co z tym porodem???

06.02.05, 14:33
Chociaż jestem dopero w 19 tygodniu (prawie połowa drogi za mną) to coraz
częściej myślę już o tym co mnie czeka na końcu tej drogi-poród. Jest to moja
pierwsza ciąża i nie jedną historię już słyszalam na temat pierwszego porodu
(nie byly to zbyt optymistycze opowieści). Chcialabym się dowiedzieć jak było
z Waszymi pierwszymi porodami -tylko szczerze, zniosę wszystko- na pewno nie
jedna przyszla mama będzie Wam za to wdzięczna.
Pozdrawiam i z góry dziękuję!
p.s. Jeśli macie jakieś porady to chętnie przyjmę.Jescze raz proszę o odp.
    • ma.dzia Re: co z tym porodem??? 06.02.05, 18:29
      Moj pierwszy porod trwal 3,5 godziny. Milam skurcze i rozwarcie ale corcia
      nadal byla bardzo wysoko,wiec dostalam oksytocyne na przyspiesznie. Podobno po
      oksytocynie bol jest silniejszy i w moim przypadku byl to koszmar;) niestety to
      byly najgorsze 3 godziny jakie moglam sobie wyobrazic. Gdyby nie obecnosc
      mojego meza to chyba bym tego nie przezyla.
    • radowinkaala było cudownie!!! (długie) 06.02.05, 20:52
      Mój poród przebiegał w bardzo przyjaznej i intymnej atmosferze. Opłaciliśmy z
      mężem poród rodzinny i mieliśmy do dyspozycji przeznaczoną do tego celu uroczą
      salkę wraz z łazienką wyposażoną w prysznic, umywalkę i toaletę. Sala ta
      wyposażona jest w łóżko porodowe i poporodowe, pościel ubrana jest w ładne
      kolorowe poszwy, okna zasłaniają żaluzje i zdobi je fikuśna półroleta
      przyozdobiona w kolorowe kwiaty. Ponadto jest tam stolik, 2 krzesła, czajnik
      bezprzewodowy i kubki. Przed intensywną akcją porodową zostałam zapytana przez
      położną czy wyrażam zgodę na wykonanie lewatywy. Świadoma jakie niedogodności
      niesie za sobą niewykonanie tej czynności, bez najmniejszych oporów zgodziłam
      się. W atmosferze intymności za zamkniętymi drzwiami w pokoju przygotowań,
      gdzie znajduje się także prysznic i ubikacja została mi wykonana lewatywa, po
      której około godz. 8 rano przeszłam do sali porodów rodzinnych gdzie czekał już
      mój mąż. W związku z tym, że początkowo miałam skurcze od krzyża co 40 sekund,
      trwające nawet do 1,5 minuty mój mąż został poinstruowany przez położną jak
      może mi pomóc, a mnie pokazała co mogę robić by pomóc sobie i maleństwu w celu
      przystawienia się główki do szyjki macicy.
      Po przekazaniu nam bezcennej wiedzy p. Joasia (położna, która z nami rodziła)
      zostawiła nas samych. Oczywiście co jakiś czas nas doglądała, a gdyby zaczęło
      dziać się coś dziwnego dla nas wówczas było pewne, że można ją znaleźć w
      pomieszczeniu naprzeciwko. Mieliśmy też do dyspozycji aparat do ktg i w każdej
      chwili mogliśmy samodzielnie sprawdzać tętno naszego dziecka. Po jakichś dwóch
      godzinach skurcze od krzyża zaniknęły (na szczęście) i zaczęły mnie męczyć
      intensywne skurcze brzuszne. P. Joasia zaproponowała wówczas inną metodę
      radzenia sobie z tym typem skurczy. Ponadto zasugerowała bym skorzystała z
      prysznica, bo woda bardzo odpręża. Istotnie ulga była duża. Ok. godz. 11
      zostałam poinformowana o tym, że ordynator chciałby mnie zbadać i poproszono
      mnie o położenie się na łóżku porodowym. Jakież było moje zdziwienie, kiedy
      siła skurczy wskutek tej zmiany uległa zmniejszeniu. Po badaniu p. Joasia
      powiedziała, że jeżeli chcę to mogę sobie jeszcze poleżeć, ale tylko na boku z
      zachowaniem rytmu zmian położenia na bokach co 3 skurcze. W związku z tym, że
      skurcze stawały się coraz bardziej uciążliwe – dłuższe z mniejszymi przerwami,
      położna zaproponowała mi podanie DOLARGANU. Wcześniej naczytałam się wielu
      negatywnych opinii na temat tego środka i stanowczo odmówiłam, jednak po
      konsultacji z p. Joasią i zapewnieniu, że może mi dzięki temu ulżyć zgodziłam
      się na podanie 1 cm dawki. Faktycznie było lepiej – odcięłam się od bólu i
      udało mi się przez ok. 1,5 godziny podrzemać. Cały czas pani Joasia z
      nieustającym uśmiechem nas doglądała. A ja mogłam przybierać takie pozycje przy
      skurczach, które m przynosiły ulgę. Mogłam chodzić, stać, siedzieć, korzystać z
      piłki i prysznica. W końcu położna orzekła, że nadszedł czas by wezwać lekarza
      w celu przebicia pęcherza płodowego, z uwagi na fakt, że główka mojego dziecka
      była ciągle niewstawiona i trzeba było jej pomóc. Oczywiście najpierw zostałam
      zapytana czy w ogóle wyrażam zgodę na takie przedsięwzięcie. Ja wiedziałam, że
      jestem w rękach ludzi bardzo kompetentnych i pewne było dla mnie to, że jeśli
      zabieg ten nie byłby konieczny nikt by mi go nie zaproponował. Po przebiciu
      pęcherza i spuszczeniu wód płodowych mogłam znowu wstać i chodzić. W związku z
      tym, że miałam pełny pęcherz moczowy i nie umiałam samodzielnie moczu oddać p.
      Joasia zasugerowała że założy mi cewniczek taki jaki stosuje się u małych
      dzieci i opróżni mi pęcherz. Bałam się tego zabiegu, ale bez wahania wyraziłam
      zgodę, wiedziałam że muszę opróżnić pęcherz, bo dzięki temu skurcze będą mniej
      bolesne. Specjalną maścią zostałam miejscowo znieczulona i nawet nie poczułam,
      że już jest po wszystkim. Nareszcie ok. godz. 16 usłyszałam to na co czekałam
      cały dzień – będziemy siłę skurczu wykorzystywać przy parciu. Najpierw odbył
      się krótki trening, a później ciężka praca. W pozycji półsiedzącej z nogami
      przygiętymi do siebie lub na jednym z boków, będąc na łóżku porodowym w rytmie
      z jednego skurczu – trzy parcia, p. Joasia powoli wytaczała główkę mojego
      dziecka. Co chwilę sprawdzała tętno płodu i za każdym razem dzieliła się z nami
      swymi spostrzeżeniami. Odpowiadała na każde zadane pytanie, a jej pozytywne
      wibracje bardzo mi się udzielały. W pewnej chwili zasugerowała podanie
      kroplówki, która miała pomóc w akcji skurczowej, gdyż moje skurcze zamiast
      przybierać na sile zaczęły stopniowo zanikać. Wiedziałam, że jest to niezbędne,
      więc nie oponowałam, tylko zapytałam czy wszystko będzie w porządku. Uspokojona
      przez fachową położną nie miałam zastrzeżeń. W końca zapadła decyzja – będziemy
      kończyć – wzywamy lekarza. Sugestia położnej – podgolić okolice krocza, z uwagi
      na możliwość nacięcia, żeby łatwiej można było zszyć. Byłam na to
      przygotowana, z tym, że byłam przekonana iż zostanę wygolona całkowicie – a tu
      taka niespodzianka – tylko troszeczkę. Jaka wielka była moja radość.
      Przyszedł pan doktor, zebrał wywiad z akcji porodowej, w odpowiednim momencie
      lekko naciął krocze i o 18.10 przez lekkie, a nizbędne naciśnięcie na mój
      brzuch pomógł mojej córce wydostać się na świat, bo w najmniej odpowiednim
      momencie zaniknęły mi skurcze. Wcześniej poprosiłam o znieczulenie miejscowe
      przy zszywaniu krocza i bez problemu zaaplikowano mi je. Dziecko po urodzeniu
      zostało natychmiast odśluzowane, mój mąż, który cały czas był obecny przy
      porodzie przeciął pępowinę, następnie maleństwo położono mi na brzuchu i
      poproszono o parcie w celu urodzenia łożyska. Córcia cieplutka, oddychająca i
      krzycząca leżała wtulona we mnie, a ja byłam najszczęśliwszym człowiekiem na
      świecie w tym momencie. Po wydaleniu popłodu poprosiłam o pokazanie mi jak
      wygląda. Bez najmniejszego problemu położna pokazała i wytłumaczyła co jest
      czym. W międzyczasie córcia została opatulona w pieluszki i leżała sobie w
      łóżeczku pod nadzorem pielęgniarki z NOWORODKÓW, mój mąż stał obok trzymając
      mnie za rękę, a pan doktor zszywał nacięte krocze. Później poszedł wraz z
      położną małą zważyć i zmierzyć. Po chwili wrócili, położna pomogła mi położyć
      się na łóżku poporodowym, położyła małą obok mnie i pomogła przystawić ją do
      piersi. Najbliższe 2 godziny były tylko nasze – należały do naszej trójki.
      Spędziliśmy je w tym milutkim, przytulnym pokoiku doglądani co jakiś czas przez
      położną i lekarza. Po upływie tego czasu dziecko zostało zabrane na oddział
      noworodków, mnie zmierzono temperaturę, ciśnienie i tętno. Następnie wzięłam
      prysznic, przebrałam się w świeżą koszulę i zostałam przez położną zaprowadzona
      do dwuosobowej sali dla mam z dziećmi. Poinstruowała mnie, że powinnam się
      nawodnić i do rana wypić przynajmniej 1,5 l. płynów – najlepiej wody
      niegazowanej, oczywiście po trudach porodu najlepiej byłoby gdybym się położyła
      i przespała. Trudne to było, zwłaszcza ze bardzo chciałam jeszcze trochę pobyć
      z maleństwem. Więc mąż poszedł na NOWORODKI i przywiózł małą. Mimo tego, że
      godzina była już późna bo blisko 22, do szpitala przyszli jeszcze moi rodzice i
      udało im się zobaczyć nowonarodzoną wnuczkę, a także porozmawiać ze mną.
      Posiedzieliśmy sobie tak czas jakiś i postanowiłam się przespać. Doglądnęła
      mnie jeszcze dyżurująca położna w celu sprawdzenia jak obkurcza się macica i
      zapytała o moje samopoczucie. Noc dla mnie była krótka, bo spałam zaledwie 2
      godziny, potem obudziły mnie emocje i cały ten wspaniały dzień jeszcze
      kilkakrotnie przeżywałam – niestety już tylko we wspomnieniach.
      Rady: zgodzić się na lewatywę, słuchać położnej, przy parciu zamknąć oczy, w
      przypadku wątpliwości pytać, przy skurczach korzystać z prysznica/wanny, nie
      dac się uziemić na łóżku, mieć
      • sylwiawm Re: było cudownie!!! (długie) 06.02.05, 22:44
        Mi zostało 95 dni do porodu i coraz bardziej sie boje
      • yola13 Re: było cudownie!!! (długie) 07.02.05, 16:07
        Wspaniała opowieść, ale muszę przyznać, że trudno nazwać poród naturalnym, gdy
        pęcherz jest przebijany, gdy podają Ci oksytocynę(na zwiększenie skurczów), i
        gdy dziecko jest właściwie wypychane przez lekarza, który uciska na brzuch, nie
        mówiąc o nacięciu krocza,tak na marginesie te wszystkie przyjemności robi się
        dla wygody lekarzy, a nie dla położnic, ale i tak mi sie podobała twoja
        opowieść.Pozdrawiam
        • radowinkaala do yola13 07.02.05, 21:35
          Droga yolu13. No cóż - moją córkę wydałam na swiat siłami natury - w zwiazku z
          tym że nie miałam skurczy partych, a główka była niewstawiona parłam przez
          blisko 2 godziny - jeżeli tego nie przeżyłaś - to Ci tego nie życzę. Podana
          oksytocyna na mnie nie zadziałała i stąd była potrzebna interwencja lekarza
          (dobrze, że nie był potrzebny próżnociąg, albo cc). Zresztą cała akcja porodowa
          była u mnie prowokowana, bo ciąża była przenoszona wg OM o 16 dni. Marzyłam o
          tym by do szpitala jechac ze skurczami co 5 minut, a tu niestety w szpitali
          znalazłam się kilka dni przed porodem - a lekarze wydziwiali. Oksytocyna podana
          na wywołanie akcji porodowej nie zadziałała, tabletki też nie, skutek przyniósł
          dopiero masaż szyjki wykonany dzień przed porodem.
          Nie życzę żadnej przyszłej mamie takich perypetii, jednak ja wszystko wspominam
          miło - dzięki atmosferze panującej w naszym szpitalu.
          Pozdrawiam :)
          • iwcia75 Re: do yola13 10.02.05, 10:56
            wspominasz to milo, bo masz chyba taki pogodny charakter-inna by narzekala
            przez lata
      • pomme Re: było cudownie!!! (długie) 07.02.05, 16:18
        Ciekawa jestem ile kasy zostawiłaś w tym szpitalu. Czasem przeraża mnie to ,że
        aby lekarz z położną ucziwie sie Toba zajął trzeba im zapłacić za tzw usługi
        dodatkowe odpowiednio od 2000 i 1500. Mnie po prostu nie stać na takie luksusy
        i mimo,że jestem na samym poczatku aż sie boję jak to bedzie...
        • radowinkaala do pomme 07.02.05, 21:21
          Może wyda Ci się to niewiarygodne, ale jedyne pieniądze jakie zostawiłam w tym
          spitalu to było 2,5zł, które zapłaciłam za kawę w szpitalnym bufecie. Rodziałam
          w szpitalu powiatowym - placówce publicznej - nie miałam opłaconej położnej, a
          lekarz który prowadził mi ciążę akurat w tym dniu wyjechał na sympozjum. Nikomu
          za nic nie płaciłam, a opiekę podczas porodu miałam cudowną. Szkoda, że na
          naszych forach edziecka krążą mity (a w przypadku warszawskich szpitali prawda -
          niestety) o ciężkich pieniądzach, które trzeba płacić za jak to
          nazywacie "luksusy". Aha - musiałam uregulować należność za dostęp do
          jednoosobowej sali porodów rodzinnych (chciałam rodzić z mężem, a to był
          niestety warunek, który umożliwiał nam wspólne przeżycie porodu)- i to
          kosztowało mnie 150 zł (w ten sposób szpitale łatają dziury finansowe).
          Życzę Ci byś razem z Twoim maleństwem przebrnęła szczęśliwie przez okres ciąży,
          a potem cudownej położnej przy porodzie.
          • pomme Re: do pomme 08.02.05, 09:50
            Nie powiem ,że nie jestem zaskoczona. Od kilku lat mieszkam w warszawie i
            faktycznie to co sie słyszy o tutejszych szpitalach zakrawa na horror. Dzieki
            za życzenia i mam nadzieję że się spełnią:-)
      • kolubrynka Re: było cudownie!!! (długie) 07.02.05, 18:14
        "p. Joasia powoli wytaczała główkę mojego dziecka. " - mam pytanie co to
        znaczy, jak sie to robi????? dziekuje za odpowiedz;))))
        • radowinkaala do kolubrynki 07.02.05, 21:47
          Kolubrynko - nie umiem Ci tego opisać, bo przeciez tego nie widziałam (tylko
          cośtam czułąm). Do samego porodu główka córci "latała" sobie wysoko - nie była
          przyparta do szyjki macicy i dlatego potrzebna była pomoc położnej. W każdym
          razie to na pewno nie bolało i nie przynosiło żadnego dyskomfortu.
          ---
          (lilypie.com/baby1/051018/2/13/1/+1/.png[/img][/url]
          A to moja Ania - nowe fotki
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=17846554&a=19038666
          • kolubrynka Re: do kolubrynki 07.02.05, 22:39
            acha:) to wszystko poprostu jest mi obce. ale skoro nie bolalo to ok. Zreszta
            pewnie wtedy juz wszystko tak boli ze nie ma to znaczenia. Tylko zazdroszcze
            poloznej bo kiedy uspokaja, mowi i wyjasnia to wszystko przychodzi latwiej,
            nawet dosc bolesne zabiegi:) tzn tak mi sie wydaje:) dzieki za odpowiedz:)
            pozdrawiam:)
            • radowinkaala Re: do kolubrynki 08.02.05, 12:34
              Kolubrynko - tak na prawdę mnie bolały tylko skurcze - cała reszta, grzebanina,
              wenflony, zastrzyki, nacinanie, szycie - to nic - na prawde nic - w porównaniu
              z tymi wstretnymi skurczami - ale i to jest do przezycia - zwłaszcza jeśli jest
              ludzka położna, która Cię rozumie i mąż w którym ma się oparcie.
      • aguska82 Re: było cudownie!!! (długie) 07.02.05, 20:56
        Chciałabym podziękować Ci za Twój list, był piękny i ciekawy. Mam nadzieję, że
        i ja 11.07 (jak wszystko pójdzie zgodnie z planem) też będę miała podobny bagaż
        doświadczeń. Trzymaj za mnie kciuki!!
        Dziękuję i pozdrawiam!
        • radowinkaala do aguska82 07.02.05, 21:24
          Trzymam za Ciebie kciuki i życzę łatwego porodu. Wszystko będzie dobrze, a
          teraz ciesz się swoim stanem i odłóż zmartwienia na bok :)
      • mamaaga5 Re: było cudownie!!! (długie) 08.02.05, 10:33
        Ja jestem w 20 tygodniu i choc wszystko przebiega bez najmniejszych problemow
        (zadnych wymiotow, boli, zachcianek itd) to panicznie boje sie porodu. Nie mam
        zludzen, wiem ze to bedzie trudne, bedzie bolec, ale chcialabym przynajmniej
        miej poczucie godnosci tego wydarzenia. Chce rodzic tak jak ty, w miejscu gdzie
        potraktuja mnie jak czlowieka, a nie "przypadek" czekajacy w kolejce i
        naprzykrzajacy sie panu doktorowi. Czy mozesz napisac gdzie rodzilas? Czy to byl
        szpital prywatny, czy polprywatny (np. sw. Zofii)? Bedee bardzo wdzieczna za
        odpowiedz.

        pozdrawiam wszystkie przyszle mamy
        • radowinkaala do mamaaga5 08.02.05, 12:30
          Jeżeli jestes z Warszawy to Ci nie pomogę, ponieważ ja mieszkam na Górnym
          Śląsku - w okolicach Katowic. Szpital w którym rodziłam jest placówką
          publiczną - czyli za żadne świadczenia medyczne nic się nie płaci. Jedyna
          opłata jaką musiałam uregulować to 150 zł za udostępnienie przez szpital sali
          porodów rodzinnych, a to dlatego, ze chciałam rodzić z mężem (no a salka była
          tego warta - całkowita intymność, kameralnie, tylko my, położna i od czasu do
          czasu lekarze). Poród na sali ogólnej jest całkowicie bezpłatny. Nasz szpital w
          latach 90-tych został dwukrotnie nagrodzony przez Fundację Rodzić po Ludzku.
          Miałam ogromnie dużo szczęścia, ze trafiłam na taką fajną położną, a lekarze
          też byli niczego sobie (oprócz jednej lekarki, która kazała mi podać dolargan
          domięśniowo, a on wpłynął na zaniknięcie skurczy w najważniejszej fazie porodu-
          i dlatego miałam problemy z wyparciem córci).
          Mam nadzieję, że i Tobie się poszczęści, ze trafisz na położną, którą bedziesz
          do końca życia mile wspominała - bez płacenia za cokolwiek.
          • kolubrynka Re: do mamaaga5 09.02.05, 01:44
            je tez jestem ze slaska. o prosze, a myslalam ze tu sama warszawa:) pozdrawiam:)
          • ewazygmunt Re: do mamaaga5 09.02.05, 11:30
            a możesz zdradzic o którym szpitalu mówimy?? Ja jestem z Chorzowa i właściwie
            już zdecydowałam, że bede rodzić na Racoborskiej w Katowicach, ale byłabym
            bardzo ciekawa o którym szpitalu była twoja opowieść. A tak w ogóle to bardzo
            ci za nią dziekuję. Wreszcie ktoś napisał szczegółowo i po kolei, tak że mozna
            sobie wszystko mniej więcej wyobrazić. Na taką opowieść właśnie czekałam.
            • radowinkaala do ewazygmunt 09.02.05, 11:36
              Cieszę się bardzo, że historia mojego porodu usatysfakcjonowała Cię. Szpital w
              którym rodziłam mieści się w Mikołowie przy ul. Waryńskiego. Zastanawiałm się
              nad innymi miejscami, ale lekarza prowadzącego miałam z Mikołowa i ostatecznie
              zdecydowałam się na Mikołów - i ani trochę nie żałuję.
    • mamalgosia Re: co z tym porodem??? 07.02.05, 10:10
      U mnie było tragicznie (nie będę wdawała się w opisy) i myśl o kolejnym porodzie
      mnie przeraża (a on już czeka mnie w czerwcu)
      • anetta75 Re: co z tym porodem??? 07.02.05, 19:38

        u mnie było ok. Rodziłam w państwowym szpitalu bez płacenia. To było w Legnicy
        i nie polecam. Po prostu ze mną było ok. ale z jakością usług to nie bardzo.
        Przyjechałam po 20 godzinach regularnych, coraz częstszych i silniejszych
        skurczów. Na izbie przyjęć usłyszałam, że mi się zdaje i posłano mnie na
        patologię. Była 24.00. Po 1/2 h. założono mi ktg - kazano leżeć na wznak.
        Skurcze w moim odczuciu były coraz silniejsze, ale ktg nic nie wykazywało.
        Powiedziano mi że jestem histeryczką, a pielęgniarka ociągała się z podaniem no-
        spy, którą przepisał lekarz. Po ok 1/2 h odeszły mi wody. Znowu pani
        pielęgniarka była zła ze ją budzę , ale kazała mi iść na salę porodową. Tam
        znowu położono mnie na wznak:-( i założono ktg. nic nie wykazywało. Skurcze
        stawały się nieznośne więc zaczęłam cicho płakać - usłyszałam, że histeryzuję,
        poród potrwa jeszcze ok 8 godzin i że powinnam wcześniej czytać coś na ten
        temat. Za kilka minut zakomunikowałam paniom skurcze parte, co b. je zdziwiło
        i w trybie pilnym przeniosłam się na "samolot". Córkę urodziłam po kilku
        skurczach partych o godz. 4.00 rano czyli dokładnie po 24 godzinach od
        pierwszego skurczu. W sumie ból trudny do zniesienia trwał ok 1,5 godizny i
        uważam się za szczęściarę. Sam poród również wspomianałabym dobrze gdyby nie
        położne, które były wyraźnie niezadowolone, że wybrałam sobie porę nocną i do
        tego uparcie twierdzę, że już rodzę.Fajne było to, że córkę zaraz po porodzie
        położono mi na brzuchu i poza kilkoma minutami miałam ją cały czas przy sobie.
        Opieka nad położnicą w tym szpitalu jest beznadziejna (jeżeli nie dopłacasz
        extra) pomimo samodizelnego apartamentu z łazienką. Najgorzej jest z
        wspomaganiem naturalnego karmienia ( butla z czarnym smoczkiem, w którym dziura
        robiona była gwoździem ) - cały bajer kończył się na dyplomach z akcji rodizć
        po ludzku z 1997 r.
        Ale, zapędziłam się:-) Generalnie każdy poród jest inny. Są metody łagodzenia
        bólu (ZZO, poród w wannie, kąpiele)a poza tym, radość z urodzenia dziecka
        rekompensuje ból. Pozdr.
    • annbar75 Re: co z tym porodem??? NIE MUSI BOLEĆ!! 07.02.05, 19:37
      Witam :)
      Moj pierwszy porod byl... hmmm w skrocie - TRAGICZNY I WSPOMINAM GO BARDZO ZLE.
Pełna wersja