Dodaj do ulubionych

Filmy izraelskie i palestyńskie

22.11.07, 01:18
Ze strony artmuseum.waw.pl/index.php?id=aktualnosci

"Rusza działalność programowa Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. W dniach
23 i 25 listopada (piątek i niedziela) zapraszamy Państwa do naszej nowej,
tymczasowej siedziby przy ulicy Pańskiej 3. Postanowiliśmy zacząć od
prezentacji filmów, które ilustrują zmianę relacji pomiędzy artystą a
społeczeństwem. Jednym z najważniejszych zjawisk w sztuce ostatnich lat jest
próba przełamania podziału pomiędzy artystą a odbiorcą. Artyści podejmują
działania o charakterze społecznym i politycznym, równocześnie oczekując, że
odbiorcy włączą się w proces twórczy. To ciekawy czas dla debiutującego Muzeum.

W piątek o godzinie 19.00 zaprezentujemy filmy z cyklu „War & The Moving
Image”, przygotowanego przez The Israeli Institute for Digital Image. To prace
młodych artystów izraelskich i palestyńskich, od kilkudziesięciosekundowych
klipów po pełnometrażowe paradokumenty, poddające krytycznej analizie obraz
konfliktu bliskowschodniego i tożsamość zdeterminowaną ciągłym zagrożeniem –
pozornym lub rzeczywistym.

Program projekcji:

Piątek, 23 listopada 2007, godzina 19.00
„Wild seeds” (6 min. 40 sek., 2005 rok) – Yael Bartana,
„We will win” (8 min., 2006 rok) – Mahmoud Hojeij,
„Detail 2&3” (9 min., 2005 rok) – Avi Mograbi,
Trzy filmy duetu Yossi Atia i Itamar Rose:
„The Jewish, Arab state” (4 min., 2007 rok),
„Shirutrom” (7 min. 14 sek., 2006 rok),
„Missiles in Ramat Gan” (3 min. 4 sek., 2006 rok)
Pięć kilkudziesięciosekundowych pseudo-reportaży
Yarona Leshema:
„Al Waziz”, „Baghdad”, „Fire”, „Plane Crash”, „Scud” (2004 rok)
„Avenge But One of My Two Eyes” (100 min, 2005 rok)
– Avi Mograbi

wszystkie filmy z angielskim tłumaczeniem "

Obserwuj wątek
    • aisza5 Film jordański: Na przemiał (18.11, Warszawa) 16.11.08, 16:05
      Film: Na przemiał (18.11, Warszawa)
      Marta Minakowska
      sobota, 15/11/2008
      Dyskusyjny Klub Filmowy Muranów zaprasza na pokaz filmu Na przemiał.

      Na przemiał, reż. Mahmoud al Massad, z Mahmoud al Massad,
      dokumentalny, Niemcy, Holandia, Jordania, 2007, 78 min.



      Film skupia się na sylwetce Abu Ammara, biednego muzułmanina, byłego
      mudżahedina w Afganistanie. Abu Ammar mieszka w milionowym az-Zarka,
      w drugim co do wielkości mieście Jordanii. Mieszka na tej samej
      ulicy, gdzie żył i dorastał Abu Musa az-Zarkawi brutalny przywódca
      Al-Kaidy. Nasz bohater zarabia na życie, jeżdżąc dookoła miasta
      starym volkswagenem busem i zbierając ze swoimi synami puste
      kartony. Na przemiał.



      DKF Muranów

      Dewizą Dyskusyjnego Klubu Filmowego jest pokazywanie nieznanego kina
      uznanego - począwszy od filmów docenionych na festiwalach, poprzez
      filmy niezauważone przez szerszą publiczność, niebanalną klasykę,
      czy dzieła nie dające się wpisać w żaden nurt. Wszystko w
      sprawdzonej konwencji DKF-u: seanse poprzedzone są prelekcją
      zaproszonego gościa i zakończone dyskusją.
      DKF zaprasza do współpracy: dkfmuranow@gutekfilm.plTen adres e-mail
      jest chroniony przed spamerami, musisz mieć włączony Javascript by
      go zobaczyć



      18 listopada, g. 20.00, Muranów

    • aisza5 "Egipscy gliniarze grają w Izraelu" GW 20.11.08, 10:28
      wyborcza.pl/1,75475,5967125,Egipscy_gliniarze_graja_w_Izraelu.html?nltxx=1721533&nltdt=2008-11-20-03-14

      Egipscy gliniarze grają w Izraelu
      Pawł T. Felis

      Od jutra w kinach "Przyjeżdża orkiestra", zwycięzca plebiscytu
      publiczności zeszłorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego.
      Izraelski film, który ostentacyjnie unika polityki: jego wdzięk i
      mądrość kryją się w krotochwili
      Tytułowa orkiestra przypomina z początku przypadkową zbieraninę
      policjantów, którzy ze znudzoną miną, na polecenie szefów, grać
      muszą po godzinach hity arabskiej muzyki. Gdy na izraelskim lotnisku
      pozują do zdjęcia w swoich jaskrawoniebieskich, dopiętych na ostatni
      guzik mundurach, wydają się bohaterami dowcipu: najmłodszy z muzyków
      zacznie śpiewać kasjerce "My Funny Valentine", a najstarszy zostanie
      wzięty za żebraka.

      Na serię gagów zapowiada się też fabuła: Aleksandryjska Orkiestra
      Ceremonialna z Egiptu przyjeżdża do Izraela, ale nikt na gości nie
      czeka. Wsiadają więc do złego autobusu i lądują w uśpionym,
      izraelskim miasteczku, które przypomina pustynię - nie ma tu
      szukanego Centrum Kultury Arabskiej, ale też jakby w ogóle nie ma
      życia. Autobus odjeżdża stąd raz na dzień, nie istnieje żaden hotel,
      ale jest na szczęście Dina - właścicielka pustawego baru, która
      oferuje ekscentrycznym przyjezdnym pomoc.

      "Kiedy pokazałem producentom scenariusz, usłyszałem: dlaczego nie ma
      tu polityki?" - mówił w jednym z wywiadów reżyser Eran Kolirin.

      W jego filmie w cieniu bliskowschodniego szaleństwa życie toczy się
      banalnie. W prowincjonalnej dyskotece, gdzie tańczy się na wrotkach,
      muzyk amant z Egiptu uczy nieśmiałego Izraelczyka, jak postępować z
      dziewczyną. Małżeństwo, które nocuje u siebie niektórych gości,
      kłóci się o to, gdzie zaczęła się miłość ("Jaka miłość? Po co
      zawracasz sobie głowę takimi bzdurami?"). Obcy i miejscowi traktują
      się trochę jak ciekawostkę, ale polityka nie ma tu nic do
      rzeczy. "Kiedy byłam mała, w każdy piątkowy wieczór ulice Izraela
      były puste" - opowiada Dina. "Wszyscy oglądali w telewizji arabskie
      filmy: kochałam się w Omarze Sharifie na zabój".

      Ale to nie filmy będą tym, co bohaterów z rzekomo dwóch stron
      barykady połączy. Nawet nie muzyka, choć miłośnikiem Cheta Bakera
      okaże się nawet dziwnie spięty dyrygent orkiestry Tewfiq.
      Niedoskonały, łamany angielski wystarczy, by obcej osobie
      opowiedzieć o tym, co najbardziej intymne. Jeden z policjantów,
      absolwent Akademii Muzycznej, przyzna się do niespełnionego
      marzenia - skomponowania koncertu, którego nie skończył, bo jego
      żona zaszła w ciążę. Izraelski nadwrażliwiec wyspowiada się ze
      swojego kompleksu. Inny, wyglądający na wariata mieszkaniec
      mieściny, będzie z kolei co wieczór czekał przy budce telefonicznej
      z nadzieją, że zadzwoni jego ukochana.

      Najważniejsze spotkanie dokona się między Diną i sporo od niej
      starszym dyrygentem. On, przeżarty wojskowym drylem, mówi o
      muzyce: "a czy człowiek może istnieć bez duszy?". Ona, z pozoru
      nonszalancka i pewna siebie, przedstawi mu swojego żonatego
      kochanka. Gdzieś między żartem i kolejną nieporadnością rodzi się
      jednak porozumienie, które z erotyczną przygodą nie da się porównać.
      Skrajnie różni Dina i Tewfiq okażą się parą tak samo zawiedzionych
      życiem ludzi - parą, która może spotkać się tylko na chwilę.

      Rok temu film "Przyjeżdża orkiestra" zwyciężył w plebiscycie
      publiczności WFF. Czy tylko dlatego, że kapitalnie uwodzi grepsowym
      żartem, by za moment subtelnie się zatrzymać i pozwolić na
      melancholijny ton? "Nie tak dawno temu niewielka egipska orkiestra
      policyjna przyjechała do Izraela" - zaczyna swój film, jak bajkę,
      Eran Kolirin. "Niewielu to pamięta, nie było to takie istotne".
      Jeśli jest w jego obrazie mądrość, to może właśnie w tej uroczej
      krotochwilności, która niczego nie narzuca, niczego nie dopowiada, a
      okazuje się boleśnie przenikliwa.

      Podróż orkiestry

      reż. Eran Klorin

      Izrael/Francja/USA 2007
    • aisza5 Walc z Baszirem / Walz with Bashir 30-03... 29.03.09, 13:02
      Walc z Baszirem
      2009-03-30 - 2009-04-01



      W związku z wprowadzeniem na ekrany polskich kin nominowanego do
      tegorocznego Oscara izraelskiego filmu 'Walc z Baszirem', Against
      Gravity, dystrybutor filmu, zaprasza na cykl wydarzeń
      przedpremierowych i spotkań z reżyserem.



      30 marca-1 kwietnia, godz. 14:00-16:30
      Kinoteka, Pałac Kultury i Nauki

      Trzy przedpremierowe pokazy filmu Walc z Baszirem, po których odbędą
      się specjalne godzinne warsztaty z zakresu psychologicznej tematyki,
      poruszanej w filmie.
      Tematyka warsztatów:
      I. Psychonanaliza jako droga do podświadomości,
      II. Mit, analiza i symbolika snów,
      III. Zdrowie psychiczne a zaburzenia.

      Cena biletu na jeden pokaz filmu połączonego z warsztatem: 13 zł.
      Ilość uczestników w warsztatach ograniczona.


      31 marca 2009, godz. 21:00
      Dyskusja z udziałem reżysera filmu w radiowej Trójce.


      Walc z Baszirem / Walz with Bashir
      Ari Folman,Izrael/Niemcy/Francja, 2008, 87 min
      Pewnej nocy w barze stary przyjaciel opowiada reżyserowi Ariemu
      powracający koszmar, w którym goni go 26 złych psów. Mężczyźni
      dochodzą do wniosku, że ma to związek z ich misją w izraelskiej
      armii podczas pierwszej intifady libańskiej na początku lat
      osiemdziesiątych. Zaskoczony Ari uświadamia sobie, że nic nie
      pamięta z tego okresu w swoim życiu. Zaintrygowany tą zagadką
      postanawia spotkać się i wypytać o to swoich starych kolegów i
      towarzyszy rozsianych po całym świecie. Musi poznać prawdę o tym
      czasie i o sobie samym. Poruszający i przerażający dokument
      animowany dotycząca niedawnej historii Bliskiego Wschodu.

      Premiera filmu na polskich ekranach i kolejne spotkania z reżyserem
      będą miały miejsce w pierwszych dniach kwietnia.

      www.againstgravity.pl
      • aisza5 Izraelski "Czas Apokalipsy- GW 01.04.09, 09:45
        wyborcza.pl/1,75475,6449580,Izraelski__Czas_Apokalipsy_.html?utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=1721533?
        utm_source=RSS&utm_medium=RSS&utm_campaign=4809254

        Izraelski "Czas Apokalipsy"
        Tadeusz Sobolewski

        "Walc z Baszirem" Ari Folmana - animowany izraelski film o wojnie w
        Libanie - wyraża głęboki kompleks winy, mówi o tym, jak żołnierze
        oszukują wojenną rzeczywistość

        "Walc z Baszirem" dzięki temu, że jest animacją, jest jednocześnie
        hiperrealistyczny i nierealny, jak ze snu

        Zanim powiemy rzecz oczywistą - że wojna jest złem - trzeba
        powiedzieć coś innego, bez czego trudno zrozumieć "Walc z Baszirem":
        Izrael był zmuszony do wojny. I tej Sześciodniowej, i Jom Kippur, i
        tej najtragiczniejszej, w Libanie w 1982. Ari Folman - jej 19-letni
        uczestnik - usiłuje w swoim filmie po latach przywołać tamtą wojnę,
        jak na seansie terapeutycznym, za pomocą hiperrealistycznych
        animowanych obrazów, zarazem wyrazistych i nierealnych jak ze snu.

        Tragizm sytuacji - może w ogóle tragizm wojny z terroryzmem - polega
        na tym, że choć ma ona charakter obronny, odium ludobójstwa spada
        nie na terrorystów, ale na tych, którzy ich zwalczają. Terroryści
        kryją się wśród ludności cywilnej i to ona pada ofiarą wojny. Do
        jednego zła zostaje dodane inne, większe.


        Filmy takie, jak "Walc z Baszirem" (można tu dodać liczne dokumenty,
        m.in. głośne "Czy się uśmiechnę?" o kobietach żołnierkach) wyraża
        izraelski kompleks ludobójstwa, głębokie poczucie winy, w jakie
        zostali wpędzeni potomkowie Żydów ocalałych z hitlerowskiej Zagłady.
        Palestyńska propaganda robi z nich teraz "nazistów". Folman w swoim
        filmie w masochistycznym geście przejmuje to określenie.

        W 1982 w Libanie stała się rzecz najgorsza: rzeczywiście doszło do
        potwornego ludobójstwa, wprawdzie nie dokonanego rękami
        Izraelczyków, ale za milczącym przyzwoleniem ich dowództwa. Minister
        obrony Ariel Szaron, nazwany "rzeźnikiem Libanu", został po wielkich
        protestach społecznych zdjęty ze stanowiska i uznany przez specjalną
        komisję "pośrednio odpowiedzialnym" za masakrę w bejruckich obozach
        uchodźców Sabra i Szatila, gdzie przebywała ludność palestyńska.
        Pisał o tym w "Gazecie" Dawid Warszawski. Zamordowano tam od
        kilkuset do 4 tys. mężczyzn, kobiet, dzieci.

        Skąd izraelskie wojska znalazły się w Libanie? Chodziło o to, żeby
        zniszczyć ulokowane tam bazy terrorystyczne OWP. Liban był wtedy
        pogrążony w wojnie domowej. Izrael wszedł w sojusz z oddziałami
        libańskich katolików obrządku maronickiego, dążących do przejęcia
        władzy w kraju. Maronitą był uwielbiany Baszir, wybrany na
        prezydenta Libanu i zabity przez terrorystów tuż przed
        zaprzysiężeniem. Odpowiedzią była masakra w Sabrze i Szatili
        dokonana przez chrześcijańską falangę. Na piersiach Palestyńczyków
        wycinali nożami krzyże.

        Bohater filmu Folmana był blisko miejsca masakry, ale jak inni
        udawał przed sobą, że nie wie, co się dzieje. Później wyparł ze
        świadomości całe zdarzenie. "Walc z Baszirem" jest opowieścią o tym,
        jak wypierana jest pamięć. "Nie mam tego w systemie" - słyszy Folman
        od kolegów z wojska, których odwiedza, żeby po latach ustalić
        kolejność zdarzeń. Sam nie pamięta nic - poza jednym obrazem. Trzech
        nagich żołnierzy wychodzi z morza na bejrucki bulwar, pod niebem, na
        którym wybuchają rakiety. Zakładają mundury. Z wąskiej ulicy wylewa
        się na nich tłum rozpaczających palestyńskich cywili uciekających
        przed rzezią.

        Ta wizja jest ilustracją izraelskiego kompleksu: wychodzą z morza
        nadzy, niewinni jak nowo narodzeni, ale będą ich ścigać zbrodnie,
        których albo sami dokonali, albo których byli biernymi świadkami.

        Ta wojna rozgrywa się na tle morza, w klimacie nieustających
        wakacji. Rano się opalamy, po południu idziemy na akcję. We śnie
        Karmiego z morza wyłania się olbrzymia kobieta, jak w wizjach
        Felliniego - bierze go w objęcia, ratuje. Intelektualista Karmi
        zwierza się po latach koledze, że poszedł na wojnę, bo miał problemy
        z kobietami, chciał zmężnieć. Z kolei Ari wstąpił do wojska, gdy
        rzuciła go Jael. Wojna w "Walcu z Baszirem" tworzy szczególną męską
        komitywę. Ma swój szpan, swoje szlagiery ("Bombardowałem Sydon" na
        wzór amerykańskiego "Bombardowałem Koreę"). To taki "Czas
        apokalipsy" po izraelsku, chwilami przechodzący w rodzaj
        orgiastycznej zabawy - bo tylko w ten sposób da się znieść
        zagrożenie, które może przyjść skądkolwiek. Jadąc wozem
        opancerzonym, trzeba strzelać nieustannie do wszystkiego, co żyje.

        Będąc na wojnie, na różne sposoby oszukujemy rzeczywistość.

        Wojna jako pornografia - regres do stadium chłopięcego autoerotyzmu,
        zwolnienie wszelkich hamulców. W sztabie mieszczącym się w
        bejruckiej willi, do którego trafia Ari, oficer wydaje rozkazy,
        onanizując się przed telewizorem, w którym leci niemieckie porno,
        wołając raz po raz do adiutanta: przewiń, przewiń!

        Wojna jako trans - gdy żołnierz o nazwisku Frenkiel wyrywa koledze
        broń maszynową i strzelając we wszystkie strony, wyskakuje na środek
        ulicy i wykonuje coś w rodzaju walca na tle wielkiego plakatu z
        Baszirem. Stąd tytuł filmu - Folman podłożył pod tę scenę walc
        Chopina. Musi stać za tym autentyczne wspomnienie, bo tylko autentyk
        potrafi być tak surrealistyczny.

        Wojna jako teatr - gdy jeden z głównych bohaterów "Walca z Baszirem"
        słynny reporter Ron Ben Yishai idzie przez piekło ostrzału
        wyprostowany, jakby się go kule nie imały, przed nim na czworakach
        posuwa się kamerzysta, a nad nimi z balkonów bejruckich wieżowców
        mieszkańcy całymi rodzinami obserwują walkę jak telewizyjny show na
        żywo.

        To właśnie Ben Yishai, strzeliwszy sobie whisky, zatelefonuje do
        ministra Szarona, powiadamiając go o masakrze. Przekona się, że
        generał wcale nie śpieszy się, aby jej przeciwdziałać. Rozkaz
        zaprzestania ognia wyda falangistom - poniewczasie - inny izraelski
        oficer. Relację obecnego w Bejrucie kolegi Rona Thomasa Friedmana,
        oskarżającego na równi wszystkie strony biorące udział w tej
        wojnie, "New York Times" opublikuje na pierwszej stronie, kierując
        uwagę świata na to, co stało się w Sabrze i Szatili.

        "Walc z Baszirem" ma formę animowanego komiksu, który zachowuje
        charakter dokumentu, rozrysowanej fotografii. Postacie mają twarze
        rzeczywistych osób i mówią w filmie - z dwoma wyjątkami - własnym
        głosem. Reżyser wybrał formę animacji, ponieważ jego film rozgrywa
        się w sferze wyobrażeń, wspomnień i snów byłych żołnierzy. To
        właśnie dzięki animacji udało się pokazać, że bycie na wojnie wymaga
        dystansu, odrealnienia tego, co widzimy, oswojenia okropności. "Walc
        z Baszirem" pokazuje, jak to się dzieje, że wojna znieczula
        moralnie. Nie może być inaczej, jeśli mamy przetrwać. Zaczynamy
        patrzeć na rzeczywistość jak na niewinny animowany film, gdzie jak w
        dziecięcych kreskówkach - które również bywają okrutne - wszystkie
        chwyty są dozwolone. I jeśli się zdarzy, że zobaczymy z daleka - jak
        w Sabrze - rozstrzeliwanych pod ścianą ludzi, może nie dotrzeć do
        naszej świadomości, co to naprawdę oznacza.

        Czy bohaterowie "Walca z Baszirem" naprawdę nie zorientowali się, że
        dwieście metrów od nich dzieje się ludobójstwo? Czy dopiero później
        wyparli to ze świadomości? Tak czy inaczej pozostali znieczuleni.
        W "Walcu z Baszirem" udało się sfilmować tę obojętność, aby w
        ostatniej minucie filmu pozwolić bohaterowi odzyskać moment ostrego
        widzenia. Gdy animacja ustępuje miejsca dokumentalnym zdjęciom,
        działa to jak szok, jak ocknięcie się z transu. To konfrontacja z
        rzeczywistością, odkrycie czegoś oczywistego: że wojna to zabijanie,
        zadawanie cierpień....
      • aisza5 Przerażenie, kiedy żołnierze wchodzą do domu... 03.04.09, 09:42
        wyborcza.pl/1,75475,6453700,Przerazenie__kiedy_zolnierze_wchodza_do_domu__mam.html?
        utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=1721533?
        utm_source=RSS&utm_medium=RSS&utm_campaign=4809254

        Przerażenie, kiedy żołnierze wchodzą do domu, mam w DNA
        Ari Folman, reżyser "Walca z Baszirem"

        Gdy patrzę jak młodzi z dumą zaciągają się do armii, odczuwam
        wściekłość zmieszaną z przerażeniem. Ile jeszcze przeżyjemy wojen,
        najazdów na Liban, zanim ludzie zaczną wyciągać z historii wnioski.
        Na razie młodzi wciąż popełniają te same błędy co my 25 lat temu.

        Rozmowa z Ari Folmanem reżyserem izraelskiego filmu "Walc z
        Baszirem", który od piątku można zobaczyć w naszych kinach



        Krzysztof Kwiatkowski: Zrobił pan animowany film o wojnie w Libanie.
        Niedawno Marjane Satrapi w "Persepolis "narysowała" najnowszą
        historię Iranu. Animacja zmienia się jako gatunek filmowy?

        Ari Folman: "Persepolis" przełamuje bariery, ale wciąż pozostaje
        bajką. Mój film jest mocniejszy. Mam wrażenie, że zrobiłem dla
        animacji to, co Art Spiegelman w "Maus" dla komiksu. Pokazałem, że
        film animowany może służyć do poważnego opowiadania o świecie,
        poruszania drażliwych tematów, rozliczania się z historią.

        Wyobraża pan sobie "Walc z Baszirem" jako zwyczajną fabułę lub
        dokument?

        - Nie, bo poruszam się po obszarach podświadomości, tym, co w
        ludzkiej psychice wyparte i stłumione. Dlatego od początku zależało
        mi na absolutnej wolności twórczej. Ten osobisty obraz miał odbijać
        moje widzenie świata, moje mgliste wspomnienia z armii. A czasem
        nawet moje sny.

        Opowiada pan o drodze, którą musiał pan przebyć, aby odkryć własną
        przeszłość. W jaki sposób 20 lat po wojnie uświadomił pan sobie, że
        niewiele z niej pamięta?

        - Żyję na co dzień w świecie filmowców, pisarzy i producentów o
        lewicowych lub liberalnych poglądach. W tym środowisku niechętnie
        rozmawia się o służbie wojskowej. Dlatego lata 80. wróciły do mnie
        dopiero niedawno. Chciałem wypisać się z armii rezerwowej i jednym z
        warunków była wizyta u psychoterapeuty, który kazał mi powiedzieć,
        co pamiętam z wojska. I nagle zorientowałem się, że w kluczowym
        momencie - masakry w Sabrze i Szatili - mam w pamięci czarne dziury.
        Poczułem potrzebę powrotu do przeszłości.

        Nie bał się pan ?

        - Nie, uznałem, że to właściwy moment. Liczyłem na to, że lepiej
        poznam siebie. A po zrobieniu pierwszego kroku nie miałem odwrotu.

        Wrócił pan do czasów, kiedy jako 19-latek wkraczał pan z izraelską
        armią do Libanu.

        - Byłem wtedy dzieckiem, które - nie z własnej woli - bawi się w
        chore gry. Jednak już kilka godzin od początku inwazji zdałem sobie
        sprawę z tego, że jestem w miejscu, w którym nie powinienem był się
        znaleźć. Chciałem tylko przeżyć i wydostać się z tego piekła.
        Wiedziałem, że uczestniczę w bezsensownej jatce i narażam życie dla
        przywódców, którzy cudzą krwią podbudowują swoje ego. Odżyłem
        dopiero po powrocie do Izraela.

        Podświadomie unikałem miejsc i sytuacji, w których mógłbym słuchać
        rozmów o wojnie, ale wciąż wracały do mnie jakieś pojedyncze obrazy
        z frontu. Zwłaszcza widok żołnierzy wychodzących z morza, który
        pokazuję w filmie. Wspomnienie armii wyrywało mnie z poczucia
        bezpieczeństwa. W końcu te najtrudniejsze chwile wyparłem z pamięci
        i poszedłem naprzód.

        Jak pan zareagował na fakty z własnej przeszłości, które pan odkrył
        po latach?

        - Spokojnie. "Walc z Baszirem" był częścią terapii. Spotykałem się z
        ludźmi, nagrywałem ich opowieści i słuchałem tych nagrań, pisząc
        scenariusz. Miałem czas, aby się z tym wszystkim oswoić. Poza tym
        wiele się w moim życiu zmieniło, od momentu gdy zaczynałem pracę nad
        filmem. Nie jestem już singlem - mam żonę i troje dzieci. Przez te
        pięć lat nie byłem skupiony wyłącznie na przeszłości. I to mnie
        chyba uratowało.

        Pańscy rodzice pochodzili z Polski. Ma to dla pana znaczenie?

        - Kupiłem niedawno prawa do ekranizacji "Kongresu futurologicznego"
        Stanisława Lema i przygotowuję się do zrobienia na jego podstawie
        częściowo aktorskiego, częściowo animowanego filmu. Myśli pan, że to
        przypadek, iż wyobrażając sobie przyszłość, sięgnąłem po książkę
        tego twórcy? Rodzinny kraj rodziców zawsze był dla mnie ważny. Kilka
        miesięcy temu odebrałem nawet polski paszport. Pamiętam swoją
        pierwszą wizytę w kraju. Był rok 1989, miałem 27 lat. Przyjechałem z
        Izraela, gdzie prawie wszystko jest intensywniejsze - od klimatu i
        kolorów po konflikty. Ale to w Polsce ludzie, miejsca, nawet język
        pachniały domem.

        Co było panu bliskie?


        - Trudno to wytłumaczyć. Miałem wrażenie, że polska kultura jest
        moją kulturą. Mniej religijni Żydzi dorastali w niej od pokoleń, a
        wyjeżdżając z Polski, zabierali ją ze sobą do Izraela, Stanów, na
        Brooklyn. Tak jak moi rodzice, którzy wychowali się w Łodzi i byli
        związani z tym miastem. Czuli się w nim szczęśliwi. Nawet po
        wojennych doświadczeniach getta i obozu koncentracyjnego zostali w
        kraju. Wyemigrowali dopiero w 1950 r. Ale w Izraelu mówili po
        polsku. Dlatego wyłapuję wiele znajomych polskich słów. Polska
        wracała też w ich anegdotach i w bajkach opowiadanych nam przed
        snem. Kiedy po latach przyjechałem tu i odwiedzałem ludzi w domach,
        umiałem rozpoznać świat ze starych fotografii i historii
        wysłuchanych w dzieciństwie. Poczułem silną emocjonalną więź.

        Pańscy rodzice przeżyli Holocaust. Czy dorastanie w takiej rodzinie
        zmienia perspektywę patrzenia na współczesny świat?

        - Jeśli zapyta pan moje siostry, powiedzą panu dokładnie, gdzie w
        każdej kolejnej scenie "Walca z Baszirem" ukryte jest tragiczne
        dziedzictwo. Przerażenie, kiedy żołnierze wchodzą do domu, mam
        zapisane w DNA. Zwłaszcza że moi rodzice nigdy nie zamknęli się w
        sobie po wyjściu z obozów. Ten temat nie był domowym tabu. Może
        dlatego ja sam nie boję się patrzeć za siebie?

        W "Walcu z Baszirem" wraca pan do masakry w Libanie. Cała sztuka
        izraelska często cofa się do wydarzeń Holocaustu. Czy warto stale
        rozdrapywać narodowe rany?

        - O historii nie wolno zapominać. Ona tworzy wspólnotę. Uczy
        tolerancji i wyczula na szaleńców, którzy pragną zdobyć władzę z
        krwią na rękach. Przypomina, jakich zbrodni może dopuścić się
        człowiek. Jednak rzeczywiście, nie powinna stać się mantrą. Zbyt
        łatwo jest gloryfikować martyrologię i tworzyć na jej podstawię
        ideologię.

        W Izraelu tak się dzieje?

        - Wielu naszych polityków ma takie skłonności, ale zaczynamy
        zmieniać stosunek do przeszłości, coraz częściej widzimy jej meandry
        i niejednoznaczność.

        Takie filmy jak pański albo rozliczający się z drugą wojną
        libańską "Beaufort" Josepha Cedara - oba nominowane do Oscara -
        kiedyś by nie powstały?

        - Takie obrazy powstawały, ale były uznawane za lewacki atak na
        system i przejaw antysyjonizmu. Dzisiaj są akceptowane. Z "Walcem"
        podróżowaliśmy po całym świecie na koszt Ministerstwa Spraw
        Zagranicznych, a w każdym kraju witali nas konsulowie. Żadna ze
        stron sceny politycznej nie sprzeciwiła się promocji filmu. To
        ogromny postęp.

        Czym pan go tłumaczy?

        - W dużej mierze jest to zasługa wolnych mediów. Kiedyś istniała
        jedna telewizja publiczna kontrolowana przez rząd. Dzisiaj wystarczy
        pod telewizor podpiąć kabel, aby odbierać 80 stacji i obserwować
        rzeczywistość z 80 punktów widzenia. Moje pokolenie powoli uczy się
        funkcjonowania w tym polifonicznym świecie. Dla młodych jest to
        absolutnie naturalne.

        Jak oni traktują służbę wojskową?

        - Są do niej długo przygotowywani. Uważają wstąpienie do armii za
        wejście w dorosłość i jeden z najważniejszych etapów życia.
        Zaciągają się z dumą. Cieszą się, gdy trafiają do dobrych
        jednostek...
        • aisza5 c.d.:Przerażenie, kiedy żołnierze wchodzą do domu 03.04.09, 09:49
          Jak oni traktują służbę wojskową?

          - Są do niej długo przygotowywani. Uważają wstąpienie do armii za
          wejście w dorosłość i jeden z najważniejszych etapów życia.
          Zaciągają się z dumą. Cieszą się, gdy trafiają do dobrych jednostek.
          Gdy na to patrzę, odczuwam wściekłość zmieszaną z przerażeniem.
          Zastanawiam się, ile jeszcze przeżyjemy wojen, najazdów na Liban,
          zanim ludzie zaczną wyciągać z historii wnioski. Na razie młodzi
          wciąż popełniają te same błędy co my 25 lat temu.

          Kiedy pańskie dzieci dostaną wezwanie do wojska, co im pan powie?

          - Staram się wychowywać je tak, aby nie chciały mieć nic wspólnego z
          wojną. Tak naprawdę "Walc z Baszirem" jest prezentem dla nich. Bo
          moich wspomnień już nic nie zmieni. Ale dla pamięci moich dzieci
          jest nadzieja.


          Źródło: Gazeta Wyborcza
      • aisza5 Pożegnanie z odłamkami- o "LIBANIE" rez.S.MAOZ 05.03.10, 10:03

        wyborcza.pl/1,75475,7627974,Pozegnanie_z_odlamkami.html?utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=1721533

        Pożegnanie z odłamkami
        Rozmawiał: Paweł T. Felis
        - Jeśli wróciłeś z dwiema rękami i nogami, nie miałeś prawa czuć
        się ofiarą. Mówiono nam: "Byliście na wojnie? My przeszliśmy przez
        obóz koncentracyjny!"- mówi izraelski reżyser Samuel Maoz, laureat
        Złotego Lwa w Wenecji. Jego "Liban" od dziś w kinach

        Paweł T. Felis: Podobał się panu „Walc z Baszirem”?

        Samuel Maoz: Tak, chociaż to kino zupełnie inne niż moje. Dla Ariego
        Folmana najważniejsze było rozliczenie się z własną przeszłością,
        dla mnie - pokazanie wojny z perspektywy zwykłego żołnierza. A
        wojenny absurd wygląda zawsze tak samo.

        I pan, i Folman, i Joseph Cedar, twórca „Twierdzy Beaufort”,
        braliście udział w pierwszej wojnie libańskiej na początku lat 80. i
        wszyscy powracacie do tego doświadczenia w swoich filmach. Dlaczego
        teraz?

        - Trzeba było lat, żeby nasze pokolenie mogło tamtą wojnę głośno
        odreagować. Kiedyś przyznawanie się do traumy było czymś wstydliwym
        i niewybaczalnym. Jeśli wróciłeś z dwiema rękami i nogami, i
        niespalonym ciałem, nie miałeś prawa czuć się ofiarą. Pouczano
        nas: "Byliście na wojnie? My przeszliśmy przez obóz
        koncentracyjny!".

        Od dziecka przechodziliśmy pranie mózgu: byliśmy pokoleniem dzieci
        rodziców, którzy przeżyli Holocaust. Pamiętam nauczyciela w szkole,
        który miał na ręce numer obozowy i krzyczał do nas: "Za swój kraj
        musicie oddać swoje życie!". Mieliśmy naście lat, chcieliśmy umawiać
        się z dziewczynami, ale nikt nie pytał, czy chcemy iść do armii - to
        było tak naturalne jak pójście do szkoły. Jeśli ktoś nie szedł z
        powodów zdrowotnych, patrzono na niego jak na wyrzutka.

        Przełomem była druga wojna libańska z 2006 roku. Bo nagle problem
        przestał dotyczyć tylko nas - okazało się, że pokolenie naszych
        dzieci znów ma umierać w kolejnej bezsensownej wojnie. Wtedy
        zaczęliśmy mówić.

        Wojna w Libanie przestała być tabu?

        - Diametralnie zmieniło się podejście do wojny. Stworzono np. w
        Izraelu specjalny program dla byłych żołnierzy, którym pomagali
        lekarze, terapeuci i psychiatrzy. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie
        było.

        „Liban” jest filmem autobiograficznym?

        - Tak, chociaż rzeczywistość w "Libanie" jest nieco skondensowana.
        Ale nie ma tam fikcji: byłem wtedy czołgistą i opowiadam o tym, co
        przeżyłem.

        Pamięta pan pierwsze wrażenie z wojny?

        - Pierwszy rozkaz brzmiał: strzelać do każdego samochodu, który się
        pojawi. Ale kiedy nadjechał samochód, zobaczyłem w nim młodych ludzi
        w dżinsach i T-shirtach i ze śmiertelnym przerażeniem na twarzach.
        Pomyślałem: to musi być jakiś błąd. Ale było tak jak w filmie: ci
        młodzi ludzie wyskoczyli z bronią, zaczęli strzelać, zginął jeden z
        naszych żołnierzy. Ktoś zaczął do mnie wrzeszczeć: "Wyjdź z czołgu,
        ty tchórzu! On umarł przez ciebie!".

        Wtedy pojawił się drugi samochód. Zamknąłem oczy i nacisnąłem na
        spust. Usłyszałem silny wybuch, krzyki. Zobaczyłem przez wizjer
        rozbiegane kury i człowieka bez nóg i bez ręki. Pamiętam, że nie
        mogłem połączyć tego, co widzę, z tym, co właśnie zrobiłem. Ktoś
        krzyczał w mojej głowie: "Właśnie spieprzyłeś swoje życie".

        Ale żyć trzeba dalej. Po dwóch dniach w nogach, rękach, palcach
        czujesz tylko jedno - strach.

        Punkt widzenia czołgistów, który wybrał pan w „Libanie”, wyostrza
        podstawowe doświadczenie żołnierza - chaos.

        - Mówiono nam: macie jechać na północ, ale szybko okazało się, że
        zmieniliśmy kierunek. Wysyłano nas do normalnych osiedli i nie
        sposób było odróżnić żołnierzy od cywilów, bo wszyscy nosili dżinsy.
        Dostaliśmy informację, żeby uważać na balkony, bo są na nich
        strzelcy. Ale tuż obok były zwykłe rodziny. Jak tu strzelać?

        Służba w armii to zabawa dużych chłopców w piaskownicy - uczysz się,
        jak obsługiwać maszyny, jak być w dobrej formie. Ale sama wojna to
        piekło. Nie ma żadnej moralności, żadnego sensu. Jeśli poczekasz
        pięć sekund za długo, twój przyjaciel może zginąć. Jeśli nie
        poczekasz, możesz rozwalić cywilów. A ty zmieniasz się w zwierzę,
        które chce przetrwać.

        Operator Giora Bejach mówił mi podczas Camerimage, że jednym z
        powodów, dla których zdecydował się pan na filmowanie z wnętrza
        czołgu, były koszty: chciał pan zrobić realistyczny film, ale bez
        dużego budżetu.

        - Budżet nie miał tu nic do rzeczy, chociaż "Liban" był tanim
        filmem. Nie interesowała mnie kolejna historia o wojnie - chciałem
        zrobić film, w którym widz poczuje na własnej skórze klaustrofobię,
        duszność, nielogiczne emocje. Specyficzny stan, który trudno
        zrozumieć, a którego dzięki filmowi można doświadczyć.

        Historia o odłamkach z czasów wojny, które pana organizm wyrzucił w
        trakcie zdjęć ze stopy, jest prawdziwa?

        - Samemu trudno mi to wyjaśnić. Po wojnie miałem dwadzieścia
        odłamków, z których szesnastu pozbyłem się w pierwszym roku po
        powrocie z armii. Ale cztery zostały - lekarze stwierdzili, że można
        z tym żyć: dali mi nawet specjalne zaświadczenie, dzięki któremu nie
        musiałem przechodzić kontroli na lotniskach.

        Ale kiedy kręciłem "Liban", po trzech dniach rozbolała mnie stopa -
        organizm postanowił wyrzucić pozostałe odłamki. Może ciało jest
        silniej związane z psychiką, niż nam się wydaje?

        Traktował pan „Liban” jak terapię?

        - Nie zrobiłem tego filmu, żeby sobie wybaczyć. Jeśli nacisnąłem
        spust, stałem się egzekutorem. Jestem za to odpowiedzialny, czuję
        się winny i będę do końca życia. Dostałem Złotego Lwa w Wenecji,
        zjeździłem mnóstwo festiwali na całym świecie, film ma dystrybucję w
        wielu krajach, ale trudno mi myśleć o "Libanie" w kategoriach
        sukcesu. To raczej jedno z moich najbardziej bolesnych doświadczeń
    • aisza5 Złoty Lew dla izraelskiego "Libanu" 13.09.09, 08:30
      wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7031600,Zloty_Lew_dla_izraelskiego__Libanu_.html

      Złoty Lew dla izraelskiego "Libanu"

      Izraelski film "Lebanon" (Liban) w reżyserii Samuela Maoza wygrał
      66. festiwal w Wenecji. Nagrody dla najlepszych aktorów otrzymali
      Rosjanka Ksenia Rappoport i Anglik Colin Firth.


      Nagrodzony Złotym Lwem "Liban", o silnym antywojennym przesłaniu,
      jest filmem niezwykłym. Opowiada o wojnie w Libanie w 1982 roku,
      widzianej wyłącznie ze środka czołgu. Bohaterami są młodzi
      czołgiści, zamknięci w pojeździe i z niego obserwujący grozę wojny,
      którą poznał również sam reżyser.

      Jako dwudziestolatek Maoz był jednym z pierwszych izraelskich
      żołnierzy, którzy przekroczyli wówczas granicę z Libanem. Brał
      udział w pierwszych starciach i został w nich ranny.

      Film dla ludzi powracających z wojen

      Samuel Maoz odbierając nagrodę w weneckim Palazzo del Cinema
      powiedział, że dedykuje swój film tysiącom ludzi na całym świecie,
      którzy wrócili z wojen. Jak mówił, "ludzie ci są cali i zdrowi,
      chodzą, żenią się, mają dzieci, ale drzemie w nich nieustannie
      bolesne wspomnienie tego, co przeżyli".

      - Wiem, że to jest naiwne, ale chcę wierzyć w to, że mój film
      pozwoli zrozumieć, kim jesteśmy i kim nigdy nie będziemy, jeśli nie
      powstrzymamy zaraz wojen - powiedział ze sceny izraelski reżyser.

      Shirin Neshat najlepszą reżyserką

      Silne polityczne przesłanie wygłosiła ze sceny, odbierając nagrodę
      Srebrnego Lwa za najlepszą reżyserię, Iranka Shirin Neshat za film
      pod tytułem "Mężczyźni bez kobiet". Zaapelowała ona do rządu w
      Teheranie o przyznanie podstawowych praw człowieka, o wolność i
      demokrację. - Zawrzyjcie pokój z narodem - mówiła reżyserka z Iranu.
    • aisza5 Zastrzelić bestię- 17-01 MURANÓW o 19,30 06.01.10, 10:55
      www.muranow.gutekfilm.com.pl/text.php?category=2795&id=6d4c818fef6925d&page=1

      17 stycznia 2010, godz. 19.30
      Zastrzelić bestię (operacja "Płynny Ołów")
      2009, reż. Alberto Arce, Muhammad Rujailah



      Kolektyw GLOBALE i DKF Muranów zaprasza na bezkompromisowy,
      niejednokrotnie wstrząsający dokument Alberto Arce i Mohammmada
      Rujailaha, który zabiera nas wprost do serca konfliktu izraelsko-
      palestyńskiego, na kilka dni po wygaśnięciu rozejmu między Izraelem
      i Hamasem w grudniu 2008 roku.

      Skupiając się na codziennym życiu Palestyńczyków pod oblężeniem,
      Zastrzelić bestię dekonstruuje kolonialne mity represyjnej polityki
      Izraela: twórcy filmu jako jedni z nielicznych cudzoziemców
      przedostają się do oblężonej Strefy mimo izraelskiej blokady
      zagranicznych mediów i organizacji humanitarnych. Tym samym ich
      naoczne świadectwo zdarzeń z operacji „Płynny Ołów” jawi się jako
      bezcenne wobec odpowiednio sfabrykowanych informacji, które świat
      konsumował z musu przez dwadzieścia jeden dni oblężenia.

      Alberto Arce: zdecydowaliśmy, że dołączymy do ekipy karetek
      pogotowia, konfrontując się w wyobraźni z tymi dziennikarzami,
      którzy piszą raporty chroniąc się na tyłach wojsk. Każdy może wybrać
      stronę, z której zdaje relację.

      Projekcja jest częścią międzynarodowej kampanii solidarności z
      Palestyńczykami.
      Po seansie zapraszamy na spotkanie z Ewą Jasiewicz: dziennikarką,
      organizatorką społeczności i związków zawodowych oraz pracowniczką
      organizacji solidarnościowych. W latach 2002-2004 pracowała na
      Zachodnim Brzegu Jordanu i w okupowanym Iraku. Obecnie jest
      koordynatorką Projektu Gaza z ramienia Ruchu Wolna Gaza.
    • aisza5 OBRAZY OKUPACJI I OPORU 24-04 od 14.00 13.04.10, 19:50

      KINO PALESTYNA OBRAZY OKUPACJI I OPORU dnia 24 kwietnia o 14:00.

      Wydarzenie: KINO PALESTYNA OBRAZY OKUPACJI I OPORU
      Rodzaj wydarzenia: Festiwal
      Czas rozpoczęcia: 24 kwietnia o 14:00
      Czas zakończenia: 25 kwietnia o 21:30
      Miejsce: Nowy Wspaniały Świat (sala kinowa)
      • aisza5 OBRAZY OKUPACJI I OPORU 24-04 od 14.00- program 13.04.10, 20:33

        W związku z uroczystościami pogrzebowymi zaplanowanymi na sobotę 17-
        go kwietnia, przegląd filmowy KINO PALESTYNA OBRAZY OKUPACJI I OPORU
        odbędzie się z tygodniowym opóźnieniem, w dniach 24-25 kwietnia.
        Miejsce, program i godziny pokazów bez zmian.

        *********************************************************************
        *****************

        Program:

        Sobota (24 kwietnia)

        14.00 OTWARCIE FESTIWALU
        - WSTĘP: Organizatorzy festiwalu
        - 'ABC Okupacji' (Occupation 101) (USA/Palestyna 2007, 85 min) ***
        solidna dawka faktów na temat konfliktu
        - 'Wyburzenie' (Polska 2009, 8 min) Joanna Rajkowska
        dramatyczna scena wyburzenia palestyńskiego domu przez izraelskie
        buldożery

        16.00 DZIECI OKUPACJI
        - 'Camping Dżenin' (Polska 2008, 34 min) Joanna Rajkowska
        grupa nastolatków nie umiejących poradzić sobie z traumą okupacji
        izraelskiej
        - 'Skradzione Dzieciństwo' (The Stolen Child) (Irlandia 2009, 25
        min)
        palestyńskie dzieci w izraelskich więzieniach
        - PANEL:
        Eamon Connolly, producent filmu Skradzione Dzieciństwo (do
        potwierdzenia)
        pozostali paneliści – do uzp.

        18.00 BLOKADA GAZY
        - 'Fatenah' (Palestyna 2009, 28 min)
        film animowany, walka z rakiem w warunkach oblężenia
        - krótkie filmy Medical Aid for Palestinians (UK 2010, 19 min)
        ukazujące konsekwencje blokady Strefy Gazy oraz paraliż służby
        zdrowia
        - krótki fragment 'Zastrzelić Gazę' (To Shoot an Elephant)
        (Hiszpania 2010)
        dokumentu nakręconego podczas zeszłorocznej inwazji Izraela na Strefę
        - PANEL:
        Andrea Becker, Szefowa Działu Advocacy Medical Aid for Palestinians
        Omar Faris, reprezentant w Polsce The European Campaign to End the
        Siege on Gaza
        Ewa Jasiewicz, koordynatorka Free Gaza Movement i aktywistka w
        Palestynie, redaktorka polskiej edycji „Le Monde Diplomatique”

        20.00 RYTMY OPORU
        - Slingshot Hip Hop (USA 2008, 73 min) ***
        muzyka okupowanych i dyskryminowanych

        Niedziela (25 kwietnia)

        14.00 REWOLUCJA PALESTYŃSKA
        - materiały archiwalne
        - PANEL:
        Zbigniew Kowalewski, znawca pozaeuropejskich ruchów społecznych i
        partyzanckich, redaktor polskiej edycji „Le Monde Diplomatique”
        Artur Żmijewski polski reżyser i fotograf, artysta współczesny,
        redaktor artystyczny pisma „Krytyka Polityczna” (do potwierdzenia)

        16.00 UCHODŹCY. PRAWO DO POWROTU
        - 25 Tysięcy Namiotów (25 Thousand Tents) (Syria 2008, 35 min)
        położony na terytorium międzygranicznym obóz dla palestyńskich
        uchodźców z Iraku
        - krótkie filmy eksperymentalne Studio Camps (25 min)
        nakręcone przez uchodźców palestyńskich działających w kolektywie
        filmowym w obozach w Libanie
        - PANEL:
        Magda Qandil, współpracowniczka organizacji rozwojowych w obozach
        dla uchodźców palestyńskich na Bliskim Wschodzie, redaktorka
        polskiej edycji „Le Monde Diplomatique”
        pozostali paneliści – do uzp.

        18.00 SOLIDARNOŚĆ MIĘDZYNARODOWA
        - Visit Palestine (UK 2005, 78 min)
        działalność aktywistów międzynarodowych na terytoriach okupowanych
        - krótkie filmy o BDS
        akcje bezpośrednie kampanii BDS (Bojkot, Sankcje i Wycofywanie
        Inwestycji)
        - PANEL:
        Ewa Jasiewicz, koordynatorka Free Gaza Movement i aktywistka w
        Palestynie, redaktorka polskiej edycji „Le Monde Diplomatique”
        Maciej Wieczorkowski, inicjatywa Stop Wojnie

        20.00 IZRAELCZYCY PRZECIW OKUPACJI
        - Anarchiści Przeciwko Murowi (Anarchists Against the Wall) (Izrael
        2008, 33 min)
        Izraelczycy występujący przeciwko okupacji i kolonizacji Zachodniego
        Brzegu
        PANEL:
        paneliści – do uzp.

        *** liczne nagrody na festiwalach międzynarodowych
        WSZYSTKIE FILMY W POLSKIEJ WERSJI JĘZYKOWEJ (NAPISY)

        Organizatorzy:
        Polska Kampania Solidarności z Palestyną i Le Monde Diplomatique –
        Edycja Polska
        Partnerzy:
        Krytyka Polityczna, Inicjatywa Stop Wojnie, The European Campaign to
        End the Siege on Gaza, Medical Aid for Palestinians
    • aisza5 Freida Pinto uwikłana w palestyńsko-izraelski konf 18.04.11, 19:18

      Freida Pinto uwikłana w palestyńsko-izraelski konflikt

      Do sieci trafił pierwszy zwiastun filmu "Miral" z Freidą Pinto w roli głównej.

      Dzieło w reżyserii Juliana Schnabla powstało na kanwie powieści biograficznej Ruli Jebreal. Książka przedstawia historię Hind Husseini, palestyńskiej kobiety, która w roku 1948 powołała do życia sierociniec Dar Al-Tifi. Tłem dla losów bohaterki jest konflikt pomiędzy Izraelem i Palestyną.

      Pinto, która gra jedną z podopiecznych z sierocińca, na ekranie partnerują Hiam Abbas, Yasmine Elmasri, Omar Metwally, Alexander Siddig i Ruba Blal.
      film.wp.pl/id,116440,title,Freida-Pinto-uwiklana-w-palestynsko-izraelski-konflikt,wiadomosc.html?ticaid=1c26b

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka