais by odwieźć mnie
      do Petry. Poeci jednak nie chcieli mnie wypuścić z autobusu, a Abd al-Raziq Abd
      al-Wahad stwierdził, że jeśli pojadę z nimi – to do końca festiwalu będzie
      recytował dla mnie wiersze miłosne. Odpowiedziałam, że nie chcę wierszy
      miłosnych, lecz poezję „dla sprawy”. Odpowiedział, że u nich nawet wiersze
      miłosne, są tak naprawdę wierszami dla sprawy, a ukochana to jest ojczyzną.
      Pożegnałam się i wróciłam z Qaisem do Wadi Musa.

      Siedliśmy w kawiarni zapalić narghilę. Qais przyniósł mi dokładną mapę Petry
      oraz zdjęcia satelitarne, bowiem zachciało mi się chodzić tam, gdzie nie ma
      żadnych szlaków i gdzie zazwyczaj turyści się nie zapuszczają. A jako, że idę
      tam sama, bez przewodnika – wolę być dobrze przygotowana. Miałam kilka
      pomysłów: Wadi Madras, Wadi Muzlim lub Umm al-Biyara. Wybrałam na jutro Wadi
      Muzlim.

      Pojechaliśmy do pobliskiej wioski beduińskiej. Tam akurat odbywało się
      przyjęcie zaręczynowe, na które zostałam zaproszona. Siedziałam z kobietami.
      Dziewczyna, która się zaręczała miała 17 lat. Nie zostałam długo, bowiem już
      było późno. Wróciłam do hotelu, przywitałam się z Alim, który wrócił z Aqaby i
      poszłam spać.



      07.08.2006 poniedziałek

      Wstaję rano i schodzę do Petry. Dochodzę do początku siqu, jednak nie wchodzę
      do niego lecz skręcam w prawo. Idę wąwozem, później tunelem, wykopanym w górze,
      by odprowadzać wodę, by nie płynęłam siqiem (w zimie ta trasa jest niedostępna,
      bowiem płynie tędy woda). Później dalej idę wąwozem, który coraz bardziej się
      zwęża. Dodatkowo opada on w dół, tak, że w niektórych miejscach muszę się
      spuszczać po skałach. Woda musi tędy płynąć z ogromną siłą, bowiem w niektórych
      miejscach znajdują się głazy, które zatrzymały się w górze między ścianami
      wąwozu, zaklinowawszy się na wysokości pół metra, metra bądź kilku metrów nad
      dnem wąwozu. Zdarza się, że muszę się przeciskać pod takim głazem i zastanawiam
      się, czy akurat nie zachce mu się spaść. Nie zachciewa się im. Miałam nadzieję,
      że tę wycieczkę odbędę w całkowitej samotności. Tymczasem wkrótce mija mnie
      Beduin. Pozdrawia i idzie dalej. Cóż, jest szybszy ode mnie. Ale mi się z
      drugiej strony nigdzie nie śpieszy. Poza tym mam plecak, z trzema litrami
      picia – na wszelki wypadek noszę ze sobą więcej, niż bym potrzebowała. Idę
      dalej i po jakimś czasie dochodzę do miejsca, gdzie siedzi Beduin i rysuje na
      kartce rysy architektoniczne małej świątynki czy ołtarza wyrzeźbionego tutaj w
      skale. Siadam i rozmawiamy. Wkrótce docieram do końca wąwozu. Jest to bardzo
      fajna trasa, n
      • gajasirocco Beduinkę w Jordanii pozdrawiam! 09.08.06, 21:56
        A więc nie zdziwię się, jeśli kiedyś jacyś arabscy wierszokleci pojawią się w
        Karawanseraju...wszystkich serdecznie zapraszam (nawet tych z mieczami- jakie
        to wszystko smutne).
        Czytam i łzy mi ściekają z żalu, złości, bezsilności, ze tyle zła jest wśród
        ludzi i tak cierpią niewinni ludzie. Dlaczego????
      • tetys Re: Beduinka w Jordanii 09.08.06, 22:09
        Super się czytało i mam nadzieję po powrocie obejrzeć mnóstwo zdjęć!

        beduinka napisała:
        >A ja nie mam prawa powiedzieć mu: nie idź! Sądzę, że wielu młodych
        >chłopców, którzy wcześniej nie myśleliby o dołączeniu do Hezbollahu – to robią.
        >By bronić kraju.

        To bardzo smutne i poruszające co napisałaś, ale zarazem prawdziwe...I my
        powinniśmy bardzo dobrze znać taką sytuację, nie trzeba szukać daleko. Kto nie
        słyszał o dzielnej walce młodych powstańców warszawskich? Ja nie nawołuje do
        wojny, zawsze jestem za pacyfistycznymi rozwiązaniami. Ale gdyby ktoś wtedy
        powiedział powstańcom - nie walczcie, nie warto, poddajcie się - od razu
        stanąłby po przeciwnej stronie barykady. Dziś prezydent Francji powiedział, że
        nie można tego tak zostawić, ze trzeba dążyć do rozejmu. Dlaczego nie reaguje
        Condoleeza i George(oni raczej dorzucają drew do ognia), dlaczego nie
        interweniuje ONZ, czemu Amnesty International usuwa z demonstarcji antywojennych
        Arabów - by demonstracja 'została apolityczna'? Głośno krzyczę, ale zarazem nikt
        nie słyszy mojego wołania. Ten konflikt sam się nie rozwiąże. Trzeba coś zrobić.

        Pozdrawiam!
      • japolak Re: Beduinka w Jordanii 10.08.06, 01:14
        Siedzę nocą i czytam twoje relacje.
        Dlaczego "miejsce ofiarne" sprzed wieków rozszerza się na cały Bliki Wschód?
        Dlaczego młody chłopak zamiast czytać i pisać poezje szuka dziś broni?
        Łatwo mi sie pisało, iż władze Izraela działają jako biuro werbunkowe
        Hesbollachu, mobilizując osoby wcześniej obojętne do walki...
        Gorzej, gdy dotyczy to konkretnej osoby, z którą mogłaś zaprzyjaźnić się.
        Właśnie w tv słyszę, iz po wieczornym posiedzeniu izraelskiego rządu nowe
        kolumny czołgów wkraczają do Libanu. Żaś izraelskie władze w ramach jakiejś
        pokrętnej logiki wyjaśniają, iz nie jest ich celem rozszerzanie konfliktu
        (!!??!!)
        A nasze media, nasi internauci na publicznych forach nic nie rozumieją,
        chętniej bronią jakiegoś kota, do którego jakiś idiota strzelał z wiatrówki w
        Warszawie, niż prawdziwe, ludzkie ofiary prawdziwej wojny...
      • gajasirocco Wspomnienia sprzed kilku lat po powrocie z Syrii.. 10.08.06, 07:11
        Beduinko!
        Już kilka lat temu przewidziałam sytuację, gdy nie pozwolimy tym ludziom żyć w
        pokoju, nie oddamy im ojczystej ziemi- zaczną ściągać ze ścian swoje
        miecze!!!!!! Po powrocie z Syrii dawno temu napisałam:

        "Wróciłam, lecz w Syrii została moja córka, o którą nadal się martwię. Kilka
        dni temu dostałam od niej e-mail, pisany gdzieś na pustyni na Bliskim
        Wschodzie. -...czuję się jak statek... przeładowany, przepełniony ludzkim
        cierpieniem, problemami”. Czytam w jej liście - -słuchałam i słyszałam straszne
        rzeczy, dawniej o sprawach arabsko-żydowskich pisałam z daleka, teraz jestem
        tak blisko. Odwiedzam obozy dla Palestyńczyków, sypiam w namiotach dla
        uchodźców, jadam wyrabiany w obozie chleb. Mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi
        opowiadali mi historie swojego życia, płakali przy tym, czasem krzyczeli. Ci
        ludzie nie mają ojczyzny, tracą po kolei przyjaciół i rodzinę. Czasem nie
        mogłam już więcej słuchać, oni wydawali się czuć oczyszczeni po rozmowach, ja
        bardzo obciążona. Przeżywałam rozczarowanie, szukałam rozwiązań, zadawałam
        pytania, otrzymywałam różne odpowiedzi...Jest ich tak wiele, lecz nie ma
        żadnej, która byłaby dobrą dla wszystkich. Niektórzy radzą sobie z tym, co ich
        spotkało poprzez obojętność, inni poprzez gniew wobec wszystkich, poszukują
        drogi wyjścia, chcą coś zmienić, wpłynąć na otaczającą rzeczywistość. To z nich
        być może wyłonią się ci, którzy...”

        Którzy? Ci, co wysadzą się na ulicach Jerozolimy, aby zabić siebie i
        przechodniów? Ci, których trafią izraelskie rakiety, bo ponoć szpital uznany
        został za kryjówkę terrorystów? Którzy wraz z dziesiątkami innych nacji
        pracowali w World Trade Center, a jeśli uniknęli zamachu, mogli bez wyroku
        trafić na miesiące do obozu śledczego - gdyż USA to kraj -demokratyczny” a np.
        Syria -totalitarny”? Ten kraj prawie przed stu laty przyjął setki tysięcy
        ormiańskich uchodźców z Turcji. Ludzi innej nacji, innej wiary. Pół wieku temu
        znowu falę uciekinierów - Palestyńczyków. Mieszkają tu chrześcijanie różnych
        obrządków, muzułmanie, Żydzi. Wielu z nich może powoływać się nie na 50-100 lat
        historii, nie na amerykańskie dwa wieki, polskie milenium, lecz na tysiąclecia.
        Ja też przecież byłam na drodze do Damaszku. Ja też siebie, córkę, świat pytam -
        -Quo vadis?”
        Córko, wracaj!"
    • beduinka Beduinka w Jordanii 09.08.06, 21:27
      07.08.2006 poniedziałek

      Wstaję rano i schodzę do Petry. Dochodzę do początku siqu, jednak nie wchodzę
      do niego lecz skręcam w prawo – do Wadi Muzlim. Idę wąwozem, później tunelem,
      wykopanym w górze, by odprowadzać wodę, by nie płynęłam siqiem (w zimie ta
      trasa jest niedostępna, bowiem płynie tędy woda). Później znow idę wąwozem,
      który coraz bardziej się zwęża. Dodatkowo opada on w dół, tak, że w niektórych
      miejscach muszę się spuszczać po skałach. Woda musi tędy płynąć z ogromną siłą,
      bowiem w niektórych miejscach znajdują się głazy, które zatrzymały się w górze
      między ścianami wąwozu, zaklinowawszy się na wysokości pół metra, metra bądź
      kilku metrów nad dnem wąwozu. Zdarza się, że muszę się przeciskać pod takim
      głazem i zastanawiam się, czy akurat nie zachce mu się spaść. Nie zachciewa się
      im. Miałam nadzieję, że tę wycieczkę odbędę w całkowitej samotności. Tymczasem
      wkrótce mija mnie Beduin. Pozdrawia i idzie dalej. Cóż, jest szybszy ode mnie.
      Ale mi się z drugiej strony nigdzie nie śpieszy. Poza tym mam plecak, z trzema
      litrami picia – na wszelki wypadek noszę ze sobą więcej, niż bym potrzebowała.
      Idę dalej i po jakimś czasie dochodzę do miejsca, gdzie siedzi Beduin i rysuje
      na kartce rysy architektoniczne małej świątynki czy ołtarza wyrzeźbionego tutaj
      w skale. Siadam i rozmawiamy. Wkrótce docieram do końca wąwozu. Jest to bardzo
      fajna trasa, nie za trudna, a dostarczająca wiele frajdy – polecam ją.

      Mam natomiast problem z butami. Moje libańskie trampki chyba nie są
      przystosowane do tak intensywnego ich eksplorowania i wspinania się po skałach,
      więc wkrótce się rozpadają. Podeszwa z przodu coraz bardziej się odklapuje.

      Oglądam grobowce w Wadi An-Nassara. Później idę do Grobowca Sextius
      Florentinus, Grobowca Królewskiego, Grobowca Korynckiego. Zwiedzam kościół
      bizantyjski. Tam spotykam jednego z pracowników (Hussein), którzy jechali
      wczoraj z nami samochodem z Petry do Wadi Musa. Siedzę z nim i jego dwoma
      małymi (13 lat) siostrzenicami. Rozmawiamy o różnych rzeczach. Okazuje się, że
      Hussein ma sporą wiedzę nt. Koranu, literatury, geografii. Po jakimś czasie
      żegnam się z Husseinem i dziewczynkami i idę do muzeum przywitać się z Qaisem.

      Później pan-od-sprawdzania-biletów zaprowadza mnie do źródła. Idziemy tam górną
      drogą, a następnie schodzimy czymś, co 2 tysiące lat temu było schodami,
      dzisiaj już tego tak bym nie nazwała. Nie marudzę i schodzę, choć rozklekotane
      obuwie utrudnia mi drogę.

      Siadamy nad potokiem. Trochę zostaje ze mną, później odchodzi, a ja jeszcze
      zostaję. No i mam głupią zabawę w budowanie z kamieni tamy na strumyku. Dziecko
      się we mnie obudziło.

      Jako że w czasie drogi do źródła podeszwa buta mi już całkiem odpadła –
      kombinuję przywiązanie jej za pomocą sznurowadła. Wyglądam troszkę dziwnie, ale
      najważniejsze, że da się iść, a mam jeszcze sporo do przejścia. Jako, że
      podeszwa i tak robi to klap w jedną stronę, to klap w drugą – to w końcu
      zdziera się w bucie kolejna warstwa – tak, że teraz już szuram po ziemi
      skarpetką. Też fajnie…

      Tak docieram do Skarbca i tam siedzę z Beduinami i rozmawiamy, pijąc herbatę.
      Rozmawiamy o turystach, wojnie w Libanie, Palestyńczykach, westernizowaniu się
      Beduinów oraz o różnych innych rzeczach. Przejeżdżamy siq na wielbłądach – już
      po ciemku. Jest fantastycznie, popędzamy zwierzaki do biegu. Wysiadam na końcu
      siqu, wypijam herbatkę i oglądam pracowników rozstawiających świece na nocny
      show „Petra by Night” (w każdy poniedziałek, czwartek i piątek). Normalnie
      bilety kosztują 12 JD, ja jestem zaproszona do uczestnictwa za darmo. Poznaję
      głównego artystę wieczoru (Salama) i najpierw gra tylko dla mnie. Dodatkowo
      zaprasza mnie na wesele u siebie w rodzinie, które odbędzie się w najbliższy
      weekend.

      Idziemy całą grupą turystów przez siq udekorowany świecami. Dochodzimy do
      skarbca, gdzie też są porozstawiane świeczki. Siadamy na matach, jesteśmy
      częstowani herbatą. Salama zaczyna grać na rababie. Później jeszcze inny muzyk
      gra na flecie. I to tyle. Jeszcze tylko droga powrotna do wyjścia – podczas
      której decyduję się już zdjąć buty i wyrzucić je do kosza, a dalej iść boso.

      Okazuje się, że dzisiaj w środku w Petrze spędziłam 11 godzin. Chyba sporo.



      08.08.2006 wtorek

      Dzisiaj wyjeżdżam z Wadi Musa do Aqaby. Jako że autobusy na tej trasie nie są
      zbyt częste. Wsiadam w autobus do Maan (0,5 JD), a tam przesiadam się w kolejny
      autobus do Aqaby (1,1 JD). Dojeżdżam do Aqaby popołudniu. Biorę pokój w hotelu
      Amira – w sam raz dla mnie, bowiem od 4 lat używam tego arabskiego imienia.
      Pokój z łazienką, telewizją i klimatyzacją za 11 JD. Idę przejść się po
      mieście, a także wzdłuż brzegu morza.

      Zwiedzam ruiny miasta Ayla – założonego w pierwszych wiekach islamu. Port
      dobrze prosperował w czasach Ummajjadów, Abbasydów i Fatymidów – od 650 r. do
      1100 r. (30-500 roku hidżry). Mamy tu do czynienia z częstym w tamtych czasach
      tworem urbanistycznym – misrem. Zawierał meczet, siedzibę rządcy oraz
      pomieszczenia mieszkalne. Misr miasta Ayla został zbudowany ok. 650 r. za
      panowania Kalifa Uthmana ibn Affana. Budową przypomina inne misry zbudowane w
      tym samym czasie w al-Fustacie w Egipcie oraz w Basrze i Kufie w Iraku.

      Wracam do hotelu, trochę odpoczywam, a następnie wychodzę na miasto. Aqaba jest
      strefą wolnocłową, więc wszelkie towary są tu tańsze niż w innych częściach
      kraju. Niestety szybko denerwuje mnie paskudne zachowanie tutejszych
      sprzedawców, którzy przyzwyczaili się, że mogą sobie na zbyt wiele pozwolić, bo
      turyści nie reagują lub wręcz robią tak, że do turystów po angielsku miło, po
      arabsku między sobą głupie odzywki, np. angielsku: „Can I help you?”, w tym
      samym czasie po arabsku (sądząc, że Europejka nie zrozumie – ale jednak trafia
      się Europejka, która rozumie): „Ale masz duże piersi!”.

      Zaglądam jeszcze na Internet i wracam do hotelu. Dzwoni do mnie Thabet - kolega
      z Ammanu i gdy dowiaduje się, że jestem w Arabie, a dodatkowo wkurzona na
      tutejszych facetów – postanawia przyjechać następnego dnia, by przypilnować by
      nikt mnie na plaży nie zaczepiał.



      09.08.2006 środa

      Rano budzi mnie telefon od Thabeta, że za godzinę dojedzie do Aqaby. Gdy
      przyjeżdża najpierw zjadamy śniadanie w restauracji, a potem jedziemy na plażę
      w stronę granicy saudyjskiej. On tylko siedzi na plaży, a ja pływam. Jako, że
      większość kąpiących (a jest wśród nich sporo kobiet w abajach, hidżabach i
      nikapach… co ciekawe, do tego stoju zakładają maski, rurki i płetwy) tapla się
      tylko przy brzegu ja płynę sobie dalej, aż dostaję się między dwie łodzi i
      statek stylizowany na piracki. Każdy z nich zaprasza mnie na swój pokład, ale
      ja się nie czuję rozbitkiem i dalej sobie pływam. Tymczasem Tabet, który nie
      poszedł dzisiaj do pracy – na plaży załatwia telefonicznie swoje zawodowe
      sprawy. Później podjeżdżamy sobie samochodem do do granicy saudyjskiej, która
      leży tylko kilkanaście kilometrów od Aqaby. Odwozi mnie pod hotel i wraca do
      Ammanu.

      Pierwszą część dnia miałam plażowo-pływającą. W drugiej też się nie
      przemieszczam. Spędzam czas w pokoju, pisząc różne rzeczy na kompie. I
      zamieniam się jeszcze w praczkę – piorę ręcznie wszystkie swoje ubrania. Ufff.
      Wychodzę też na spacer po mieście.
    • beduinka Beduinka w Jordanii 14.08.06, 15:55
      10.08.2006 czwartek

      Rano wyruszam na eskapade po sklepach. Cel: znalezienie butów do dalszego
      łażenia po górach i innych wertepach. Większość towaru w Arabie jest produkcji
      chińskiej. Gdy przymierzam tamtejsze czterdziestki-jedynki – zawsze okazują się
      za małe. Muszę więc zrezygnować z tanich sklepów. W końcu w normalnym sklepie
      kupuje normalne czterdziestki-jedynki.

      Opuszczam hotel i idę na dworzec autobusowy. Nie ma teraz autobusu
      bezpośredniego do Wadi Musa, więc wsiadam w autobus do Maan. Gdy pojawia się
      autobus do Wadi Musa – chcę się przesiąść, ale rozpoczyna się kłótnia między
      kierowcami o podkradanie pasażerów. Zostaje mi wiec podróż do Maan. Gdy
      dojeżdżamy tam – okazuje się, że nie ma autobusów do Wadi Musa. Wsiadam więc na
      pick-upa na pakę i w ten oto sposób dojeżdżam do Wadi Musa. Tam czeka już na
      mnie Hanan – moja beduińska koleżanka, u której będę mieszkać. Bierzemy
      taksówkę (1 JD) do następnej wioski Umm Sayhun, do której 20 lat temu
      przesiedlono beduinów zamieszkujących Petrę – żyli oni w tamtejszych
      jaskiniach, grobowcach i innych nabatejskich budowlach. Idziemy do domu Hanan,
      która mieszka tylko z matką. Hanan jest najmłodszą z rodzeństwa. Ma 24 lata,
      jest rozwódką, a jej syn Saqar (8 lat) mieszka z ojcem. Przy domu mamy stado
      kóz, które codziennie matka wyprowadza w góry.

      Jadę do innej wioski (Umm Sayhun – Beda 2 JD), gdzie jestem zaproszona na
      wesele. Beda zamieszkiwana jest przez inne plemię niż Umm Sayhun. Umm Sayhun:
      Bedul; Beda: Ammarin. Jestem tu na zaproszenie szejcha plemienia – Salama = Abu
      Muhammad. Najpierw idziemy do niego do domu. Okazuje się, że na piętrze
      (zresztą w surowym stanie, bez mebli etc.) mieszka u niego Micheal – duński
      doktorant antropologii.

      Na potrzeby wesela przygotowano namioty (beit sz’ar). W jednym miejscu dla
      mężczyzn, trochę dalej dla kobiet. Najpierw jestem przeprowadzana koło miejsca
      dla mężczyzn. Panowie w białych galabijach i białych bądź czerwono-białych
      kufijjach siedzą na materacach. Na tronie weselnym siedzi pan młody ubrany w
      garnitur. Dalej szejch Salama prowadzi mnie do części dla kobiet, gdzie
      przedstawia mnie swojej żonie i matce panny młodej i poleca jej opiece. Jest tu
      bardzo dużo kobiet oraz multum dzieci. Cały czas coś się dzieje. Tu jest
      dynamika, u mężczyzn statyka. Starsze kobiety (matki) ubrane są w tradycyjne
      stroje beduińskie, młodsze (matki) – już nie hołdują beduińskiej tradycji i
      ubrane są w czarne abaje i hidżaby. Starsze kobiety palą yanczi czy jakoś tak
      zwane ziółka zastępujące im papierosy. Podobno bardzo mocne. Nawet sam zapach
      tego mnie męczy. Kobiety siedzą w namiotach w grupkach, w jednych rozmawiają, w
      innych śpiewają. Śpiew odbywa się na dwa głosy. Śpiewają kobiety siedzące po
      jednej stornie, następnie te, które siedzą naprzeciwko odpowiadają im śpiewem.
      Od czasu do czasu któraś grupka podnosi się, gra się tam na tabli i tańczy.
      Panna młoda tylko siedzi na swoim tronie. Uczestniczy w weselu jakby jako
      obserwator. Ja cały czas jestem otoczona wianuszkiem dzieci, która się we mnie
      wtulają, trzymają za ręce. Za każdym razem, gdy postanawiam zmienić miejsce,
      przejść do innej grupki kobiet – ten wianuszek przenosi się ze mną. Do jedzenia
      podawane są ogromne tace z ryżem na środku, których leżą kawałki mięsa. Nie
      jest to mansaf (ten musiałby być polany mansafem) – powiedziano mi nazwę tej
      potrawy, ale zapomniałam. Jemy rękami. O ile przyzwyczajona jestem do jedzenia
      rękami za pomocą chleba – to tutaj jest wyższy stopień trudności, bez chleba,
      palcami ryż do buzi. Po zjedzeniu – kobiety dalej siedzą w grupkach, czasem
      trochę pośpiewają. Podjeżdża do namiotu samochód i panna młoda i jej matka
      wsiadają do niego i przejeżdżają 20 m do domu. Tam panna młoda wprowadzana jest
      do sypialni. Kobiety czekają w przedpokoju, śpiewając i tańcząc aż
      przyprowadzony zostaje pan młody i wprowadzony do sypialni. Wtedy my wracamy do
      namiotów.

      Tymczasem okazuje się, że wszyscy, którzy przyjechali samochodami z Umm Sayhun –
      już odjechali. Idę z synem szejcha ’Amda i jego kolegą Khalidem do drogi i
      czekamy na jakiś czas. Ale północ nie jest chyba najlepszą porą ku temu, by
      łapać stopa na pustyni. Więc po jakimś czasie decydujemy, że zostanę na noc w
      Małej Petrze, gdzie synowie szejcha mają sklepiki i sami tam nocują. Jestem na
      zaproszenie szejcha – więc nic mi się nie może stać. Rozkładamy materace do
      snu, lecz ja postanawiam jeszcze połazić po Małej Petrze nocą. Jest to coś
      magicznego, szczególnie, że księżyc jest w pełni i oświetla okolice, niektóre
      miejsca oblewając swoim światłem, inne, do których nie dosięga pozostają
      zatopione w ciemności. ‘Amda poszedł ze mną. Beduin w galabiji, surowe skały,
      nabetejskie budowle, księżyc w pełni – wszystko jest jakieś takie nierealne.
      Wchodzimy do pomieszczeń, w których nic nie widać. Dochodzimy do końca wąwozu,
      do miejsca, gdzie zaczynają się schody. Po ciemku nie powinniśmy tamtędy iść.
      Zawracamy. Wypijamy przy obozowisku herbatę wraz z dwoma braćmi ‘Amdy –
      Abdallahem i Muhammadem i kładziemy się spać.



      11.08.2006 piątek

      Rano zaczynamy dzień od herbaty. Bardzo dobrze mi się spało, choć w nocy było
      trochę zimno. Okazuje się, że szejch Salama, jego synowie i kilku innych
      organizują dziś wycieczkę dla duńskich archeologów do dwóch trudno dostępnych
      neolitycznych wiosek. Zapraszają mnie, bym się przyłączyła. Odpowiadam, że z
      chęcią – tylko popatrzcie się, co mam na nogach. Przyszłam na wesele, a nie na
      wspinaczkę po górach – więc moje stopy ubrane są tylko w klapeczki. Mówią, że
      dam radę. A więc niech będzie…

      Wsiadamy na trzy samochody – pic-upy. Ja, beduini i ponad 20 duńskich
      archeologów i studentów archeologii. Jedziemy w stronę Wadi al.-‘araba. Po
      drodze mijamy farmy – wszystkie sztucznie założone, z systemami nawadniającymi
      podprowadzonymi do każdego rządka roślin. Jedziemy w górę i w dół, trochę
      trzęsie. Beduińscy chłopcy śpiewają.

      Dojeżdżamy najpierw do Szkarat Msi’ad. Wioska neolityczna zamieszkiwana przez
      kilkadziesiąt mieszkańców. Oglądamy pozostałości domów, lecz ja wykazuję
      mniejsze zainteresowanie niż moi duńscy współtowarzysze wycieczki i w końcu
      siadam z beduinami w cieniu koło samochodów i odczekujemy aż obejrzą oni sobie
      dokładnie każdy kamień.

      Później wsiadamy na samochody i jedziemy w drugie miejsce – niestety nie znam
      jego nazwy. Dwóch Beduinów niesie ze sobą drabinę. Okazuje się, że musimy się
      wspinać stromym wąwozem w górę. Klapeczki są wręcz idealnym obuwiem ku temu.
      Czasem więc decyduję się być na bosaka. W niektórych miejscach przejście byłoby
      bardzo trudne lub wręcz niemożliwe bez sprzętu wspinaczkowego lub drabiny.
      Wtedy to właśnie korzystamy z naszej drabiny. Gdy docieramy na górę rzucam
      jednemu z archeologów pytanie „jakimi wariatami musieli być ludzie, żeby wtedy
      tutaj zamieszkać”. On odpowiada na pytanie pytaniem – „jakimi wariatami musieli
      być archeolodzy, którzy to odkopywali” (misja niemiecko-duńska). Jako że znowu
      archeologom zajmuje więcej czasu oglądanie miejsca, siadamy sobie z beduinami
      pod drzewem i tak od niechcenia – jako że jest tu otoczone kamieniami miejsce
      na ognisko – zbieram gałązki i rozpalam ogień. Czyżbyśmy potrzebowali się
      ogrzać w ten upalny dzień? Przed odejściem dokładnie gasimy ogień.

      Schodźmy w dół, skacząc w dół w klapeczkach. Wcześniej zawsze się dziwiłam jak
      Beduini tak potrafią w jakiś klapkach łazić po górach – gdy ja zawsze byłam w
      sznurowanych butach… teraz wiem, że się da. Wracamy do Małej Petry, skąd
      archeologów zabiera autobus do Wadi Musa, a ja się z nimi zabieram do Umm
      Sayhun.

      Przychodzę do domu. Biorę prysznic, zrzucam zdjęcia na komp
    • beduinka Beduinka w Jordanii 14.08.06, 15:56
      11.08.2006 piątek

      Rano zaczynamy dzień od herbaty. Bardzo dobrze mi się spało, choć w nocy było
      trochę zimno. Okazuje się, że szejch Salama, jego synowie i kilku innych
      organizują dziś wycieczkę dla duńskich archeologów do dwóch trudno dostępnych
      neolitycznych wiosek. Zapraszają mnie, bym się przyłączyła. Odpowiadam, że z
      chęcią – tylko popatrzcie się, co mam na nogach. Przyszłam na wesele, a nie na
      wspinaczkę po górach – więc moje stopy ubrane są tylko w klapeczki. Mówią, że
      dam radę. A więc niech będzie…

      Wsiadamy na trzy samochody – pic-upy. Ja, beduini i ponad 20 duńskich
      archeologów i studentów archeologii. Jedziemy w stronę Wadi al.-‘araba. Po
      drodze mijamy farmy – wszystkie sztucznie założone, z systemami nawadniającymi
      podprowadzonymi do każdego rządka roślin. Jedziemy w górę i w dół, trochę
      trzęsie. Beduińscy chłopcy śpiewają.

      Dojeżdżamy najpierw do Szkarat Msi’ad. Wioska neolityczna zamieszkiwana przez
      kilkadziesiąt mieszkańców. Oglądamy pozostałości domów, lecz ja wykazuję
      mniejsze zainteresowanie niż moi duńscy współtowarzysze wycieczki i w końcu
      siadam z beduinami w cieniu koło samochodów i odczekujemy aż obejrzą oni sobie
      dokładnie każdy kamień.

      Później wsiadamy na samochody i jedziemy w drugie miejsce – niestety nie znam
      jego nazwy. Dwóch Beduinów niesie ze sobą drabinę. Okazuje się, że musimy się
      wspinać stromym wąwozem w górę. Klapeczki są wręcz idealnym obuwiem ku temu.
      Czasem więc decyduję się być na bosaka. W niektórych miejscach przejście byłoby
      bardzo trudne lub wręcz niemożliwe bez sprzętu wspinaczkowego lub drabiny.
      Wtedy to właśnie korzystamy z naszej drabiny. Gdy docieramy na górę rzucam
      jednemu z archeologów pytanie „jakimi wariatami musieli być ludzie, żeby wtedy
      tutaj zamieszkać”. On odpowiada na pytanie pytaniem – „jakimi wariatami musieli
      być archeolodzy, którzy to odkopywali” (misja niemiecko-duńska). Jako że znowu
      archeologom zajmuje więcej czasu oglądanie miejsca, siadamy sobie z beduinami
      pod drzewem i tak od niechcenia – jako że jest tu otoczone kamieniami miejsce
      na ognisko – zbieram gałązki i rozpalam ogień. Czyżbyśmy potrzebowali się
      ogrzać w ten upalny dzień? Przed odejściem dokładnie gasimy ogień.

      Schodźmy w dół, skacząc w dół w klapeczkach. Wcześniej zawsze się dziwiłam jak
      Beduini tak potrafią w jakiś klapkach łazić po górach – gdy ja zawsze byłam w
      sznurowanych butach… teraz wiem, że się da. Wracamy do Małej Petry, skąd
      archeologów zabiera autobus do Wadi Musa, a ja się z nimi zabieram do Umm
      Sayhun.

      Przychodzę do domu. Biorę prysznic, zrzucam zdjęcia na kompa, ładuję
      rozładowaną komórkę i baterie, pakuję rzeczy i wracam do Małej Petry. Jako że
      okazało się, że chłopcy pojechali do Wadi Musa zrobić zakupy na naszą kolację.
      W związku z tym decyduję się na spacer po górach. Przechodzę Małą Petrę,
      schodzę do kolejnego wąwozu, następnie wspinam się w górę. Na szczęście dołącza
      do mnie Khalid. Szłam już kiedyś tą trasą cztery lata temu – ale dokładnie jej
      nie pamiętam i jednak potrzebny jest ktoś znający teren. W międzyczasie Talal i
      Muhammad dzwonią, że już dojechali i żebyśmy się pośpieszyli. O pośpiechu na
      tych skałach nie ma co mówić. Jest natomiast sporo frajdy. Mijamy wioskę
      neolityczną i już czeka na nas samochód z M i T. Podjeżdżany pod Małą Petrę
      wziąć mój plecaczek i jedziemy do Bedy po czajnik, garnki i inne rzeczy, które
      przydadzą nam się na nocnym pikniku. Zabieramy też maty, materace i koce.

      Zatrzymujemy się na pustyni. W jedną stronę w oddali widać światła wioski, z
      trzech stron jesteśmy otoczeni górami. Wyładowujemy rzeczy. Ja szukam drewna do
      rozpalenia ogniska, chłopcy zajmują się przygotowaniem mansafu. Gdy zbieram
      gałązki zauważam coś na co pewnie nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie to, że muszę
      się co chwila schylać. Na pustyni po ziemi skaczą żabki. Skąd się wzięły żaby
      na pustyni???????

      Gdy siadamy przy ognisku i jedzenie gotuje się na ogniu, poruszam ten temat.
      Chłopcy mówią, że zimą to miejsce jest zalane wodą.

      Do czasu aż jedzenie się ugotowało stałam się bardzo śpiąca, więc rozbudzona do
      posiłku nie jem zbyt dużo. Gdy próbuję zasnąć okazuje się, że co chwila coś
      mnie gryzie. Talal poszedł spać do samochodu, a ja mam już dość małych wrogów.
      Jednocześnie nie chcę ich budzić, więc tylko wstaję i wchodzę w górę na skały,
      gdzie nie jest lepiej, ale też nie gorzej. Więc siedzę sobie, oglądam księżyc i
      drapię i klepię próbując zabić to co mnie gryzie. Po jakimś czasie dołącza do
      mnie Muhammad. Jego też gryzie i to nie sumienie, lecz coś mniejszego, lecz
      bardziej wkurzającego. Postanawiamy opuścić miejsce i pójść do Małej Petry.
      Podchodzimy do samochodu. Talal śpi i nie chcemy go budzić, więc decydujemy się
      na nocny spacer po okolicy. Rzeczy zostawiamy, bierzemy tylko to co potrzebne.

      Spacer mi się podoba i docieram na miejsce na tyle zmęczona, by szybko zasnąć.



      12.08.2006 sobota

      Rano przyjeżdża do nas Talal – trochę zły, że zostawiliśmy go tam samego.
      Zabiera mnie do domu swojej rodziny w Beda. Jego siostra przygotowuje dla nas
      śniadanie. Po śniadaniu Talal odwozi mnie do Umm Sayhun. Gdzie tylko biorę
      prysznic, przebieram się i zrzucam zdjęcia na komputer.

      Schodzę do Wadi Musa, kupuję bilet (jak zawsze 1 JD) i wchodzę do środka.
      Dzisiejszy plan: Wadi Madras. Przed początkiem siqu skręcam w lewo. Mijam
      tabliczkę informującą, że jest to niebezpieczna trasa i idę tam tylko na własną
      odpowiedzialność. Przecież ja żyję tylko na własną odpowiedzialność. Trasa
      czasem jest, czasem jej nie ma. Dochodzę do skraju siqu i siadam sobie na jego
      skraju. Potrzę na ludziki na dole, przejeżdżające wozy zaprzężone w konie. Po
      jakimś czasie wpadam na pomysł, by pogwizdywać na ludzi. I gdy to robię –
      słyszę odpowiedź do polsku „Cicho, bo uszy bolą”… a to niespodzianka. W każdym
      razie ludzie zazwyczaj nie wiedzą skąd głos dochodzi – nie wpadają na pomysł by
      popatrzyć się w górę. Po jakimś czasie dołącza do mnie Jahja, beduin –
      pracujący w Petrze jako strażnik. Dalej idziemy razem. I dobrze. Ja tą trasę
      znam tylko z mapy i odpowiedzi na moje pytania, on od dziecka hasa po Petrze.
      Oglądamy nabatejską tamę i zbiornik wodny, domy. Odpoczywamy w jaskini.
      Dochodzimy do kolejnej jaskini, gdzie jest nisza, która zawierała posąg
      nabatejskiego króla siedzącego na tronie. Schodzimy trochę w dół. Jest tu
      otwarta przestrzeń i wygodnie się idzie. Jako że ja sobie na dzisiaj wymyśliłam
      obejrzeć Khaznę (Skarbiec) z góry oboje szukamy jakiegoś fajnego dojścia. W
      końcu się nam udaje. Widok jest niesamowity. Siedzę na skałach dokładnie
      naprzeciwko skarbca, pode mną jakieś ludziki, wielbłądy, konie. Jahja twierdzi,
      że nie da się zejść przy Skarbcu w dół. Nabatejskie schody są zniszczone. Ja
      jednak już wcześniej pytałam różne osoby na ten temat i twierdzili, że da się
      zejść – idąc nie po samych schodach, lecz obok po skałach. I udaje się. Jestem
      bardzo zadowolona z tej wycieczki.
      Jeszcze sobie ot tak łaże po Petrze i wieczorem wychodzę i kieruję się do Umm
      Sayhun. Spędzam wieczór z rodziną. Robię pranie swoich ciuchów – mają pralkę
      (bardzo starą), ale i tak trzeba wszystko płukać i wyrzynać ręcznie. Siedzimy
      na matach rozłożonych przed domem i rozmawiamy. Wieczorem idę spać na dach. I
      znowu w nocy coś mnie podgryza.



      13.08.2006 niedziela


      Rano Hanan chce by pojechała z nią do szpitala, bowiem potrzebuje pójść do
      okulisty. Więc jedziemy do Wadi Musa, a później do szpitala Królowej Ranii.
      Szpital jest nowoczesny, a leki w dużej części refundowane. Hanan ma kupić lek
      do oczu za 0,5 JD, lecz nie ma pieniędzy, więc ja jej kupuję. Za autobus też
      płacę. I chyba jej się to podoba, bo potem stwierdza, że jest głodna i wchodzi
      do restauracji – płac
    • beduinka Beduinka w Jordanii 14.08.06, 15:59
      13.08.2006 niedziela


      Rano Hanan chce by pojechała z nią do szpitala, bowiem potrzebuje pójść do
      okulisty. Więc jedziemy do Wadi Musa, a później do szpitala Królowej Ranii.
      Szpital jest nowoczesny, a leki w dużej części refundowane. Hanan ma kupić lek
      do oczu za 0,5 JD, lecz nie ma pieniędzy, więc ja jej kupuję. Za autobus też
      płacę. I chyba jej się to podoba, bo potem stwierdza, że jest głodna i wchodzi
      do restauracji – płacę. Potem się rozdzielamy – Hanan ma iść do Petry pracować
      (ale bardzo jej się nie chce) – ma tam stoisko z biżuterią, którą sprzedaje
      turystom.

      Ja wybieram się do Bedy. Idę piechotą. Jeden samochód podwozi mnie do Umm
      Sayhun. Dalej idę na piechotę i dopiero, gdy przechodzę połowę drogi zabiera
      mnie kolejny samochód. Przychodzę do domu Szejcha Salamy, który mnie zapraszał,
      bym przyszła.

      Siadamy w domu w salonie. Ja, Salama, jego żona i dzieci. Po jakimś czasie
      Szejch Salama, gdzieś wychodzi, a wszyscy pozostali śpią. Po jakimś czasie
      proszę jednego z synów, by pożegnał innych członków rodziny w moim imieniu i
      wymykam się cichutko. Zresztą coś jest nie tak i boli mnie głowa, jestem nie
      wiedzieć czemu smutna i zła. Najpierw planuję wracać do Umm Sayhun, ale myślę,
      że Hanan jest jeszcze w pracy, więc idę do Małej Petry. Przy wejściu Khalid
      próbuje ze mną rozmawiać, ale proszę go, że chcę być sama. Wchodzę do środka,
      siadam w jednej z jaskiń i tam zwalczam swoje humorki. Gdy mi już mijam wracam.
      Trochę idę na piechotę – trochę podjeżdżam samochodem.

      Gdy wracam do domu, okazuje się, że Hanan nie poszła do pracy, bo jej się nie
      chciało, tłumacząc, że jest niewielu turystów. Boli mnie głowa, więc tylko
      siedzę i oglądam telewizję, ściągam pranie. Później idziemy się z Hanan przejść
      po wiosce.

      Gdy wracamy do domu – zabieramy ze sobą matkę i idziemy do krewnych na kolację.
      Jemy na dziedzińcu, siedząc na matach. Jest tu ok. 30 osób. Mężczyźni, kobiety,
      dzieci. Do jedzenia jest mansaf – ryż, baranina i laban. Później siadamy przy
      herbacie i rozmawiamy. Hanan z matką wracają wcześniej do domu, ja jeszcze
      zostaję.

      Jak wracam do domu okazuje się, że mamy gości z Beda. Siadamy na matach
      rozłożonych na ulicy. Samochody muszą nas objeżdżać… Później wchodzimy do domu,
      bo chcą zobaczyć zdjęcia z wesela. Więc włączam komputer i kilkanaście par oczu
      wpatruje się w wyświetlane na ekranie zdjęcia i filmiki.

      Czuję się bardzo zmęczona i tylko czekam aż goście pójdą, żeby położyć się spać.
      • gajasirocco Re: Beduinka w Jordanii 14.08.06, 17:28
        Cudowne przeżycia!!!!!!

        Ależ jak się role zmieniły....mężczyźni gotują, kobieta zbiera opał i
        przygotowuje ognisko???????
        Nie przemęczaj się...widzę, że opadasz już niekiedy z sił! Pamietaj o zdrowiu!!!
        • beduinka Re: Beduinka w Jordanii 15.08.06, 11:59
          gajasirocco napisała:

          > Cudowne przeżycia!!!!!!
          >
          > Ależ jak się role zmieniły....mężczyźni gotują, kobieta zbiera opał i
          > przygotowuje ognisko???????

          zyz to wlasnie tak nie powinnop byc??????

          > Nie przemęczaj się...widzę, że opadasz już niekiedy z sił! Pamietaj o
          zdrowiu!!
          > !

          wszystko jest ok
    • beduinka Beduinka w Jordanii 15.08.06, 11:53
      14.08.2006 poniedziałek

      Od rana zajmuję się spisywaniem na komputerze swoich wspomnień, a także
      przygotowywaniem, tj. zmniejszaniem zdjeć – by pokazać je w galerii. Później
      jedziemy z Hanan do Wadi Musa na zakupy na suku warzywno-owocowym. Hanan wraca
      do Umm Sayhun, a ja zostaję w Wadi Musa, by skorzystać z Internetu.

      Wracam do Umm Sayhun. Zaglądam do domu, a potem idę z Ibrahimem do zagród
      wielbłądzic z wielbłądkami. Mają założone specjalne – jakby to nazwać – staniki
      na wymiona, by maluchy nie podpijały mleka, póki my wielbłądzic nie wydoimy.
      Więc w momencie zdjęcia im „staników” na raz my doimy wielbłądy (tj. przede
      wszystkim Ibrahim, bo mi idzie to powolnie i niewiele mleka wyciągam za każdym
      pociągnięciem) i maluchy piją. Wielbłądy są kochane. Najpierw były trochę
      nieufne, bo widzą mnie pierwszy raz, wkrótce jednak się do mnie przekonują i
      wtulają się we mnie, liżą po rękach, podskubują… otrzymuję dawkę czułości,
      której mi ostatnio brakowało ; - ))))))))))

      Gdy wracam do domu jest tam jeszcze dwoje innych turystów, których Hanan
      przyprowadziła – Kanadyjczyk i Hiszpan. Jutro Hanan będzie ich oprowadzała po
      Petrze. Jedzą z nami kolację, Hanan myślała nawet, by dać im taryfę ulgową i
      dać im łyżki, by łatwiej im się jadło, ale ja wybijam jej to z głowy.

      Wieczorem siedzimy i oglądamy spadające gwiazdy.
      • japolak Wielbłądy są kochane... 15.08.06, 15:12
        Pisałaś, dziewczyno, ze wielbłądy są kochane...
        Ty jeszcze bardziej
        Na szczęście nie jestem zazdrosny...
        Przesiedzialem godziny nad twoimi ostatnimi relacjami i zdjęciami
        Zgłaszam się na redaktora technicznego - musimy jeszcze znaleźć wydawcę
        Bo bardzo by sie przydało, by wiecej osób przeczytało Twój wspaniały, ciekawy
        dziennik
        Jeszcze 7 tygodni?
        • tetys Re: Wielbłądy są kochane... 18.08.06, 21:34
          japolak napisała:

          > Pisałaś, dziewczyno, ze wielbłądy są kochane...
          > Ty jeszcze bardziej
          > Na szczęście nie jestem zazdrosny...
          > Przesiedzialem godziny nad twoimi ostatnimi relacjami i zdjęciami
          > Zgłaszam się na redaktora technicznego - musimy jeszcze znaleźć wydawcę
          > Bo bardzo by sie przydało, by wiecej osób przeczytało Twój wspaniały, ciekawy
          > dziennik


          Oj tak, zgadzam się!
          Przeczytałem z zapartym tchem.
          Pozdrawiam.
        • beduinka Re: Wielbłądy są kochane... 11.12.06, 22:36
          japolak napisała:

          > Przesiedzialem godziny nad twoimi ostatnimi relacjami i zdjęciami
          > Zgłaszam się na redaktora technicznego - musimy jeszcze znaleźć wydawcę
          > Bo bardzo by sie przydało, by wiecej osób przeczytało Twój wspaniały, ciekawy
          > dziennik

          propozycja jest nadal aktualna?
    • jord_ania Re: Beduinka w Jordanii 19.08.06, 21:55
      Beduinko..czytałam z zapartym tchem :) Ja już jestem taka stęskniona za moją
      Jordanią i rodzicami,i wogóle wszystkim i wszystkimi..ale już bliżej wyjazdu
      niż dalej!:)
      Może kiedyś się w Jordanii spotkamy??My wkrótce wyjeżdżamy tam na stałe.Nie
      wiem czy wspominałam że pochodzę z Madaby? :)
      I powiem Ci że świat jest baaardzo mały,przez Twoje opowieści przekonałam się o
      tym kolejny raz :)
      Jak pisałaś o Maher-Palestyńczyku z Polski ;-)-od razu się domyśliłam o kogo
      chodzi,a jak zobaczyłam zdjęcia to już wszystko było jasne :-)
      Pozdrów go jak będziesz miała z nim kontakt,od Ani z Jordanii ;-) obecnie od
      Ani z Zabrza,i od Abdula.
      A czy Maher wyjechał do Jordanii na stałe?czy tylko na wakacje?
      Pozdrawiam,i czekam na dalsze ciekawe relacje!
      Baw się dobrze!
      • gajasirocco Do jord_anki: 19.08.06, 22:02
        A Twoje słoneczko nadal takie śliczniutkie?
        Pozdrawiam Twoje i moje słoneczko w Jordanii! Ty wyjeżdżasz, a moja Beduinka
        mam nadzieję za 40dni wróci do kraju (czy na stałe? Inshaalah!)
        • jord_ania Re: Do jord_anki: 19.08.06, 22:10
          Moje słoneczko nadal śliczniutkie,a jakie mądre..hihi
          Te zdjęcia w moim podpisie już mocno nieaktualne,teraz to już duzy chłopcyk z
          Adnanka ;) już ma 21 miesięcy :)
          No to Beduinka ma jeszcze troche czasu..ale jej zazdroszcze!Też bym tam chciała
          wreszcie być..ale inshallah wkrótce.
          Pozdrawiam cieplutko
      • beduinka Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 17:39
        jord_ania napisała:

        > Beduinko..czytałam z zapartym tchem :)

        ciesze sie :))))))))

        Ja już jestem taka stęskniona za moją
        > Jordanią i rodzicami,i wogóle wszystkim i wszystkimi..ale już bliżej wyjazdu
        > niż dalej!:)

        kiedy wracasz do Jordanii??????


        > Może kiedyś się w Jordanii spotkamy??

        mam taka nadzieje

        My wkrótce wyjeżdżamy tam na stałe.Nie
        > wiem czy wspominałam że pochodzę z Madaby? :)
        > I powiem Ci że świat jest baaardzo mały,przez Twoje opowieści przekonałam się o
        >
        > tym kolejny raz :)
        > Jak pisałaś o Maher-Palestyńczyku z Polski ;-)-od razu się domyśliłam o kogo
        > chodzi,a jak zobaczyłam zdjęcia to już wszystko było jasne :-)
        > Pozdrów go jak będziesz miała z nim kontakt,od Ani z Jordanii ;-) obecnie od
        > Ani z Zabrza,i od Abdula.

        pozdrowiem Mahera od was

        > A czy Maher wyjechał do Jordanii na stałe?czy tylko na wakacje?

        raczej na stale... juz pracuje tu w jednym ze szpitali

        > Pozdrawiam,i czekam na dalsze ciekawe relacje!
        > Baw się dobrze!
        • jord_ania Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 19:50
          > kiedy wracasz do Jordanii??????

          Mam nadzieję że do końca roku się wyrobimy ze wszystkim(mój doktorat,egzamin
          męża),oby jeszcze przed nowym rokiem! :)
          Ale Ty do Jordanii pewnie przyjedziesz jeszcze kiedyś?! :)
          • beduinka Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 19:54
            jord_ania napisała:

            > > kiedy wracasz do Jordanii??????
            >
            > Mam nadzieję że do końca roku

            no to chyba sa wieksze szanse na spotkanie w Polsce... ja wracam do PL na
            poczatku pazdziernika

            się wyrobimy ze wszystkim(mój doktorat,

            z jakiej dziedziny??

            egzamin
            > męża),oby jeszcze przed nowym rokiem! :)
            > Ale Ty do Jordanii pewnie przyjedziesz jeszcze kiedyś?! :)

            no pewnie... ale nie wiem kiedy
            • jord_ania Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 20:03
              Doktorat z genetyki cukrzycy.A mój mąż zdaje egzamin do drugiego stopnia
              specjalizacji z interny.

              Właśnie oglądałam zdjęcia!Jesteś niesamowita!Brak słów!
              Znasz arabski?czy rozmawiasz z beduinami po angielsku?
              Do mojej mamy do przychodni przychodzą często beduinki-ona zna ich dialekt,a ja
              nic nie rozumiem co wtedy mówią hihihi..
              Jaszczurek też w swoim życiu widziałam dużo,szczególnie w Jarash miałam do nich
              szczęście,ale niebieskiej jeszcze nie widziałam.Widać nie ma tam dla niej
              zagrożenia,i nie czuje potrzeby się ukrywać ;-)
              Pozdrów ode mnie Jordanie!
              • beduinka Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 20:41
                jord_ania napisała:

                > Doktorat z genetyki cukrzycy.

                oj skomplikowane :))))))))

                A mój mąż zdaje egzamin do drugiego stopnia
                > specjalizacji z interny.
                >
                życzę wam obojgu powodzenia

                > Właśnie oglądałam zdjęcia!Jesteś niesamowita!

                dlaczego???????

                > Brak słów!
                > Znasz arabski?czy rozmawiasz z beduinami po angielsku?

                znam arabski... co bardzo pomaga wejść wgłąb społeczeństwa, a nie tylko oglądać
                je z zewnątrz

                > Do mojej mamy

                Twoja mama jest Jordanką czy Polką mieszkającą w Jordanii??

                do przychodni przychodzą często beduinki-ona zna ich dialekt,a ja
                >
                > nic nie rozumiem co wtedy mówią hihihi..

                ja rozumiem częściowo... a i tak to ich dziwi, bo mówią, że jak przyjeżdżają
                Jordańczycy z Ammanu to ich nie rozumieją :))))))

                > Jaszczurek też w swoim życiu widziałam dużo,szczególnie w Jarash miałam do
                nich
                >
                > szczęście,ale niebieskiej jeszcze nie widziałam.Widać nie ma tam dla niej
                > zagrożenia,i nie czuje potrzeby się ukrywać ;-)

                widziałam ich sporo... do tej na zdjęciu podeszłam tak blisko, że była na
                wysunięcie ręki... i dziwiłam się, że się mnie nie bała. Widywałam je w Petrze -
                ale nie w miejscach wydeptywanych przez tysiące turystów, lecz na mniej
                odwiedzanych szlakach - Wadi Madras, Dżebel Harun


                > Pozdrów ode mnie Jordanie!

                pozdrowię
                • jord_ania Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 21:00
                  beduinka napisała:

                  > jord_ania napisała:
                  >
                  > > Doktorat z genetyki cukrzycy.
                  >
                  > oj skomplikowane :))))))))
                  Przyznaje że tak :)

                  > A mój mąż zdaje egzamin do drugiego stopnia
                  > > specjalizacji z interny.
                  > >
                  > życzę wam obojgu powodzenia
                  Przyda się! :)

                  > > Właśnie oglądałam zdjęcia!Jesteś niesamowita!
                  >
                  > dlaczego???????
                  A właśnie dlatego że weszłaś w głąb środowiska beduinów i mieszkałaś u nich.
                  No i że weszłaś na ten dach-mimo lęku wysokości ;)ja na samą myśl mam gęsią
                  skórkę,bo nawet na balkonie czwartego piętra mi jest niedobrze :)))
                  No i wiele innych rzeczy..

                  > > Brak słów!
                  > > Znasz arabski?czy rozmawiasz z beduinami po angielsku?
                  >
                  > znam arabski... co bardzo pomaga wejść wgłąb społeczeństwa, a nie tylko
                  oglądać
                  >
                  > je z zewnątrz
                  >
                  > > Do mojej mamy
                  >
                  > Twoja mama jest Jordanką czy Polką mieszkającą w Jordanii??
                  Polką mieszkającą w Jordanii od 1980 roku.Tata Jordańczyk.
                  >
                  > do przychodni przychodzą często beduinki-ona zna ich dialekt,a ja
                  > >
                  > > nic nie rozumiem co wtedy mówią hihihi..
                  >
                  > ja rozumiem częściowo... a i tak to ich dziwi, bo mówią, że jak przyjeżdżają
                  > Jordańczycy z Ammanu to ich nie rozumieją :))))))

                  No właśnie..mają inny dialekt niż w miastach..fajnie że znasz arabski,to bardzo
                  ułatwia życie napewno..

                  > > Jaszczurek też w swoim życiu widziałam dużo,szczególnie w Jarash miałam d
                  > o
                  > nich
                  > >
                  > > szczęście,ale niebieskiej jeszcze nie widziałam.Widać nie ma tam dla niej
                  >
                  > > zagrożenia,i nie czuje potrzeby się ukrywać ;-)
                  >
                  > widziałam ich sporo... do tej na zdjęciu podeszłam tak blisko, że była na
                  > wysunięcie ręki... i dziwiłam się, że się mnie nie bała. Widywałam je w
                  Petrze
                  > -
                  > ale nie w miejscach wydeptywanych przez tysiące turystów, lecz na mniej
                  > odwiedzanych szlakach - Wadi Madras, Dżebel Harun
                  Jak pojadę (po raz piąty:-D ) do Petry będę musiała uważnej się przyglądać

                  > > Pozdrów ode mnie Jordanie!
                  >
                  > pozdrowię

                  Dzięki!
                  • beduinka Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 21:36
                    jord_ania napisała:

                    > > > Doktorat z genetyki cukrzycy.
                    > >
                    > > oj skomplikowane :))))))))
                    > Przyznaje że tak :)
                    >

                    ale fajnie się zajmować tym co trudne :)))))))))

                    > > A mój mąż zdaje egzamin do drugiego stopnia
                    > > > specjalizacji z interny.
                    > > >
                    > > życzę wam obojgu powodzenia
                    > Przyda się! :)
                    >
                    > > > Właśnie oglądałam zdjęcia!Jesteś niesamowita!
                    > >
                    > > dlaczego???????
                    > A właśnie dlatego że weszłaś w głąb środowiska beduinów i mieszkałaś u nich.
                    > No i że weszłaś na ten dach-mimo lęku wysokości ;)ja na samą myśl mam gęsią
                    > skórkę,bo nawet na balkonie czwartego piętra mi jest niedobrze :)))
                    > No i wiele innych rzeczy..
                    >

                    dzięki:))

                    > > > Brak słów!
                    > > > Znasz arabski?czy rozmawiasz z beduinami po angielsku?
                    > >
                    > > znam arabski... co bardzo pomaga wejść wgłąb społeczeństwa, a nie tylko
                    > oglądać
                    > >
                    > > je z zewnątrz
                    > >
                    > > > Do mojej mamy
                    > >
                    > > Twoja mama jest Jordanką czy Polką mieszkającą w Jordanii??
                    > Polką mieszkającą w Jordanii od 1980 roku.Tata Jordańczyk.
                    > >
                    26 lat w Jordanii... sporo... ty do Polski wyjechałaś tylko na studia?



                    > > do przychodni przychodzą często beduinki-ona zna ich dialekt,a ja
                    > > >
                    > > > nic nie rozumiem co wtedy mówią hihihi..
                    > >
                    > > ja rozumiem częściowo... a i tak to ich dziwi, bo mówią, że jak przyjeżdż
                    > ają
                    > > Jordańczycy z Ammanu to ich nie rozumieją :))))))
                    >
                    > No właśnie..mają inny dialekt niż w miastach..fajnie że znasz arabski,to
                    bardzo
                    >
                    > ułatwia życie napewno..

                    ułatwia


                    >
                    > > > Jaszczurek też w swoim życiu widziałam dużo,szczególnie w Jarash mi
                    > ałam d
                    > > o
                    > > nich
                    > > >
                    > > > szczęście,ale niebieskiej jeszcze nie widziałam.Widać nie ma tam dl
                    > a niej
                    > >
                    > > > zagrożenia,i nie czuje potrzeby się ukrywać ;-)
                    > >
                    > > widziałam ich sporo... do tej na zdjęciu podeszłam tak blisko, że była na
                    >
                    > > wysunięcie ręki... i dziwiłam się, że się mnie nie bała. Widywałam je w
                    > Petrze
                    > > -
                    > > ale nie w miejscach wydeptywanych przez tysiące turystów, lecz na mniej
                    > > odwiedzanych szlakach - Wadi Madras, Dżebel Harun
                    > Jak pojadę (po raz piąty:-D ) do Petry będę musiała uważnej się przyglądać
                    >

                    nie tylko uważnie się przyglądać, lecz też zdecydować się połazić po innych
                    miejscach niż te zazwyczaj odwiedzane: Wadi Muzlim, Wadi Madras, okolice Dżebel
                    Harun, Umm Biyara... zachycające

                    > > > Pozdrów ode mnie Jordanie!
                    > >
                    > > pozdrowię
                    >
                    > Dzięki!

                    • jord_ania Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 22:00
                      Do Polski przyjechałam po maturze (Tawjihi) pod koniec 1994 r.Po studiach
                      staż,studia doktoranckie,otwarcie specjalizacji..i tak tu jeszcze jesteśmy :)

                      Co do prawdziwego zwiedzenia Petry masz całkowitą racje,moje poprzednie 4
                      wycieczki były albo wycieczkami szkolnymi (trzeba się było zmieścić w czasie)
                      albo wycieczki rodzinne (mój Tata się szybko niecierpliwi jak jest
                      gorąco..hihi),mam nadzieję że jak będziemy w Jordanii,pokaże mężowi Petrę,i
                      sama też ją zobaczę z innej strony-pobyt jednodniowy odpada..zostawimy młodego
                      dziadkom niech się nacieszą,a my wyruszymy w podróż śladami Nabatyjczyków ;-)

                      Mój wujek (brat mamy) był teraz w Jordanii przez Lipiec,i też pokazał moim
                      rodzicom więcej Petry niż widzieli do tej pory,o istnieniu małej Petry nie
                      wiedzieli..a mój Tata nawet odważył się wjechać na osiołku po tych schodach do
                      sądu..hihi..wujek przywiózł z Jordanii ok.1000 zdjęć.Naoglądać się nie mogę.A
                      najwięcej właśnie z Petry :)
                      • beduinka Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 22:11
                        jord_ania napisała:

                        > Do Polski przyjechałam po maturze (Tawjihi) pod koniec 1994 r.Po studiach
                        > staż,studia doktoranckie,otwarcie specjalizacji..i tak tu jeszcze jesteśmy :)
                        >
                        a męża sobie z Jordanii przywiozłaś do Polski na czas studiów czy też tu w
                        Polsce go upolowałaś???


                        > Co do prawdziwego zwiedzenia Petry masz całkowitą racje,moje poprzednie 4
                        > wycieczki były albo wycieczkami szkolnymi (trzeba się było zmieścić w czasie)
                        > albo wycieczki rodzinne (mój Tata się szybko niecierpliwi jak jest
                        > gorąco..hihi),mam nadzieję że jak będziemy w Jordanii,pokaże mężowi Petrę,i
                        > sama też ją zobaczę z innej strony-pobyt jednodniowy odpada..zostawimy
                        młodego
                        > dziadkom niech się nacieszą,a my wyruszymy w podróż śladami Nabatyjczyków ;-)

                        ja Petry nigdy nie mam dosyć... trzeba pobyć tam kilka dni, by nie tylko
                        zobaczyć niezwykłe dzieła przyrody i rąk ludzkich, lecz po prostu poczuć
                        atmosferę tego niesamowitego miejsca

                        >
                        > Mój wujek (brat mamy) był teraz w Jordanii przez Lipiec,i też pokazał moim
                        > rodzicom więcej Petry niż widzieli do tej pory,o istnieniu małej Petry nie
                        > wiedzieli..a mój Tata nawet odważył się wjechać na osiołku po tych schodach
                        do
                        > sądu..hihi..

                        brawo :))) ja w Petrze wariuję na osiołkach, mułach i wielbłądach

                        wujek przywiózł z Jordanii ok.1000 zdjęć.Naoglądać się nie mogę.A
                        > najwięcej właśnie z Petry :)

                        jak wrócę do Polski zapraszam do obejrzenia moich zdjęć... na forum wrzucam
                        tylko kilka wybranych, resztę mogę pokazać na żywo
                        • jord_ania Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 22:21
                          >>a męża sobie z Jordanii przywiozłaś do Polski na czas studiów czy też tu w
                          Polsce go upolowałaś???

                          W Polsce upolowałam Jemeńczyka,wyobraź sobie ;-)
                          A Jemen to bym bardzo chciała zwiedzić dzisiaj,widziałam tylko zdjęcia,ale
                          widać że niesamowity kraj!

                          >>jak wrócę do Polski zapraszam do obejrzenia moich zdjęć... na forum wrzucam
                          tylko kilka wybranych, resztę mogę pokazać na żywo

                          Chętnie,ale choć rzadko na forum wpadam,i szczerze mówiąc niewiele o Tobie
                          wiem,wydaję mi się że gdzieś czytałam że jesteś z W-wy?!Zgadza się?!
                          Pewnie będzie ciężko się spotkać,chyba że Ty nas odwiedzisz w naszej dziurze
                          (Zabrze) ;-)
                          Albo jak będziemy w W-wie, przy okazji stemplowania papierów w różnych
                          ministerstwach ale to pewnie gdzieś pod koniec roku.
                          • tetys Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 22:47
                            jord_ania napisała:
                            > A Jemen to bym bardzo chciała zwiedzić dzisiaj,widziałam tylko zdjęcia,ale
                            > widać że niesamowity kraj!
                            >

                            Nie tylko Ty jedna chciałabyś do Jemenu!
                            Kraj jest przepiękny(z małymi wyjątkami) i może urządzimy sobie kiedyś forumową
                            wycieczkę ;)

                            A'propos, pare lat temu czytałem jakiś reportaż o polskiej rodzinie, która
                            pojechała do Jemenu na wakacje i...została porwana przez terrorystów. Reportaż
                            zaczynał się "To były najpiękniejsze wakacje w naszym życiu!" - jak znajdę to
                            przepiszę.

                            Pozdrawiam!
                            • jord_ania Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 22:55
                              tetys napisał:

                              > jord_ania napisała:
                              > > A Jemen to bym bardzo chciała zwiedzić dzisiaj,widziałam tylko zdjęcia,al
                              > e
                              > > widać że niesamowity kraj!
                              > >
                              >
                              > Nie tylko Ty jedna chciałabyś do Jemenu!
                              > Kraj jest przepiękny(z małymi wyjątkami) i może urządzimy sobie kiedyś
                              forumową
                              > wycieczkę ;)
                              >
                              > A'propos, pare lat temu czytałem jakiś reportaż o polskiej rodzinie, która
                              > pojechała do Jemenu na wakacje i...została porwana przez terrorystów. Reportaż
                              > zaczynał się "To były najpiękniejsze wakacje w naszym życiu!" - jak znajdę to
                              > przepiszę.
                              >
                              > Pozdrawiam!

                              Hihihihi..Tak,często porywają turystów,mąż mi dużo opowiadał..z tym że właśnie
                              zazwyczaj turyści miło wspominają taką przygodę :)
                              Są traktowani dobrze zazwyczaj..a porywani są nie z pobudek "terrorystycznych"
                              jak to się nazywa w tych czasach,tylko żeby wymusić na rządzie naprawienia
                              jakiejś drogi,albo zbudowania szkoły..itp.
                              Generalnie piękny kraj,z pięknymi krajobrazami,jednak ludzie troche zacofani
                              niestety..a szkoda (i to nie moje zdanie tylko męża :-) jest objektywnym
                              człowiekiem.Nie owija w bawełne..
                              Chciałabym tam pojechać tak na luzie,ale pewnie to nie będzie możliwe,i będę
                              musiała przyodziać długie szaty aby uszanować rodzinę.Ale i tak chciałabym
                              pojechać i zobaczyć to na własne oczy..:-)
                              • beduinka Re: Beduinka w Jordanii 12.11.06, 16:11
                                beduinka napisała:

                                > tetys napisał:
                                >
                                > >
                                > > Nie tylko Ty jedna chciałabyś do Jemenu!
                                >
                                > ja też chcę do Jemenu!!!!!!!!

                                to jak się chce - trzeba działać... ja już staram się o staż w Jemenie
                          • beduinka Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 23:13
                            jord_ania napisała:

                            > >>a męża sobie z Jordanii przywiozłaś do Polski na czas studiów czy też
                            > tu w
                            > Polsce go upolowałaś???
                            >
                            > W Polsce upolowałam Jemeńczyka,wyobraź sobie ;-)

                            do się dobraliście :)))))))

                            > A Jemen to bym bardzo chciała zwiedzić dzisiaj,widziałam tylko zdjęcia,ale
                            > widać że niesamowity kraj!

                            to może zdecydujecie się tam zamieszkać??? czy Jordania jest już na pewno?

                            >
                            > >>jak wrócę do Polski zapraszam do obejrzenia moich zdjęć... na forum w
                            > rzucam
                            > tylko kilka wybranych, resztę mogę pokazać na żywo
                            >
                            > Chętnie,ale choć rzadko na forum wpadam,i szczerze mówiąc niewiele o Tobie
                            > wiem,wydaję mi się że gdzieś czytałam że jesteś z W-wy?!Zgadza się?!
                            > Pewnie będzie ciężko się spotkać,chyba że Ty nas odwiedzisz w naszej dziurze
                            > (Zabrze) ;-)
                            > Albo jak będziemy w W-wie, przy okazji stemplowania papierów w różnych
                            > ministerstwach ale to pewnie gdzieś pod koniec roku.
                            >

                            W Warszawie mieszkam... o ile zdarza mi się być w Polsce
    • beduinka Beduinka w Jordanii 20.08.06, 21:01
      15.08.2006 wtorek

      Rano trochę piszę na komputerze, trochę chodzę po wiosce. Później jadę do Wadi
      Musa i korzystam z Internetu.

      Przyjeżdża po mnie Salama. Jedziemy najpierw do Umm Sayhun po mój plecaczek, a
      następnie zjeżdżamy do Wadi ‘Araba. Zatrzymujemy się po drodze, rozpalamy
      ognisko i przygotowujemy herbatę. Salama gra na rababie i śpiewa. Przychodzi
      jakaś stara beduinka mieszkająca w okolicy. Wypija z nami herbatę i odchodzi.

      Zjeżdżamy coraz niżej, zakręty są ostre, droga stromo schodzi w dół.
      Zatrzymujemy się przy namiocie beduińskim. Rozpościera się stąd wyjątkowy widok
      na Wadi Araba. Jest tu mężczyzna i jego mocno garbaty syn. Przed wejściem
      Salama prosi mnie, bym udawała, że nie znam arabskiego. Wypijamy z nimi
      herbatę, ja udaję głupią i zachowuję się tak, jakbym niczego nie rozumiała.
      Lecz przysłuchuję się rozmowie – no i ten mężczyzna w końcu stwierdza, że ja
      znam arabski. W oczach mi to wyczytał ;- ). W każdym razie mają oni dom w Wadi
      Araba, a do namiotu przyjeżdżają tylko od czasu do czasu. W samochodzie pytam
      się Salamy, dlaczego miałam nie mówić po arabsku. Myślałam, że przedstawi mi
      jakiś ważny powód – a tu tylko powiedział, że tamten mężczyzna jest gadułą i
      nasza wizyta by się przeciągnęła, gdyby wiedział, że znam arabski.

      Zjeżdżamy jeszcze bardziej w dół. Później odbijamy od drogi w bok i znajdujemy
      się na piaszczystej pustyni. Łażę sobie po okolicy. Widzę na piasku ślady węża.
      Później spostrzegam w oddali dwie ciemne plamy. Poruszają się. W miarę
      zbliżania się przybierają wielbłądzie kształty. Dwóch jeźdźców na wielbłądach
      mija mnie, nic nie mówiąc, machając ręką na przywitanie.

      Normalnie pustynia napełnia mnie spokojem, tym razem jest odwrotnie. Odczuwam
      niepokój. Nie ma ku niemu żadnego powodu, ale postanawiam posłuchać się mojego
      wewnętrznego głosu i zrezygnować z nocowania tutaj. Zbieramy chrust, gałązki,
      by móc później rozpalić ognisko. Samochód z trudem wspina się w górę.

      Wracamy do namiotu. Mężczyzny i chłopca już nie ma. Robimy herbatę, jemy
      kolację – chleb, rybki z puszki, ogórki, pomidory i arbuza. Pewnym utrudnieniem
      jest to, że nie mamy noża. Ja wpadam na pomysł krojenia wyżej wspomnianych
      produktów nożyczkami. Największy ubaw jest z arbuzem.

      Po kolacji idziemy za namiot usiąść na brzegu skarpy. Stąd rozpościera się
      widok na Wadi Araba i dalej na Palestynę/ Izrael. Szejch Salama idzie spać, a
      ja dalej siedzę, wpatrzona w odległe światła i rozmyślam nad tym i owym.

      Wkrótce i ja idę spać – dzisiaj w namiocie beduińskim.
      • tetys Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 22:50
        beduinka napisała:
        > Wracamy do namiotu. Mężczyzny i chłopca już nie ma. Robimy herbatę, jemy
        > kolację – chleb, rybki z puszki, ogórki, pomidory i arbuza. Pewnym utrudn
        > ieniem
        > jest to, że nie mamy noża. Ja wpadam na pomysł krojenia wyżej wspomnianych
        > produktów nożyczkami. Największy ubaw jest z arbuzem.

        Ja w Egipcie kupiłem pysznego arbuza, ale też nie miałem noża i mimo, że jadłem
        go przy pomocy fajki do nurkowania był to najlepszy arbuz w moim życiu!
        • beduinka Re: Beduinka w Jordanii 20.08.06, 23:23
          tetys napisał:

          > beduinka napisała:
          > > Wracamy do namiotu. Mężczyzny i chłopca już nie ma. Robimy herbatę, jemy
          > > kolację – chleb, rybki z puszki, ogórki, pomidory i arbuza. Pewnym
          > utrudn
          > > ieniem
          > > jest to, że nie mamy noża. Ja wpadam na pomysł krojenia wyżej wspomnianyc
          > h
          > > produktów nożyczkami. Największy ubaw jest z arbuzem.
          >
          > Ja w Egipcie kupiłem pysznego arbuza, ale też nie miałem noża i mimo, że
          jadłem
          > go przy pomocy fajki do nurkowania był to najlepszy arbuz w moim życiu!

          ja na pustyni akurat nie miałam fajki do nurkowania :))) muszę na przyszłość
          wozić, by mieć czym jeść arbuzy

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka